Dzień 4 – 600 kilometrów drogi do magii Baganu

Obudziłem się w nocy, chwilę po drugiej i to nie przez hałas czy komary, tylko przez sen. Nagle przypomniało mi się, że to koniec miesiąca i muszę wysłać wypowiedzenie! Serce zaczęło bić szybciej, jakby to była sprawa życia i śmierci. Zaspany, z półprzymkniętymi oczami, próbowałem ogarnąć maila, szło opornie, bo przez ostatnie dni poczta działała fatalnie, słabe wi-fi, wiadomości, które się nie wysyłały, wszystko się zawieszało. Wkurzałem się coraz bardziej bo traciłem na to mnóstwo czasu, ale w końcu, po którymś podejściu, udało się. Klik. Wysłane. Mogłem znowu zasnąć.

O 8:30 przyjechał kierowca i ruszyliśmy w stronę Baganu. Przed nami prawie 637 kilometrów drogi, Mjanma potrafi być bezkresna. Zatrzymaliśmy się tylko dwa razy – raz na szybkie zdjęcia, drugi raz na lunch. Resztę czasu praktycznie przespałem, tego dnia nie miałem na nic energii. W pewnym momencie zatrzymała nas policja turystyczna do kontroli paszportów, wjeżdżaliśmy do innej prowincji, potem każde kolejne rogatki mijaliśmy już bez zatrzymywania.

Do Baganu dotarliśmy późnym popołudniem, zamiast do hotelu, od razu ruszyliśmy w teren. Chciałem zobaczyć choć część z tych około dwóch tysięcy świątyń, pagód i klasztorów rozsianych po całej równinie.

Bagan to starożytne miasto w centralnej części kraju, kiedyś serce potężnego królestwa. W czasach swojej świetności wzniesiono tu podobno około 13 tysięcy świątyń, stup i klasztorów. Dziś przetrwało około dwóch tysięcy i nawet ta liczba robi wrażenie, kiedy stoisz na płaskiej jak stół ziemi i widzisz, jak ceglane sylwetki wyrastają z kurzu niemal po horyzont.

Budowa świątyń była wyrazem religijnego oddania, ale też ambicji i potęgi władców. Chodziło o coś więcej niż wiarę,  o zapisanie się w historii. Większość budowli nie przetrwała wojen, grabieży i trzęsień ziemi – część była drewniana, część zwyczajnie rozsypała się z biegiem czasu, a jednak to, co zostało, wciąż ma w sobie magię.

Dawna stolica Mjanmy przez lata przyciągało podróżników jak magnes. Dziś również, choć w przeszłości władze wojskowe otworzyły region na turystów głównie z powodów ekonomicznych, pieniądze zaczęły płynąć szerokim strumieniem.

Miejsce jest naprawdę niezwykłe, piękne, surowe, monumentalne, tyle że wszechobecny pył daje się we znaki. Kurz był dosłownie wszędzie – na skórze, w ustach, w oczach, towarzyszył mi w każdej sekundzie zwiedzania.

Zwiedzanie świątyń oznaczało jedno – chodzenie boso. Po kilku pierwszych obiektach zrezygnowałem z butów trekkingowych, ciągłe ściąganie i zakładanie zaczęło mnie irytować. Zostałem więc z nimi w ręku i z nagimi stopami na rozgrzanej ziemi, czując pod palcami kurz, piasek i historię tego miejsca.

Zachód słońca oglądany z jednego ze wzgórz był niezapomniany. Niebo zmieniało kolory, pagody ciemniały na tle pomarańczowej poświaty, a wszystko wokół zwalniało.

Większość świątyń pochodzi z XI, XII i XIII wieku. Rozrzucone są po ogromnym obszarze i nie sposób zobaczyć wszystkiego w jeden dzień. Wiedziałem jednak, że chcę przeżyć Bagan w wyjątkowy sposób. Zarezerwowałem lot balonem na następny poranek. Skoro nie zrobiłem tego ani w Kapadocji, ani w Egipcie, to uznałem, że to właśnie tutaj jest ten moment. Wschód słońca nad tysiącami pagód wizytówką regionu.

Wyjazd zaplanowano na 5:20 rano. Skoro postanowiłem już „zwiedzać na bogato”, upewniłem się wcześniej, że lot organizuje doświadczona, certyfikowana załoga. Następny dzień zapowiadał się intensywnie – od bladego świtu do późnego wieczora.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dzień 3 – Jezioro Inle czyli życie na wodzie

W nocy dosłownie mnie wygwizdało w tej mojej leśnej chatce. Budziłem się kilka razy, trzęsąc się z zimna i naciągając na siebie coraz więcej warstw. W końcu nie wytrzymałem ściągnąłem dodatkową kołdrę i pled z sąsiedniego łóżka, owinąłem się nimi jak kokon i próbowałem przestać szczękać zębami. Uparcie odganiałem myśl, że rano czeka mnie lodowaty prysznic. Woda podgrzewana panelami słonecznymi nie miała najmniejszych szans nagrzać się przez noc., pocieszałem się tylko, że od jednego niedomycia nikt jeszcze nie umarł.

Leżąc tak pod stertą koców, przypomniałem sobie, że Birma była na mojej liście marzeń od dzieciństwa i właśnie tu jestem. Ta myśl wracała do mnie przez cały dzień – jak ciche przypomnienie, że spełniam coś, o czym kiedyś tylko czytałem lub oglądałem w programach podróżniczych.

Śniadanie zjadłem na piętrze, na pięknym tarasie z widokiem na okolicę. Byłem jedynym gościem, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Omlet, świeże owoce, kawa i oleiste, pikantne shwenoodle z kurczakiem, które okazały się dla mnie zbyt specyficzne.

Poranek był zaskakująco chłodny, chodziłem więc opatulony od stóp do głów. Kilka godzin później ten sam dzień zamienił się w rozgrzaną patelnię. Słońce zaczęło prażyć bez litości i szybko poczułem, że twarz mam już solidnie muśniętą, a może raczej przypieczoną.

Może gdybym posmarował ją thanaką, jak robią to lokalne kobiety, uniknąłbym tego efektu. Ta żółtawa, pachnąca pasta z kory drzewa, nakładana w kółka lub pasy na policzki i czoło, to coś więcej niż kosmetyk. Naturalny filtr, chłodząca warstwa w upale, sposób na cerę i jednocześnie ozdoba. Na twarzach kobiet i dzieci wyglądała jak delikatny, codzienny rytuał.

W końcu wsiedliśmy do łodzi i wypłynęliśmy na jezioro. Spędziliśmy na wodzie długie godziny. Mijaliśmy kolorowe domy na palach, ludzi karmiących mewy, dzieci machające z pomostów. Turystów wciąż było niewielu, co nadawało temu miejscu spokój, którego coraz trudniej szukać w popularnych zakątkach świata.

Muszę przyznać, że rybacy znad jeziora Inle nie wyglądali już dokładnie tak, jak na zdjęciach sprzed dwudziestu lat. Świat się zmienia, nawet w miejscach, które wydają się zatrzymane w czasie. Pomyślałem wtedy, jak ważne jest personalizowanie podróży – wiedzieć, co naprawdę chce się zobaczyć, robić notatki i w odpowiednim momencie powiedzieć przewodnikowi: „zatrzymajmy się tutaj”.

Wypatrywałem rybaków balansujących na jednej nodze tej charakterystycznej, niemal akrobatycznej pozy, którą znałem ze zdjęć. Jedna noga opleciona wokół wiosła, druga stabilnie oparta na łodzi, ręce zajęte siecią, wzrok wbity w wodę. Okazało się jednak, że ci „prawdziwi” rybacy to już rzadkość. Moja przewodniczka uśmiechnęła się i po godzinie zorganizowała jednego z lokalnych mężczyzn, który zapozował mi do zdjęć. Świat się zmienia, czasem nawet tradycja dostosowuje się do obiektywu aparatu.

Mieszkańcy jeziora żyją w dużej mierze samowystarczalnie, łowią ryby, uprawiają pływające ogrody zbudowane z mułu i wodorostów, zbierają pomidory i warzywa. Z łodzi można obserwować ich codzienność: pranie, kąpiele, pracę w ogrodach, przenoszenie trzcin, tkactwo z włókien lotosu, naprawę srebrnej biżuterii. Wszystko toczy się swoim rytmem.

Wioski unoszą się na wodzie, drewniane domy na palach, przed każdym jedna lub dwie łodzie, bez których nie da się tu funkcjonować. Patrząc na przepływające łodzie z turystami, zastanawiałem się, czy mieszkańcy nie mają czasem wrażenia, że ich życie stało się spektaklem, codziennie ktoś podpływa, robi zdjęcia, zagląda w okna, obserwuje.

W pewnym momencie dopłynęliśmy do brzegu, gdzie cumowało wiele łodzi. Sternik wskazał mi wąską ścieżkę prowadzącą na lokalny targ, minąłem kobiety z górskich plemion, w kolorowych chustach na głowach, sprzedające drewno na opał. Ich twarze były spokojne, skupione. Później znów wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy do bardziej turystycznego miejsca, domu na palach, gdzie powstają tkaniny. Młoda Birmanka oprowadziła mnie po warsztacie, tłumacząc cały proces: od pozyskiwania włókien, przez tkanie i farbowanie, aż po gotowe produkty – longyi, koszule, torby. Jedwab, bawełna, lotos – wszystko kolorowe, misternie wykonane i do kupienia.

W centrum ręcznego tkania lotosu zobaczyłem, jak cienką nić wyciąga się ze łodygi, jak skrupulatnie nawija się ją na szpulkę – proces długi, wymagający cierpliwości i precyzji. Z tych nici powstają szale, spódnice, czapki, tradycyjne stroje, każdy kawałek materiału ma w sobie godziny czyjejś pracy.

Gdziekolwiek dopływaliśmy, czułem niesamowity klimat tego miejsca, było w nim coś ciepłego i prawdziwego, uśmiechy, serdeczność, naturalność. Mimo że byłem daleko od domu, miałem wrażenie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 9 Komentarzy

Kolacja zakończona biegiem

Restauracje hotelowe świecą pustkami, nie dlatego że brakuje gości, ale dlatego, że Mjanmar dusi się w kryzysie. Wszyscy narzekają na rosnące koszty życia, a kraj od lat krąży w tym samym, ponurym rytmie: zamachy stanu, wojna domowa, niegospodarność i brutalne represje. Każda próba wprowadzenia demokracji była systematycznie sabotowana przez wojsko, którego przetrwanie od dekad opiera się na korupcji, przymusie i kontroli nad gospodarką. Ten kryzys widać na każdym kroku: zamykanych restauracjach, pustych hotelach, zaniedbanych sklepach. Ludzie żyją w ubóstwie, a nadzieja na zmianę wydaje się dziś bardzo odległa.

Moja przewodniczka Khin Khin pokazała mi ulicę niedaleko hotelu, dokąd wieczorem mogłem wybrać się na kolację. Zapamiętałem drogę, charakterystyczne punkty orientacyjne i obiecałem sobie, że po południu ruszę tam w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Trafiłem bezbłędnie, zaglądałem po kolei do różnych jadłodajni, ale żadna nie budziła mojego szczerego entuzjazmu. Wiele z nich wyglądało dość smutno, a w środku serwowano głównie wafle, pizzę, frytki, burgery albo azjatyckie „specjały”, które leżały w przeszklonych gablotach i nie wyglądały ani świeżo, ani apetycznie.

Przypadkiem natknąłem się na willę, w ogrodzie siedziała rodzina, wspólnie jedli kolację, grillując owoce morza. Zatrzymałem się na chwilę przy bramie i poczułem ukłucie zazdrości, bo sam nagle nabrałem ogromnej ochoty na coś podobnego. Po chwili zauważyłem kolejną rodzinę, siedzącą na prowizorycznych krzesłach przy małym stoliku, również zajadającą się owocami morza. Patrzyłem na nich z zaciekawieniem, kiedy nagle z z domu wyszedł mężczyzna i łamaną angielszczyzną zaprosił mnie do środka.

Okazało się, że to niewielka restauracja bufetowa, specjalizująca się w mookacie. Mookata to taka popularna w Tajlandii forma biesiadowania, coś pomiędzy grillem a hot potem. Na specjalnej, kopułowej patelni grilluje się mięso, a w rowku wokół niej bulgocze aromatyczny bulion, w którym gotują się warzywa, makaron i owoce morza. Wypukły środek służy do smażenia mięs np. boczku, marynowanej wieprzowiny a tłuszcz spływa do bulionu, nadając mu głębi smaku. Do wyboru było wszystko: cienko krojona wieprzowina, kurczak, wołowina, krewetki, ośmiorniczki, kalmary, kapusta, warzywa i różne rodzaje makaronu.

Zrobiłem trzy podejścia do bufetu! Za każdym razem nakładałem sobie górę owoców morza, warzyw i makaronu, a potem z dziecięcą radością grillowałem swoją kolację. Na koniec podziękowałem właścicielowi za ten wyborny posiłek i ruszyłem w drogę powrotną do hotelu.

Drogę pamiętałem, ale problem polegał na tym, że zapadła już zupełna ciemność, a ulice nie miały żadnego oświetlenia. Szedłem niemal po omacku, aż nagle przypomniałem sobie, że Mjanma słynie z jadowitych węży – żmij, kobr, pytonów birmańskich, a nawet tzw. węży latających. Podobno żyje tu około 150 gatunków węży, z czego blisko 40 jest jadowitych. Wyobraźnia natychmiast przyśpieszyła, ogólnie galop myśli, a każdy kolejny krok w ciemność wydawał się coraz bardziej ryzykowny.

Oświetlałem sobie drogę latarką w telefonie, chodnika nie było, bałem się, że wpadnę do jakiegoś rynsztoka. Liczyłem kolejne zakręty i pagody, wiedząc, że po trzecim skręcie muszę odbić w lewo i wtedy usłyszałem szczekanie. Całą sforę psów. Przypomniałem sobie, że wcześniej widziałem tu bezpańskie psy, wylegujące się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca a teraz gdzieś tu biegały i czekały…

Im bliżej podchodziłem, tym głośniejsze było warczenie. Bałem się nawet skierować w ich stronę światło latarki, żeby ich nie sprowokować. W pewnym momencie zatrzymałem się kompletnie i pomyślałem, że chyba nie pójdę dalej, chciałem wrócić i poprosić kogoś, żeby podwiózł mnie do hotelu. Strach był prawdziwy, wróciły wspomnienia z Zanzibaru, gdzie kiedyś nocą na plaży goniły mnie psy i bałem się, że skończy się to dla mnie bardzo źle. Tamto doświadczenie pozostawiło trwały ślad.

Stałem tak kilka długich minut, sparaliżowany, gdy nagle usłyszałem nadjeżdżający motor. Jadący nim mężczyzna nieświadomie odciągnął uwagę psów, cała zgraja pobiegła za nim, ujadając wniebogłosy. Wykorzystałem ten moment, ruszyłem biegiem w stronę hotelu i dopiero tam, bezpieczny, poczułem, jak schodzi ze mnie całe napięcie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Dzień 2 – Kalaw, cisza która nie zna masowej turystyki.

Rano zawieźli mnie na lotnisko. Po wczorajszych kulinarnych przygodach skutecznie odechciało mi się hotelowego śniadania. Żołądek wciąż pamiętał swoje, więc wolałem przeczekać i zjeść coś dopiero na lotnisku – nawet gdyby miała to być tylko czarna kawa i herbatnik. Do wylotu do Heho zostało ponad godzinę, więc nigdzie się nie spieszyłem – chwila ciszy przed kolejnym etapem podróży.

Kontrola bezpieczeństwa na lotnisku była wyjątkowo skrupulatna – wyciągali i oglądali dosłownie wszystko: zawartość plecaka, kieszeni, każdej zasuwanej przegródki, nawet nerkę na biodrze. W pewnym momencie, w tym całym zamieszaniu, z ręki wypadły mi pieniądze. Banknoty dolarowe rozsypały się po podłodze, a że w Mjanmie bankomaty praktycznie nie działają, a zachodnie karty kredytowe są bezużyteczne, te „fruwające” dolary wzbudziły niemałe zainteresowanie. Szybko je pozbierałem, czując na sobie kilka uważnych spojrzeń.

Po przylocie do Heho wysadzili nas prosto na płytę lotniska. Mały, prowincjonalny port bez rękawów, schodów, bez pośpiechu, pieszo ruszyliśmy w stronę niewielkiego budynku przypominającego bardziej budkę niż terminal. Ponieważ przyleciałem do innego regionu kraju, wszystkich pasażerów szczegółowo sprawdzano: dokumenty, paszporty, pytania o cel podróży i miejsce pobytu. Trochę to było dziwne, ale nie zamierzałem dyskutować. Spokojnie, rzeczowo odpowiadałem na pytania, uśmiechałem się i czekałem, aż przyjdzie moja kolej, by ruszyć dalej.

W drodze nad Inle Lake zatrzymaliśmy się w Kalaw – malowniczym, autentycznie górskim miasteczku, które uchodzi za bazę wypadową na trekkingi. Rzeczywiście było w nim coś kojącego. Cisza, świeższe powietrze, zielone wzgórza dookoła, podobno to idealne miejsce, by na kilka dni uciec od zgiełku miast – i wierzę w to bez zastrzeżeń. Kalaw ma w sobie tę rzadką dziś prawdziwość – nie zostało jeszcze „zepsute” przez masową turystykę. Samo miasteczko nie jest jakieś spektakularne, ale po Mandalay i okolicach zaskoczyły mnie murowane domy i chodniki. Nagle wszystko wydało się bardziej uporządkowane.

Zakwaterowano mnie w kameralnym, uroczym domku hotelowym schowanym w ogrodzie. Miałem wrażenie, jakbym nocował w środku lasu – cisza, zapach palm, wilgotnej ziemi, robactwo, gady i płazy gdzieś w tle. Byłem jedynym hotelowym gościem, co miało swój klimat, ale też konsekwencje: bar na dachu zamknięty, restauracja nieczynna. Wieczorem w domku zrobiło się przenikliwie zimno, a prysznic w zimnej wodzie skutecznie mnie otrzeźwił. Stałem pod tym lodowatym strumieniem i myślałem, jak bardzo doceniamy pewne rzeczy dopiero wtedy, gdy ich brakuje i jak dobrze mamy na co dzień w Polsce.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dzień 1 – Bez tłumów, bez chaosu.

Spróbowałem pierwszych lokalnych dań. Birmańskie curry – bardzo tłuste, podawane z ryżem i całą gamą dodatków: warzywa, kiszonki, sosy rybne, chili. Do tego sałatka z fermentowanych liści herbaty z pomidorami i orzeszkami ziemnymi. Smaki intensywne, zupełnie inne niż w Europie. Wiem, że najlepsze jedzenie czeka na ulicznych straganach, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Turystów praktycznie nie ma. Może dwóch Japończyków mignęło mi gdzieś w oddali i to wszystko. Kiedy spaceruję ulicą, ludzie otwarcie się na mnie patrzą. Łysy, biały, wysoki – trudno się nie wyróżniać. Czuję się trochę jak atrakcja turystyczna.

Zachód słońca oglądaliśmy w Shwedagon Pagoda – najświętszej i najbardziej majestatycznej świątyni w kraju. Pokryta szczerym złotem, wysadzana kamieniami szlachetnymi, według wierzeń skrywa relikwie czterech poprzednich Buddów. Ma ponad 2,5 tysiąca lat. Od świtu do nocy wypełniają ją mnisi i wierni. Ludzie obmywają swoje znaki zodiaku – tutaj horoskop zależy od dnia tygodnia, w którym się urodziłeś. Okazało się, że jestem tygrysem z poniedziałku. Pagody całe w złocie, pięknie oświetlone, pełne lokalnych mieszkańców i historii. Tutaj do świętych miejsc wchodzi się boso, bez butów, bez skarpetek. Tak chcą mnisi i nikt z tym nie dyskutuje. Zachodnich turystów wciąż jak na lekarstwo, co – nie ukrywam – jest przyjemne.

Internet działa tu bardzo słabo. Nie mam roamingu, w hotelu jest Wi-Fi, ale bez VPN nie połączyłbym się z WhatsAppem czy Instagramem, mogę co najwyżej ściągnąć maile – trochę jak powrót do innej epoki.

Choć nasze MSZ stanowczo odradza podróże do Mjanmy, cieszę się, że tu przyleciałem. Moje zaprzyjaźnione wietnamskie biuro podróży ma tu swoją filię – gdyby było naprawdę aż tak niebezpiecznie, nie działaliby na miejscu. Oczywiście sytuacja przy granicy z Tajlandią jest niestabilna, zdarzają się starcia zbrojne i działają tam przemytnicze gangi, ale Birma to ogromny kraj. Nie mam zamiaru zapuszczać się tam, gdzie może być groźnie.

Na razie chłonę Rangun. Inny świat. Inne tempo. Inna rzeczywistość. I dopiero pierwszy dzień.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dzień 1 – Bangkok – Rangun

Pierwsza noc po nocnym locie do Bangkoku była ciężka. Niby byłem zmęczony, a jednak nie mogłem zasnąć klasyczny jetlag, kręciłem się z boku na bok, aż w końcu zasnąłem prawie nad ranem tylko po to, żeby o szóstej wyrwać się z łóżka na dźwięk budzika i ruszyć na lotnisko.
Wolałem być wcześniej, spokojna odprawa, kontrola paszportowa, bagaż, wszystko bez pośpiechu. No i śniadanie a to było mi naprawdę potrzebne, bo w brzuchu burczało mi tak, że chyba słyszeli to inni pasażerowie. Postawiłem na miskę gorącego ramenu i to był bardzo dobry wybór.

W samolocie do Rangunu spałem już jak dziecko, mój organizm w końcu się poddał. Samolot był pełny, dostałem miejsce w 47. rzędzie, prawie na samym końcu, choć lubię siedzieć przy oknie, ale tym razem nie miało to większego znaczenia, bo i tak przespałem większość lotu.

Na miejscu wszystko poszło zaskakująco sprawnie. Procedura wizowo-paszportowa szybka, bez nerwów, zupełnie nie czułem, że przylatuję do kraju, który uchodzi za trudno dostępny. Jedyna różnica? Byłem jednym z nielicznych zachodnich turystów, wokół sami Birmańczycy i Tajowie.

Na lotnisku czekał już mój lokalny przewodnik. Sympatyczny, starszy pan, z charakterystyczną srebrną „jedynką” w ustach i nieodłącznym betelem, który żuł bez przerwy. Uśmiechał się często, tak szczerze i serdecznie. A mnie za każdym razem przechodził lekki dreszcz obrzydzenia, bo betel zostawia na zębach i ślinie intensywnie czerwony ślad a plucie na chodnik jest w tym kraju zupełnie normalne.

Nie było bardzo gorąco, co przyjąłem z ulgą. Najpierw ruszyliśmy w stronę centrum wymienić pieniądze i zobaczyć kolonialne budynki, pozostałości po brytyjskim imperium, trochę nostalgii zaklętej w odpadających tynkach i balkonach z kutego żelaza. Potem odwiedziliśmy ogromnego, leżącego Buddę – naprawdę robi wrażenie swoją skalą.

Po południu wróciłem do hotelu Summit Parkview. Położyłem się na pół godziny, żeby złapać oddech. Zszedłem coś zjeść i to był moment, który zapamiętam na długo: w pewnej chwili coś spadło mi z talerza, pomyślałem: groszek. Odruchowo chciałem go złapać. A to nie był groszek. To był karaluch.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

W drogę – zanim zdążę się rozmyślić czyli czas na siebie.

W piątek, do samego końca dnia w biurze, krążyła mi po głowie jedna myśl: czy nie powinienem wysłać wypowiedzenia jeszcze przed urlopem. Po rozmowach z kilkoma zaufanymi osobami doszedłem do wniosku, że zrobię to jednak już w trakcie wyjazdu. Mail był przygotowany, papierowa wersja pisma wylądowała w szufladzie – na wszelki wypadek. Nie czuję z tego powodu szczególnej dumy, nie chcę nikomu niczego udowadniać ani triumfalnie trzaskać drzwiami, ale są momenty, w których trzeba pomyśleć o sobie, a nie o elegancji gestu. Pracodawca nie wahałby się ani chwili, nie pytając, czy właśnie nie burzy mi jakiś prywatnych planów. Nie zobaczę więc kilku min w piątek bo zamiast tego stanę przed innym, znacznie przyjemniejszym dylematem: kolorowy drink z parasolką czy bez?

Spakowałem się sprawnie, na rano zamówiłem taksówkę, zapowiadany powrót zimy nie nadszedł, więc i do Warszawy dotarłem bez większych przeszkód. Na locie z Wiednia do Bangkoku wykupiłem miejsce z dodatkową przestrzenią na nogi, licząc na komfort i sen przez całą noc. Tuż przed wejściem na pokład okazało się jednak, że przeniesiono mnie do klasy premium i faktycznie fotel rozkładał się głębiej, jedzenie było lepsze, wino lało się bez skrępowania. Jedyny minus – miejsce w środku. Gdy w nocy wszyscy rozłożyli swoje siedzenia, miałem momenty najczystszej frustracji. Ale w końcu dotarłem – ja i mój bagaż jesteśmy w komplecie.

Jutro rano lecę dalej, do Rangunu. Bangkok przywitał mnie piękną pogodą – gorąco, ale przyjemnie. Hotel wybrałem blisko lotniska, żeby o świcie nie przedzierać się przez zakorkowane serce metropolii. Reszta dnia jest już tylko dla mnie: niespieszny relaks i smakowanie lokalnej kuchni, z książką, bez planu i pośpiechu. Dokładnie tak, jak być powinno na urlopie.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Kiedy nic się nie dzieje, a wszystko się zmienia

Odkąd po świąteczno-noworocznej przerwie wróciłem do biura, niewiele się działo. Czekając na nowy projekt, przeklikiwałem zaległe szkolenia, wpadałem do biura głównie po to, by zobaczyć znajome twarze, zjeść lunch z ludźmi, których lubię i znów wrócić do domu. Towarzyszył mi ten osobliwy stan zawieszenia – błogi na powierzchni, ale w środku coraz bardziej niepokojący. Nuda potrafi być głośna, kiedy ma się za dużo czasu na przemyślenia. Nikt nie angażował mnie w nowe rzeczy – wszyscy wiedzieli, że za chwilę zaczynam urlop, tkwiłem w dziwnym stanie zawieszenia, który z każdym kolejnym dniem coraz gorzej wpływał na moje samopoczucie.

Wracałem myślami do K. i jej nagłej śmierci, jak łatwo coś się kończy, nawet jeśli nikt nie jest na to gotowy. 

Pogrzeb K., 9 stycznia, przypomniał mi też inną datę – dokładnie dwa lata wcześniej się rozwiodłem. Wysłałem bukiet kwiatów, kilka razy rozmawiałem z V. To, przez co będą przechodzić najbliżsi K. przez najbliższe kilkanaście lat, jest niemal niewyobrażalne. Rodzeństwo najprawdopodobniej zostanie rozdzielone – każde z niepełnoletnich dzieci trafi do swojego ojca, do innego kraju. Najmłodszy syn, jeśli nie wyjedzie do ojca do Irlandii, może zostać decyzją sądu umieszczony w placówce. Dom obciążony kredytem zostanie sprzedany przez bank, a rodzice K. – ukraińscy uchodźcy, bez znajomości języka, uregulowanego pobytu i środków do życia staną przed koniecznością opuszczenia Szwajcarii albo powrotu do Ukrainy – kraju, do którego wciąż trudno wracać.

Na początku stycznia, jakby zupełnie z innego świata, odezwał się do mnie rekruter. Zaprosił mnie do udziału w procesie rekrutacyjnym do szwajcarskiej firmy z branży piekarniczej. Wysłałem cv i podałem zaporowe oczekiwania finansowe. Po pierwszej rozmowie, tydzień później, zaproszono mnie na drugi etap. Okazało się, że znam trzy osoby pracujące w tej firmie, ze wszystkimi miałem okazję porozmawiać podczas interview. Każda rozmowa była jak mały znak na drodze, potwierdzenie, że może jednak idę w dobrą stronę.

Wczoraj był mój ostatni dzień w biurze przed wylotem do Bangkoku. Jeszcze przed dziesiątą rano znalazłem maila w prywatnej skrzynce. Przez chwilę byłem pewien, że to standardowe podziękowanie za udział w rekrutacji. Okazało się jednak, że jest dokładnie odwrotnie…

Nowy rok, nowy ja, nowa praca. Ciekaw jestem jak się w tym wszystkim odnajdę i czy będę zadowolony z drogi, którą właśnie zaczynam.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Kiedyś mnie to spotkało a dziś patrzę na to inaczej

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka. Odezwała się w ciągu dnia, z góry założyłem że będzie chciała skorzystać ze sposobności zostanie u mnie na noc, bo będzie odwiedzała Wrocław. Rozmowa szybko zeszła na pracę i wtedy powiedziała mi, że po 21 latach w mojej dawnej firmie zostanie zwolniona. Bez wielkich emocji w głosie, raczej spokojnie, ale było widać, że to jeszcze do niej nie do końca dotarło. Słuchałem jej i miałem wrażenie, że słyszę samego siebie sprzed dziesięciu lat. Dwadzieścia jeden lat w jednym miejscu to kawał życia. Człowiek przyzwyczaja się do rytmu dnia, ludzi, zasad i nagle to wszystko znika i zostaje pustka. Moja koleżanka mówiła o dezorientacji, o tym, że nie wie, od czego zacząć i czy w ogóle pasuje jeszcze do obecnego rynku pracy. To nie były wielkie dramaty, raczej zwykłe, ciche obawy, które pojawiają się same, nawet jeśli próbujemy je odsunąć.
Dokładnie to samo pamiętam u siebie. Po odejściu miałem wrażenie, że ktoś nagle przestawił mi życie na tryb „pauza – pustka”. Dni zrobiły się dziwnie długie, a myśli zaczęły krążyć wokół co dalej? Trzeba było na nowo nauczyć się mówić o sobie, wysyłać cv, umawiać się na rozmowy i choć z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku, w środku z tygodnia na tydzień było coraz więcej niepewności.
Powiedziałem jej, że to normalne, bo po tylu latach zmiana nie jest czymś, co da się ogarnąć w tydzień, potrzeba czasu, żeby poukładać myśli, odzyskać pewność siebie i przyzwyczaić się do nowej sytuacji i nie ma w tym nic dziwnego ani wstydliwego.
Dziś, z perspektywy tych dziesięciu lat, mogę powiedzieć, że tamta zmiana wyszła mi na dobre, choć wtedy absolutnie tak tego nie widziałem. Znalazłem inną pracę, nauczyłem się nowych rzeczy i przede wszystkim zrozumiałem, że jedna firma nie definiuje człowieka na zawsze. Doświadczenie zostaje, nawet jeśli zmienia się miejsce.
Koleżanka jest dopiero na początku tej drogi, ma prawo czuć się zagubiona i zmęczona całą sytuacją, ja wiem jednak, że z czasem wszystko zacznie się układać, może inaczej, niż planowała, ale niekoniecznie gorzej. Skoro mnie się wtedy udało stanąć na nogi, jej też się uda.

3 Komentarze

Inny odcień pracy w korporacji

W consultingowym świecie przychodzi czasem dziwny moment, kiedy to tempo codziennych spotkań, prezentacji i deadline’ów nagle zwalnia. Zegar tyka wolniej, skrzynka mailowa milczy, a ty zamiast pędzić z kolejnym projektem, siedzisz na tzw. „ławce”. Z jednej strony brzmi to jak urlop, z drugiej – trochę jak zawieszenie w próżni. To całkiem normalne, choć potrafi człowieka lekko zdemotywować. Oczywiście, w tle zawsze czai się ta ciemniejsza myśl: co, jeśli nowy projekt nie nadejdzie, ale bez paniki – takie okresy zdarzają się każdemu. Czasem rynek zwalnia, czasem projekty się kurczą, a my – konsultanci w stanie spoczynku – uczymy się cierpliwości i tego, że nawet stojąc w miejscu, można wciąż się rozwijać – choć może trochę wolniej i z kubkiem kawy w ręku.

Chodzę do biura, bo muszę – dwa razy w tygodniu, ale prawda jest taka, że właściwie nic tam nie robię. Każdego dnia próbuję nadrabiać zaległe szkolenia, choć w praktyce tylko przeklikuję kolejne prezentacje, szukając choćby złudnego poczucia, że zrobiłem cokolwiek.

W biurze pojawiam się zwykle przed dziesiątą, dzień zaczynam od cappuccino z automatu i obowiązkowych pogawędek z kolegami i koleżankami. Komputer jest włączony, ale maili brak – poza spamem. Nikt mnie nie szuka, nikt niczego ode mnie nie chce, ja też nikogo nie potrzebuję, czy siedzę przy biurku, czy w kuchni, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia.

Mam sporo czasu na lunch – często naprawdę długi. Czasem przejdę się po galerii, zajrzę do ulubionych sklepów, odwiedzę jakąś wystawę, gdy dopada mnie zmęczenie, wracam do biura, sprawdzam pocztę i zazwyczaj kończy się to kolejną kawą.

Dziś miałem pecha – około czternastej szukała mnie szefowa, chciała czegoś, za co i tak dostałem opieprz, bo nie odpisałem jej natychmiast. Szczerze mówiąc, kompletnie mnie to nie obeszło. Nie spodziewałem się telefonu, a sprawa, z którą przyszła, okazała się kolejną bezsensowną głupotą. Jedyne, czego musiałem wysłuchać, to jej niezadowolenia, że nie odebrałem telefonu za pierwszym razem, bo ona oczekuje reakcji od razu. Na takie podejście szefostwa mam już alergię i coraz mniej mnie to rusza.

Coraz wyraźniej dociera do mnie, że muszę zmienić pracę, bo jeśli nic się nie zmieni, ta bezczynność doprowadzi mnie do szału – jest straszna i działa na mnie bardzo negatywnie.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz