Dzień 1 – Bez tłumów, bez chaosu.

Spróbowałem pierwszych lokalnych dań. Birmańskie curry – bardzo tłuste, podawane z ryżem i całą gamą dodatków: warzywa, kiszonki, sosy rybne, chili. Do tego sałatka z fermentowanych liści herbaty z pomidorami i orzeszkami ziemnymi. Smaki intensywne, zupełnie inne niż w Europie. Wiem, że najlepsze jedzenie czeka na ulicznych straganach, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Turystów praktycznie nie ma. Może dwóch Japończyków mignęło mi gdzieś w oddali i to wszystko. Kiedy spaceruję ulicą, ludzie otwarcie się na mnie patrzą. Łysy, biały, wysoki – trudno się nie wyróżniać. Czuję się trochę jak atrakcja turystyczna.

Zachód słońca oglądaliśmy w Shwedagon Pagoda – najświętszej i najbardziej majestatycznej świątyni w kraju. Pokryta szczerym złotem, wysadzana kamieniami szlachetnymi, według wierzeń skrywa relikwie czterech poprzednich Buddów. Ma ponad 2,5 tysiąca lat. Od świtu do nocy wypełniają ją mnisi i wierni. Ludzie obmywają swoje znaki zodiaku – tutaj horoskop zależy od dnia tygodnia, w którym się urodziłeś. Okazało się, że jestem tygrysem z poniedziałku. Pagody całe w złocie, pięknie oświetlone, pełne lokalnych mieszkańców i historii. Tutaj do świętych miejsc wchodzi się boso, bez butów, bez skarpetek. Tak chcą mnisi i nikt z tym nie dyskutuje. Zachodnich turystów wciąż jak na lekarstwo, co – nie ukrywam – jest przyjemne.

Internet działa tu bardzo słabo. Nie mam roamingu, w hotelu jest Wi-Fi, ale bez VPN nie połączyłbym się z WhatsAppem czy Instagramem, mogę co najwyżej ściągnąć maile – trochę jak powrót do innej epoki.

Choć nasze MSZ stanowczo odradza podróże do Mjanmy, cieszę się, że tu przyleciałem. Moje zaprzyjaźnione wietnamskie biuro podróży ma tu swoją filię – gdyby było naprawdę aż tak niebezpiecznie, nie działaliby na miejscu. Oczywiście sytuacja przy granicy z Tajlandią jest niestabilna, zdarzają się starcia zbrojne i działają tam przemytnicze gangi, ale Birma to ogromny kraj. Nie mam zamiaru zapuszczać się tam, gdzie może być groźnie.

Na razie chłonę Rangun. Inny świat. Inne tempo. Inna rzeczywistość. I dopiero pierwszy dzień.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dzień 1 – Bangkok – Rangun

Pierwsza noc po nocnym locie do Bangkoku była ciężka. Niby byłem zmęczony, a jednak nie mogłem zasnąć klasyczny jetlag, kręciłem się z boku na bok, aż w końcu zasnąłem prawie nad ranem tylko po to, żeby o szóstej wyrwać się z łóżka na dźwięk budzika i ruszyć na lotnisko.
Wolałem być wcześniej, spokojna odprawa, kontrola paszportowa, bagaż, wszystko bez pośpiechu. No i śniadanie a to było mi naprawdę potrzebne, bo w brzuchu burczało mi tak, że chyba słyszeli to inni pasażerowie. Postawiłem na miskę gorącego ramenu i to był bardzo dobry wybór.

W samolocie do Rangunu spałem już jak dziecko, mój organizm w końcu się poddał. Samolot był pełny, dostałem miejsce w 47. rzędzie, prawie na samym końcu, choć lubię siedzieć przy oknie, ale tym razem nie miało to większego znaczenia, bo i tak przespałem większość lotu.

Na miejscu wszystko poszło zaskakująco sprawnie. Procedura wizowo-paszportowa szybka, bez nerwów, zupełnie nie czułem, że przylatuję do kraju, który uchodzi za trudno dostępny. Jedyna różnica? Byłem jednym z nielicznych zachodnich turystów, wokół sami Birmańczycy i Tajowie.

Na lotnisku czekał już mój lokalny przewodnik. Sympatyczny, starszy pan, z charakterystyczną srebrną „jedynką” w ustach i nieodłącznym betelem, który żuł bez przerwy. Uśmiechał się często, tak szczerze i serdecznie. A mnie za każdym razem przechodził lekki dreszcz obrzydzenia, bo betel zostawia na zębach i ślinie intensywnie czerwony ślad a plucie na chodnik jest w tym kraju zupełnie normalne.

Nie było bardzo gorąco, co przyjąłem z ulgą. Najpierw ruszyliśmy w stronę centrum wymienić pieniądze i zobaczyć kolonialne budynki, pozostałości po brytyjskim imperium, trochę nostalgii zaklętej w odpadających tynkach i balkonach z kutego żelaza. Potem odwiedziliśmy ogromnego, leżącego Buddę – naprawdę robi wrażenie swoją skalą.

Po południu wróciłem do hotelu Summit Parkview. Położyłem się na pół godziny, żeby złapać oddech. Zszedłem coś zjeść i to był moment, który zapamiętam na długo: w pewnej chwili coś spadło mi z talerza, pomyślałem: groszek. Odruchowo chciałem go złapać. A to nie był groszek. To był karaluch.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

W drogę – zanim zdążę się rozmyślić czyli czas na siebie.

W piątek, do samego końca dnia w biurze, krążyła mi po głowie jedna myśl: czy nie powinienem wysłać wypowiedzenia jeszcze przed urlopem. Po rozmowach z kilkoma zaufanymi osobami doszedłem do wniosku, że zrobię to jednak już w trakcie wyjazdu. Mail był przygotowany, papierowa wersja pisma wylądowała w szufladzie – na wszelki wypadek. Nie czuję z tego powodu szczególnej dumy, nie chcę nikomu niczego udowadniać ani triumfalnie trzaskać drzwiami, ale są momenty, w których trzeba pomyśleć o sobie, a nie o elegancji gestu. Pracodawca nie wahałby się ani chwili, nie pytając, czy właśnie nie burzy mi jakiś prywatnych planów. Nie zobaczę więc kilku min w piątek bo zamiast tego stanę przed innym, znacznie przyjemniejszym dylematem: kolorowy drink z parasolką czy bez?

Spakowałem się sprawnie, na rano zamówiłem taksówkę, zapowiadany powrót zimy nie nadszedł, więc i do Warszawy dotarłem bez większych przeszkód. Na locie z Wiednia do Bangkoku wykupiłem miejsce z dodatkową przestrzenią na nogi, licząc na komfort i sen przez całą noc. Tuż przed wejściem na pokład okazało się jednak, że przeniesiono mnie do klasy premium i faktycznie fotel rozkładał się głębiej, jedzenie było lepsze, wino lało się bez skrępowania. Jedyny minus – miejsce w środku. Gdy w nocy wszyscy rozłożyli swoje siedzenia, miałem momenty najczystszej frustracji. Ale w końcu dotarłem – ja i mój bagaż jesteśmy w komplecie.

Jutro rano lecę dalej, do Rangunu. Bangkok przywitał mnie piękną pogodą – gorąco, ale przyjemnie. Hotel wybrałem blisko lotniska, żeby o świcie nie przedzierać się przez zakorkowane serce metropolii. Reszta dnia jest już tylko dla mnie: niespieszny relaks i smakowanie lokalnej kuchni, z książką, bez planu i pośpiechu. Dokładnie tak, jak być powinno na urlopie.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Kiedy nic się nie dzieje, a wszystko się zmienia

Odkąd po świąteczno-noworocznej przerwie wróciłem do biura, niewiele się działo. Czekając na nowy projekt, przeklikiwałem zaległe szkolenia, wpadałem do biura głównie po to, by zobaczyć znajome twarze, zjeść lunch z ludźmi, których lubię i znów wrócić do domu. Towarzyszył mi ten osobliwy stan zawieszenia – błogi na powierzchni, ale w środku coraz bardziej niepokojący. Nuda potrafi być głośna, kiedy ma się za dużo czasu na przemyślenia. Nikt nie angażował mnie w nowe rzeczy – wszyscy wiedzieli, że za chwilę zaczynam urlop, tkwiłem w dziwnym stanie zawieszenia, który z każdym kolejnym dniem coraz gorzej wpływał na moje samopoczucie.

Wracałem myślami do K. i jej nagłej śmierci, jak łatwo coś się kończy, nawet jeśli nikt nie jest na to gotowy. 

Pogrzeb K., 9 stycznia, przypomniał mi też inną datę – dokładnie dwa lata wcześniej się rozwiodłem. Wysłałem bukiet kwiatów, kilka razy rozmawiałem z V. To, przez co będą przechodzić najbliżsi K. przez najbliższe kilkanaście lat, jest niemal niewyobrażalne. Rodzeństwo najprawdopodobniej zostanie rozdzielone – każde z niepełnoletnich dzieci trafi do swojego ojca, do innego kraju. Najmłodszy syn, jeśli nie wyjedzie do ojca do Irlandii, może zostać decyzją sądu umieszczony w placówce. Dom obciążony kredytem zostanie sprzedany przez bank, a rodzice K. – ukraińscy uchodźcy, bez znajomości języka, uregulowanego pobytu i środków do życia staną przed koniecznością opuszczenia Szwajcarii albo powrotu do Ukrainy – kraju, do którego wciąż trudno wracać.

Na początku stycznia, jakby zupełnie z innego świata, odezwał się do mnie rekruter. Zaprosił mnie do udziału w procesie rekrutacyjnym do szwajcarskiej firmy z branży piekarniczej. Wysłałem cv i podałem zaporowe oczekiwania finansowe. Po pierwszej rozmowie, tydzień później, zaproszono mnie na drugi etap. Okazało się, że znam trzy osoby pracujące w tej firmie, ze wszystkimi miałem okazję porozmawiać podczas interview. Każda rozmowa była jak mały znak na drodze, potwierdzenie, że może jednak idę w dobrą stronę.

Wczoraj był mój ostatni dzień w biurze przed wylotem do Bangkoku. Jeszcze przed dziesiątą rano znalazłem maila w prywatnej skrzynce. Przez chwilę byłem pewien, że to standardowe podziękowanie za udział w rekrutacji. Okazało się jednak, że jest dokładnie odwrotnie…

Nowy rok, nowy ja, nowa praca. Ciekaw jestem jak się w tym wszystkim odnajdę i czy będę zadowolony z drogi, którą właśnie zaczynam.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Kiedyś mnie to spotkało a dziś patrzę na to inaczej

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka. Odezwała się w ciągu dnia, z góry założyłem że będzie chciała skorzystać ze sposobności zostanie u mnie na noc, bo będzie odwiedzała Wrocław. Rozmowa szybko zeszła na pracę i wtedy powiedziała mi, że po 21 latach w mojej dawnej firmie zostanie zwolniona. Bez wielkich emocji w głosie, raczej spokojnie, ale było widać, że to jeszcze do niej nie do końca dotarło. Słuchałem jej i miałem wrażenie, że słyszę samego siebie sprzed dziesięciu lat. Dwadzieścia jeden lat w jednym miejscu to kawał życia. Człowiek przyzwyczaja się do rytmu dnia, ludzi, zasad i nagle to wszystko znika i zostaje pustka. Moja koleżanka mówiła o dezorientacji, o tym, że nie wie, od czego zacząć i czy w ogóle pasuje jeszcze do obecnego rynku pracy. To nie były wielkie dramaty, raczej zwykłe, ciche obawy, które pojawiają się same, nawet jeśli próbujemy je odsunąć.
Dokładnie to samo pamiętam u siebie. Po odejściu miałem wrażenie, że ktoś nagle przestawił mi życie na tryb „pauza – pustka”. Dni zrobiły się dziwnie długie, a myśli zaczęły krążyć wokół co dalej? Trzeba było na nowo nauczyć się mówić o sobie, wysyłać cv, umawiać się na rozmowy i choć z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku, w środku z tygodnia na tydzień było coraz więcej niepewności.
Powiedziałem jej, że to normalne, bo po tylu latach zmiana nie jest czymś, co da się ogarnąć w tydzień, potrzeba czasu, żeby poukładać myśli, odzyskać pewność siebie i przyzwyczaić się do nowej sytuacji i nie ma w tym nic dziwnego ani wstydliwego.
Dziś, z perspektywy tych dziesięciu lat, mogę powiedzieć, że tamta zmiana wyszła mi na dobre, choć wtedy absolutnie tak tego nie widziałem. Znalazłem inną pracę, nauczyłem się nowych rzeczy i przede wszystkim zrozumiałem, że jedna firma nie definiuje człowieka na zawsze. Doświadczenie zostaje, nawet jeśli zmienia się miejsce.
Koleżanka jest dopiero na początku tej drogi, ma prawo czuć się zagubiona i zmęczona całą sytuacją, ja wiem jednak, że z czasem wszystko zacznie się układać, może inaczej, niż planowała, ale niekoniecznie gorzej. Skoro mnie się wtedy udało stanąć na nogi, jej też się uda.

Opublikowano Brak kategorii | 3 Komentarze

Inny odcień pracy w korporacji

W consultingowym świecie przychodzi czasem dziwny moment, kiedy to tempo codziennych spotkań, prezentacji i deadline’ów nagle zwalnia. Zegar tyka wolniej, skrzynka mailowa milczy, a ty zamiast pędzić z kolejnym projektem, siedzisz na tzw. „ławce”. Z jednej strony brzmi to jak urlop, z drugiej – trochę jak zawieszenie w próżni. To całkiem normalne, choć potrafi człowieka lekko zdemotywować. Oczywiście, w tle zawsze czai się ta ciemniejsza myśl: co, jeśli nowy projekt nie nadejdzie, ale bez paniki – takie okresy zdarzają się każdemu. Czasem rynek zwalnia, czasem projekty się kurczą, a my – konsultanci w stanie spoczynku – uczymy się cierpliwości i tego, że nawet stojąc w miejscu, można wciąż się rozwijać – choć może trochę wolniej i z kubkiem kawy w ręku.

Chodzę do biura, bo muszę – dwa razy w tygodniu, ale prawda jest taka, że właściwie nic tam nie robię. Każdego dnia próbuję nadrabiać zaległe szkolenia, choć w praktyce tylko przeklikuję kolejne prezentacje, szukając choćby złudnego poczucia, że zrobiłem cokolwiek.

W biurze pojawiam się zwykle przed dziesiątą, dzień zaczynam od cappuccino z automatu i obowiązkowych pogawędek z kolegami i koleżankami. Komputer jest włączony, ale maili brak – poza spamem. Nikt mnie nie szuka, nikt niczego ode mnie nie chce, ja też nikogo nie potrzebuję, czy siedzę przy biurku, czy w kuchni, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia.

Mam sporo czasu na lunch – często naprawdę długi. Czasem przejdę się po galerii, zajrzę do ulubionych sklepów, odwiedzę jakąś wystawę, gdy dopada mnie zmęczenie, wracam do biura, sprawdzam pocztę i zazwyczaj kończy się to kolejną kawą.

Dziś miałem pecha – około czternastej szukała mnie szefowa, chciała czegoś, za co i tak dostałem opieprz, bo nie odpisałem jej natychmiast. Szczerze mówiąc, kompletnie mnie to nie obeszło. Nie spodziewałem się telefonu, a sprawa, z którą przyszła, okazała się kolejną bezsensowną głupotą. Jedyne, czego musiałem wysłuchać, to jej niezadowolenia, że nie odebrałem telefonu za pierwszym razem, bo ona oczekuje reakcji od razu. Na takie podejście szefostwa mam już alergię i coraz mniej mnie to rusza.

Coraz wyraźniej dociera do mnie, że muszę zmienić pracę, bo jeśli nic się nie zmieni, ta bezczynność doprowadzi mnie do szału – jest straszna i działa na mnie bardzo negatywnie.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zawodowy bezruch miejskiego dżunglera

Zawodowo utknąłem. Tak po prostu. Nie ma dramatu, nieopłaconych rachunków, raty kredytu, syren alarmowych ani szefowej stojącej nad głową z batem. Jest raczej cisza, posucha. Taki moment, w którym wszystko trwa, ale nic się nie wydarza, rozwój – raczej w trybie jałowym. Wyniki i zawodowe sukcesy brzmią jak legenda poprzednich lat.

Projekt, który dostałem w listopadzie, odbił mi się solidną czkawką. Na szczęście zareagowałem szybciej, różowe okulary spadły, a ja poczułem nosem, że coś tu nie gra, walnięta pani dyrektor z Wielkiej Bretfanii, jej nieosiągalne oczekiwania i atmosfera jak przed burzą. Nie trzeba było kryształowej kuli – wystarczyła intuicja i to uczucie, że „coś wisi w powietrzu”.

Zanim doszło do publicznego linczu, zniknąłem z biura na kilka dni. Taktyczny odwrót a po powrocie, spokojnie i bez krzyków, zasugerowałem zmianę roli. Na moje miejsce weszła ona – Grażyna z Grudziądza. Postać barwna, przaśna, mało lotna, za to bezpośrednia, kłótliwa i ewidentnie na wylocie. Dla niej przejęcie moje upierdliwego klienta z całym workiem oczekiwań było jak rzut kością o wszystko. Jej być albo nie być. Ja natomiast nie miałem ochoty kopać się z koniem, udowadniać za wszelka cenę, że klient jest trudny, a pani dyrektor oczekuje czytania w myślach i zgadywania niewypowiedzianych życzeń. Zupełnie nie mój klimat, dlatego pozamiatałem temat, oddałem sprawy Grażynie, zamknąłem drzwi i dla mnie upierdliwy klient przestał istnieć. Grażyna wciąż, od czasu do czasu pyta, co ma robić i odpowiadam jej grzecznie i dyplomatycznie, po czym spuszczam ją na drzewo. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Na zawodowym horyzoncie cisza, chociaż brałem udział w rekrutacji na zewnątrz i był entuzjazm, dwie rozmowy, uśmiechy, magiczne „odezwiemy się” i nastąpiła radiowa cisza czyli klasyk.

I tak na razie odliczam dni do wyjazdu do ciepłych krajów, słońce, luz, nic nierobienie. Po powrocie przyjdzie moment prawdy konfrontacja z zawodową rzeczywistością i decyzja, co dalej, ale to dopiero po powrocie. Na razie w myślach pakuję plecak.

Opublikowano praca | 1 komentarz

Weekend w Krakowie

Od kilku miesięcy razem z bratem planowaliśmy, aby 70. urodziny naszej mamy spędzić inaczej niż zwykle. Chcieliśmy uniknąć scenariusza, w którym spotykamy się we domu przy kotlecie i mizerii albo idziemy do tej jednej, „bezpiecznej” restauracji, akceptowanej przez wszystkich. Marzyło nam się coś bardziej wyjątkowego – dzień, który naprawdę zostanie w pamięci.

Kiedy okazało się, że mogę zorganizować wyjazd do Krakowa, weekend w fajnym hotelu, w innym miejscu i przede wszystkim bycie razem przez trzy dni non stop, pomyślałem: czemu nie? To mogą być naprawdę piękne urodziny dla mamy. Chcieliśmy po prostu spędzić ten czas razem, bez stresu, spiny i odświętnie.

Planowanie zaczęliśmy dużo wcześniej – ja zarezerwowałem hotel, brat zajął się organizacją podróży do Krakowa. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie opóźnienia spowodowane śniegiem i uszkodzeniami trakcji kolejowych. Mimo tych przeszkód w końcu spotkaliśmy się w piątkowy wieczór, na mamę czekał w hotelu piękny bukiet kwiatów, a w prezencie butelka szampana.

W sobotę wybraliśmy się na długi, bardzo przyjemny spacer, zwiedziliśmy podziemny Kraków i po prostu byliśmy ze sobą cały dzień. Wieczorem poszliśmy do naprawdę świetnej restauracji na uroczystą kolację, było bardzo sympatycznie, ciepło i pysznie, jedzenie było znakomite, dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy. Właśnie o to najbardziej nam chodziło: wspólny czas, miłe rozmowy i poczucie, że te urodziny są naprawdę wyjątkowe.

Te trzy dni zaskoczyły mnie bardziej niż prognoza pogody. I to nie dlatego, że w Krakowie było zdecydowanie zimniej niż we Wrocławiu, ale dlatego, że ani razu się nie pokłóciliśmy. Zero niesnasek, żadnych słownych przepychanek, nikt na nikogo nie warczał ani dziwnie nie patrzył. Co więcej nie miałem nawet potrzeby ewakuowania się w trybie awaryjnym „byle dalej od rodziny, byle mieć trochę świętego spokoju”.

Kraków przywitał nas mrozem i białymi akcentami, podczas gdy we Wrocławiu śnieg zdążył już przejść do historii. Spacerując po chłodnych ulicach, miałam wrażenie, że to taki mały powrót do prawdziwej zimy – tej z czerwonym nosem i gorącą herbatą w dłoni. To był mój ostatni zimny weekend przed urlopem. Ostatnie czapki, szaliki, ostatnie zmarznięte palce i ostatnie „ale dziś piździ”. Został już tylko tydzień a potem znikam do ciepłych krajów.

Opublikowano Brak kategorii | 9 Komentarzy

Koniec roku 2025

Ostatniego dnia roku zacząłem układać swoje roczne podsumowanie. Z głową pełną wspomnień i z tym charakterystycznym uczuciem niepokoju i ekscytacji. Szczere spisywanie historii i wydarzeń z własnego życia ułatwia mi samopoznanie, wzrost samooceny i dopinguje mnie do zmian. Taka pisemna ekspresja to dla mnie prywatna mapa skarbów, bywa wielce przydana podczas przemiany, bo ułatwia zmianę narracji, daje kopniaka motywacyjnego i pomaga w podbijaniu samooceny. Mogę wracać do myśli zapisanych po dniu, pięciu, miesiącach i dokonać korekty jakiegoś etapu w życiu. Sprawdzać kim wtedy byłem, co mnie bolało a co już dawno przestało.

Dzięki pisaniu mogę śledzić swoje postępy i dostrzegać schematy w swoim zachowaniu i szukać sensownej dalszej drogi życiowej.

Nauczyłem się cieszyć, gdy przyjaciele odwołują spotkanie, zwalniając obie strony z obowiązku życia towarzyskiego. Cieszę się, że zostawiają mnie w spokoju. Gdy słyszę od bliskich, traktujących o mężach i dzieciach, łapię się na tym, że zamiast odczuwać jakiś brak, porażkę, ukłucie „gorszości”, czuję ulgę.

Gdy słucham o wychowaniu lub pracy z neuroaktywną nową generacją z: dysleksją, dyskalkulią, dysortografią czy dysprakcją łeb mi pęka i trudno wynaleźć mi sposób żeby o wszystkim zapomnieć i się zrelaksować.

Im jestem starszy, tym bardziej nabieram przekonania, że jestem jedną z tych osób, którym lepiej jest w pojedynkę. Co więcej potrzebuję bycia samym, żeby rozwijać najlepszą, świeżą zaktualizowaną, wersję samego siebie. Przez wiele lat uporczywie wmawiano mi „normalnie”  to znaczy w parze, według instrukcji i oczekiwań społecznych. Dociera do mnie że marnowanie czasu na żal nie przynosi rezultatów.

Nadal lubię poznawać nowe osoby i nauczyłem się rozumieć, że nie przeszkadza mi czyjeś duże ego o ile dana osoba nie karmi się wykonywanym zawodem, na ten sygnał uczulony jestem jak na pyłki w maju, natychmiast znika zainteresowanie poznawaną osobą.

Szczęście przynosi mnie uczenie się czegoś nowego, obiecałem sobie że co roku będę starał się przyswoić albo nauczyć choćby jednej nowej umiejętności – nie do wszystkiego mam predyspozycje i kompetencje, ale będę próbował zrealizować swój cel…

Tak ostatniego dnia roku zacząłem układać to podsumowanie…

Tuż przed 17.00 w środę, w trakcie szykowania się do wyjścia na sylwestrową domówkę zadzwoniła V. ze Szwajcarii. W drugim zdaniu powiedziała, że przed momentem zmarła K. Trzecia osoba z naszej dawnej szwajcarskiej biurowej ekipy spiskowców. Po tej informacji cały świat zwolnił, sylwester przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Myśli zaczęły krążyć tylko wokół wspomnień, wydarzeń, rozmów, śmiechu sprzed lat i nie byłem wstanie myśleć już o niczym innym.

Opublikowano Brak kategorii | Możliwość komentowania Koniec roku 2025 została wyłączona

Kończąc ten rok

Koniec roku zawsze skłania mnie do małego przestoju i obejrzenia się przez ramię na to, co przyniosło ostatnie dwanaście miesięcy. Patrząc wstecz, czuję dumę i zwykłą, ludzką radość, zwłaszcza gdy myślę o zupełnie nieplanowanym wyjeździe do Kataru. Nigdy bym się nie spodziewał, że los dorzuci mi taką kartę na samą końcówkę roku, była to miła odmiana, solidny zastrzyk adrenaliny, trochę komplikacji i sporo niewiadomych… ale koniec końców wyszedłem z tego cało, bogatszy o kolejne doświadczenie i kilka historii do opowiadania.

Większość zaplanowanych celów udało mi się zrealizować. Owszem, nie dotarłem do Algierii, nie wróciłem do Korei ani Japonii, ale byłem w tylu innych pięknych, egzotycznych miejscach, że nazywanie tego porażką byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. To był rok pełen nieustającej drogi, zmian i małych zachwytów po drodze.

Zawodowo też nie było nudno. Nowy projekt skutecznie spędza mi sen z powiek – biorę go na klatę, jak trzeba, choć znając firmowe realia, marzy mi się, by jak najszybciej przekazać go dalej i złapać oddech.

A Sylwester? Planowałem Poznań, ale życie znów postanowiło napisać własny scenariusz. Nie dotarłem do Łodzi, nie było teatru, Poznań też odpłynął gdzieś w siną dal. Zamiast tego zostaję we Wrocławiu, w kameralnym gronie, na domowej imprezie, na którą zaprosiła mnie znajoma i brzmi to tak idealne, spokojne domknięcie intensywnego roku.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze