Przyleciałem tak potwornie głodny, że gdy tylko spotkałem przewodnika, który miał mnie odebrać z lotniska, od razu postawiłem sprawę jasno: zanim zaczniemy cokolwiek zwiedzać, muszę coś zjeść, bo inaczej zjem jego. Na szczęście podszedł do tego z humorem.
W hotelu zostawiłem tylko bagaż i niemal od razu ruszyliśmy do jakiejś niewielkiej jadłodajni, która okazała się całkiem przyjemna. Wrzuciłem coś na ruszt, zjadłem w tempie, które pewnie nie przystoi turyście na wakacjach, ale za to błyskawicznie postawiło mnie na nogi. Dopiero wtedy byłem gotowy ruszyć dalej – do Chinatown.
Miasto tonęło w korkach, ale pogoda nieustannie dopisała. Najpierw pojechaliśmy w stronę portu, gdzie kolorowe statki i łodzie kołysały się na wodzie, tworząc naprawdę malowniczy widok. Niestety obok tego piękna trudno było nie zauważyć biedy, która momentami aż biła po oczach.
Chińska społeczność właśnie przygotowywała się do obchodów Chińskiego Nowego Roku – tym razem pod znakiem konia. Widać to było dosłownie wszędzie, na straganach, w sklepikach, na ulicach – pełno było figurek, obrazków i wszelkich ozdób z motywem konia.
Bazar, jak to bazar, żył własnym rytmem. Pełen był egzotycznych smaków i zapachów, na stoiskach można było znaleźć rzeczy, które dla Europejczyka wyglądają jak kulinarna przygoda z pogranicza odwagi i szaleństwa – robaki, chrząszcze, koniki polne, prażone jedwabniki. Do tego nieskończona liczba dziur w chodnikach, przez które trzeba było uważnie stawiać każdy krok.
A jednak wszystko miało swój niepowtarzalny urok. Spacerowaliśmy powoli między straganami, przeciskając się przez tłum. Mój przewodnik opowiadał o tej części miasta, o jej historii i mieszkańcach. Nie było gorąco tylko raczej tłoczno. Co chwilę docierały do mnie nowe zapachy: jedne kuszące a inne zdecydowanie mniej.
Do Birmy chciałem przyjechać od dziecka. Odkąd przypadkiem trafiłem na program podróżniczy: Azjatycka Magistrala. Jeden odcinek poświęcony był właśnie Birmie i pamiętam obejrzałem go jak zahipnotyzowany.
Niegdyś zapomniane i omijane szerokim łukiem, dziś Mjanma – dawniej Birma – powoli, lecz z niezwykłą siłą wraca na mapę marzeń podróżników. To kraj, który potrafi oczarować od pierwszego spojrzenia: złote stupy sięgające nieba niczym drapacze chmur, pradawne ruiny skąpane w porannym świetle, tajemnicze plemiona górskie, dzikie dżungle wciąż kryjące swoje sekrety, spokojne nadmorskie kurorty, sznury mnichów w bordowych szatach i miasta o hipnotyzującej atmosferze – te same, które rozpalały wyobraźnię Kiplinga i Orwella.
Przez długie dekady Birma była krajem zamkniętym, rządzonym przez wojskową juntę i odciętym od świata. Gdy wreszcie uchyliła swoje drzwi, podróżnicy mogli zajrzeć jedynie do kilku wybranych miejsc: zachwycających świątyń Baganu, pływających wiosek na jeziorze Inle, klasztorów Mandalaj oraz Rangunu – dawnej stolicy, pełnej kolonialnych śladów i strzelistych, złotych pagód.
Ale to już przeszłość. Po zniesieniu bojkotu turystycznego ogłoszonego przez Aung San Suu Kyi, Mjanma znów zaczęła przyciągać ciekawskich z całego świata. Przyjeżdżają tu w poszukiwaniu Azji, jakiej już prawie nie ma – autentycznej, niespiesznej, wciąż zanurzonej w rytmie tradycji. Jednocześnie kraj pozostaje pełen sprzeczności: władze nadal kontrolują ruch turystyczny, a wielu odwiedzających zadaje sobie pytanie, czy pieniądze zostawione w podróży nie trafiają do armii oskarżanej o liczne nadużycia.
Ci jednak, którzy zdecydują się tu przyjechać, odkrywają miejsce niezwykle poruszające – kulturę słynącą z życzliwości, zawieszoną pomiędzy dawnym światem a nieuchronną nowoczesnością. Klasztory są sercem birmańskiego życia, a buddyjskie rytuały wyznaczają codzienny rytm nawet w tętniącym zmianami Rangunie. To kraj, który nie krzyczy – on szepcze. I właśnie dlatego zostaje w pamięci na długo.
Dziś rano, zaraz po śniadaniu, zabrano mnie w miejsce, gdzie wciąż żyją dawne rzemiosła. Odwiedziliśmy lokalne warsztaty – takie, w których złoci się ornamenty, tka gobeliny, rzeźbi w drewnie i marmurze. Patrząc na pracę rzemieślników miałem wrażenie, jakby czas trochę się tu zatrzymał. Wiele z tych technik niemal się nie zmieniło od czasów, gdy przed wiekami powstawały przedmioty dla Dworu Królewskiego. Pogoda była przyjemna – ani za gorąco, ani zbyt wilgotno, jedynie smog i spaliny unoszące się w powietrzu czasem dawały się we znaki.
W Mjanmie mówi się, że zanim chłopak stanie się mężczyzną, musi najpierw zostać mnichem. To krótkie birmańskie przysłowie bardzo wiele wyjaśnia – choćby to, dlaczego w Myanmarze spotyka się tak ogromną liczbę mneichów. Buddyzm zajmuje tu w kulturze miejsce absolutnie wyjątkowe. Pojechaliśmy zobaczyć codzienne życie mnichów podczas porannej procesji po datki w Mahagandayon – największym klasztorze w Birmie, gdzie jednocześnie może mieszkać i uczyć się nawet około tysiąca mnichów. Ubrani w charakterystyczne bordowe szaty przechodzą przez teren klasztoru i okoliczne ulice, zbierając ofiarowane przez wiernych jedzenie. To stara, głęboko zakorzeniona buddyjska tradycja. Szczególnie często można ją zobaczyć w okolicach Mandalaj – grupy mnichów zmierzające po żywność są tam codziennym widokiem. Cała procesja odbywa się w ciszy, z ogromnym spokojem i godnością. To jednocześnie gest wsparcia ze strony lokalnej społeczności. Większość chłopców w Mjanmie spędza przynajmniej część życia w klasztorze, ucząc się zasad buddyzmu.
Mnichów widać tu dosłownie wszędzie. Małych chłopców, młodzieńców, starszych mężczyzn, a także mniszki. W czerwonych, pomarańczowych i bordowych szatach spacerują ulicami, modlą się w świątyniach, czasem krążą między stoiskami na targach.
Do kompleksu świątynnego dotarliśmy przed 10:00 rano, żeby zobaczyć jeden z najważniejszych momentów dnia – ceremonię śniadania. Gdy weszliśmy na dziedziniec klasztoru, naszym oczom ukazały się dwie długie kolumny mnichów ustawionych od najstarszego do najmłodszego. W pełnym skupieniu czekali na dźwięk dzwonu, który miał dać znak rozpoczęcia posiłku. Widok był naprawdę niezwykły. Z wielkich garów rozdawano jedzenie – ryż, owoce, warzywa i drobne słodycze. Jedna po drugiej bordowe sylwetki kierowały się do ogromnej jadalni. Najpierw modlitwa, potem posiłek. Wszystko obserwowałem przez szeroko otwarte drzwi i okna. Klasztor jest otwarty dla każdego – dzięki temu może nie tylko dzielić się swoją wiarą, ale też liczyć na wsparcie ludzi. Nazwiska tych, którzy szczególnie pomogli finansowo, zapisano na płytach ustawionych wzdłuż drogi prowadzącej do jadalni. Dowiedziałem się też, że każdy młody Birmańczyk powinien choć raz w życiu wstąpić do klasztoru i przejść ceremonię wprowadzenia w świat buddyzmu. Tak nakazuje tradycja wywodząca się z życia samego Buddy. Nauka powinna rozpocząć się przed dwudziestym rokiem życia i trwać przynajmniej tydzień. Dla rodziny młodego ucznia to ogromny zaszczyt. Pobyt w klasztorze ma też bardzo praktyczny wymiar – młody Birmańczyk poznaje najważniejsze teksty buddyjskie i wielowiekowe sutry. Uczy się czytać, pisać i liczyć, a w bardziej turystycznych miejscach, takich jak to, może także nauczyć się języka angielskiego. Czas spędzony w klasztorze bywa dla wielu z nich prawdziwą szansą – czasem nawet furtką do lepszej przyszłości.
Po lunchu odwiedziliśmy tekową świątynię – monastyr Shwenandaw. Ma ponad 120 lat i już od pierwszego spojrzenia zachwycał niezwykłą ilością misternych rzeźbień, które pokrywają niemal każdy fragment budowli – zarówno na zewnątrz, jak i wokół ołtarza. A jednak sama świątynia wydaje się zaskakująco skromna. W środku panuje półmrok, a drewniana podłoga skrzypi przy każdym kroku. Byłem tam jedynym zagranicznym turystą. Ludzie przyglądali mi się z ciekawością, ale zaraz potem pojawiały się uśmiechy.
Na koniec odwiedziliśmy Pagodę Kuthodaw, nazywaną „największą księgą świata”. Nazwa nie jest przypadkowa – buddyjskie pisma wyryto tam na 729 marmurowych płytach. Dzień zakończył się pięknym widokiem zachodzącego słońca ze Wzgórza Mandalaj i trudno było o lepsze zwieńczenie tego dnia. Chociaż nie, wpadłem jeszcze na kolacje w hotelowej restauracji gdzie od 2 dni byłem jedynym gościem. Osobliwe to było uczucie siedzieć w pojedynkę jakby na olbrzymiej sali balowej gdzie kelnerzy tylko czekali na jedno moje spojrzenie i zaraz przybiegali pytać czy czegoś mi nie brakuje.
W drodze do Mandalay zatrzymaliśmy się na wczesny lunch w Myingyan. Już po chwili podeszła do mnie bardzo miła kobieta, która z ogromnym zaangażowaniem próbowała namówić mnie, żebym wpadł na wesele jej dziecka. Po ich strojach widać było, że nie należą do biednych, a ja – w porównaniu z nimi – wyglądałem jak typowy, trochę zagubiony turysta z plecakiem. I właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, czym jest birmańska życzliwość. Taka zupełnie szczera: otwartość, dobroć i radość z życia, która nie potrzebuje wielkich słów.
W Birmie przede wszystkim widać uśmiechy. Najczęściej nieśmiałe. Czasem zapraszające do rozmowy, ale zazwyczaj – z powodu bariery językowej – po prostu witające mnie w ich kraju. Najbardziej w tej sztuce przodują dzieci. Te, które pomagają rodzicom przy ulicznych straganach i małych garkuchniach, i te, które całe dnie spędzają na ulicy. Wszystkie się uśmiechają. A ja odruchowo odwzajemniam ten uśmiech i nagle czuję, jak dzień staje się lżejszy.
Jedna rzecz szczególnie zwróciła moją uwagę wśród obnośnych sprzedawców. Prawie nikt nie próbował mnie nachalnie namawiać do zakupów i nikt nie proponował „spotkania później”, jak to bywa w wielu turystycznych miejscach świata. Wielu Birmańczykom, których spotykałem, wystarczała po prostu chwila rozmowy. Krótkie towarzystwo i czasem zdjęcie, które zostanie na pamiątkę naszego przypadkowego spotkania.
Sam wjazd do Mandalay potrafi trochę zdezorientować. Nagle piaszczysta, wyboista droga zmienia się w asfalt, ruch gęstnieje, a przy drodze pojawia się coraz więcej zabudowań. Miasto powoli zaczyna pulsować własnym rytmem. Mandalay to drugie co do wielkości miasto Birmy, ale wciąż ma w sobie coś z prowincji. Po ulicach spaceruje bydło, a przy wielu głównych drogach próżno szukać chodników. Po zmroku lepiej zresztą nie chodzić poboczem – brak oświetlenia sprawia, że łatwo skręcić nogę w jednej z licznych dziur przy drodze. Na mapie miasto wygląda zachęcająco, ulice biegną równolegle i prostopadle do siebie, jakby zapraszały do długich spacerów, w praktyce jednak chaotyczny i intensywny ruch uliczny szybko weryfikuje te plany.
Atrakcji w Mandalay nie brakuje, ale jedną z rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć, było coś bardzo prostego – zniknięcie w tłumie ludzi na słynnym moście U-Bein i obserwowanie zachodu słońca nad wodą. U-Bein to jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków Birmy. Drewniany most z drewna tekowego ciągnie się przez blisko 1200 metrów nad jeziorem Taungthaman. Przez cały dzień jest tu sporo ludzi, ale dopiero o zmierzchu most naprawdę ożywa. Na spokojnej tafli wody krążą rybacy. Mnisi w bordowych szatach przechodzą z jednego końca na drugi. Mieszkańcy wracają z pracy, przejeżdżając most rowerami z brzegu na brzeg. Polubiłem stać trochę z boku i po prostu patrzeć. Obserwować świat, którego nigdy nie będę częścią, a który potrafił wywołać u mnie jednocześnie szeroki uśmiech i dziecięce zdumienie. Co ciekawe, most nie ma żadnych barierek. Spacerując po nim, trzeba uważać – jeden nieostrożny krok i można spaść z wysokości prosto do wody.
Po solidnym, leniwym śniadaniu byłem gotowy na kolejną porcję Buddy i pagód – wiedziałem, że przede mną intensywny dzień. Mój przewodnik przyjechała chwilę po dziewiątej i ruszyliśmy w stronę kolejnych świątyń rozsianych po bezkresnej równinie.
Nie mam pojęcia, ile ich tego dnia zobaczyliśmy – 6 czy może 10? W pewnym momencie zaczęły zlewać się w jedną opowieść z cegły, malowideł i złota. Każda trochę inna, a jednak podobna, te same schody, te same wąskie przejścia, przyjemnych chłód, zapach kurzu i kadzideł, ale mimo tego zmęczenia powtarzalnością, cały Bagan miał w sobie coś hipnotyzującego. To miejsce naprawdę robi wrażenie i trudno przejść obok niego obojętnie.
Nie wróciliśmy od razu do hotelu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch, a kiedy w końcu dotarłem na miejsce, zamiast paść na łóżko, wskoczyłem do basenu. Najpierw oczywiście upewniłem się dyskretnie, że pływanie jest bezpieczne i nie spotkam tam ani wodnego węża, ani czegoś, co będzie mi się śniło po nocach. Kiedy już wszedłem do wody, poczułem przyjemne ukojenie.
W okolicach miasta odwiedziliśmy wiele rolniczych wiosek. Życie toczyło się tam spokojnie, z dala od głównych dróg i turystycznych tras, proste domy, pola uprawne, dzieci biegające boso, w tych miejscach można było zobaczyć prawdziwą codzienność – tradycyjne techniki pracy, rękodzieło, zwykłe życie bez pośpiechu.
W pamięci szczególnie zapadła mi jedna wioska, nie wiem, czy była „na trasie”, czy trafiliśmy tam przypadkiem, wyglądała autentycznie i akurat odbywało się tam wesele. Zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek, zupełnie naturalnie, bez dystansu. mogłem obserwować ceremonię, stroje, sposób, w jaki ludzie się bawili, patrzyłem na ich relacje, gesty, uśmiechy. Zwyczajna życzliwość, szczere zainteresowanie, zagadywanie mnie bez skrępowania, czułem się mile widziany, a nie jak intruz z aparatem. To było jedno z tych doświadczeń, których się nie planuje, a które zostają w głowie na długo.
W Birmie nie spotkałem nachalnych sprzedawców. Owszem, coś proponowali, ale bez presji, bez irytującego nagabywania, raczej z uśmiechem i szacunkiem, było w tym coś bardzo naturalnego i bardzo ludzkiego.
Z powodu lotu balonem czekała mnie bardzo wczesna pobudka. Chwilę po piątej byłem już na nogach, jeszcze lekko zaspany, ale podekscytowany niemal jak dzieciak przed wycieczką szkolną. Minibus podjechał pod hotel punktualnie a w środku, ku mojemu zaskoczeniu, oprócz mnie było jeszcze pięciu Polaków – od razu zrobiło się swojsko.
Rodacy powiedzieli mi, że dzień wcześniej lot się nie odbył – oficjalnie z powodu złej pogody. Ja jednak miałem swoje podejrzenia tzn. turystów było niewielu, więc możliwe, że po prostu czekano na skompletowanie grupy, taki balon zabiera 16 osób i dopiero dziś wszystko się „spięło”.
IMG_20260130_072031_014.jpg
Na miejscu startu panował półmrok, usiedliśmy w małych grupkach, popijając herbatę i kawę, przegryzając krakersy. Mimo zarwanej nocy wszystkim dopisywał humor, w powietrzu czuć było ekscytację, ekipa techniczna rozkładała ogromną czaszę balonu i powoli napełniała ją powietrzem. Patrzyliśmy, jak z bezwładnego materiału rodzi się coś majestatycznego, robiliśmy zdjęcia, śmialiśmy się, ktoś żartował półgłosem.
Zanim tu dotarłem, miałem w głowie pewien obraz. Ciepłe kolory świtu, mgły oplatające podstawy świątyń, niebo pełne balonów i ten charakterystyczny dźwięk palników rozrywający ciszę poranka – wszystko jak z pocztówki…
W końcu usłyszeliśmy komendę: „Wszyscy na pokład”, zajęliśmy miejsca, po cztery osoby w każdej części kosza, krótkie instrukcje dotyczące lądowania, kilka żartów dla rozluźnienia atmosfery i nagle, niemal niezauważalnie, ziemia zaczęła się oddalać a my płynęliśmy.
Ciemność powoli ustępowała miejsca pierwszym promieniom słońca. Nad równiną Bagan unosiła się cisza przerywana jedynie szumem palnika, w pewnym momencie z oddali dobiegły śpiewy mnichów. To był ten moment, kiedy człowiek przestaje robić zdjęcia i po prostu patrzy.
Przyznam, że spodziewałem się większej liczby balonów nad świątyniami, tymczasem byliśmy jedyni. Może to złudzenie, może kwestia kierunku wiatru, ale przez niemal godzinę unosiliśmy się w promieniu kilku kilometrów, podziwiając wschód słońca tylko dla siebie. Nie było zimno, powietrze było przyjemne, słońce delikatnie ogrzewało twarz, a widoki zapierały dech w piersiach.
Lot balonem nad Baganem to doświadczenie, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Cisza, ogrom przestrzeni, tysiące pagód wyrastających z ziemi jak ceglane wyspy, nic dziwnego, że uchodzi za jedną z najbardziej spektakularnych atrakcji tego typu na świecie.
Po lądowaniu czekała na nas symboliczna lampka bąbelków, były też pamiątkowe zdjęcia, krótkie rozmowy i wręczenie certyfikatów a potem rozwieziono nas do hoteli. Dopiero wtedy mogłem spokojnie zjeść śniadanie i przygotować się na kolejną dawkę świątyń, pagód i posągów Buddy.
O dziewiątej odebrał mnie przewodnik. Ten dzień dopiero się zaczynał.
Obudziłem się w nocy, chwilę po drugiej i to nie przez hałas czy komary, tylko przez sen. Nagle przypomniało mi się, że to koniec miesiąca i muszę wysłać wypowiedzenie! Serce zaczęło bić szybciej, jakby to była sprawa życia i śmierci. Zaspany, z półprzymkniętymi oczami, próbowałem ogarnąć maila, szło opornie, bo przez ostatnie dni poczta działała fatalnie, słabe wi-fi, wiadomości, które się nie wysyłały, wszystko się zawieszało. Wkurzałem się coraz bardziej bo traciłem na to mnóstwo czasu, ale w końcu, po którymś podejściu, udało się. Klik. Wysłane. Mogłem znowu zasnąć.
O 8:30 przyjechał kierowca i ruszyliśmy w stronę Baganu. Przed nami prawie 637 kilometrów drogi, Mjanma potrafi być bezkresna. Zatrzymaliśmy się tylko dwa razy – raz na szybkie zdjęcia, drugi raz na lunch. Resztę czasu praktycznie przespałem, tego dnia nie miałem na nic energii. W pewnym momencie zatrzymała nas policja turystyczna do kontroli paszportów, wjeżdżaliśmy do innej prowincji, potem każde kolejne rogatki mijaliśmy już bez zatrzymywania.
Do Baganu dotarliśmy późnym popołudniem, zamiast do hotelu, od razu ruszyliśmy w teren. Chciałem zobaczyć choć część z tych około dwóch tysięcy świątyń, pagód i klasztorów rozsianych po całej równinie.
Bagan to starożytne miasto w centralnej części kraju, kiedyś serce potężnego królestwa. W czasach swojej świetności wzniesiono tu podobno około 13 tysięcy świątyń, stup i klasztorów. Dziś przetrwało około dwóch tysięcy i nawet ta liczba robi wrażenie, kiedy stoisz na płaskiej jak stół ziemi i widzisz, jak ceglane sylwetki wyrastają z kurzu niemal po horyzont.
Budowa świątyń była wyrazem religijnego oddania, ale też ambicji i potęgi władców. Chodziło o coś więcej niż wiarę, o zapisanie się w historii. Większość budowli nie przetrwała wojen, grabieży i trzęsień ziemi – część była drewniana, część zwyczajnie rozsypała się z biegiem czasu, a jednak to, co zostało, wciąż ma w sobie magię.
Dawna stolica Mjanmy przez lata przyciągało podróżników jak magnes. Dziś również, choć w przeszłości władze wojskowe otworzyły region na turystów głównie z powodów ekonomicznych, pieniądze zaczęły płynąć szerokim strumieniem.
Miejsce jest naprawdę niezwykłe, piękne, surowe, monumentalne, tyle że wszechobecny pył daje się we znaki. Kurz był dosłownie wszędzie – na skórze, w ustach, w oczach, towarzyszył mi w każdej sekundzie zwiedzania.
Zwiedzanie świątyń oznaczało jedno – chodzenie boso. Po kilku pierwszych obiektach zrezygnowałem z butów trekkingowych, ciągłe ściąganie i zakładanie zaczęło mnie irytować. Zostałem więc z nimi w ręku i z nagimi stopami na rozgrzanej ziemi, czując pod palcami kurz, piasek i historię tego miejsca.
Zachód słońca oglądany z jednego ze wzgórz był niezapomniany. Niebo zmieniało kolory, pagody ciemniały na tle pomarańczowej poświaty, a wszystko wokół zwalniało.
Większość świątyń pochodzi z XI, XII i XIII wieku. Rozrzucone są po ogromnym obszarze i nie sposób zobaczyć wszystkiego w jeden dzień. Wiedziałem jednak, że chcę przeżyć Bagan w wyjątkowy sposób. Zarezerwowałem lot balonem na następny poranek. Skoro nie zrobiłem tego ani w Kapadocji, ani w Egipcie, to uznałem, że to właśnie tutaj jest ten moment. Wschód słońca nad tysiącami pagód wizytówką regionu.
Wyjazd zaplanowano na 5:20 rano. Skoro postanowiłem już „zwiedzać na bogato”, upewniłem się wcześniej, że lot organizuje doświadczona, certyfikowana załoga. Następny dzień zapowiadał się intensywnie – od bladego świtu do późnego wieczora.
W nocy dosłownie mnie wygwizdało w tej mojej leśnej chatce. Budziłem się kilka razy, trzęsąc się z zimna i naciągając na siebie coraz więcej warstw. W końcu nie wytrzymałem ściągnąłem dodatkową kołdrę i pled z sąsiedniego łóżka, owinąłem się nimi jak kokon i próbowałem przestać szczękać zębami. Uparcie odganiałem myśl, że rano czeka mnie lodowaty prysznic. Woda podgrzewana panelami słonecznymi nie miała najmniejszych szans nagrzać się przez noc., pocieszałem się tylko, że od jednego niedomycia nikt jeszcze nie umarł.
Leżąc tak pod stertą koców, przypomniałem sobie, że Birma była na mojej liście marzeń od dzieciństwa i właśnie tu jestem. Ta myśl wracała do mnie przez cały dzień – jak ciche przypomnienie, że spełniam coś, o czym kiedyś tylko czytałem lub oglądałem w programach podróżniczych.
Śniadanie zjadłem na piętrze, na pięknym tarasie z widokiem na okolicę. Byłem jedynym gościem, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Omlet, świeże owoce, kawa i oleiste, pikantne shwenoodle z kurczakiem, które okazały się dla mnie zbyt specyficzne.
Poranek był zaskakująco chłodny, chodziłem więc opatulony od stóp do głów. Kilka godzin później ten sam dzień zamienił się w rozgrzaną patelnię. Słońce zaczęło prażyć bez litości i szybko poczułem, że twarz mam już solidnie muśniętą, a może raczej przypieczoną.
Może gdybym posmarował ją thanaką, jak robią to lokalne kobiety, uniknąłbym tego efektu. Ta żółtawa, pachnąca pasta z kory drzewa, nakładana w kółka lub pasy na policzki i czoło, to coś więcej niż kosmetyk. Naturalny filtr, chłodząca warstwa w upale, sposób na cerę i jednocześnie ozdoba. Na twarzach kobiet i dzieci wyglądała jak delikatny, codzienny rytuał.
W końcu wsiedliśmy do łodzi i wypłynęliśmy na jezioro. Spędziliśmy na wodzie długie godziny. Mijaliśmy kolorowe domy na palach, ludzi karmiących mewy, dzieci machające z pomostów. Turystów wciąż było niewielu, co nadawało temu miejscu spokój, którego coraz trudniej szukać w popularnych zakątkach świata.
Muszę przyznać, że rybacy znad jeziora Inle nie wyglądali już dokładnie tak, jak na zdjęciach sprzed dwudziestu lat. Świat się zmienia, nawet w miejscach, które wydają się zatrzymane w czasie. Pomyślałem wtedy, jak ważne jest personalizowanie podróży – wiedzieć, co naprawdę chce się zobaczyć, robić notatki i w odpowiednim momencie powiedzieć przewodnikowi: „zatrzymajmy się tutaj”.
Wypatrywałem rybaków balansujących na jednej nodze tej charakterystycznej, niemal akrobatycznej pozy, którą znałem ze zdjęć. Jedna noga opleciona wokół wiosła, druga stabilnie oparta na łodzi, ręce zajęte siecią, wzrok wbity w wodę. Okazało się jednak, że ci „prawdziwi” rybacy to już rzadkość. Moja przewodniczka uśmiechnęła się i po godzinie zorganizowała jednego z lokalnych mężczyzn, który zapozował mi do zdjęć. Świat się zmienia, czasem nawet tradycja dostosowuje się do obiektywu aparatu.
Mieszkańcy jeziora żyją w dużej mierze samowystarczalnie, łowią ryby, uprawiają pływające ogrody zbudowane z mułu i wodorostów, zbierają pomidory i warzywa. Z łodzi można obserwować ich codzienność: pranie, kąpiele, pracę w ogrodach, przenoszenie trzcin, tkactwo z włókien lotosu, naprawę srebrnej biżuterii. Wszystko toczy się swoim rytmem.
Wioski unoszą się na wodzie, drewniane domy na palach, przed każdym jedna lub dwie łodzie, bez których nie da się tu funkcjonować. Patrząc na przepływające łodzie z turystami, zastanawiałem się, czy mieszkańcy nie mają czasem wrażenia, że ich życie stało się spektaklem, codziennie ktoś podpływa, robi zdjęcia, zagląda w okna, obserwuje.
W pewnym momencie dopłynęliśmy do brzegu, gdzie cumowało wiele łodzi. Sternik wskazał mi wąską ścieżkę prowadzącą na lokalny targ, minąłem kobiety z górskich plemion, w kolorowych chustach na głowach, sprzedające drewno na opał. Ich twarze były spokojne, skupione. Później znów wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy do bardziej turystycznego miejsca, domu na palach, gdzie powstają tkaniny. Młoda Birmanka oprowadziła mnie po warsztacie, tłumacząc cały proces: od pozyskiwania włókien, przez tkanie i farbowanie, aż po gotowe produkty – longyi, koszule, torby. Jedwab, bawełna, lotos – wszystko kolorowe, misternie wykonane i do kupienia.
W centrum ręcznego tkania lotosu zobaczyłem, jak cienką nić wyciąga się ze łodygi, jak skrupulatnie nawija się ją na szpulkę – proces długi, wymagający cierpliwości i precyzji. Z tych nici powstają szale, spódnice, czapki, tradycyjne stroje, każdy kawałek materiału ma w sobie godziny czyjejś pracy.
Gdziekolwiek dopływaliśmy, czułem niesamowity klimat tego miejsca, było w nim coś ciepłego i prawdziwego, uśmiechy, serdeczność, naturalność. Mimo że byłem daleko od domu, miałem wrażenie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.
Restauracje hotelowe świecą pustkami, nie dlatego że brakuje gości, ale dlatego, że Mjanmar dusi się w kryzysie. Wszyscy narzekają na rosnące koszty życia, a kraj od lat krąży w tym samym, ponurym rytmie: zamachy stanu, wojna domowa, niegospodarność i brutalne represje. Każda próba wprowadzenia demokracji była systematycznie sabotowana przez wojsko, którego przetrwanie od dekad opiera się na korupcji, przymusie i kontroli nad gospodarką. Ten kryzys widać na każdym kroku: zamykanych restauracjach, pustych hotelach, zaniedbanych sklepach. Ludzie żyją w ubóstwie, a nadzieja na zmianę wydaje się dziś bardzo odległa.
Moja przewodniczka Khin Khin pokazała mi ulicę niedaleko hotelu, dokąd wieczorem mogłem wybrać się na kolację. Zapamiętałem drogę, charakterystyczne punkty orientacyjne i obiecałem sobie, że po południu ruszę tam w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Trafiłem bezbłędnie, zaglądałem po kolei do różnych jadłodajni, ale żadna nie budziła mojego szczerego entuzjazmu. Wiele z nich wyglądało dość smutno, a w środku serwowano głównie wafle, pizzę, frytki, burgery albo azjatyckie „specjały”, które leżały w przeszklonych gablotach i nie wyglądały ani świeżo, ani apetycznie.
Przypadkiem natknąłem się na willę, w ogrodzie siedziała rodzina, wspólnie jedli kolację, grillując owoce morza. Zatrzymałem się na chwilę przy bramie i poczułem ukłucie zazdrości, bo sam nagle nabrałem ogromnej ochoty na coś podobnego. Po chwili zauważyłem kolejną rodzinę, siedzącą na prowizorycznych krzesłach przy małym stoliku, również zajadającą się owocami morza. Patrzyłem na nich z zaciekawieniem, kiedy nagle z z domu wyszedł mężczyzna i łamaną angielszczyzną zaprosił mnie do środka.
Okazało się, że to niewielka restauracja bufetowa, specjalizująca się w mookacie. Mookata to taka popularna w Tajlandii forma biesiadowania, coś pomiędzy grillem a hot potem. Na specjalnej, kopułowej patelni grilluje się mięso, a w rowku wokół niej bulgocze aromatyczny bulion, w którym gotują się warzywa, makaron i owoce morza. Wypukły środek służy do smażenia mięs np. boczku, marynowanej wieprzowiny a tłuszcz spływa do bulionu, nadając mu głębi smaku. Do wyboru było wszystko: cienko krojona wieprzowina, kurczak, wołowina, krewetki, ośmiorniczki, kalmary, kapusta, warzywa i różne rodzaje makaronu.
Zrobiłem trzy podejścia do bufetu! Za każdym razem nakładałem sobie górę owoców morza, warzyw i makaronu, a potem z dziecięcą radością grillowałem swoją kolację. Na koniec podziękowałem właścicielowi za ten wyborny posiłek i ruszyłem w drogę powrotną do hotelu.
Drogę pamiętałem, ale problem polegał na tym, że zapadła już zupełna ciemność, a ulice nie miały żadnego oświetlenia. Szedłem niemal po omacku, aż nagle przypomniałem sobie, że Mjanma słynie z jadowitych węży – żmij, kobr, pytonów birmańskich, a nawet tzw. węży latających. Podobno żyje tu około 150 gatunków węży, z czego blisko 40 jest jadowitych. Wyobraźnia natychmiast przyśpieszyła, ogólnie galop myśli, a każdy kolejny krok w ciemność wydawał się coraz bardziej ryzykowny.
Oświetlałem sobie drogę latarką w telefonie, chodnika nie było, bałem się, że wpadnę do jakiegoś rynsztoka. Liczyłem kolejne zakręty i pagody, wiedząc, że po trzecim skręcie muszę odbić w lewo i wtedy usłyszałem szczekanie. Całą sforę psów. Przypomniałem sobie, że wcześniej widziałem tu bezpańskie psy, wylegujące się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca a teraz gdzieś tu biegały i czekały…
Im bliżej podchodziłem, tym głośniejsze było warczenie. Bałem się nawet skierować w ich stronę światło latarki, żeby ich nie sprowokować. W pewnym momencie zatrzymałem się kompletnie i pomyślałem, że chyba nie pójdę dalej, chciałem wrócić i poprosić kogoś, żeby podwiózł mnie do hotelu. Strach był prawdziwy, wróciły wspomnienia z Zanzibaru, gdzie kiedyś nocą na plaży goniły mnie psy i bałem się, że skończy się to dla mnie bardzo źle. Tamto doświadczenie pozostawiło trwały ślad.
Stałem tak kilka długich minut, sparaliżowany, gdy nagle usłyszałem nadjeżdżający motor. Jadący nim mężczyzna nieświadomie odciągnął uwagę psów, cała zgraja pobiegła za nim, ujadając wniebogłosy. Wykorzystałem ten moment, ruszyłem biegiem w stronę hotelu i dopiero tam, bezpieczny, poczułem, jak schodzi ze mnie całe napięcie.
Rano zawieźli mnie na lotnisko. Po wczorajszych kulinarnych przygodach skutecznie odechciało mi się hotelowego śniadania. Żołądek wciąż pamiętał swoje, więc wolałem przeczekać i zjeść coś dopiero na lotnisku – nawet gdyby miała to być tylko czarna kawa i herbatnik. Do wylotu do Heho zostało ponad godzinę, więc nigdzie się nie spieszyłem – chwila ciszy przed kolejnym etapem podróży.
Kontrola bezpieczeństwa na lotnisku była wyjątkowo skrupulatna – wyciągali i oglądali dosłownie wszystko: zawartość plecaka, kieszeni, każdej zasuwanej przegródki, nawet nerkę na biodrze. W pewnym momencie, w tym całym zamieszaniu, z ręki wypadły mi pieniądze. Banknoty dolarowe rozsypały się po podłodze, a że w Mjanmie bankomaty praktycznie nie działają, a zachodnie karty kredytowe są bezużyteczne, te „fruwające” dolary wzbudziły niemałe zainteresowanie. Szybko je pozbierałem, czując na sobie kilka uważnych spojrzeń.
Po przylocie do Heho wysadzili nas prosto na płytę lotniska. Mały, prowincjonalny port bez rękawów, schodów, bez pośpiechu, pieszo ruszyliśmy w stronę niewielkiego budynku przypominającego bardziej budkę niż terminal. Ponieważ przyleciałem do innego regionu kraju, wszystkich pasażerów szczegółowo sprawdzano: dokumenty, paszporty, pytania o cel podróży i miejsce pobytu. Trochę to było dziwne, ale nie zamierzałem dyskutować. Spokojnie, rzeczowo odpowiadałem na pytania, uśmiechałem się i czekałem, aż przyjdzie moja kolej, by ruszyć dalej.
W drodze nad Inle Lake zatrzymaliśmy się w Kalaw – malowniczym, autentycznie górskim miasteczku, które uchodzi za bazę wypadową na trekkingi. Rzeczywiście było w nim coś kojącego. Cisza, świeższe powietrze, zielone wzgórza dookoła, podobno to idealne miejsce, by na kilka dni uciec od zgiełku miast – i wierzę w to bez zastrzeżeń. Kalaw ma w sobie tę rzadką dziś prawdziwość – nie zostało jeszcze „zepsute” przez masową turystykę. Samo miasteczko nie jest jakieś spektakularne, ale po Mandalay i okolicach zaskoczyły mnie murowane domy i chodniki. Nagle wszystko wydało się bardziej uporządkowane.
Zakwaterowano mnie w kameralnym, uroczym domku hotelowym schowanym w ogrodzie. Miałem wrażenie, jakbym nocował w środku lasu – cisza, zapach palm, wilgotnej ziemi, robactwo, gady i płazy gdzieś w tle. Byłem jedynym hotelowym gościem, co miało swój klimat, ale też konsekwencje: bar na dachu zamknięty, restauracja nieczynna. Wieczorem w domku zrobiło się przenikliwie zimno, a prysznic w zimnej wodzie skutecznie mnie otrzeźwił. Stałem pod tym lodowatym strumieniem i myślałem, jak bardzo doceniamy pewne rzeczy dopiero wtedy, gdy ich brakuje i jak dobrze mamy na co dzień w Polsce.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.