Jestem potwornie pogryziony przez komary. One tutaj nie gryzą, jedzą człowieka żywcem rano, w ciągu dnia i w nocy. Winda w hotelu pełna jest krwawych śladów bo zabiciu owadów, bo jest ich tyle, że aż człowieka kusi żeby je wytłuc. Pierwszego dnia zapomniałem popsikać się aerozolem a przez następne kolejne dni nie mogłem w nocy spać tak mnie wszystko swędziało. Na nogach mam pełno czerwonych nieestetycznych bąbli, staram się nie drapać ale to nie jest takie proste. Kupiłem sobie fenistil i wcieram w rany jak oszalały, żeby pozbyć się uporczywego uczucia swędzenia.
Ze Świnoujścia wyjechaliśmy po śniadaniu, jak zwykle trochę się ociągałem, a to jeszcze dodatkowa kawka na śniadanie, a to pakowanie mi nie szło, a to szybki telefon – guzdrałem się cały poranek. Nauczeni poprzednim doświadczeniem od razu pojechaliśmy w stronę właściwej przystani promowej, korek był, ale może na góra 20 minut czekania.
Jedziemy do Poznania w odwiedziny do K. Zaprosiliśmy ją dziś na kolację na Młyńską i liczymy miło spędzić wieczór. Poznań miasto doznań. Zamiast 5 godzin tym razem do stolicy Wielkopolski dotarliśmy w niecałe 3,5. M pruł jak szalony nie zauważając na ograniczenia prędkości i fotoradary. Te ostatnio błyskały średnio co kwadrans, ale że auto nie było wypożyczone na mnie, punktów M nie dadzą, mandat może dotrze do Szwajcarii albo i nie, więc nie wtrącałem się.




































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.