Berno – dzień 57

Spotkanie z Marko zapamiętam na długo. Fajny, bo południowej urody, męski, zabawny, i na dodatek rozgarnięty facet. I jeszcze wykazał się dużą wyrozumiałością dla moich nieudolnych prób komunikowania się w jego własnym języku. Mój włoski nie był może najgorszy, bo jak tylko przede mną stanął to pomyślałem sobie wow a słowa z dawno przerabianych czytanek same jakoś mi się poprzypominały i nawet z odmianą radziłem sobie sprawniej niż zwykle. Kilka razy zaliczyłem ’wpadkę’, ale on obracał to w żart – w końcu każdy cudzoziemiec z akcentem, robiący błędy jest pociągający i sexy..
Wieczór spędziliśmy w barze, potem poszliśmy się przejść. Usłyszałem parę anegdot związanych z miastem, zupełnie przypadkiem okazało się, że łączy nas parę innych rzeczy. Późno w nocy zaproponował, że odwiezie mnie do domu.
Bez trudu przyszło mi powstrzymanie się by nie zaprosić go na górę.
Nie dlatego że nie chciałem…po prostu miałem u siebie mega bajzel i nie chciałem by ten tzw. czar nagle prysł. Poza tym i tak umówiliśmy się na następny raz.
Wjeżdżając na górę windą byłem rozpromieniony jak nastolatek.

171-31

Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 56

Ostatnie dni minęły mi nader szybko.
Ucieszyłem się, że przyjechała do mnie matka, przywiozła te wszystkie frykasy i zabiła nudę i monotonię, która powoli zaczęła wkradać się pomiędzy dni spędzane na zwolnieniu.
Gdyby nie jej towarzystwo, stałbym się zgnuśniałym, marudnym i zasiedziałym w fotelu facetem w bandażach, bo nigdzie nie wychodziłem (prócz obowiązkowych kontroli u doktorka) nie chcąc wywoływać sensacji. W związku z tym, że była tutaj tylko tydzień wypadało pokazać jej co nieco Szwajcarii no i się udało. Pod koniec czuła się już tak dobrze, że bez słowa sprzeciwu pozwalała sprawiać sobie małe przyjemności i prezenty w postaci wszelakiego sprzętu gospodarstwa domowego a ja po ciuchu zastanawiałem się tylko jak ona się z tym całym majdanem zabierze potem do Polski. Nie kupiła nic dla siebie, żadnego ciuszka, żadnego kremiku, perfum, żadnej torebki – zafascynował ja świat czajników, chochelek, pojemników na żywność i durszlaków – pewnych momentach myślałem, że ją zdzielę jak nie wiedziała, który model bardziej jej się podoba…

Niedzielny wieczór po wyjeździe mojej matki spędziłem w gronie przypadkowo poznanych Polaków i było naprawdę wesoło.

W pracy powitano mnie bez większych owacji. Debbie była trochę zła, że nie pracowałem z domu bo przepadły mi terminy szkoleń poza tym mieliśmy duże zaległości, kilka razy niby przypadkiem wytknęła mi ze przez mój wypadek przesunęły się terminy go-live projektu w Anglii i Irlandii. Nie pojechałem tam w sierpniu to pojadę we wrześniu – dla mnie to wszystko jedno.
Jak mantrę powtarzam sobie: kochaj swoja szefową, bo możesz mieć gorszą…

W pracy jest bałagan i wychodzi to za każdym razem, kiedy biorę się za coś nowego. Każdy temat, którego załatwienia się podejmuję to jakby otwieranie kolejnej puszki Pandory. Czkawką odbija mi się współpraca z GE Money Bank a już wepchnięto mnie w projekt z Mastercard, o temacie zaliczek dla pracowników nawet nie chce myśleć…

Chciałbym móc zaplanować swój urlop i przyjazd do Wrocławia, ale niezręcznie jest mi pytać o to teraz szefowa, przecież dopiero co wróciłem ze zwolnienia…
Od czwartku była na delegacji w Berlinie a mnie zostawiła z całym kramem i listą spraw do załatwienia.
O dziwo uporałem się z tym, udało mi się zapiąć wszystko na ostatni guzik czym chyba ją ująłem, bo w piątek dostawałem od niej same przemiłe maile… Super duper jednym słowem.

Wieczorem umówiony jestem na randkę z nowo poznanym Włochem, teraz siedzę w fotelu i popijam czerwone wino, relaksuje się słonecznym weekendem i zastanawiam się gdzie by tu się wybrać: Buenos Aires, Singapur, San Francisco czy Hongkong. Normalnie znów mam klawe życie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Interlaken – dzień 46

Pomimo potwornego upału zdecydowałem lepiej spożytkować ostatni dzień wolnego i zamiast siedzieć w domu pojechałem do Interlaken.

Nasluchałem się tyle dobrego o tym miescie, że chciałem osobiście przekonac sie jakie jest naprawdę. Na góry wole popatrzeć z dołu niż się na nie wdrapywac dlatego od razu „podarowałem” sobie wejscie na Jungfrau. Gdybym zdecydował się to zrobić byłaby to niewątpliwie pierwsza „dziewica” którą udałoby mi się zdobyć dosłownie i w przenosni.

Interlaken to taki trochę polski Karpacz, tyle że więcej jest tam ladnych domów, luksusowych hoteli i sklepów z bizuterią i markowymi zegarkami z „górnej półki”.

Miejsce to tłumnie odwiedzaja Japończycy i Hindusi.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Lucerna – dzień 43

Wczoraj rano przyjechała do mnie matka. Jak zakładałem jej wizyta ma charakter na pograniczu kontroli i inspekcji. Nie przeszkadza mi to ani nie irytuje bo przywiozła mi polskiej kiełbasy, kabanosy i butelkę żubrówki a takich frykasów nie dostałbym tutaj za żadne pieniądze. Wcześniej musiałem się nasłuchać jak to schudłem, że znowu zgoliłem sobie włosy na zero, że kiedyś zabije sie jak będę tak jeździł na moim rowerze i jakie pomysły to ona ma na przemeblowanie mojego mieszkania, które naturalnie zaraz zaczęła urządzać po swojemu Przyjechał także mój długo wyczekiwany rower z całym osprzętem więc jak tylko zdejmą mi szwy zamierzam poważnie zająć się rowerowymi eskapadami. Pierwszy dzień spędziliśmy zwiedzając miasto i sklepy gdzie w kółko powtarzała jak tutaj jest drogo (a jak niby ma być przecież to Szwajcaria) potem na balkonie w cieniu markizy, wlewaliśmy w siebie wino i wpychaliśmy w siebie niesamowite ilości najbardziej śmierdzących pleśniowych serów. Byłoby cudownie miło gdyby matka nie wykorzystała sytuacji i nie zaczęła swojego przesłuchania pt. która laska aktualnie startuje do mnie w biurze, która się we mnie kocha, kiedy się ustatkuję i jak wydam swoje ciężko zarobione tutaj pieniądze bo ona widziała już piękne mieszkania na jednym z nowych osiedli na obrzeżach Wrocławia, które na pewno by mi się spodobało i byłoby cudownym domem dla mnie, mojej żony (jakiejś księżniczki) i dzieci… Uśmiechałem się i przytakiwałem głową myśląc w głębi serca: po moim k…a trupie.

W niedzielę pojechaliśmy do Lucerny, była ładna pogoda i szkoda byłoby spędzać taki dzień w domu. Lucerna jest zupełnie inna niż moja pożal się Panie Boże stolica. Ładnie położona, pełna młodych ludzi, turystów i życia. Berno to zapyziałe miasto w którym nic się nie dzieje a po ulicach chodzą emeryci i renciści…

Opublikowano Brak kategorii | 2 Komentarze

Berno – dzień 40

Zwolnienie dostałem na tydzień. Debbie strzeliła focha niezadowolenia w poniedziałek rano, bo dowiedziała się jako ostatnia. Okazało się że ona nigdy nie odsłuchuje poczty głosowej…
Koleżanka z pracy uprzedziła mnie, że sposób w jaki Debbie zareagowała na moją nieobecność pozostawia wiele do życzenia i że powinienem odpowiednio nastawić się psychicznie na uroczy telefon od niej albo – zdaniem koleżanki – najlepiej wyłączyć komórkę.

Telefon zadzwonił już kilka minut po 9 w poniedziałek. Debbie, tonem zatroskanej matki zapytała mnie czy wszystko u mnie ok i czy będę jutro w pracy. Pytanie zadała jednym ciągiem więc trudno było zgadnąć która odpowiedź jest dla niej ważniejsza. Była nadzwyczaj wyrozumiała czyt. spokojna, gdy powiedziałem jej że nie pojawię się w pracy przez najbliższe kilka dni.
Mało mnie chyba wtedy słuchała bo nazajutrz zadzwoniła o 20.30 z pytaniem czy będę w pracy w środę i dodała, że byłoby ‚nice’ gdybym ją informował na bieżąco kiedy nie zamierzam pojawiać się w biurze.
Moja szefowa to wariatka. Jest super managerem ale przeraża mnie jako człowiek.

W Ziegler Hospital lekarze wciąż próbują nauczyć się wymawiać moje nazwisko.
Ile razy się tam pojawiam wołają na mnie Mr Velo unfall.

Codziennie dostaję smsy od kogoś z biura, wczoraj odwiedziła mnie Rosa i G, zjedliśmy pizze i wypiliśmy butelkę wina. Katja z Vasilka wpadły na genialny pomysł wypożyczenia mi kilkunastu filmów na DVD żebym nie spędzał wolnych dni oglądając szwajcarską telewizję i bawiąc się w zgadywanie o czym oni tam mówią.

Dowcip który krąży w biurze na mój temat:

– Peter miał wypadek na rowerze.
– Naprawdę? No i co z rowerem?

***

Przychodzę dziś do szpitala a mój ulubiony lekarz dr Vock z mega szerokim uśmiechem wita mnie w progu i podaje mi dłoń.
Patrzę, a ona cała plastrach.
Zaciał się nożem przy śniadaniu.

Przyszedł też mój ulubieniec stażysta, zmienić mi opatrunek. Pożartowaliśmy trochę, okazało się, że jestem jego pierwszym w życiu prawdziwym pacjentem.
Zabandażował mi dłonie tak, że widać mi teraz tylko 4 palce. Nie chciałem go martwić, ale będzie musiał jeszcze troche poćwiczyć…

Dostałem zwolnienie na następne 7 dni.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 36

Rano wstałem wcześniej żeby do południa wybrać się na rower. Oprócz chęci nasycania się zielenią i bliskimi kontaktami z alpejskimi krowami urzekły mnie tutejsze trasy rowerowe i widoki więc nie chciałem marnować czasu aż z Polski dotrze tutaj mój rower z całym niezbędnym wyposażeniem. Ubrany w swój lycrowy kostium DHL wyjechałem z domu kierując się w stronę Aary. Nim dojeżdża się do głównej ścieżki rowerowej trzeba zjechać kilkaset metrów z górki między okolicznymi domami. Zjeżdżając w dół nagle poczułem jak rower niebezpiecznie przyspiesza, coś przyblokowało łańcuch, próbowałem wyhamować i w ułamku sekundy przeleciałem nad kierownicą i wyrżnąłem z impetem w chodnik. Miałem obdarte ręce, dłonie, ramiona i kolana. Jakiś obcy człowiek wyszedł z domu żeby zobaczyć czy nic mi się nie stało. Zaproponował że zawiezie mnie do szpitala, bo miałem rozciętą brodę, z której kapała krew i nie wyglądałem zupełnie "ok" jak uparcie próbowałem mu to wmówić. Pojechaliśmy najpierw do mojego mieszkania zabrać dokumenty a potem do szpitala na izbę przyjęć. Lekarz (nota bene przystojny Włoch) który mnie opatrywał, widząc mój strój kuriera zażartował, że przeze mnie ktoś nie dostanie dziś poczty. Stanął nade mną razem z pielęgniarką i zadawał te wszystkie rutynowe pytania. Potem przyszedł drugi lekarz i jeszcze jedna pielęgniarka. Coś tam konsultowali między sobą i po chwili zgodnie stwierdzili, że potrzebne będą szwy a na pocieszenie usłyszałem, że będę wyglądał teraz jeszcze bardziej męsko. Pomyślałem że to taki unik, żeby mnie zawczasu nie martwić, że będę wyglądał jak quasimodo. Leżąc w ambulatorium doktor obejrzał moje ciało dosłownie wszędzie czy aby nie doznało poważniejszego uszczerbku. Osobiście lubię takie zabawy (na dodatek z przystojnym facetem) ale w tej sytuacji jakoś nie czułem się zupełnie sexy. Na dodatek włosy na nogach i torsie powychodziły mi przez spodenki i czułem tylko obciach. W trakcie szycia pogadaliśmy sobie o pracy, o mojej firmie, o tym jak podoba mi się życie w Szwajcarii i było prawie jak na początku każdej mojej randki… Widząc moją pokiereszowana facjatę, plastry na obu dłoniach, zabandażowaną rękę i ramie, poobdzierane kolana zrozumiałem, że jestem już całkiem "uziemiony" i mam z głowy randki przez najbliższe 4 tygodnie, bo kto umówiłby się z taką mumią jak ja…? Doktor tylko przytaknął głową i się uśmiechnął. Dobrze że nie zrobiłem sobie nic w głowę (choć na pewno będę to wiedział dopiero za 48 godzin) i że niczego sobie nie zwichnąłem, nie wybiłem ani nie połamałem. Z mojej koszulki został wielki strzęp nie tylko z dziurami na przedzie, ale też z tyłu bo coś rozerwało materiał na plecach.

Dostałem 2 dni zwolnienia, jutro mam zgłosić się do kontroli i pewnie dowiem się czegoś więcej. Pan doktor dał mi swoją wizytówkę, numer telefonu na prywatną komórkę i kazał do siebie dzwonić gdybym nagle gorzej się poczuł albo zauważył jakiekolwiek niepokojące sygnały. Na izbie przyjęć spotkałem jeszcze paru innych pokiereszowanych rowerzystów, bo dziś wokół Gurten odbywał się wyścig i nie obyło się bez wypadków. Mijając się na korytarzu tylko uśmiechaliśmy się na swój widok. Próbowałem dodzwonić się do mojej szefowej albo do kogoś z HR, żeby dowiedzie się gdzie jestem ubezpieczony, ale bez skutku. Na sms nie odpowiedziała też nawet moja agentka, która pomagała mi w relokacji. Pomyślałem, że gdyby naprawdę miało mi się stać coś poważniejszego to nawet nie miałbym na kogo liczyć. Wychodząc z ambulatorium spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Nigdy nie miałem ładnej buźki ale teraz to już jednak przesada…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 35

Decydując się na wyjazd zagranicę myślałem, że wpłynie on diametralnie na mój dotychczasowy styl życia. W związku z tym że nie znam języka znacznie trudniej będzie mi poznać kogoś z tzw. branży. Przez pierwsze dwa tygodnie żyłem w ogromnym stresie, więc nie w głowie były mi amory. Mój popęd seksualny jakby przechodził fazę utajenia.
W trzecim tygodniu jakby cos „puściło” i rozbudził się we mnie dawny „diabełek”.
Zacząłem rozglądać się za alternatywnymi sposobami spędzania wolnych weekendów, wyobrażałem sobie, że poznam atrakcyjnego, chętnego i mówiącego po angielsku Szwajcara, z którym będę mógł spotykać się od czasu do czasu, ale niestety bez większego skutku…
Trafiłem za to na Włocha który ni w ząb nie mówił po angielsku, za to nasze spotkanie potoczyło się według dobrze znanego mi scenariusza – z korzyścią dla obu stron bo jego mina zdawała się potwierdzać moje przypuszczenie, że było „wunderbar”. Nie doceniłem widać odpowiednio natury człowieka i języka ciała…

Kultywując obyczaj poznawanie „obcych języków” na kolejna randkę umówiłem się z Brazylijczykiem. Przyjechał pociągiem z Bazylei, osobiście odebrałem go z dworca i zaprosiłem do siebie.
Nim na dobre nastąpiła fizyczna reakcja ciała na erotyczne symulacje wypiliśmy lampkę czerwonego wina i przez pewien czas uskutecznialiśmy intelektualne dyskusje.

Po głównej części artystycznej, obkupionej wysiłkiem fizycznym, obaj zgodnie poczuliśmy inny rodzaj głodu i wylądowaliśmy u włocha na kolacji.

Tak sobie myślę – jakby się tutaj odpowiednio ustawić to można mieć tutaj raj…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 30

Ledwo uporałem się z podłączeniem w mieszkaniu internetu postanowiłem nabyć telefon komórkowy.
W jednej z sieci zaproponowali mi całkiem fajne warunki a na dodatek 1000 darmowych minut. Ucieszyłem się jak głupi z bateryjki bo sama myśl o tysiącu minut do wykorzystania co miesiąc działała mi na wyobraźnię. Wdzięczny losowi i cały rozentuzjazmowany podpisałem umowę, wybrałem telefon, w ogóle wszystko super… tylko na koniec pojawił się problem: do kogo ja będę dzwonił w Szwajcarii jak ja tu nikogo nie znam…?

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 29

Minęło już 4 tygodnie od mojego przyjazdu do Szwajcarii. Autobus z domu do firmy i z powrotem zaczął na dobre wyznaczać rytm mojej codzienności. Atmosfera w pracy w miarę się unormowała, stosunki pracodawca-pracownik toczą się naprawdę w poprawnej atmosferze, nawet o trudnych sprawach rozmawiamy bez podnoszenia głosu i potrafimy żartować z nieporozumień i wpadek.
Podoba mi się, że nie obowiązuje żaden dress code. Można przychodzić w podkoszulku, krótkich spodniach i japonkach.
Firma jest duża, zatrudnia kilkadziesiąt osób, ale przestrzeni biurowej i tak jest jakby za dużo, duże są biurka, i łazienka jest urządzona jak w domu, w kuchni jest ekspres ciśnieniowy, i 6 rodzajów kawy, i 10 gatunków herbaty, i tak w ogóle wszystko jest sterylnie czyste, w standardzie bogatego, rozwiniętego kraju, który dodatkowo nigdy nie miał okazji być tak naprawdę biedny czy zniszczony. To się po prostu wszędzie czuje i to chyba jest przyczyną tego panującego tutaj wszędzie spokoju bo nikt się nigdzie nie spieszy.

Często wychodzę zjeść coś na mieście. Różnorodność dań i estetyka wnętrz zachwyca i wcale nie powala ceną i w porównaniu z zarobkami jedzenie tutaj jest tańsze niż w Polsce. Powala mnie tutejszy wybór oferowanych win, kilka razy w tygodniu kupuje co ciekawsze gatunki, degustuje i ku mojemu ogólnemu zachwytowi nie odbija się to na zasobności mojego portfela.
Kiedyś w Stanach zachwycałem się różowym winem z Kalifornii a teraz wydaje się podzielać opinie znawców, że w Kalifornii nie robi wina, tylko hawajski sok owocowy…

Moje dwupokojowe mieszkanie w bloku, wynajęte specjalnie zdala od dzielnicy emigrantów, tuż przy granicy miasta, ma bardzo przyzwoity standard. Dodatkowo całe osiedle tonie w zieleni, jest dużo ogromnych drzew liściastych i iglastych. Z balkonu mam przestronny widok na wzgórze Gurten i pasące się na łąkach krowy, poza tym oglądam zachody słońca.

Trochę denerwuje mnie tutejsza powolność życia, jakiś taki ogólny „brak ikry”. Najbardziej brakuje mi bliższych kontaktów z ludźmi. Może to dlatego, że to wciąż początki, a może to ja nie dokładam odpowiednich starań do tego, żeby zintegrować się z ludźmi. Z drugiej strony niezależnie od środowiska pewne rzeczy dla przeciętnego Szwajcara pozostaną tutaj na zawsze nieprzetłumaczalne i niezrozumiałe.

Powoli czuję że coś zyskuję dzięki temu wyjazdowi. Bardzo „zyskowny” wydał się nie tylko wtedy gdy po raz pierwszy zobaczyłem na koncie swoją wypłatę. Praca i życie w innym kraju pozwalają mi spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, w pewien sposób poszerzają się moje horyzonty myślowe. Żyjąc i pracując w Polsce nie zdawałem sobie sprawy, że gdzieś indziej tak wiele rzeczy może wyglądać inaczej.
Mój obraz życia tutaj składa się z małych, z pozoru nieistotnych kawałeczków, które dopiero poskładane razem tworzą całość. Wciąż na przykład zachwyca mnie sprawa przechodzenia przez ulicę. W Szwajcarii przechodzień na przejściu dla pieszych ma rzeczywiste pierwszeństwo na drodze. Wystarczy, że zbliży się do jezdni, a już wszystkie samochody zatrzymują się, aby go przepuścić. W Polsce nikt by o tym nie pomyślał, ba! – tam czasem trzeba się tłumaczyć z przechodzenia na zielonym świetle…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

loklany koloryt

z uwag lokalnego kolorytu:

Bern…
is a beautiful, beautiful city with a lot of charms.. but boys here are..
„grounded”. which is a good thing sometimes, but a bad thing when you’re horny as hell 😉

Jak pobędę tutaj jakiś czas to może zacznę zyć jak mnich…

***
W weekend „strzelilem” 2 gole. Chyba wraca mój dobry nastrój.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz