Wieczór w Dubaju

Dobry humor nas nie opuszczał. Na specjalnie na tę okazję zamówiony prezent niespodziankę V. zrobiła wielkie oczy. Początkowo nawet myślała że to jej mąż zaangażował się i zrobił jej niespodziankę, ale jak odczytała dołączony do prezentu liścik mało nie dostałem szampanem po głowie. Samolot był prawie pełen, szczęśliwie siedzenie obok mnie było wolne więc miałem dla siebie trochę więcej miejsca. Przez pierwsze dwie godziny lotu sącząc gin z tonikiem oraz białe wino uskutecznialiśmy pogadanki i plany jak najlepiej spędzić nasz wspólny czas w Dubaju. Po obiedzie, który tylko rozgrzebałem widelcem i w ogóle nie tknąłem V. poprosiła stewardesę, żeby otworzyła nam jeszcze butelkę i tak sącząc leniwie bąbelki minąłby nam prawie cały lot. V. przyjechała do Berna z Amsterdamu późno w nocy, prawie w ogóle nie spała, bo rano o 7 spotykaliśmy się już na dworcu tak więc w samolocie w pewnym momencie dopadł ją błogi sen… I wszystko byłoby ok, gdyby tylko nie wybudziła się tuż przed lądowaniem i niechcąco nie puściała pawia-cichacza a po samolocie nie rozniósł się specyficzny kwaśny smrodek. Po tym incydencie, V. będzie miała traumę do końca życia, bo jej takie rzeczy się po prostu nie przydarzają, za to personel Swissa przed odlotem do Omanu musiał na szybko uporać się z plamami pochodzenia biologicznego.
Ja wbity w swój fotel próbowałem nie myśleć o tym co właśnie się stało, ale że wyobraźnię mam bujną a na dodatek kiedyś w swoim czasie nasłuchałem i naczytałem się przeróżnych opowieści pt. spowiedź stewardesy i obrzydliwe zachowania pasażerów zacząłem nagle wizualizować najbardziej odrażające zachowania pasażerów… Miałem przed oczami spuszczanie mleka – z obu piersi – do butelek podczas trwania całego lotu. Kiedyś czytałem o wypadku gdy pasażerowie skarżyli się, że coś na nich kapie z luków bagażowych umieszczonych nad ich głowami. Okazało się, że było to mleko, które zapobiegliwa mama zamroziła i umieściła w bagażu podręcznym. Niestety mleko się rozmroziło i zalało umieszczone na półce bagaże.
Potem płynnie przeszedłem do używania koca zamiast chusteczki do nosa, czyszczenia pięty lub suszenia przesiąkniętych potem skarpet tuż przy nawiewie  skubania własnej stopy i zjadania tego czegoś na oczach innych podróżnych… I jak się tak zacząłem nakręcać na szczęście samolot zdążył wyładować i nie musiałem już ciagnąć dalej tych masochistycznych tortur…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Welcome to Dubai

K. ożeniła mnie ze swoim bagażem. Okazało się, że w dniu wylotu RAV postarał się zapewnić jej dodatkową atrakcję w postaci kursu dokształcającego. Żeby nie stracić ubezpieczenia musiała stawić się o 8 rano w wyznaczonym miejscu. Spotkaliśmy się dzień wcześniej, wziąłem od niej mini torbę a sam zacząłem pakować się do mega wielkiej walizki. Nadal nie wiem jakim cudem udało jej się spakować na 4 dni do tak niewielkiego bagażu. Poza tym ojciec jej kolejnego dziecka niespodziewanie nadwyrężył sobie kręgosłup i ni stąd ni zowąd jej wylot stanął pod znakiem zapytania. K. nie byłaby sobą gdyby czegoś nie zorganizowała by nasz wyjazd doszedł do skutku.
V. przyjechała do Berna specjalnie z Amsterdamu, zostawiła córkę z babcią, męża oddelegowała do Londynu z obietnicą, że po powrocie polecą w podróż poślubną do Norwegii na śnieżny kulig…
M. wyściskał mnie przed wyjazdem, życząc udanej podróży w cargo. Okazało się, że pierwszy raz od 6 lat będę znowu leciał w ekonomiku co wprawiło mnie w bardzo wesoły nastrój. Niestety prawdą jest, że człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego ale w drugą stronę działa to dość opornie. Postanowiłem jednak potraktować to doświadczenie jako opportunity a nie jako miejsce gdzie mógłbym złapać żółtaczkę. Nadaliśmy bagaże, zabrałem V. do Senator loungu na śniadanie i lampkę szampana po czym razem z K. wszyscy posłusznie ustawiliśmy się w kolejce dla pasażerów klasy ekonomicznej. Od samego początku strzelaliśmy zdjęcia, niektóre zwłaszcza z serii sleeping beauty przejdą do historii.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pamiętaj żeby nigdy nie mówić nigdy

Po naszym ostatnim wyjeździe do Dubaju obiecałam sobie – nie ma mowy że polecę tam jeszcze kiedyś z dziewczynami, bo takiego rabanu jakiego narobiła nam K. nie chce przychodzić od nowa. Minęło 6 lat a ja pakuję walizkę, bo się przełamałem i jutro lecimy…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

W szwajcarskiej PUPie

Kiedy na dobre wróciłem do Szwajcarii, rozpakowałem się, wszystkie walizki i plecaki schowałem głęboko w szafie, kiedy wiedziałem, że nie czeka mnie już żadna wielka przygoda ani podróż a na spotkaniu z dawnym pracodawcą dyrektorka zakomunikowała z przykrością, że nie mogę liczyć na powrót na stare śmieci – musiałem przejść do planu awaryjnego. Przyszedł moment, by zarejestrować się w szwajcarskim pośredniaku. Nie śpieszyło mi się z tym, nasłuchałem się wcześniej od innych wielu okropnych opinii, ile zachodu i biurokracji towarzyszy załatwianiu tej sprawy więc ciągle przekładałem ten wątpliwie przyjemny obowiązek. Ale jak mówi moja rosyjska koleżanka, która sama została zwolniona w lutym, więc znała całą procedurę od podszewki, dla tych kilku tysięcy franków miesięcznie warto dać się przeczołgać i sponiewierać. Nota bene sama zagospodarowała pieniądze z ubezpieczenia i teraz prawie co miesiąc lata z dziećmi do Dubaju, bo w Szwajacarii zimno i dostaje bzika. Osobiście nie mam żadnych skrupułów, składki na ubezpieczenie płaciłem od zawsze więc teraz te pieniądze mi się po prostu należą. Znam kilka bardzo miłych sposobów zagospodarowania takich dodatkowych funduszy, chętnie wydam je razem z M.
W ostatni słoneczny dzień września, umówiłem się na lunch z dziewczynami, podczas którego K. wspaniałomyślnie zaoferowała mi, że pójdzie tam ze mną, żeby było mi raźniej no i na wszelki wypadek gdybym potrzebował tłumacza, bo naturalnie w RAVie wszystko po niemiecku, ewentulanie bełkot szwajcarski. Przedyskutowaliśmy wcześniej co i jak mam mówić a raczej nie mówić, bo zgodnie zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie jeśli będę zgrywać głupa nieznającego niemieckiego, czego unikać a co przemilczeć, tak żeby moja historyjka wyglądała na wiarygodną i spójną. Umówiliśmy się na piątek po jej powrocie z Dubaju. Jechałem do Boemplitz trochę z duszą na ramieniu, bo po mimo wcześniejszego przygotowania nie wiedziałam czego się spodziewać. Na portalach dla ekspatów i obcokrajowców znalazłem straszne historie na temat tego co dzieje się w tym miejscu, jak biurokratyczni, okropni i złośliwi potrafią być szwajcarscy urzędnicy.
Nasz fortel się udał, odegraliśmy piękne przedstawienie, K. została moim tłumaczem i pomogła wypełnić mi tony formularzy. Urzędniczka przyjęła wszystkie dokumenty i kazała oczekiwać na wyznaczenie następnego terminu spotkania. Nie musiałem długo czekać, bo zaproszenie przyszło po dwóch dniach z terminem na dzień kiedy akurat z M. planowaliśmy być w Brukseli. Z pomocą przyszła pomysłowość K., udało nam się przełożyć termin na inny dzień, ale znowu musiałem trochę wszystko podkoloryzować. Kobieta, która się mną opiekowała w RAV okazała się być całkiem znośna, K. w pewnym momencie nawet zaczęła mi zazdrościć, bo urzędniczka ze wszystkim szła mi rękę, praktycznie samemu pozwalała wybrać daty spotkań a następne spotkanie ustaliła dopiero na styczeń a to oznacza 3 miesiące świętego spokoju. Ogólnie była bardzo miła, pomocna i bardzo nie-szwajcarska a wszystkie moje wyjaśnienia przyjęła ze zrozumieniem. Na dodatek usłyszałem, że istnieje szansa że ubezpieczalnia wypłaci mi środki za zaległe miesiące jeśli ona to zaopiniuje. Byłby to już nadmiar szczęścia… bo zwróciłyby mi się wszystkie moje wyjazdy od maja… nie byłbym sobą gdybym nie szukał już biletów do Ameryki Południowej albo wysp Pacyfiku.

Opublikowano emigracja | Otagowano , | Dodaj komentarz

W domu nie mogę usiedzieć

Wróciłem do Berna i szczerze ucieszyłem się na widok uśmiechniętego i witającego mnie w progu M., zjedliśmy wspólnie przygotowaną porcję pasty z truflami, do obiadu otworzyliśmy butelkę czerwonego wina, zrobiłem nam kawy i zaczęliśmy opowiadać sobie wydarzenia ostatniego tygodnia. Obaj zdecydowaliśmy wybrać się w grudniu na kilka dni do Maroka, to zamiast Londynu i świątecznych jarmarków, bo tego w Marrakeszu człowiek chyba nie uraczymy. Gdy wspomniał niechcący, że na początku listopada ma wolną środę i czwartek, wytężyłem uwagę, poczułem jak mózg zaczyna pracować mi na większych obrotach, zamknąłem się na parę minut w łazience po czym z szelmowską miną oznajmiłem, że sorry ale lecimy do Amsterdamu. Nie musiałem go nawet pacyfikować, bo zgodził się niemal od razu. Jedyne co na mnie wymógł to pranie i zmywanie garów. Pestka.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Malezja ostatni dzień przed powrotem

Szybko zleciało nam tych kilka wspólnych dni, GH postarała się byśmy jak najciekawiej spędzili ten czas i nawet w dniu mojego powrotu zabrała mnie do Kuala Serangor zobaczyć fireflies. Pierwszy raz od przyjazdu spałem sam i do późna, w Dome zjadłem brunch, zrobiłem zakupy w KLCC. Dopiero po 15 z hotelu odebrał nas kierowca i najpierw zawiózł pokazać małpy, potem na kolacje a gdy zaszło słońce z grupą innych turystów wsiedliśmy do niewielkiej motorowej lodzi, którą popłynęliśmy wzdłuż rzeki w poszukiwaniu świetlików. Wśród turystów przeważali Arabowie i Chińczycy, ci ostatni znowu bacznie nam sie przyglądali, bo stanowiliśmy oryginalną parę. GH podobała mi się w akcji, wprost zachwycała czy raczej siała postrach, gdy wchodziła do lokalnych sklepów, przeglądała towar, potrafiła się targować a na koniec wychodziła obładowana zakupami, za które nota bene płaciłem ja, bo nie nosiła przy sobie pieniędzy. Gdy utargowała swoją cenę zwykle machała do mnie przywoławczo na znak, że mogę już płacić co zawsze wywoływało nie małą konsternację na wystraszonych twarzach sprzedawców.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Natura ludzka

Podróżując wspólnie po obcym kraju mogłem poznać GH od innej strony. W jednym z barów zamówiła dla siebie napój, sprzedwaca na znak przyjęcia zamówienia porozumiewawczo kiwnął głową i zaraz zabrał się do jego przygotowywania. Ruszał się jak mucha w smole, ale to GH była wstanie zrozumieć, ale gdy zaczął rozmawiać z innymi klientkami, które dopiero co weszły do sklepu poczuła się urażona, że musi czekać. Jej zdaniem była to oznaka braku szacunku dla niej jako klientki dlatego kiedy wreszcie prawie stawiał przed nią gorący napój machnęła ręką i odeszła od lady wprawiając pana w osłupienie. Too slow – zawołała w jego stronę…

Zrozumialem dlaczego niektórzy nazywają GH obraźliwie Singa-whore.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu kolacji

GH czuła się w swoim żywiole, przedzierała się przez tłum jak walec, nie przejmowała się nachalnymi sprzedawcami próbującymi zaprosić nas do swoich restauracji, dzielnie odpowiadała na ich zaczepki, gdy trzeba było krzyczała do nich coś niezrozumiale po chińsku, nie reagowała na niczyje krzyki, w każdym miejscu pytała o ceny ostryg dzielnie próbując coś dla nas utargować. Wybrała w końcu najlepszy jej zdaniem lokal choć z utargowanej cen nie była do końca zadowolona (13pln za sztukę). Nie próbując być nawet delikatną stwierdziła, że to wszystko przeze mnie, bo jestem „ang moh” (Biały) więc musimy płacić jak turyści.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Spacerkiem po Kuala

Wśród zwiedzajacych fabrykę cyny Royal Selangor zauważyłem liczne grupy wycieczek z Chin. Nie uszło mojej uwadze że turyści zamiast słuchać przewodnika albo podziwiać bogaty asortyment wytwarzanych tu przedmiotów bacznie przyglądali się… nam. Dopiero GH otworzyła mi oczy że to konserwatywna odmiana Chińczyków i widok Białego z Chinką to dla takich rzadkość stąd to niezdrowe zainteresowanie nami. Gdy mi to uzmysłowiła cudem powstrzymałem się żeby nie odegrać przed nimi jakiejś szopki.

Pojechaliśmy zwiedzić Meczet Narodowy Masjid Negara. Początkowo bardzo się ten pomysł GH podobał, ale zmieniła zdanie gdy okazało się, że aby zwiedzić tę pełną rozmachu nowoczesną budowlę w środku musi opatulić się kolorową szmatą i zakryć włosy chustą co przy 35 upale nie było rzeczą najprzyjemniejszą. Żeby się zupełnie w tym czymś nie ugotowała przelecieliśmy przez całe miejsce w trybie ekspresowym.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień w Cameron Highlands

W środę na cały dzień pojechaliśmy do Cameron Highlands. Nie mogłem wprost uwierzyć, że po tylu pobytach w Malezji nigdy nie słyszałem o tym miejscu. Widok bezmiaru zielonych herbacianych pól na zawsze utknął mi w pamięci, wizyta na plantacji truskawek przypomniała smaki dzieciństwa. Nasz przewodnik najpierw odebrał mnie spod Traders a potem pojechaliśmy do hotelu Ascott po GH. Od GH dowiedziałem się, że rejon ten wśród mieszkańców Singapuru jest bardzo popularnym miejscem wycieczek albo weekendowych eskapad. Najmilej wspominamy jednak wizytę w ogrodzie motyli gdzie lokalny przewodnik chwytał dla nas co bardziej kolorowe okazy i przykładał je nam do głowy i twarzy przez co mogliśmy robić niesamowite zdjęcia. Za kilka ringgitów bardzo się starał, pokazywał najbardziej ohydne robale, żuki, paskudne pająki i owady, pozowaliśmy z obślizgłymi jaszczurkami oraz wężami na głowie, szyi, brzuchu i ramieniu nie przepuściliśmy nawet żółwiowi czy skorpionom.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz