Dzień 4 – bliskie spotkanie

Nie wiem, czy to ze stresu, czy po prostu z mojego wrodzonego roztrzepania, ale dziś rano zaliczyłem klasykę gatunku. Dojechałem do biura, przyniosłem sobie kawy, rozsiadłem się wygodnie… i nagle olśnienie: nie mam telefonu. Został w hotelu na biurku, a bez telefonu człowiek jak bez ręki, nawet do komputera się nie zaloguje, więc czym prędzej zawrotka, taksówka, powrót, sprint po zgubę i znów do biura. Całość zamknąłem w jakieś 20 minut – rekord życiowy, bo gdyby trwało to dłużej, to na pierwsze zaplanowane spotkanie wchodziłbym dziś jak spóźniony uczeń. No cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

Rano jeszcze kończyłem stare sprawy, gadałem z moim nowym kolegą „panem z ósmego piętra”, gdy nagle zjawia się ona moja szmatogłowa szefowa. I to nie byle jaka – prawdziwa królowa dramatu, w dodatku z wieczorną informacją, którą ja już dawno miałem ogarniętą. Pierwsze koty za płoty: udało mi się ją trochę uspokoić, przekonać, że mam to pod kontrolą i że działam tam, gdzie trzeba.

Ale kulminacja przyszła o jedenastej, nasze spotkanie zaplanowane sam na sam. Klasyk: raport ze statusu, projektu, co już zrobione, gdzie jesteśmy, co dalej – pełen repertuar. No i właśnie wtedy wyszło na jaw, że moja szefowa-klientka ma naprawdę specyficzne podejście do pracy: wymagania z kosmosu, ciągłe poprawki, łapanie za każde słówko, a na koniec jak w szkole: „proszę robić notatki, bo nie będę powtarzać”. Serio, więc siedzę, notuję, kiwam sporadycznie głową, uśmiecham się patrząc jej w oczy, a w myślach jedno: „o rety, babo jaka Ty jesteś kompletnie szurnięta”.

Po lunchu dostałem ciekawy „feedback” od kolegi z Rosji. Okazało się, że moja ulubiona szmatłoglowa szefowa wpadła do niego rozjuszona naskarżyć, że niby zadawałem pytania, na które odpowiedzi powinienem znać, że pytałem o ustalenia z lipca – a przecież lipiec był wieki temu i oczywista oczywistość powinienem mieć to wyryte w kamieniu. No i generalnie chodziło jej o to, że nie posiadam daru telepatii i nie czytam w jej myślach – prawdziwy dramat w tym Katarze.

A potem pogadałem jeszcze sam z moim kumplem, przesympatycznym Hiszpanem. Facet opowiada, że mieszka tu od czterech miesięcy, pracuje z tą samą szefową a został zatrudniony praktycznie po to, żeby przewidywać jej myśli zanim one w ogóle pojawią się w jej głowie. No więc ja nie wiem, czy to bardziej misja specjalna, czy kara od losu, brzmi jak praca dla jasnowidza z cyrku, ciekawe tylko, ile mu za tę wróżbiarską robotę płacą.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 3 – sen, szkolenia i kryzys

Dziś w nocy przyśnił mi się dziwny sen. Ktoś powiedział mi, że zostaję w Katarze na kilka lat. Obudziłem się z poczuciem ciężaru, bo nie była przyjemna wizja. Co ciekawe, we śnie wcale się nie sprzeciwiłem rozmówcy, tylko nerwowo kombinowałem w myślach, jak się z takiego pomysłu wypisać.

Dzień zaczął się od problemów technicznych. MS Forms, które stworzyłem wcześniej, nagle przestało działać – wyskakiwał mi błąd dostępu, a musiałem koniecznie poprawić ankietę przed wysłaniem jej do klienta. Koledzy siedzący obok nie kwapili się, żeby pomóc – wszyscy zgodnie odsyłali mnie do pana z IT na 8p.. Zanim jednak się tam wybrałem na wszelki szybko założyłem ticket tylko po to aby w systemie został ślad, że zgłosiłem problem i nie udawałem, że nic się nie stało. Niektórzy wiedzą, że w tej pracy czasem chodzi po prostu o to, żeby kryć własne cztery litery.

Na dokładkę spadła na mnie jeszcze lawina obowiązkowych szkoleń e-learningowych. Wyglądały jak wyjęte z Baśni tysiąca i jednej nocy – co drugi slajd przedstawiał dżina, Sindbada albo Szeherezadę w tiulach. Trochę urocze, trochę kiczowate, a miejscami wręcz niepokojące.

Lunch zjadłem dziś sam. Nikt nie zaprosił mnie do kantyny, przestałem już liczyć, że ktoś się tym przejmie. Drobny promyk dnia pojawił się gdy wpadła do nas partnerka z katarskiego biura. Przywitała mnie z ogromną serdecznością – uściski, buziaki, a potem chwila rozmowy, dzięki temu trochę więcej dowiedzieliśmy się o sobie i zrobiło się zwyczajnie miło.

Jutro czeka mnie pierwsze trudne spotkanie z klientem – będę musiał zaprezentować raport o stanie projektu – to właśnie ten moment, którego od kilku dni najbardziej się obawiałem. Mam wrażenie, że ciągle nie jestem przygotowany w 100% – codziennie coś mnie zaskakuje. Dziś choćby problem z banalną ankietą, a jutro pewnie ta drobnostka urośnie do rangi wielkiego zarzutu, dostanę po głowie od wszystkich i boję się, że wyjdę na tępego uczniaka.

Zaczynam dostrzegać jedno, że będąc na bardzo długim wyjeździe, jestem praktycznie cały czas w pracy. Po powrocie do hotelu mam dwie opcje: siłownia albo basen. Ale przy tej temperaturze nawet basen nie daje ulgi, woda jest tak ciepła, że zamiast orzeźwiać, tylko rozgrzewa.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Dzień 2 – biuro

W nocy spałem niespokojnie – budziłem się dwa albo trzy razy. Najpierw zrobiło mi się za zimno, więc wyłączyłem klimatyzację. Po paru godzinach atmosfera w pokoju zrobiła się duszna, zacząłem się pocić i w końcu musiałem wstać, żeby na nowo włączyć chociaż lekki nawiew. Wrażenie było takie, jakby ktoś prowadził ze mną eksperyment: „zobaczymy, ile ten człowiek wytrzyma w zmieniających się warunkach klimatycznych”.

Rano wstałem o 5., gotowy zmierzyć się z tym, co przyniesie nowy dzień. Wskoczyłem w garnitur, zamówiłem taksówkę i już po sześciu minutach byłem pod biurem klienta. I tak oto stanąłem przed olbrzymią stalowo-szklaną wieżą – kolejnym dzieckiem petrodolarów w West Bay.

Moje biuro mieściło się na dziesiątym piętrze. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to brudne okna – wszędzie gruba warstwa piasku, jakbyśmy siedzieli pośrodku pustyni.

Przed przyjazdem do Kataru drżałem na samą myśl o letnich upałach i czy je dam radę znieść . Tymczasem rzeczywistość zrobiła ze mnie ofiarę klimatyzacji. Na zewnątrz słońce praży tak, że asfalt dosłownie się topi, a w środku – lodówka. Mam wrażenie, że pracuję w magazynie mrożonek, temperatura nie odpuszcza: sztywne 16 stopni, chodzę cały czas w marynarce i czuję się jak pingwin na wybiegu.

Posadzili mnie w pokoju z sześcioma innymi osobami. Atmosfera? Totalny surrealizm – cisza tak głęboka, że słychać, jak muchy przymarzają do biurka, ludzie wymieniają między sobą jedno słowo na godzinę, a telefony czy telekonferencje telekonferencje prowadzi się wyłącznie w specjalnych salkach, jakby były to tajne rozmowy agentów wywiadu. Ja – konsultant z zewnątrz, czuję się trochę jak intruz, który trafił na tajemnicze spotkanie loży milczenia.

A żeby było jeszcze zabawniej to od rana nie działało mi Wi-Fi. Myślałem, że ktoś mi pomoże, ale usłyszałem tylko: „Dział IT, 8p., idź i sobie załatw”. No i tyle. Lunch? Długo nie wiedziałem czy on tu w ogóle istnieje. W pewnym momencie ludzie po prostu zniknęli, jakby pochłonęły ich ściany.

Pracuję od 7:30 do 16:00, praktycznie bez przerw na kawę, bez rozmów – nie dlatego, że jestem taki pracuś, tylko po prostu nie ma gdzie. Na piętrze jest małe pomieszczenie gospodarcze: lodówka, szafka z naczyniami, mały ekspres i wielki baniak z wodą, stoją tam dwie osoby i już jest tłok, usiedzieć się nie da, bo nie ma nawet krzesła.

To dopiero pierwszy dzień, więc staram się nie oceniać, ale mam wrażenie, że rozpocząłem pracowniczą przygodę w krainie lodu i ciszy.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 1 – wylot do Kataru

Pakowanie skończyłem późno w nocy, zdecydowanie za późno. O północy dopadła mnie panika, bo byłem przekonany, że nie zmieszczę się ze wszystkim do jednej walizki. Na szczęście, po kilku podejściach udało się w końcu ją domknąć. Spałem może dwie godziny – sen był tak płytki, że kiedy obudził mnie przeraźliwy dźwięk dzwonka, miałem wrażenie, że umarłem i ktoś właśnie reanimuje zombie, przez chwilę byłem nawet przekonany, że przespałem samolot.

Taksówka przyjechała punktualnie o 3.30. Na lotnisku marzyłem już tylko o tym, żeby wejść na pokład samolotu i uciąć sobie drzemkę. Na lotnisku w Warszawie najpierw postawiłem się na nogi podwójnym espresso i obfitym polskim śniadaniem, a potem ruszyłem w stronę bramek.

W samolocie do Dohy miałem nadzieję na miejsce przy wyjściu awaryjnym, tak żeby móc spokojnie i wygodnie wyprostować nogi. Niestety, ktoś mnie ubiegł i wylądowałem na samym końcu maszyny. Zasnąłem niemal od razu i tak przeleciało mi te kilka godzin: trochę snu, trochę jedzenia, budziłem się tylko wtedy, gdy serwowano napoje i posiłki – tak upłynęło pięć godzin lotu, na przemian drzemki i kieliszek czerwonego wina.

Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że samolot nie był Qatar Airways, tylko Oman Air i różnica była wyraźna. Maszyna była rozklekotana ale w porządku, zdecydowanie brakowało tego komfortu, do którego przyzwyczaiły mnie loty na trasach do Islamabadu czy Kuala Lumpur.

Wylądowaliśmy o 16:00. Na zewnątrz czekała mnie ściana gorąca: 41 stopni i lepka wilgoć, która dosięgnęła mnie dopiero między budynkami, gdy błądziłem w poszukiwaniu Ubera.

Hotel okazał się przyjemnym zaskoczeniem: przestronny pokój na 19. piętrze, świetny widok i wygodne łóżko. Planowałem popracować, ale rozsądek zwyciężył: rozpakowałem się, zrobiłem kawę i pozwoliłem sobie na długą kąpiel.

A jednak spokój był tylko pozorny, pod powierzchnią czaił się ciężar, czuję narastający niepokój i w tle cały czas siedzi myśl, że to dopiero cisza przed burzą. Jutro najprawdopodobniej czeka mnie prawdziwy maraton spraw do dopilnowania. Mam wrażenie, że fala obowiązków i terminów dopiero się na mnie wyleje. Przygotowuję się na to mentalnie, bo wiem, że kolejne dni nie będą łatwe. Teraz chodzi tylko o jedno: przetrwać i nie zwariować

Opublikowano praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Na 10 godzin przed wylotem

Do wczoraj do późnego wieczora nawet nie wiedziałem, czy w ogóle dostanę zgodę na ten wyjazd. Organizacja służbowego delegowania w dużej firmie to koszmar – multum zgód, formularzy i procedur. Doprowadziło mnie to do kompletnego wyczerpania. Sam się zastanawiam, jakim cudem jeszcze znalazłem w tym wszystkim czas i siłę, żeby uczyć się i przygotowywać do nowej roli w Katarze. Oczekiwanie jest takie, że w niedzielę wejdę do biura, jakbym pracował tam od dawna: znał ludzi, procesy, wszystko – ogromna odpowiedzialność i presja.

Pewnie trochę przesadzam – w końcu jadę tylko na sześć tygodni – ale stres jest gigantyczny. Mam wrażenie, że ciąży na mnie góra zobowiązań. Wiem jednak, że chcę się pokazać z jak najlepszej strony, więc staram się przygotować najlepiej jak mogę. A cała logistyka, formalności i pakowanie tylko dokładają kolejną warstwę zmęczenia.

Równolegle zaczęły się pożegnania ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną. I dziś rano, kiedy wreszcie zarezerwowałem lot i potwierdziłem adres swojego nowego, choć tymczasowego, domu – poczułem najpierw ulgę, że to już załatwione. A potem uderzyło mnie, że nie ma odwrotu. Naprawdę jadę.

Pakując się, sam się zaskoczyłem – miałem łzy w oczach. Dwadzieścia lat temu, kiedy wyjeżdżałem do Szwajcarii, w ogóle tego nie czułem, nie było we mnie tego sentymentu ani tej dziwnej słabości. Teraz jest inaczej. Z jednej strony cieszę się na tę szansę, nową przygodę, z drugiej – wiem, co zostawiam za sobą w Polsce.

Mam świadomość, że kiedy w niedzielę przekroczę próg biura, stres sięgnie zenitu. Każdy kolejny dzień będzie zmaganiem się z nową rzeczywistością i trochę też ze mną samym. Niesamowite, jak z perspektywy czasu zmienia się podejście do takich wyjazdów.

Na szczęście to tylko sześć tygodni. Jeśli mi się nie spodoba – wrócę i zapomnę o całej historii. A jeśli projekt nie wypali – po prostu mnie ściągną z powrotem. Mimo zmęczenia czuję jednak, jak buzują we mnie emocje i adrenalina. To naprawdę dziwne uczucie – balans między strachem a ekscytacją.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 7 Komentarzy

Piosenka ostatnich dni

Od kilkunastu dni słucham w kółko jednej piosenki:

Bardzo nam zależy na tym, żeby nie dotknąć ziemi. Pozwalamy kwiatom zakwitnąć na wiosnę. Wszyscy ludzie nucą na wietrze, rozdzierając ich szaty i obmywając swoje grzechy.

Teraz wszyscy jesteśmy już tak skonfigurowani i ledwo żywi, ale mimo to staramy się przetrwać, powoli, kontrolowanie, jakoś.

Och, dlaczego nie możemy żyć i uczyć się na naszych grzechach, dlaczego nie przyjąć, że twój Pan jest złodziejem?

Z takim pięknym uśmiechem pod spodem, zabieram cię na dół i błagam na kolanach i teraz

Teraz wszyscy jesteśmy już tak skonfigurowani i ledwo żywi, ale mimo to staramy się przetrwać, powoli, kontrolowanie, jakoś.

Dodaj komentarz

Czwartek

W każdej globalnej korporacji czają się ukryte potwory: ubrane w garnitur słów procedury i polityki. Wczoraj zderzyłem się z jednym z nich: polityką podróży służbowych. Dla niewtajemniczonych jest to jak ściana, zimna i obojętna, która wyrosła przede mną mur ze stertą dokumentów, wyjaśnień, wyliczeń, potwierdzeń i wniosków. Za każdym razem, gdy wysyłałam cały komplet, okazywało się, że to tylko brama do kolejnego korytarza – inny zespół, nowy punkt, następna analiza.

Dziś rano przyszła pierwsza porażka: odrzucono mnie z powodu brakujących dokumentów, a przecież wydawało mi się, że wysłałam wszystko. Poproszono mnie o uzupełnienie brakujących danych, co więc zrobiłem … ale dopiero wieczorem. W ciągu dnia pochłaniał mnie bowiem nowy klient w Katarze – a on jest teraz moim absolutnym priorytetem, ważniejszym niż wszystkie papierowe labirynty.

Wieczorem, już wykończony, znów siadłem do formularzy. Wypełniałam, tłumaczyłam się z oczywistości, zaczynałam procedurę raz, drugi, trzeci… aż w końcu system przepuścił mnie dalej. A przecież mój lot zaplanowany był na piątek, 5:35 rano.

W tle pojawiła się jeszcze gorsza wieść: że być może za wszystko będę musiał zapłacić sam – lot, hotel, sześć tygodni pobytu. Perspektywa, że moja firma, która mnie tam wysyła, mogłaby zostawić mnie samego z tym ciężarem, była absurdalna i przerażająca. W głowie rodził się bunt: mogę być elastyczny, mogę być pokorny wobec sytuacji, ale nie zapłacę trzydziestu pięciu nocy w hotelu z własnej karty kredytowej.

Dopiero dziś, pod koniec dnia – około siedemnastej – przyszła decyzja: mam zgodę na wyjazd do Kataru, aż do końca września. Brzmiało to jak wybawienie a jednocześnie ironia losu, bo hotelu nadal nie miałem, lotu też nie. Plan z piątkowym porannym wylotem rozpadł się jak domek z kart.

Wracałem do domu z mieszanką ulgi i zmęczenia. Tam – bałagan, jak zawsze, bo codziennie rano próbuję jeszcze ogarniać mieszkanie: myję podłogi, odkurzam, wynoszę śmieci. Lodówka opróżniona, bo wiem, że przez sześć tygodni będzie stała pusta. Staram się zostawić wszystko w porządku, jakbym wybierał się w długą wyprawę.

Siedemnasta – zgoda. O 18:30 byłem już w domu. Wiem, że polecę w sobotę, a nie w piątek. To da mi choć chwilę, by odetchnąć, przejrzeć dokumenty i projektowe plany, na które przez cały tydzień nie miałem ani głowy, ani czasu.

I tak siedzę teraz, półprzytomny, z dziwnymi pomysłami w głowie. Wpadłem nawet na to, że zawiozę klientce prezent – kawę i kabanosy Tarczyńskiego i gdyby za bardzo mnie zirytowała, mógłbym ją „ochłodzić” butelką z rozpylaczem pełnym świńskiej krwi. Absurd, wiem, bredzę, jestem wykończony, ale jutro znów wstanę o świcie i znów pójdę do pracy.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wtorek

Dziś dzień codzień, zaczął się jak zwykle dokładnie punkt 7:00, kanapka w jednej ręce, kawa w drugiej i lekko krzywy uśmiech, z niewyspania. Różnica jedynie była taka, że tym razem to oficjalnie mój trzeci dzień pracy przy projekcie w Katarze.

Cały dzień praktycznie zleciał mi na telekonferencjach, tylko w przerwach mogłem złapać się z trenerką, która tłumaczyła mi niuanse i szczegóły, o których na oficjalnych spotkaniach nic się nie mówiło.

Dzisiaj też w końcu padła odpowiedź na pytanie, które od dawna mnie męczyło: na jak długo tam właściwie jadę i okazało się, że nie na 6 tygodni, jak wcześniej myślałem, tylko na 5. Mogą to przedłużyć o tydzień, ale dla mnie to bez różnicy, wręcz lepiej, bo dzięki temu będę mógł wrócić wcześniej i trochę odpocząć przed kolejnym wyjazdem do Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu.. Zapowiada się, że wrzesień i październik spędzę głównie na lotniskach.

Dziś w firmie oficjalnie ogłoszono mój wyjazd. Podczas cotygodniowego spotkania moja przełożona wymieniła mnie jako osobę, która poleci do Kataru. Oczywistą oczywistość posypały się gratulacje. Potem miałem jeszcze kilka telefonów z pytaniem: „Jak ty to zrobiłeś?”. A moja odpowiedź niewzruszenie ta sama: Po prostu byłem najlepszy.” 

Reakcje kolegów i koleżanka – bezcenne.

A tak poza tym w tle codzienność. W zeszłym tygodniu kupiłem spodnie na wyjazd, ale trzeba je było skrócić, już miałem szukać krawcowej, aż w rozmowie koleżanka przypadkiem powiedziała, że może mi pomóc. I tak oto w ramach wolontariatu wpadła do mnie, na wejściu kazała ściągnąć mi spodnie i klęknęła przede mną, wzięła miarę, a trzy godziny później dostałem od niej SMS-a: Spodnie gotowe.” Niby drobiazg, ale sprawił mi naprawdę wielką radość.

Opublikowano praca | Otagowano , | 6 Komentarzy

Poniedziałek

Dzisiejszy dzień był prawdziwą próbą sił.
Noc właściwe nie istniała bo przewracałem się z boku na bok, a kiedy zegar wskazał drugą, wiedziałem, że o śnie mogę zapomnieć. Do piątej trwałem w czuwaniu, z bijącym sercem, a o siódmej już byłem w biurze gotów, bo właśnie wtedy grom moich kolegów w Katarze zaczynało swoją zmianę.

Nie przejrzałem wcześniej żadnych materiałów z dnia poprzedniego, co gryzło mnie jak moralny kac. Obiecałem sobie, że rano nadrobię braki choćby tylko po to, by nie wyjść na kompletnego ignoranta. Punktualnie o 7, odezwała się do mnie koleżanka prowadząca szkolenie. Zwykłe „cześć, jesteś online?” niby drobnostka, a poczułem się, jakby nagle ktoś w zawoalowany sposób sprawdzał, czy jestem na miejscu. Z jednej strony mnie to uderzyło, z drugiej miałem w głowie tę samą myśl: kto normalny w Polsce zaczyna dzień tak wcześnie?

Dalej był już tylko maraton. Spotkanie za spotkaniem, aż w końcu rozmowa z klientką – kobietą wymagającą, twardą i ostrą. Jej niemerytoryczne uwagi cięły bezlitośnie a sposób, w jaki mówiła, zostawiał ślad. Wiedziałem, że w przyszłości będzie mnie testować, próbować zdyskredytować przy innych, ale pomyślałem sobie że nie zamierzam udawać eksperta, którym nie jestem. Postanawiam być sobą – nawet jeśli to oznacza ciężką przeprawę przez następne kilka tygodni.

Na szczęście trafiło się i spotkanie z product managerem. Rozsądny człowiek, spokojny głos. Francuz który potrafił mówić o trudnych rzeczach prosto, jasno i dał mi poczucie, że nie jestem sam, że jeśli cokolwiek się posypie – mogę na niego liczyć, był jak oddech świeżego powietrza w dusznym pokoju pełnym spotkań.

A klientka to prawdziwy żywioł. Kiedy zapytałem, co mógłbym jeszcze dla niej zrobić, rzuciła tylko: „Już raz odpowiedziałam na to pytanie. Drugi raz nie zamierzam.” Wytknęła błędy, które wcale nie były naszymi winami, a do tego zażądała, by od przyszłego tygodnia każdy wiedział, że M. nie ma, bo teraz jestem ja.

Rano w biurze byłem na skraju wyczerpania, po bezsennej nocy czułem, że brakuje mi tlenu, a jednocześnie wszyscy wokół gratulowali mi nowej roli i klienta. Tyle że ja nie miałem głowy do gratulacji. Całą uwagę pochłaniała myśl o tym, co mnie czeka – rozmowa, presja, odpowiedzialność, zadania.

Na koniec dnia pojawiła się kolejna wiadomość – moja wiza do Kataru może być zatwierdzona już jutro, co oznacza, że być może będę musiał ruszyć wcześniej, niż planowałem. Ta niepewność zżera mnie od środka, a jednak wiem że zdołałem się dostosować. Elastyczność stała się moją tarczą obronną i może nikt inny nie podchodzi do nowych sytuacji z taką pokorą, a jednocześnie z takim uporem i wiarą w siebie jak ja.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Niedziela

Po tym, jak zostałem przyjęty do projektu, ruszyła cała lawina logistyki, wymiany maili, planów i ustaleń na najbliższe dni. Wszystko brzmiało ekscytująco, ale szybko okazało się, że diabeł tkwi w szczegółach – największym problemem była wiza. Wszyscy dookoła mówili, że spokojnie wjadę na turystycznej, a tu nagle niespodzianka: do Kataru potrzebuję wizę pracowniczą. Szczerze? Wcale mnie to nie zdziwiło, w końcu mówimy o wyjeździe służbowym na tygodnie, a może nawet miesiące. Przyjąłem to więc ze stoickim spokojem.

Z koleżanką, która miała przekazać mi wiedzę, ustaliłem, że w poniedziałek punkt 8.00 rano zaczynamy szkolenie. Brzmiało klarownie. W międzyczasie skrzynka pocztowa płonęła od wiadomości – dowiedziałem się m.in., że nie pojawię się w biurze w Katarze 14 sierpnia, jak planowano, tylko tydzień później, a do tego czasu pracuję zdalnie.

Czwartek wieczorem wróciłem do domu padnięty, a w głowie miałem tylko to, że w piątek, mimo dnia wolnego, dalej tkwię w starym projekcie. I tak cały piątek przeleciał na rzeczach, z którymi wolałbym nie mieć już nic do czynienia. Sobota – zakupy, trochę roweru, próba złapania ostatnich chwil relaksu przed nowym etapem. Nawet sprawdzałem maila, żeby zobaczyć, czy nie ma zaproszenia na poniedziałkowe spotkanie i dziwne, bo nic nie przyszło, ale myślałem sobie: „Spokojnie, mamy przecież dogadane”.

Sobota – kolejna jazda na rower, wróciłem zmęczony, marzyłem tylko o łóżku i spałem do późna.

Niedzielny poranek – przypadkiem rzucam okiem na służbowy telefon, którego zwykle nawet nie włączam w weekendy a tym razem miałem tylko wyciszony. I bum! Kilkanaście wiadomości, nieodebrane połączenia – wszyscy się do mnie dobijali.

Okazało się, że oni oczekiwali, że już w niedzielę o szóstej rano będę online, gotowy do pracy! Instalacja aplikacji, konfiguracje laptopa, cała zabawa w przygotowanie środowiska klienta. Dzwonili wszyscy: partnerka z Kataru, ludzie z Polski, chyba łatwiej byłoby powiedzieć, kto nie próbował się ze mną skontaktować.

Zatkało mnie. Odpisałem więc na szybko, trochę lawirując, że nie ma mnie w domu, że to chyba jakieś nieporozumienie, bo przecież umawialiśmy się na poniedziałek. Zaproponowałem że mogę włączyć się dopiero po 15, co nie spotkało się ze zrozumieniem. Usłyszałem parę gorzkich słów, a kawałki niedojedzonej bułki dosłownie stanęły mi w gardle. Stres sięgnął zenitu. Zamiast roweru było szybkie pakowanie i jazda do biura. Punkt dwunasta byłem online, instalowałem , konfigurowałem łapiąc oddech. O 14 ruszyło szkolenie. Trzy godziny intensywnego słuchania i notowania w głowie tylko jedna myśl: jak niby mam w trzy godziny przyswoić dwa lata czyjejś pracy?

Wróciłem do domu, a tu kolejne sprawy do ogarnięcia: zgody na wyjazd, papierologia, logistyka a na deser błąd logowania do systemu. Idealnie. Jest 22:00, o 6. zaczynam dzień, więc pobudka po 4. Materiałów nie mogę nawet przejrzeć, bo nic mi nie działa. Wiem, że jutro będzie naprawdę ciężko.

I tak szczerze w takich chwilach człowiek ma ochotę rzucić to wszystko. Biurokracja, chaos, stres, pałowanie się z nie swoimi sprawami – a najgorsze, że sam dałem się w to wplątać. Pocieszam się tylko myślą, że w najgorszym razie nigdzie nie pojadę i będę miał święty spokój.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze