Mus

„Musi mamę kochać tata –
Małżeństwo – to prenumerata”

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Pisane z dystansu

Wczoraj wyszedłem, że niby na chwilę, po papierosy, rzuciłem kilka słów, które nie zapowiadały niczego wyjątkowego. Wyprostowany, dumny, pewnym krokiem kroczyłem korytarzem. Nim wszedłem w obrotowe drzwi wiedziałem, że już nie wrócę.

Telefony i sms-y rozbrzmiewają od wczoraj z nieprzerwaną regularnością. Nie decyduję się porozmawiać, bo …jestem mocno byle jaki, żeby nie powiedzieć zobojętniały.

Ja swojego życia nie mogę zacząć od nowa. Ono zaczęło się już lat temu. Nic się nigdy nie zaczyna od nowa. Zawsze się za tobą ciągnie, pozostają ślady.

Nonszalancja w uczuciach się we mnie odezwała. Wierzę, że gdy człowiek czyni dobro to ono do niego wraca. Jeśli chodzi o zło pewnie jest tak samo…

Powinienem zmienić chyba nazwę bloga: z saber na łajdak.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

W moim magicznym domu…

W moim magicznym domu jest zwyczaj wkładania do kubła worków na śmieci.
Czasami, kiedy worki się kończą używamy zbędnych reklamówek po zakupach w marketach.
Mama wyszła dziś do pracy bardzo wcześnie rano. Jak zwykle przed wyjściem zajrzała do szafki czy są może jakieś śmieci do wyrzucenia. Były. Zmieniła worek a pełną reklamówkę ze śmieciami postawiła sobie przy drzwiach wyjściowych żeby o niej nie zapomnieć wychodząc.
Wyelegantowana, wytapetowana, wypachniona z torebeczka pod pachą pożegnała się i wyszła.
Moja mama jedzie do pracy prawie 40 minut, zwykle dwoma a czasem i trzema środkami komunikacji. Dopiero jak dochodziła do progu szkoły zorientowała się, że nadal targa ze sobą worek ze śmieciami, który zapomniała wrzucić do kubła przed domem…

***

Wczoraj wróciłem z tournee, odwiedziłem Warszawę, Poznań, a nawet Pudliszki i Kotlin.
Wparowałem do domu około 16.00 gdy nagle tato rzucił hasło żebyśmy pojechali razem do miasta podpisać listę obecności pod Złotym Jeleniem a potem w Akropolis.
Jednocześnie zacząłem szybciej się rozpakowywać, układać rzeczy na półce w szafkach, prysznicować, golić, przebierać w bardziej wyjściowe ciuchy, segregować rzeczy czyste i brudne, chaotycznie przekładać kosmetyki z kosmetyczki, rozkładać szampony, toniki i inne akcesoria. Wychodząc przerzuciłem jeszcze szybko zawartość kieszeni kurtki do płaszcza, wrzuciłem brudne skarpety do pralki i zdążyłem jeszcze krzyknąć że wrócę późno.
O 20.30 poraz drugi tego samego wieczoru wróciłem do Akropolis, tym razem jednak w towarzystwie K., zależało nam żeby dostać miejsce gdzieś przy stoliku obsługiwanym przez pana Karola. Kelner przyszedł odebrać nasze płaszcze. Zanim zdjąłem swój, zacząłem wyciągać z kieszeni różne potrzebne mi przedmioty, bez których nie mógłbym obyć się siedząc w restauracji: portfel, papierosy, zapalniczka, telefon…Nagle spostrzegłem, że na stole położyłem swoja szczoteczkę do zębów. Zupełnie nie wiedziałem skąd się tam wzięła, chyba przypadkiem włożyłem ją do płaszcza, gdy śpieszyłem się wychodząc z domu z tatą, a w łazience przy zlewie musiałem zostawić swoje pióro.
Kelner był mocno zaskoczony. Ja skretyniałem.
Sytuację uratowała K. – „O! A to chyba znaczy ze dziś śpimy razem u mnie…?”

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Tydzień na Saskiej Kępie

Wybieram się dziś Inter-Ciotą do Warszawy. Wracam dopiero w połowie przyszłego tygodnia, zahaczając w drodze powrotnej o Poznań.
W nocy w ogóle prawie nie spałem, coś mi się śniło i potem nie mogłem zasnąć. Oby tylko mój dziwny niepokój nie był związany z tym wyjazdem…

Jutro idziemy do filharmonii na jakąś mszę Bacha (styl: bum-bum dylu-dylu bach-bach), w sobotę kolacja w „utopijnym” gronie wpływowych Melrose’ów-geriatryków (będę tam najmłodszy i na dodatek bez większych sukcesów na polu zawodowym), potem czeka nas „utopijny” wieczór w gorących rytmach lat 80. i 90. (poczuję smak „warszawki”), w niedzielę dla odmiany Warszawianka i wreszcie obejrzymy razem to mieszkanie w Wilanowie (a raczej nasz przyszły orgazmodrom…), na koniec pewnie spacer w Konstancinie, w tzw. międzyczasie przewinie się kino, kluby i kilka wypadów na kawę do miasta.

Chciałbym potrafić być bardziej bezwzględny, umieć lepiej dbać o swoje interesy, odłożyć na bok wszystkie głodne kawałki o moralności i uczciwości, te wszystkie niepotrzebne myśli i wyrzuty sumienia.
Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze nadarzy mi się taka okazja jak teraz…

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Sklep „za rogiem” – czyli odkrywanie natury sprzedawcy

Zaprosił mnie kolega.
Jako że nie wypadało przychodzić w gości z pustymi rękami najpierw udałem się do sklepu delikatesowego na Oporowie w celu nabycia markowego produktu wysokoprocentowego.
Wchodzę, jest już grubo po 21.00, za ladą stoi mężczyzna ok. 30-tki, wysoki, dobrze zbudowany, przepakowany, wygolona do skóry seksowna czaszka, ma bardzo męski, przyjemny tembr głosu, serdeczny uśmiech, miłe spojrzenie i takie „ruszające się” brwi.
Odzywa się we mnie natura…
Początkowo rozmowa toczy się wokół zakupów, niby przypadkiem sprowadzam ją na inny tor, ale też „neutralny”. Przyjemnie nam się rozmawia, próbuję przedłużać rozmowę…

Wychodząc rzucam nagle zupełnie niespodziewanie:
– O której Pan kończy? – mój ton i barwa głosu nie różnią się niczym od pytania o cenę ogórków.
Nie dosłyszał albo wydaje mu się, że źle zrozumiał:
– Przepraszam…?
– …O której Pan dziś kończy? – powtarzam pytanie i rzucam uśmiechem, patrząc mu przez cały czas prosto w oczy.
W tym momencie na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech i wszystko mówiące spojrzenie, jest lekko zakłopotany… może zażenowany moja bezpośredniością, ale wiem na pewno, że nie jest oburzony…
– Proszę? – pyta znowu i zaczyna się dziwnie uśmiechać odkrywając już teraz zupełnie swoją naturę
– Pytam, do której otwarty jest dziś sklep…?
Pan w ułamku sekundy robi się widocznie zakłopotany, jego twarz robi się czerwona…

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Znalezione na blogolamach

„Jak to ludzie lubią komplikować sobie zycie.

Nie można być trochę dziewicą, trochę w ciązy i trochę wiernym.

Dlaczego tylu gejów próbuje dopisywać ideologie do najprostszej rzeczy pod słońcem: poszczalskości?”

Spodobało mi się, tyle że nic nie jest tylko białe albo tylko czarne a im dłużej żyję, tym bardziej się w tym tylko utwierdzam.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

O pseudomiłości

Miłość nieprawdziwa (nieautentyczna) to “miłość”, która ogranicza/przytłacza w jakiś sposób nas i tych, którym próbujemy ją dać.

Osoba, której miłość nie jest autentyczna:

•musi kierować i decydować za drugą osobę,
•ma sztywne i nierealistyczne oczekiwania wobec tego, jak powinna się zachowywać druga osoba, aby zasługiwać na miłość,
•stawia warunki okazywania miłości, kocha warunkowo,
•wnosi niewiele zaufania w związek miłosny,
•odbiera zmianę w sobie lub w drugiej osobie jako zagrożenie dla kontynuacji związku,
•jest zaborcza,
•polega na drugiej osobie w wypełnianiu pustki w życiu,
•nie jest związana z drugą osobą,
•nie chce dzielić się ważnymi myślami i uczuciami dotyczącymi związku,
•ucieka się do manipulacji, aby skłonić drugą osobę do zachowywania się w określony sposób

Teraz będę potrafił usprawiedliwić przed samym sobą każde rozstanie z partnerem i wytłumaczyć prostymi słowami gdy znów usłyszę: „ale o co Ci chodzi?!…”

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

AE nie przygotowuje ludzi do pracy w branży gastronomicznej

Dziś razem z M. spotkaliśmy się na kawie pod Jeleniem. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu w drzwiach przywitał nas mój kolega ze studiów – zatrudnił się tam jako kelner.
Tak sobie troszkę wspólnie pogaworzyliśmy, potem razem z M. zajęliśmy się już wyłącznie sobą. Co jakiś czas jednak zerkaliśmy w stronę mojego kolegi, bacznie obserwując co robi…a raczej wyprawia.
Gwizdanie, pogaduchy, nieskoordynowane ruchy rękami, zabieranie popielniczek, przechadzki pomiędzy pustymi stolikami, radosne okrzyki – zupełna nonszalancja w dosłownym znaczeniu tego słowa. Zupełna porażka – jak zgodnie stwierdziliśmy na koniec.

A! No i jeszcze jedno: M. znowu zwracała na siebie uwagę wszystkich obecnych osób płci męskiej – tym razem wypadło na kierownika restauracji…
Hm ciekawe czy jemu też będzie musiała złamać serce…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 2 Komentarze

Doradztwo Personalne to fajna sprawa

Za namową Penteusa spotkałem sie wreszcie z Doradzcą Personalnym, wykonującym od kilku lat projekty dla jego koncernu. W sumie spotkanie nie było jałowe, na koniec nie miałem poczucia straconego czasu wychodząc z jego biura.
Pan fachowo mi doradził, pochwalił, wymieniliśmy kilka ciekawych spostrzeżeń i uwag na temat dzialania HR oraz procesów rekrutacji w różnych koncernach i firmach.
Za 3 tygodnie mam sie odezwać, może do tego czasu coś u mnie drgnie…
Humorek mi od rana dopisuje:)

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Retrospekcje cz. II – Detroit MI

/Wed, 16 Aug 2000 07:21:06/

„Jakoś udało mi się wydostać z Cincinnati i nie powiem żebym tęsknił. Faktem jest, że teraz brak mi kumpli do raczenia się Budweiserkiem po nocach i tego całego narzekania o chorej polityce Paramount’u.
Jestem już w Detroit u wujka i jest mi bardzo dobrze… Miałem okazję poznać tutejszą Polonie i chcę żebyście wiedzieli, że Polacy nie zmieniają się nawet zagranicą. Mam okazję widzieć całkiem inną Amerykę przez pryzmat Polonii Amerykańskiej. Co za ludzie i co za język np.: „moja cara stanęła na kornerze” tzn. mój samochód stanął na rogu ulicy. Na razie siedzę w domu, bo wszyscy pracują, ale wujek stara się ze wszystkich sił abym się nie nudził. Nadrabiam oglądanie TV, znów orientuję się co słychać na świecie i wreszcie mogę nacieszyć się swoimi CD które tak namiętnie skupowałem.
Jak na razie czas mija mi na „wyczuwaniu sytuacji” czy jestem tutaj mile widzianym gościem, czy raczej persona non grata. Wczoraj wujek zaproponował mi pomoc w znalezieniu pracy jeżeli bym tego chciał. Zgodziłem się choć cały czas jestem gotowy wyjechać choćby zaraz, gdyby zaszła taka konieczność.
Cały czas zastanawiam się czy dobrze robię zostając tutaj. Z jednej strony Janusz kusi mnie propozycjami wyjazdów, możliwością spotykania ciekawych ludzi (managerowie z GM, profesorowie akademiccy, działacze Polonii), wyrabiania sobie kontaktów na przyszłość no i gościnnością a z drugiej sam nie wiem…może lepiej czułbym się będąc tutaj zupełnie niezależnym facetem. Że akurat ułożyło się w tym roku tak jak się ułożyło – nie moja wina. Ja chyba nie lubię za bardzo siedzieć komuś na głowie, bo we wszystkim dopatruję się podtekstu abym wyjechał i dał żyć innym.
W niedziele byliśmy z Januszem w kościele ( ja w kościele!!!!) a potem na meczu piłki nożnej (ja na meczu!!!). Poznałem jakiś byłych trenerów, gwiazdy piłki, ale i tak nie pamiętam nazwisk, bo mnie to rybka, że oni lubią biegać za piłką. Dla mnie ważniejsze było to, że komary kąsały moje biedne i delikatne ciało!
Na weekend wybieramy się na kajaki po Wielkich Jeziorach i mam nadzieję nie utonąć. Jadą z nami Państwo Chopinowie (on wysoki, chudy, z grzywą, nosem Chopina i oboje z żoną są bardzo żółwiowaci a w domu nie mają TV tylko przestrzenie, ze hulajnogą można jeździć).
W czwartek Janusz ma spotkanie z kimś tam na tych żaglach i zaproponował abym pojechał z nim to się wszyscy rozerwiemy. Wujek mógłby podać sobie rękę z moim tatą! […]A nuż trafi mi się jakaś bogata kochanka, która zechce mnie sponsorować w zamian za usługi w szerokim znaczeniu tego słowa? Podobno panie w średnim wieku maja do mnie słabość… czy to prawda zapytaj swojej mamy, którą pozdrawiam bardzo…!
A M. to już mnie nie przestanie chyba zadziwiać. Za te wszystkie kilogramy dobrych uczynków wykupi sobie pierwszy rząd dla VIP-ów w niebie”.

/Fri, 25 Aug 2000 09:30:19/

„Siedzę sobie i odpoczywam po bardzo intensywnie spędzonym weekendzie. Detroit jest płaskie, rozrzucone i mało atrakcyjne…Wyobraź sobie w piątek wybrałem się z wujkiem na małą eskapadę szlakiem klubów nocnych stanu Michigan. Zaliczyliśmy dwie + meksykańską knajpę także wróciłem do domu about 3am.Wiem, że jak wrócę do Polski będzie mi brakowało tych jazzowo-bluesowych, podrzędnie wyglądających aczkolwiek bardzo klimatycznych knajpek.
W sobotę miały być kajaki, ale było za zimno – z braku laku pojechaliśmy pojeździć konno. Oczywiście uważałem, że nie ma nic prostszego niż jazda na koniu.
Na konia usilnie próbowałem wejść od prawej strony (a propos dlaczego wsiada się z lewej nie wiem do tej pory?), potem nie mogłem znaleźć odpowiedniego hełmu na moją dużą głowę. Dostałem klacz o wdzięcznym imieniu Ruth, bo podobno była najłagodniejszą ze wszystkich tam koników (najgłupsza). W lesie zaatakowała mnie chmara komarów a głupiemu koniowi właśnie wtedy zachciało się jeść trawy, więc skutki tego widoczne są do dzisiaj na moich rękach i nogach. Potem coś zrobiło mi się z siodłem, rozbolała mnie dupa od podskoków konia, z jajek została już prawie miazga a ja głupi dalej wytrwale siedziałem na koniu nie chcąc zsiąść, z oznaką triumfu na twarzy. Ostatnie kilkaset jardów musiałem jednak ją prowadzić (konia tzn. klacz), bo nie mógłbym zostać później nigdy ojcem.
Następnie udaliśmy się do sadu. Sad jak sad w Polsce tylko że większy (hiper-sad?) i wjeżdża się samochodem. Osobiście brakowało mi tylko guzików, które same napełniałyby łubianki itp. Obżarłem się malin na maxa za friko i ruszyliśmy do domu, bo wieczorem mieliśmy Birthday Party u siostry żony wujka. Party jak party – piwa wbród, grill, balony, dzieciarnia i te sprawy.
W niedziele byliśmy w Henry Ford Museum – uhm – widziałem samochód Kennedy’ego w którym został zastrzelony, fotel Lincolna, menzurkę z ostatnim tchnieniem Edissona no i mnóstwo mnóstwo aut, lokomotyw i samolotów. Lunch w chińskim Fast-foodzie, msza w polskim kościele i koncert muzyki afro-amerykańskiej w Renesans Center dopełnił mojego szczęścia a upragniony orgazm osiągnąłem wieczorem, w wygodnym fotelu, z torebką chipsów i piwkiem w ręku.
Dziś boli mnie du…ale nie od dawania tylko od konia…”

Otagowano , | Dodaj komentarz