Berno – dzień 279

Dostałem strasznego lenia, przeciągam rzeczy w nieskończoność, choć ich dokończenie wymagałoby z mojej strony zaledwie odrobiny samozaparcia.
Im bliżej urlopu tym bardziej się rozleniwiam – myślami już na nim jestem, wreszcie się wysypiam i nie myślę o Debbie, terminach projektów i rzeczach, które trzeba załatwić.
W pracy zawirowania, znowu rotacja, przetasowania, znowu zmiany i znowu musze zaprzestać pracy nad projektem, nad którym pracowałem od trzech miesięcy na rzecz czegoś nowego.
Wprawiony w bojach wiem ze niczego nie mogę być tutaj pewnym.
Od września zaczynam szukać nowego zajęcia – to już postanowione. Chętnie tez rozważyłbym przeprowadzkę do Zurichu albo do Lozanny.
Do tego czasu by zupełnie nie zwariować, co dwa miesiące zaplanowałem tygodniowy urlop.
Czerwiec i wrzesień mamy już obcykany, kupiliśmy nawet bilety a teraz z wielkim zaangażowaniem dopracowujemy szczegóły pobytu i rzeczy, które chcielibyśmy zobaczyć. Take zaangażowanie akurat przychodzi mi z niebywała łatwością…
W sobotę w ramach prezentu walentynkowego lecimy do Madrytu na romantyczny weekend we dwoje. M pogodził się z myślą ze nie zobaczymy wszystkich muzeów, galerii i pałaców – mamy się głównie relaksować i nigdzie nie spieszyć.
Wpadnę tez do Wrocławia odwiedzić stare śmieci.

Otagowano | 1 komentarz

każdy powinien być szczęśliwy

Pomysł spędzenia weekendu z P i E był absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Pomimo tego ze źle się czułem zostawiając sierściucha na 3 dni bez opieki (wbrew wyraźnym zaleceniom) i pozwoliłem zwiędnąć dwóm kwiatkom to i tak było warto. Dwie noce przed wylotem spędziłem w domu pracując do późna, w biurze pojawiałem się przed 7 a wszystko po to by w piątek wyjść wcześniej z pracy, zostawiając za sobą wszystkie sprawy. Prosto z biura pojechałem na lotnisko a po niespełna 5 godzinach siedziałem już wygodnie w ich salonie sącząc drinka i gadając do pozna w nocy.
Pytali mnie o M.
Wciąż jesteśmy w sobie szaleńczo zakochani a w łóżku zachowujemy się jak króliki..
Zastanawiające skąd ten fenomenem że jesteśmy razem.
Nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć.
Po prostu któregoś dnia zdałem sobie sprawę że nie będzie już lepiej, że z M teraz to jest właśnie to, tu i teraz, że nie brakuje mi wolności, że nie czuje skrępowania, że jest mi dobrze.
Mój przyjaciel zdziwiony tymi wszystkimi zmianami w moim życiu zapytał mnie czy nie balem się zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę, tak po prostu wyprowadziłem się z własnego mieszkania i zamieszkałem z kimś dla mnie obcym. Uspokoił się gdy oznajmiłem że to niezupełnie tak że po prostu nie licząc się z niczym spakowałem manatki i zamieszałem z M – wcześniej zadbałem o to by być oficjalnie zameldowanym i podpisać oddzielną umowę na wynajem mieszkania.
Pośrednio przyczyniła się do tego emigracja, sam fakt że mieszkam w obcym ale bardziej tolerancyjnym kraju, że obaj pracujemy, możemy pozwolić sobie na mieszkanie razem, wspólne robienie zakupów i sprawianie sobie romantycznych większych lub mniejszych przyjemności. Żyję w świecie mniej represyjnym i mogę sobie na to wszystko pozwolić bez szokowania innych.

W ludziach jest czasem jakaś pustka, niektórzy porzucają starania żeby ją zapełnić. Przestają szukać swego szczęścia. A czasem odpowiedz tkwi w innej kulturze, innej tradycji. Tylko trzeba być otwartym.

Pytali mnie jakie o ‘nasze’ relacje.

W obu są kosmiczne awantury i pytania, kto będzie dziś gotował obiad czy mył naczynia. Jest potrzeba wierności i są zdrady. Są pytania o to, czy zostałeś zdradzony. Są szczere odpowiedzi i są kłamstwa. My, mężczyźni, mamy dane z natury coś, co popycha do zdrady. Jest to statystycznie większa skłonność do zmiany partnerów. Dwóch mężczyzn jest więc podwójnie na tę zdradę narażonych. Dzięki niemu uczę się smakować potraw i win. Świadomie mogę przyznać, że w Kalifornii nie robi się wina, tylko hawajski sok owocowy.

Odkryłem też miejsce gdzie mógłbym zamieszkać gdyby przyszło mi pracować w Londynie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Amsterdam

Zły nastrój jeszcze trwał, gdy M wrócił do hotelu.
Milczeliśmy albo zdawkowo udzielaliśmy sobie odpowiedzi.
Ta dziwna sytuacja ciągnęła, kiedy kładliśmy się spać.
Łóżko miało dobre 2.5m mogliśmy, więc położyć się nie dotykając się wcale, każdy po swojej stronie.
Ja pierwszy wydobyłem z siebie, co miałem mu za złe. W całkowitej ciemności jakoś łatwiej jest mi zdobyć się na odwagę.
Niestety braki językowe nie pozwoliły wyrzucić z siebie gniewu za pomocą odpowiednich przekleństw i może, dlatego obyło się bez prawdziwej kłótni.
M zrozumiał.
Pogodziliśmy się w pozycji nieskończoność, ale najpierw nawzajem przeczołgaliśmy się po całej powierzchni ogromnego łóżka.

Następne dwa dni były zupełnie inne, należały wyłącznie do nas.
A śniadanie wielkanocne zjedliśmy razem w przypadkowym barze niedaleko hotelu.
Wczoraj, gdy byłem jeszcze w biurze i pomimo nawrotu prawdziwej zimy M zdecydował się wyruszyć autem Włoch.
Kiedy wróciłem do domu znalazłem kartkę z wytycznymi, co mam jeść, kiedy wyrzucać jakie odpady (bo wciąż mam z tym problem) i czym karmić sierściucha a na poduszce w sypialni kartkę z tekstem w stylu „marzę by móc znowu kąpać się w twoich oczach”. Typowo włoski bajer, który każdemu sprawiłby frajdę…
A żeby nie zostać sam w pustym domu (z sierściuchem!) lecę na weekend do Londynu. Przez ponad tydzień jestem słomianym wdowcem…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Amsterdamskie che sara, sara

Razem z Marco jeszcze z zeszłym roku planowaliśmy wspólny wyjazd do Amsterdamu. Wprawieni w przebywaniu ze sobą non stop z niecierpliwością liczyliśmy dni do daty wylotu. Nasi znajomi z Włoch podsunęli nam super ofertę hotelu w centrum miasta, na co Marco poczuł się w obowiązku zaproponowania by wybrali się tam z razem nami.

Czwartkowe lekcje włoskiego uwieńczyły całotygodniowe czekanie na dzień wyjazdu, kiedy późnym wieczorem wróciłem do domu czekali już na mnie Enzo i Domenico.

Plan był prosty, o 5.00 mieliśmy być na lotnisku, więc żeby się niepotrzebnie nie śpieszyć wyjechać planowaliśmy przed 4.00.Znojami wstali trochę po czasie, siłą trzeba było wyciągać ich z łóżka, pacykowali się przez dobre pół godziny, na koniec zabrało się im na pogaduchy i kawkę przed wyjściem. Na moje delikatne ‘nie mamy czasu, spóźnimy się” Marco powtarzał jak mantrę żebym się nie przejmował. Była 4.40 jak wyjeżdżaliśmy z Berna, gdy na zewnątrz niespodziewanie zaczął sypać śnieg, na autostradzie zrobiło się szybko ślisko, wszyscy kierowcy dopasowywali prędkość do panujących warunków, gdzieniegdzie zaczęły tworzyć się korki a Marco jak gdyby nigdy nic pędził 150km/h by nadrobić stracony czas. Na moje ‘zwolnij’ usłyszałem ‘że chyba nie chcemy się spóźnić amore’. Na lotnisku w Bazylei szukając wjazdu na parking, dwa razy minęliśmy właściwą bramkę, ale na samolot zdążyliśmy, choć gdy wbiegaliśmy na nasz terminal na pokład samolotu wpuszczali już pasażerów.

W Amsterdamie najprościej wziąć było taksówkę by jak najszybciej odstawić bagaże i pójść na miasto. Znajomi zdecydowali jednak inaczej – wybrali opcję dłuższą, bo pociągiem, za który w konsekwencji zapłacić musiałem i tak ja. W Amsterdamie było 2 stopnie, padał deszcz a oni bez mapy postanowili poszukać hotelu. Tarabaniłem się za nimi z bagażem przez centrum dzielnie znosząc cała sytuację, podczas gdy oni jak dzieci, co chwile zatrzymywali się przed każdą sklepową wystawą żeby sobie popatrzeć. W hotelu mieliśmy tylko zostawić bagaż i iść do muzeum – to ‘tylko’ zajęło im pełną godzinę.
Na kolację zapragnęli czegoś indonezyjskiego, o 21.00 umówiliśmy się w hotelowym lobby. Spóźnili się 45 minut, a gdy wreszcie wyszliśmy z hotelu i skręciliśmy za pierwszym tylko rogiem towarzystwo zorientowało się, że przydałby się im parasol i wróciliśmy do hotelu i znowu był kwadrans czekania. Zapytałem czy zdają sobie sprawę, że o 22.00 mogą zamykać w restauracjach kuchnie na co oni tak bardzo się tym przejęli, że postanowili jechać taksówka. Znalezienie w notesie właściwego adresu zajęło kwadrans. Starałem się być cierpliwy. Przed wejściem do restauracji spojrzałem na zegarek była dokładnie 22.25. Na jedzenie niestety się nie załapaliśmy, bo ktoś nie pomyślał, że trzeba wcześniej zrobić rezerwację…
Wkurwiony, bo głodny i zmarznięty zaproponowałem kolacje u Hindusów na co koledzy zareagowali z przekąsem. Musieli się zgodzić, bo zrobiło się późno, zaczął padać śnieg i było zimno. W restauracji dzielnie znosiłem komentarze, że wszystkie jest nie takie jak we Włoszech, że obsługa za mało się stara, że jedzenie jest kiepskie…

Gdyby Marco nie zaczął wtórować temu towarzystwu wzajemnej adoracji mój wkurw nie osiągnąłby zenitu. Do hotelu wracałem sam wyglądem bardziej przypominając burzę gradową – nie cierpię Włochów i tego luzackiego podejścia w stylu „co będzie to będzie”.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

rozmowy kontrolowane

On – lat 35 albo 37, student – lat 21

On: wow ale jazda
Ja: czesc co za spotkanie
On: tyle razy jechałem kolo Twojego domu i myślałem co z Tobą co Ty tam porabiasz ??
Ja: pracuje mieszkam, od lipca nie ma mnie we wrocku, przeniosłem sie tutaj
On: no prosze, faceta tam znalazłeś czy jak
Ja: nie, dostałem tutaj pracę, ale warunek był taki ze musiałem się przenieść
On: Ooo suuuper …ja mam niezla jazde
Ja:a co jest?
On: moj Facet wyjechał na 3 miesiące do stuttgartu 😦 na wymiane studencka
Ja: masz faceta studenta:)?
On: trochę sie zaczyna pierd…ic wiec szukam pracy w Stuttgarcie
Ja: a on tam na stale wyjechał?
On: nie … do 31 maja z Erasmusa 😦
Ja: no to niedługo wraca
On: za 3 miesiące 😦 no cos Ty … niedlugo, to wieczność :(… mam takiego dola ze masakra :(ja chce tam jechać ale … niestety moje znajomości zawsze ograniczały sie do Polski no i jest problem
Ja: ale jak pojedziesz tam tylko na 3 miechy… nikt cię nie zatrudni na tak krotko
On: … 😦 … wiesz … chocby gary mi nie o fortunę chodzi … tylko nie chce stracić Facetasamo zycie 😦 mowie Ci co mi sie zaczyna układać to jakaś kolejna porażka
Ja: tia, widze ze sie nic nie zmieniłeś – za małolatami sie wciąż uganiasz
On: koszmar hmmm 😛
On: wbrew pozorom ja stabilna bestyjka jestem
Ja: wiem, wiem

Refleksje:
Skąd sie biorą tacy faceci i czy mnie też to grozi?

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 243

Szefowa wciąż mnie wkurza, ale w tym tygodniu łatwiej jest mi się z tym pogodzić, nie robię sobie z nic z jej głupawych uwag i charakterystycznego tonu wypowiedzi „you should…” „but why dont you…” „why makes you think…” – wciąż trzymam nerwy na wodzy a jak wydaje mi się że zaraz chyba ją puknę myślę o tym, że taki już urok mojej pracy. Ten tydzień jest jej ostatnim przed urlopem i wyjazdem na narty. Na dodatek wczoraj załapałem się na całodniowe szkolenie z zarządzania konfliktem, które wydało mi się być nie dość, że bardzo na czasie to jeszcze poza biurem. Amerykanka, które je prowadziła wywarła na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie, poza tym ludzie którzy wzięli udział w tym spotkaniu pochodzili ze skrajnie odmiennych kultur i to sprawiło, że cały trening był bardzo pouczający dla wszystkich uczestników. W czasie jego trwania złapałem się na myśli, że właśnie dla takich możliwości warto było podjąć ryzyko pracy zagranicą.
Rzadko się zdarza by jakiś Amerykanin miał dystans do siebie, amerykańskiej kultury i typowego amerykańskiego stylu życia.

Dziś za to pojawił sie długo oczekiwany pan z banku z Londynu, żeby przeszkolić mnie z obsługi aplikacji. Przy przedstawieniu się iskrzyło, w trakcie szkolenia nie przestawaliśmy sie uśmiechać, w czasie przerw zamieniliśmy ze sobą pare nieformalnych zdań, w ciągu dnia uprzejmościom nie było końca, poszliśmy nawet razem na lunch a na koniec usłyszałem, że gdybym czasem potrzebował technicznego wsparcia to dzwonic mam od razu bezpośrednio do niego, na prywatną komórke i że liczy, że za kilka tygodni spotkamy sie znowu, w Londynie. 

Odkąd D zaczęła wypytywać o moje postępy w nauce języka niemieckiego postanowiłem wziąć udział w kursie dla obcokrajowców. Łatwiej przyszło mi się do tego zmobilizować odkąd w poniedziałki mogę wyjść wcześniej z pracy.
A dla samego siebie zapisałem sie na konwersacje z włoskiego. Amore przestało sie przejmować czy mówię poprawnie gramatycznie bo dla niego ważne jest, że mnie rozumie i że wszystkie moje błędy i przejęzyczenia wydają się być bardzo sexy albo wywołują u niego salwy trudnego do powstrzymania śmiechu.    

Moje amore złapało jakąś grypę i przez kilka dni parskało i prychało. Przez ta jego chorobę nie mialem ochoty na żadne bara-bara, bo nie chciałem sie zarazić. Amore było z tego powodu na mnie złe i zdążyliśmy sie o to pokłócić.

Zamówiłem przez internet „Wiatraki Bogów” film, który oglądałem wieki temu, a który jako dziecko utkwił mi w pamięci. Pamiętam o czym wtedy myślałem i teraz, z perspektywy lat przyznałem sam przed sobą, że to się spełniło.

Jutro spotkanie w sprawie kolejnego ważnego projektu a od przyszłego tygodnia zostaje sam i będę samodzielnie prowadził wszystkie zaplanowane w całym tygodniu meetingi.

1 komentarz

odszczekuję

Odwołuję wszystkie złe rzeczy które napisałem o swojej szefowej.
Dziś rano o 9.17 dala mi podwyżkę. Po odjęciu kosztów sesji u psychoanalityka zostanie mi jeszcze grubo ponad… akurat na waciki od Diora…

Otagowano | Dodaj komentarz

twardy reset

Debbie nie byłaby typową szefowa, gdyby czasami bez powodu mnie nie zrypała. Przyjąłem strategie, która na ogół się sprawdza. Staram się trzymać ją z dala od swojej pracy, informuję ją wyłącznie o sprawach absolutnie koniecznych, ale na co dzień nie chce mieć z nią wspólnego. W poniedziałek triumfalnie rzuciła wypowiedzeniem Jackie, a po kilku dniach to samo zrobił Rajiv a w Debbie zawrzało. Strzelała piorunami gdzie popadnie i trafiła też we mnie. Wyrzuciła mi wszystko czego nie zrobiłem albo nie dokończyłem a powinienem, umniejszając pozostałe zasługi twierdząc, że to co robie i sposób w jaki to robię jest „pointless”, na callu zrobiła ze mnie idiotę przy ludziach z banku, a gdy próbowałem się bronić wylała z siebie słowotok bzdur aż prawie otworzył mi się nóż w kieszeni. Nie było z kim rozmawiać, moje argumenty trafiały w ścianę, na skroni wyszła mi żyła, nabuzowany wróciłem do biurka, zamknąłem klapę od laptopa i dużo przed czasem wyszedłem z biura. Musiałem zrobić sobie twardy reset. Nie przeszło mi przez noc więc nazajutrz wysłałem sms ze jestem chory.
Godzę się na takie traktowanie tylko dlatego, że sowicie mi za to płaci, ale czasami mam ochotę jej zaj..ć.
Kilka dni po tym incydencie jej mąż, który pracuje piętro niżej wpadł podziękować mi za załatwianie pewnej jego sprawy. Trochę przesadzał z tą wielką wdzięcznością w kółko pytając czy może coś dla mnie zrobić. Debbie siedziała wtedy obok, za ścianką i się nie wtrącała. Za którymś razem gdy narzucał się ze swoją propozycją poprosiłem go, że jeśli naprawdę chce coś dla mnie zrobić to mógłby zabrać swoją żonę do domu.
Debbie uznała o za świetny żart.
Potem jeszcze na zebraniu zespołu poinformowała nas o swoim planowanym na początek marca urlopie, koledzy z zespołu zacierali ręce ciesząc się w skrytości ducha a ja na cały glos krzyknąłem juhhuu!
Debbie znów się śmiała co nie pozostawiło cienia wątpliwości, że trafiłem na kretynkę.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

walentynki 2008

Podczas kolacji kolega podsunął mi niezły pomysł na prezent na walentynki. Pomysł niemal od razu zamienił się w czyn – w kwietniu zabieram M do Madrytu.

Dotychczas przeważnie trafiałem na typowych zwierzaków, co tylko potrzebowali ode mnie żeby strzelić im gola. Stąd może zrodził się w mojej głowie pomysł by być najlepszym facetem dla M, takim jakiego sam zawsze chciałem spotkać. I cieszyć się za każdym razem kiedy udaje mi się wywołać ‘soriso’ na jego twarzy.

Swiss i Lufthansa prześcigają się w walce o klienta i kiedy widzę kolejną promocje nie mogę się powstrzymać żeby gdzieś się polecieć. Przestało zależeć mi już na milach a na Senatora szans nie mam. Ile razy teraz znajduje tani bilet po prostu rezerwuje termin na weekend.
Wyjazd do Wielkiej Brytfanii to właśnie wynik tak szybko podjętej decyzji. Znalazłem bilet, sprawdziłem czy termin nie koliduje z czymś ważnym (M w tym czasie będzie w Bari) i zrobiłem rezerwacje. Dopiero w domu dostało mi się po głowie, że zapomniałem pamiętać o kimś równie ważnym – okazało się że nie będzie z kim zostawić sierściucha. Na pocieszenie wyobrażałem sobie, że do marca zdążę go otruć…

Moje dwa światy, które się nie przenikają: raz spanie w gościach na dmuchanym materacu a raz w hotelu na łóżku na którym zmieściłoby się 5 osób albo kompot z rabarbaru do obiadu i butelka Don Perignon do kolacji.

Żeby zrównoważyć to swoje bujanie w obłokach pomyślałem też o swoich bliskich. Wysłałem bratu bilet na samolot do Zurychu. Nie miał planów na majowy weekend, czemu nie miałbym mu zorganizować ciekawych kilka dni u nas.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Berno – dzień 217

Kilka tygodni temu w branżowej gazecie pojawiła się informacja o planowanym zamknięciu europejskiej centrali naszej firmy. Jeszcze tego samego dnia prostującego wywiadu udzieliła szefowa PR (jakbym był normalny to bym ja normalnie bzyknął) a na drugi dzień rano wszyscy otrzymaliśmy maila od Big Nicka, że nie mamy się o co martwić bo nas nie zamykają. Im więcej jednak słyszę głosów na nie, tym bardziej skłonny jestem uwierzyć plotkom, że jeszcze w tym roku centrale przeniesie się do Luksemburga. Poza tym szefowa niedawno pytała mnie, co myślę o przeniesieniu się do innego kraju. Luksemburg wydaje mi się pod wieloma względami podobny do Szwajcarii, dlatego nie miałbym oporów żebyśmy mieli tam zamieszkać na jakiś czas.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz