Dzień 6 – nareszcie weekend

Ten dzień ciągnął się niemiłosiernie. Poranne spotkania poszły szybko i sprawnie i nagle pustka w kalendarzu. Zostało mi udawanie pracy w pokoju z innymi kolegami, telefonowanie po znajomych, rodzinie i bezcelowe scrollowanie internetu, byle tylko zabić czas. Zegar jak na złość tykał tak wolno, że miałem wrażenie, że zatrzymał się na dobre, czekałem tylko, aż wybije 16:00 i będę mógł uciec do hotelu.

Obiecałem sobie, że ten wieczór będzie tylko dla mnie – pierwszy wolny od dawna. Najpierw basen – woda przy 35 stopniach bardziej przypominała zupę niż chłodzącą atrakcję, ale i tak była to przyjemność po tygodniu pracy.

Po szybkim prysznicu i kolacji w pokoju wsiadłem w taksówkę. Cel – Muzeum Sztuki Islamskiej, byłem tam kiedyś dawno temu, ale chciałem zobaczyć to miejsce jeszcze raz.

Majestatyczny budynek robi ogromne wrażenie. Jasne, geometryczne bryły kontrastujące z błękitem zatoki, odważna architektura inspirowana muzułmańską tradycją. Najbardziej charakterystyczny jest prostopadłościan na szczycie z wyciętymi półksiężycami, które przypominają oczy arabskiej kobiety spod burki. A w środku – chłód klimatyzacji, monumentalne zakręcone schody i ogromne przeszklone ściany z widokiem na skyline Dohy. Każda sala to gra światła i cienia, a eksponaty wyłaniają się z półmroku, robiąc jeszcze większe wrażenie. Po zmroku muzeum wygląda niczym latarnia – pięknie podświetlone, otoczone parkiem, gdzie Katarczycy i turyści spacerują, organizują pikniki i stoją w kolejkach do foodtrucków.

Postanowiłem nie brać taksówki i podejść pieszo na pobliski Souq Waqif. No i po trzech minutach na światłach wyglądałem jakbym właśnie wyszedł spod prysznica… Takiego upału nie da się opisać, to trzeba przeżyć, ale i tak warto było, bo sam targ to inny świat: wąskie uliczki, zapachy kuchni, głośne kawiarenki i setki sklepików i kramów. Wrażenie zrobił na mnie mały targ ze zwierzętami – dziesiątki klatek pełnych ptaków, a wśród nich ogromne, kolorowe papugi. Souq Waqif tętni życiem nawet wieczorem, rodziny z dziećmi, turyści, lokalni mężczyźni w długich białych thawbach i ludzie z całego świata w lnianych spodniach, szortach i koszulach. Mieszanka kultur i charakterów, której nie da się pomylić z żadnym innym miejscem.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 2 Komentarze

Dzień 5 – zjazd

Dziś złapał mnie totalny zjazd energetyczny, normalnie, jakby ktoś odłączył mi kabel od kontaktu. Wstałem wcześnie, bo od rana czekała mnie seria spotkań, ale już przy otwieraniu oczu dopadł mnie ból istnienia i rozczarowanie życia: myślałem, że to ostatni dzień przed weekendem a tu dopiero środa – jeszcze dziś, jutro i dopiero wolne.

Czas ostatnio płynie mi dziwnie. Wszystko zlewa się w jedną wielką pracę, ciągle coś robię, ciągle gdzieś biegnę, a kiedy niby odpoczywam to sam nie wiem. Mam wrażenie, że od tygodni funkcjonuję w trybie „permanentnego niedoczasu”.

W pracy dzień wlókł się jak stary tramwaj pod górę. Ziewałem tak często, że bałem się, że ktoś zacznie mnie pytać, czy ciepię na niedobór tlenu. Próbowałem to ukrywać, ale ile można? Kawy też nie pomagały, piłem jedną za drugą i miałem wrażenie, że są bezkofeinowe. Siedząc przy biurku odliczałem więc minuty jak więzień do końca odsiadki, patrząc co chwilę na zegarek. Marzenie dnia: godzina szesnasta – klik, zamknąć komputer, wyłączyć służbowe myśli i teleportować się do hotelu.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze

Dzień 4 – bliskie spotkanie

Nie wiem, czy to ze stresu, czy po prostu z mojego wrodzonego roztrzepania, ale dziś rano zaliczyłem klasykę gatunku. Dojechałem do biura, przyniosłem sobie kawy, rozsiadłem się wygodnie… i nagle olśnienie: nie mam telefonu. Został w hotelu na biurku, a bez telefonu człowiek jak bez ręki, nawet do komputera się nie zaloguje, więc czym prędzej zawrotka, taksówka, powrót, sprint po zgubę i znów do biura. Całość zamknąłem w jakieś 20 minut – rekord życiowy, bo gdyby trwało to dłużej, to na pierwsze zaplanowane spotkanie wchodziłbym dziś jak spóźniony uczeń. No cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

Rano jeszcze kończyłem stare sprawy, gadałem z moim nowym kolegą „panem z ósmego piętra”, gdy nagle zjawia się ona moja szmatogłowa szefowa. I to nie byle jaka – prawdziwa królowa dramatu, w dodatku z wieczorną informacją, którą ja już dawno miałem ogarniętą. Pierwsze koty za płoty: udało mi się ją trochę uspokoić, przekonać, że mam to pod kontrolą i że działam tam, gdzie trzeba.

Ale kulminacja przyszła o jedenastej, nasze spotkanie zaplanowane sam na sam. Klasyk: raport ze statusu, projektu, co już zrobione, gdzie jesteśmy, co dalej – pełen repertuar. No i właśnie wtedy wyszło na jaw, że moja szefowa-klientka ma naprawdę specyficzne podejście do pracy: wymagania z kosmosu, ciągłe poprawki, łapanie za każde słówko, a na koniec jak w szkole: „proszę robić notatki, bo nie będę powtarzać”. Serio, więc siedzę, notuję, kiwam sporadycznie głową, uśmiecham się patrząc jej w oczy, a w myślach jedno: „o rety, babo jaka Ty jesteś kompletnie szurnięta”.

Po lunchu dostałem ciekawy „feedback” od kolegi z Rosji. Okazało się, że moja ulubiona szmatłoglowa szefowa wpadła do niego rozjuszona naskarżyć, że niby zadawałem pytania, na które odpowiedzi powinienem znać, że pytałem o ustalenia z lipca – a przecież lipiec był wieki temu i oczywista oczywistość powinienem mieć to wyryte w kamieniu. No i generalnie chodziło jej o to, że nie posiadam daru telepatii i nie czytam w jej myślach – prawdziwy dramat w tym Katarze.

A potem pogadałem jeszcze sam z moim kumplem, przesympatycznym Hiszpanem. Facet opowiada, że mieszka tu od czterech miesięcy, pracuje z tą samą szefową a został zatrudniony praktycznie po to, żeby przewidywać jej myśli zanim one w ogóle pojawią się w jej głowie. No więc ja nie wiem, czy to bardziej misja specjalna, czy kara od losu, brzmi jak praca dla jasnowidza z cyrku, ciekawe tylko, ile mu za tę wróżbiarską robotę płacą.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 3 – sen, szkolenia i kryzys

Dziś w nocy przyśnił mi się dziwny sen. Ktoś powiedział mi, że zostaję w Katarze na kilka lat. Obudziłem się z poczuciem ciężaru, bo nie była przyjemna wizja. Co ciekawe, we śnie wcale się nie sprzeciwiłem rozmówcy, tylko nerwowo kombinowałem w myślach, jak się z takiego pomysłu wypisać.

Dzień zaczął się od problemów technicznych. MS Forms, które stworzyłem wcześniej, nagle przestało działać – wyskakiwał mi błąd dostępu, a musiałem koniecznie poprawić ankietę przed wysłaniem jej do klienta. Koledzy siedzący obok nie kwapili się, żeby pomóc – wszyscy zgodnie odsyłali mnie do pana z IT na 8p.. Zanim jednak się tam wybrałem na wszelki szybko założyłem ticket tylko po to aby w systemie został ślad, że zgłosiłem problem i nie udawałem, że nic się nie stało. Niektórzy wiedzą, że w tej pracy czasem chodzi po prostu o to, żeby kryć własne cztery litery.

Na dokładkę spadła na mnie jeszcze lawina obowiązkowych szkoleń e-learningowych. Wyglądały jak wyjęte z Baśni tysiąca i jednej nocy – co drugi slajd przedstawiał dżina, Sindbada albo Szeherezadę w tiulach. Trochę urocze, trochę kiczowate, a miejscami wręcz niepokojące.

Lunch zjadłem dziś sam. Nikt nie zaprosił mnie do kantyny, przestałem już liczyć, że ktoś się tym przejmie. Drobny promyk dnia pojawił się gdy wpadła do nas partnerka z katarskiego biura. Przywitała mnie z ogromną serdecznością – uściski, buziaki, a potem chwila rozmowy, dzięki temu trochę więcej dowiedzieliśmy się o sobie i zrobiło się zwyczajnie miło.

Jutro czeka mnie pierwsze trudne spotkanie z klientem – będę musiał zaprezentować raport o stanie projektu – to właśnie ten moment, którego od kilku dni najbardziej się obawiałem. Mam wrażenie, że ciągle nie jestem przygotowany w 100% – codziennie coś mnie zaskakuje. Dziś choćby problem z banalną ankietą, a jutro pewnie ta drobnostka urośnie do rangi wielkiego zarzutu, dostanę po głowie od wszystkich i boję się, że wyjdę na tępego uczniaka.

Zaczynam dostrzegać jedno, że będąc na bardzo długim wyjeździe, jestem praktycznie cały czas w pracy. Po powrocie do hotelu mam dwie opcje: siłownia albo basen. Ale przy tej temperaturze nawet basen nie daje ulgi, woda jest tak ciepła, że zamiast orzeźwiać, tylko rozgrzewa.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Dzień 2 – biuro

W nocy spałem niespokojnie – budziłem się dwa albo trzy razy. Najpierw zrobiło mi się za zimno, więc wyłączyłem klimatyzację. Po paru godzinach atmosfera w pokoju zrobiła się duszna, zacząłem się pocić i w końcu musiałem wstać, żeby na nowo włączyć chociaż lekki nawiew. Wrażenie było takie, jakby ktoś prowadził ze mną eksperyment: „zobaczymy, ile ten człowiek wytrzyma w zmieniających się warunkach klimatycznych”.

Rano wstałem o 5., gotowy zmierzyć się z tym, co przyniesie nowy dzień. Wskoczyłem w garnitur, zamówiłem taksówkę i już po sześciu minutach byłem pod biurem klienta. I tak oto stanąłem przed olbrzymią stalowo-szklaną wieżą – kolejnym dzieckiem petrodolarów w West Bay.

Moje biuro mieściło się na dziesiątym piętrze. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to brudne okna – wszędzie gruba warstwa piasku, jakbyśmy siedzieli pośrodku pustyni.

Przed przyjazdem do Kataru drżałem na samą myśl o letnich upałach i czy je dam radę znieść . Tymczasem rzeczywistość zrobiła ze mnie ofiarę klimatyzacji. Na zewnątrz słońce praży tak, że asfalt dosłownie się topi, a w środku – lodówka. Mam wrażenie, że pracuję w magazynie mrożonek, temperatura nie odpuszcza: sztywne 16 stopni, chodzę cały czas w marynarce i czuję się jak pingwin na wybiegu.

Posadzili mnie w pokoju z sześcioma innymi osobami. Atmosfera? Totalny surrealizm – cisza tak głęboka, że słychać, jak muchy przymarzają do biurka, ludzie wymieniają między sobą jedno słowo na godzinę, a telefony czy telekonferencje telekonferencje prowadzi się wyłącznie w specjalnych salkach, jakby były to tajne rozmowy agentów wywiadu. Ja – konsultant z zewnątrz, czuję się trochę jak intruz, który trafił na tajemnicze spotkanie loży milczenia.

A żeby było jeszcze zabawniej to od rana nie działało mi Wi-Fi. Myślałem, że ktoś mi pomoże, ale usłyszałem tylko: „Dział IT, 8p., idź i sobie załatw”. No i tyle. Lunch? Długo nie wiedziałem czy on tu w ogóle istnieje. W pewnym momencie ludzie po prostu zniknęli, jakby pochłonęły ich ściany.

Pracuję od 7:30 do 16:00, praktycznie bez przerw na kawę, bez rozmów – nie dlatego, że jestem taki pracuś, tylko po prostu nie ma gdzie. Na piętrze jest małe pomieszczenie gospodarcze: lodówka, szafka z naczyniami, mały ekspres i wielki baniak z wodą, stoją tam dwie osoby i już jest tłok, usiedzieć się nie da, bo nie ma nawet krzesła.

To dopiero pierwszy dzień, więc staram się nie oceniać, ale mam wrażenie, że rozpocząłem pracowniczą przygodę w krainie lodu i ciszy.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 1 – wylot do Kataru

Pakowanie skończyłem późno w nocy, zdecydowanie za późno. O północy dopadła mnie panika, bo byłem przekonany, że nie zmieszczę się ze wszystkim do jednej walizki. Na szczęście, po kilku podejściach udało się w końcu ją domknąć. Spałem może dwie godziny – sen był tak płytki, że kiedy obudził mnie przeraźliwy dźwięk dzwonka, miałem wrażenie, że umarłem i ktoś właśnie reanimuje zombie, przez chwilę byłem nawet przekonany, że przespałem samolot.

Taksówka przyjechała punktualnie o 3.30. Na lotnisku marzyłem już tylko o tym, żeby wejść na pokład samolotu i uciąć sobie drzemkę. Na lotnisku w Warszawie najpierw postawiłem się na nogi podwójnym espresso i obfitym polskim śniadaniem, a potem ruszyłem w stronę bramek.

W samolocie do Dohy miałem nadzieję na miejsce przy wyjściu awaryjnym, tak żeby móc spokojnie i wygodnie wyprostować nogi. Niestety, ktoś mnie ubiegł i wylądowałem na samym końcu maszyny. Zasnąłem niemal od razu i tak przeleciało mi te kilka godzin: trochę snu, trochę jedzenia, budziłem się tylko wtedy, gdy serwowano napoje i posiłki – tak upłynęło pięć godzin lotu, na przemian drzemki i kieliszek czerwonego wina.

Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że samolot nie był Qatar Airways, tylko Oman Air i różnica była wyraźna. Maszyna była rozklekotana ale w porządku, zdecydowanie brakowało tego komfortu, do którego przyzwyczaiły mnie loty na trasach do Islamabadu czy Kuala Lumpur.

Wylądowaliśmy o 16:00. Na zewnątrz czekała mnie ściana gorąca: 41 stopni i lepka wilgoć, która dosięgnęła mnie dopiero między budynkami, gdy błądziłem w poszukiwaniu Ubera.

Hotel okazał się przyjemnym zaskoczeniem: przestronny pokój na 19. piętrze, świetny widok i wygodne łóżko. Planowałem popracować, ale rozsądek zwyciężył: rozpakowałem się, zrobiłem kawę i pozwoliłem sobie na długą kąpiel.

A jednak spokój był tylko pozorny, pod powierzchnią czaił się ciężar, czuję narastający niepokój i w tle cały czas siedzi myśl, że to dopiero cisza przed burzą. Jutro najprawdopodobniej czeka mnie prawdziwy maraton spraw do dopilnowania. Mam wrażenie, że fala obowiązków i terminów dopiero się na mnie wyleje. Przygotowuję się na to mentalnie, bo wiem, że kolejne dni nie będą łatwe. Teraz chodzi tylko o jedno: przetrwać i nie zwariować

Opublikowano praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Na 10 godzin przed wylotem

Do wczoraj do późnego wieczora nawet nie wiedziałem, czy w ogóle dostanę zgodę na ten wyjazd. Organizacja służbowego delegowania w dużej firmie to koszmar – multum zgód, formularzy i procedur. Doprowadziło mnie to do kompletnego wyczerpania. Sam się zastanawiam, jakim cudem jeszcze znalazłem w tym wszystkim czas i siłę, żeby uczyć się i przygotowywać do nowej roli w Katarze. Oczekiwanie jest takie, że w niedzielę wejdę do biura, jakbym pracował tam od dawna: znał ludzi, procesy, wszystko – ogromna odpowiedzialność i presja.

Pewnie trochę przesadzam – w końcu jadę tylko na sześć tygodni – ale stres jest gigantyczny. Mam wrażenie, że ciąży na mnie góra zobowiązań. Wiem jednak, że chcę się pokazać z jak najlepszej strony, więc staram się przygotować najlepiej jak mogę. A cała logistyka, formalności i pakowanie tylko dokładają kolejną warstwę zmęczenia.

Równolegle zaczęły się pożegnania ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną. I dziś rano, kiedy wreszcie zarezerwowałem lot i potwierdziłem adres swojego nowego, choć tymczasowego, domu – poczułem najpierw ulgę, że to już załatwione. A potem uderzyło mnie, że nie ma odwrotu. Naprawdę jadę.

Pakując się, sam się zaskoczyłem – miałem łzy w oczach. Dwadzieścia lat temu, kiedy wyjeżdżałem do Szwajcarii, w ogóle tego nie czułem, nie było we mnie tego sentymentu ani tej dziwnej słabości. Teraz jest inaczej. Z jednej strony cieszę się na tę szansę, nową przygodę, z drugiej – wiem, co zostawiam za sobą w Polsce.

Mam świadomość, że kiedy w niedzielę przekroczę próg biura, stres sięgnie zenitu. Każdy kolejny dzień będzie zmaganiem się z nową rzeczywistością i trochę też ze mną samym. Niesamowite, jak z perspektywy czasu zmienia się podejście do takich wyjazdów.

Na szczęście to tylko sześć tygodni. Jeśli mi się nie spodoba – wrócę i zapomnę o całej historii. A jeśli projekt nie wypali – po prostu mnie ściągną z powrotem. Mimo zmęczenia czuję jednak, jak buzują we mnie emocje i adrenalina. To naprawdę dziwne uczucie – balans między strachem a ekscytacją.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 7 Komentarzy

Piosenka ostatnich dni

Od kilkunastu dni słucham w kółko jednej piosenki:

Bardzo nam zależy na tym, żeby nie dotknąć ziemi. Pozwalamy kwiatom zakwitnąć na wiosnę. Wszyscy ludzie nucą na wietrze, rozdzierając ich szaty i obmywając swoje grzechy.

Teraz wszyscy jesteśmy już tak skonfigurowani i ledwo żywi, ale mimo to staramy się przetrwać, powoli, kontrolowanie, jakoś.

Och, dlaczego nie możemy żyć i uczyć się na naszych grzechach, dlaczego nie przyjąć, że twój Pan jest złodziejem?

Z takim pięknym uśmiechem pod spodem, zabieram cię na dół i błagam na kolanach i teraz

Teraz wszyscy jesteśmy już tak skonfigurowani i ledwo żywi, ale mimo to staramy się przetrwać, powoli, kontrolowanie, jakoś.

Dodaj komentarz

Czwartek

W każdej globalnej korporacji czają się ukryte potwory: ubrane w garnitur słów procedury i polityki. Wczoraj zderzyłem się z jednym z nich: polityką podróży służbowych. Dla niewtajemniczonych jest to jak ściana, zimna i obojętna, która wyrosła przede mną mur ze stertą dokumentów, wyjaśnień, wyliczeń, potwierdzeń i wniosków. Za każdym razem, gdy wysyłałam cały komplet, okazywało się, że to tylko brama do kolejnego korytarza – inny zespół, nowy punkt, następna analiza.

Dziś rano przyszła pierwsza porażka: odrzucono mnie z powodu brakujących dokumentów, a przecież wydawało mi się, że wysłałam wszystko. Poproszono mnie o uzupełnienie brakujących danych, co więc zrobiłem … ale dopiero wieczorem. W ciągu dnia pochłaniał mnie bowiem nowy klient w Katarze – a on jest teraz moim absolutnym priorytetem, ważniejszym niż wszystkie papierowe labirynty.

Wieczorem, już wykończony, znów siadłem do formularzy. Wypełniałam, tłumaczyłam się z oczywistości, zaczynałam procedurę raz, drugi, trzeci… aż w końcu system przepuścił mnie dalej. A przecież mój lot zaplanowany był na piątek, 5:35 rano.

W tle pojawiła się jeszcze gorsza wieść: że być może za wszystko będę musiał zapłacić sam – lot, hotel, sześć tygodni pobytu. Perspektywa, że moja firma, która mnie tam wysyła, mogłaby zostawić mnie samego z tym ciężarem, była absurdalna i przerażająca. W głowie rodził się bunt: mogę być elastyczny, mogę być pokorny wobec sytuacji, ale nie zapłacę trzydziestu pięciu nocy w hotelu z własnej karty kredytowej.

Dopiero dziś, pod koniec dnia – około siedemnastej – przyszła decyzja: mam zgodę na wyjazd do Kataru, aż do końca września. Brzmiało to jak wybawienie a jednocześnie ironia losu, bo hotelu nadal nie miałem, lotu też nie. Plan z piątkowym porannym wylotem rozpadł się jak domek z kart.

Wracałem do domu z mieszanką ulgi i zmęczenia. Tam – bałagan, jak zawsze, bo codziennie rano próbuję jeszcze ogarniać mieszkanie: myję podłogi, odkurzam, wynoszę śmieci. Lodówka opróżniona, bo wiem, że przez sześć tygodni będzie stała pusta. Staram się zostawić wszystko w porządku, jakbym wybierał się w długą wyprawę.

Siedemnasta – zgoda. O 18:30 byłem już w domu. Wiem, że polecę w sobotę, a nie w piątek. To da mi choć chwilę, by odetchnąć, przejrzeć dokumenty i projektowe plany, na które przez cały tydzień nie miałem ani głowy, ani czasu.

I tak siedzę teraz, półprzytomny, z dziwnymi pomysłami w głowie. Wpadłem nawet na to, że zawiozę klientce prezent – kawę i kabanosy Tarczyńskiego i gdyby za bardzo mnie zirytowała, mógłbym ją „ochłodzić” butelką z rozpylaczem pełnym świńskiej krwi. Absurd, wiem, bredzę, jestem wykończony, ale jutro znów wstanę o świcie i znów pójdę do pracy.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wtorek

Dziś dzień codzień, zaczął się jak zwykle dokładnie punkt 7:00, kanapka w jednej ręce, kawa w drugiej i lekko krzywy uśmiech, z niewyspania. Różnica jedynie była taka, że tym razem to oficjalnie mój trzeci dzień pracy przy projekcie w Katarze.

Cały dzień praktycznie zleciał mi na telekonferencjach, tylko w przerwach mogłem złapać się z trenerką, która tłumaczyła mi niuanse i szczegóły, o których na oficjalnych spotkaniach nic się nie mówiło.

Dzisiaj też w końcu padła odpowiedź na pytanie, które od dawna mnie męczyło: na jak długo tam właściwie jadę i okazało się, że nie na 6 tygodni, jak wcześniej myślałem, tylko na 5. Mogą to przedłużyć o tydzień, ale dla mnie to bez różnicy, wręcz lepiej, bo dzięki temu będę mógł wrócić wcześniej i trochę odpocząć przed kolejnym wyjazdem do Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu.. Zapowiada się, że wrzesień i październik spędzę głównie na lotniskach.

Dziś w firmie oficjalnie ogłoszono mój wyjazd. Podczas cotygodniowego spotkania moja przełożona wymieniła mnie jako osobę, która poleci do Kataru. Oczywistą oczywistość posypały się gratulacje. Potem miałem jeszcze kilka telefonów z pytaniem: „Jak ty to zrobiłeś?”. A moja odpowiedź niewzruszenie ta sama: Po prostu byłem najlepszy.” 

Reakcje kolegów i koleżanka – bezcenne.

A tak poza tym w tle codzienność. W zeszłym tygodniu kupiłem spodnie na wyjazd, ale trzeba je było skrócić, już miałem szukać krawcowej, aż w rozmowie koleżanka przypadkiem powiedziała, że może mi pomóc. I tak oto w ramach wolontariatu wpadła do mnie, na wejściu kazała ściągnąć mi spodnie i klęknęła przede mną, wzięła miarę, a trzy godziny później dostałem od niej SMS-a: Spodnie gotowe.” Niby drobiazg, ale sprawił mi naprawdę wielką radość.

Opublikowano praca | Otagowano , | 6 Komentarzy