Przez ostatnie kilkanascie dni goscilismy w mojej formie gosci z Wielkiej Bretfanii, poraz kolejny przyjechali odwiedzic nas audytorzy – jednego nawet zapamietalem z poprzedniej wizyty.
Przy pierwszym pobycie zaden nie byl skory do rozmow, pochlaniala ich praca a nasze rozmowy ograniczaly sie do zdawkowych hi i bye.
Tym razem przyjechala innna para, w tym jeden taki hebanowy, z ktorym zgadalem sie na fajce. Jedna niewinna rozmowa, potem przypadkowe spotkanie w windzie i potem juz samo sie potoczylo: kilka wspolnie zaliczonych imprez, wyjsc na lunche, piwo w rynku, wspolne spedzanie czasu – zaliczylem z nimi niezly kawal wroclawskich knajp, wypilismy morze piwa, zubrowki z sokiem i kamikaze.
Ciesze sie ze wsiedli dzis do samolotu bo mialem dosc zarwanych przez nich nocy. Jest jednak kilka rzeczy ktorych nie zapomne w zwiazku z ich wizyta, np. Kapila biegajacego po rynku wrzeszczącego: „I’m not gipsy, I’m not gipsy, wanna see my British passport?!”
W pracy jak zwykle duzo sie dzieje, kilka dni temu biorac prysznic, przez dluzsza chwile probowalem zgadnac jaki mamy dzien tygodni a potem jakos nie moglem uwierzyc ze juz sroda.
Kupowanie mieszkania trwa – przezylem juz maly kryzys gdy przyszlo do zalatwiania formalnosci, od wczoraj dopiero wydaje mi sie ze chyba zaczynam sie w tym wszystkim lapac.
Dzis wybieram sie do Opola na festiwal. Dostalem bilety na Superjedynki i Kabareton.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.