Berno – dzień 69

Dzisiaj Debbie zaprosiła mnie na 1-to-1 by omówić wyniki mojej pracy.
Jak to ona, od razu przeszła do konkretów – zakomunikowała mi, że ni mniej ni więcej, wykraczam poza jej oczekiwania.
Nie przeszkadzałem jej gdy wygłaszała glorie chwały na mój temat.
Siedziałem spokojnie wbity w fotel, jak gdyby nigdy nic, z tym swoim szelmowskim uśmieszkiem wyrażającym beztroskość, po czym podziękowałem za zupełnie niezasłużone słowa uznania, zapewniając entuzjastycznie o dalszej chęci współpracy i zaangażowania w bieżące sprawy działu i nowe projekty. W środku czułem jak wypełnia mnie cudowny stan satysfakcji.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 63

Wieczorem po pracy przyjechał do mnie Marco i zaprosił do siebie. Zabrałem butelkę wina i skorzystałem z okazji by spędzić ten wieczór razem. Zrobiliśmy sobie kameralne party na podłodze u niego w salonie. Wciąż popełniam gafy z winy słabej znajomości włoskiego. Gdy zobaczyłem że ma w domu kota głośno zachwyciłem się jego ślicznym cazzo (zamiast gatto) dorzucając parę pieszczotliwych określeń, na co z początku, wydawał się nie zwracać najmniejszej uwagi. W końcu skapitulował i wyprowadził mnie z błędu. Pewnie nigdy w życiu nie usłyszał tylu komplementów, czułości i zachwytów pod adresem swojego penisa…

Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 62

Kateryna wyciągnęła mnie w piątek po pracy do baru na drinka. Zdradziła mi swoje ulubione miejsce gdzie serwują najlepsze chicken wings w całym Bernie i się nie myliła. Opowiedziała mi o okolicznościach, w jakich poznała swojego męża. To jedna z najromantyczniejszych historii, jakie kiedykolwiek słyszałem. Oczywiście mi się taka nie przydarzy, ale za to ja mam swoje historie, o których lepiej żeby ona nie wiedziała…
Usłyszałem o tym, co działo się w firmie nim się tam pojawiłem.
Ogólnie było warto.

Otagowano | Dodaj komentarz

Diabeł ubiera się u Prady

Od poniedziałku zapowiadał się pracowity tydzień. Zaskoczeniem dla wszystkich było nie pojawienie się w pracy Debbie – oficjalnie źle się czuła. We wtorek było podobnie z tym, że zdołała wysłać mi mail z wypunktowaną listą spraw i bezwzględnie nieprzekraczalnymi terminami ich realizacji.

Vasilka obchodziła akurat tego dnia swoje urodziny i po pracy w większym gronie wybraliśmy się do Desperado. Bylem wypluty po pracy a na zabawę ochoty nie miałem. Kiedy wróciłem do domu żołądek miałem skręcony w trąbkę, zabrałem się do pracy i pracowałem do 4 nad ranem. W środę mój dzień wyglądał tak samo i podobnie noc. W czwartek na samą myśl o pracy robiło mi się niedobrze,
Debbie zostawiając mnie ze wszystkim założyła, ze sobie poradzę. Do czwartku musiałem przygotować raporty i powysyłać je do Stanów. Sęk w tym, że nigdy wcześniej samodzielnie ich nie przygotowywałem, ba! nawet nie miałem kogo o nie dokładnie zapytać…
W piątek Emilio miał ostatecznie zaopiniować datę sign-off’u dla Szwajcarii i wtedy wyszła prawda, że na temat całego projektu wie on jeszcze mniej ode mnie. Zadawał tak podstawowe pytania, że ja na jego miejscu zapadłbym się pod ziemię. Pomyślałem wtedy, że skoro on nie ma zielonego pojęcie co się tutaj dzieje, to ja nie mam czym się stresować, bo i tak wiem dużo więcej niż on…
Skoro projekt jest taki ważny, a Debbie pojechała od środy na urlop, zostawiając cały ten szajs za sobą, to znaczy, że nie powinienem był się od początku niczym stresować…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 60

W poniedziałek przypadkiem zawarłem nową znajomość z pewnym bardzo eleganckim Irańczykiem. Umówiliśmy się na drinka i nie byłoby w tym spotkaniu niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że opowiedział mi historię o tym, jak rok temu spadł z roweru. Okazało się, że ma szramę w tym samym miejscu co ja, siniak na ramieniu i parę identycznych śladów na dłoniach. Siedzieliśmy w restauracji wśród dziwnie egzaltowanych gości i niespodziewanie zaczęliśmy się przed sobą dosłownie obnażać, pokazując sobie te wszystkie miejsca. Ludzie w koło byli z zniesmaczeni tym, co wyprawia się przy naszym stoliku, ale my bawiliśmy się przednio.
Lody między nami dziwnym trafem zostały nagle przełamane, M. opowiedział mi o sobie więcej, co robi i czym zajmuje się na co dzień.
Zaproponował, że pokaże mi swoje atelier z pięknym widokiem na miasto a ja z naturalnie brzmiącym głosem i radością przystałem na tę niewinną ‘niczego nie zapowiadającą’ propozycję, w końcu przecież faktycznie może straciłbym jedyną okazję zobaczenia wyjątkowo pięknego widoku.
No i zobaczyłem.
Pokazał mi parę bardzo ładnych drobiazgów, które kupił na aukcji po śmierci księżnej Sorayi, pamiątkowe albumy i fotografie. Widziałem też prywatne zdjęcia jak tajna policja w Iranie potrafi rozprawić się z ludźmi, którzy nie przestrzegają religijnych zasad.
Była też okazja by zasmakować bliżej języka farsi, żeby nie było co do tego jakichkolwiek wątpliwości…
W końcu gej, nawet jeśli dyplomata, to też tylko facet.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

HP revange

Stan upojenia nie trwał jednak długo. Wieczorem padł mi laptop i tym samym na tapecie pojawił się nowy problem. Zadzwoniłem do serwisu HP w Szwajcarii, ale każdy upierał się, że nie mówi po angielsku. Odsyłano mnie pod numer w Wielkiej Brytanii.
Kolega z Warszawy aktualnie był na urlopie więc nie mogłem liczyć na pomoc znajomego. Nie poddałem się i próbowałem kontaktować się z kimś innym.
Wiem, że mogę wysłać laptopa do Polski nawet zaraz, ale zawziąłem się załatwić to tutaj na miejscu, w ramach gwarancji. To żadne moje widzimisię, tylko ogólnodostępny standard dla każdego klienta…
Panna z help desku w Szwajcarii znowu ‘wysłała mnie na drzewo’, ale tym razem zdobyłem jej nazwisko a po kwadransie miałem numer telefonu, mail i namiar na przełożonego.
Będę ćwiczył eskalację powołując się na wartości HP.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Berno – dzień 57

Spotkanie z Marko zapamiętam na długo. Fajny, bo południowej urody, męski, zabawny, i na dodatek rozgarnięty facet. I jeszcze wykazał się dużą wyrozumiałością dla moich nieudolnych prób komunikowania się w jego własnym języku. Mój włoski nie był może najgorszy, bo jak tylko przede mną stanął to pomyślałem sobie wow a słowa z dawno przerabianych czytanek same jakoś mi się poprzypominały i nawet z odmianą radziłem sobie sprawniej niż zwykle. Kilka razy zaliczyłem ’wpadkę’, ale on obracał to w żart – w końcu każdy cudzoziemiec z akcentem, robiący błędy jest pociągający i sexy..
Wieczór spędziliśmy w barze, potem poszliśmy się przejść. Usłyszałem parę anegdot związanych z miastem, zupełnie przypadkiem okazało się, że łączy nas parę innych rzeczy. Późno w nocy zaproponował, że odwiezie mnie do domu.
Bez trudu przyszło mi powstrzymanie się by nie zaprosić go na górę.
Nie dlatego że nie chciałem…po prostu miałem u siebie mega bajzel i nie chciałem by ten tzw. czar nagle prysł. Poza tym i tak umówiliśmy się na następny raz.
Wjeżdżając na górę windą byłem rozpromieniony jak nastolatek.

171-31

Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 56

Ostatnie dni minęły mi nader szybko.
Ucieszyłem się, że przyjechała do mnie matka, przywiozła te wszystkie frykasy i zabiła nudę i monotonię, która powoli zaczęła wkradać się pomiędzy dni spędzane na zwolnieniu.
Gdyby nie jej towarzystwo, stałbym się zgnuśniałym, marudnym i zasiedziałym w fotelu facetem w bandażach, bo nigdzie nie wychodziłem (prócz obowiązkowych kontroli u doktorka) nie chcąc wywoływać sensacji. W związku z tym, że była tutaj tylko tydzień wypadało pokazać jej co nieco Szwajcarii no i się udało. Pod koniec czuła się już tak dobrze, że bez słowa sprzeciwu pozwalała sprawiać sobie małe przyjemności i prezenty w postaci wszelakiego sprzętu gospodarstwa domowego a ja po ciuchu zastanawiałem się tylko jak ona się z tym całym majdanem zabierze potem do Polski. Nie kupiła nic dla siebie, żadnego ciuszka, żadnego kremiku, perfum, żadnej torebki – zafascynował ja świat czajników, chochelek, pojemników na żywność i durszlaków – pewnych momentach myślałem, że ją zdzielę jak nie wiedziała, który model bardziej jej się podoba…

Niedzielny wieczór po wyjeździe mojej matki spędziłem w gronie przypadkowo poznanych Polaków i było naprawdę wesoło.

W pracy powitano mnie bez większych owacji. Debbie była trochę zła, że nie pracowałem z domu bo przepadły mi terminy szkoleń poza tym mieliśmy duże zaległości, kilka razy niby przypadkiem wytknęła mi ze przez mój wypadek przesunęły się terminy go-live projektu w Anglii i Irlandii. Nie pojechałem tam w sierpniu to pojadę we wrześniu – dla mnie to wszystko jedno.
Jak mantrę powtarzam sobie: kochaj swoja szefową, bo możesz mieć gorszą…

W pracy jest bałagan i wychodzi to za każdym razem, kiedy biorę się za coś nowego. Każdy temat, którego załatwienia się podejmuję to jakby otwieranie kolejnej puszki Pandory. Czkawką odbija mi się współpraca z GE Money Bank a już wepchnięto mnie w projekt z Mastercard, o temacie zaliczek dla pracowników nawet nie chce myśleć…

Chciałbym móc zaplanować swój urlop i przyjazd do Wrocławia, ale niezręcznie jest mi pytać o to teraz szefowa, przecież dopiero co wróciłem ze zwolnienia…
Od czwartku była na delegacji w Berlinie a mnie zostawiła z całym kramem i listą spraw do załatwienia.
O dziwo uporałem się z tym, udało mi się zapiąć wszystko na ostatni guzik czym chyba ją ująłem, bo w piątek dostawałem od niej same przemiłe maile… Super duper jednym słowem.

Wieczorem umówiony jestem na randkę z nowo poznanym Włochem, teraz siedzę w fotelu i popijam czerwone wino, relaksuje się słonecznym weekendem i zastanawiam się gdzie by tu się wybrać: Buenos Aires, Singapur, San Francisco czy Hongkong. Normalnie znów mam klawe życie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Interlaken – dzień 46

Pomimo potwornego upału zdecydowałem lepiej spożytkować ostatni dzień wolnego i zamiast siedzieć w domu pojechałem do Interlaken.

Nasluchałem się tyle dobrego o tym miescie, że chciałem osobiście przekonac sie jakie jest naprawdę. Na góry wole popatrzeć z dołu niż się na nie wdrapywac dlatego od razu „podarowałem” sobie wejscie na Jungfrau. Gdybym zdecydował się to zrobić byłaby to niewątpliwie pierwsza „dziewica” którą udałoby mi się zdobyć dosłownie i w przenosni.

Interlaken to taki trochę polski Karpacz, tyle że więcej jest tam ladnych domów, luksusowych hoteli i sklepów z bizuterią i markowymi zegarkami z „górnej półki”.

Miejsce to tłumnie odwiedzaja Japończycy i Hindusi.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Lucerna – dzień 43

Wczoraj rano przyjechała do mnie matka. Jak zakładałem jej wizyta ma charakter na pograniczu kontroli i inspekcji. Nie przeszkadza mi to ani nie irytuje bo przywiozła mi polskiej kiełbasy, kabanosy i butelkę żubrówki a takich frykasów nie dostałbym tutaj za żadne pieniądze. Wcześniej musiałem się nasłuchać jak to schudłem, że znowu zgoliłem sobie włosy na zero, że kiedyś zabije sie jak będę tak jeździł na moim rowerze i jakie pomysły to ona ma na przemeblowanie mojego mieszkania, które naturalnie zaraz zaczęła urządzać po swojemu Przyjechał także mój długo wyczekiwany rower z całym osprzętem więc jak tylko zdejmą mi szwy zamierzam poważnie zająć się rowerowymi eskapadami. Pierwszy dzień spędziliśmy zwiedzając miasto i sklepy gdzie w kółko powtarzała jak tutaj jest drogo (a jak niby ma być przecież to Szwajcaria) potem na balkonie w cieniu markizy, wlewaliśmy w siebie wino i wpychaliśmy w siebie niesamowite ilości najbardziej śmierdzących pleśniowych serów. Byłoby cudownie miło gdyby matka nie wykorzystała sytuacji i nie zaczęła swojego przesłuchania pt. która laska aktualnie startuje do mnie w biurze, która się we mnie kocha, kiedy się ustatkuję i jak wydam swoje ciężko zarobione tutaj pieniądze bo ona widziała już piękne mieszkania na jednym z nowych osiedli na obrzeżach Wrocławia, które na pewno by mi się spodobało i byłoby cudownym domem dla mnie, mojej żony (jakiejś księżniczki) i dzieci… Uśmiechałem się i przytakiwałem głową myśląc w głębi serca: po moim k…a trupie.

W niedzielę pojechaliśmy do Lucerny, była ładna pogoda i szkoda byłoby spędzać taki dzień w domu. Lucerna jest zupełnie inna niż moja pożal się Panie Boże stolica. Ładnie położona, pełna młodych ludzi, turystów i życia. Berno to zapyziałe miasto w którym nic się nie dzieje a po ulicach chodzą emeryci i renciści…

Opublikowano Brak kategorii | 2 Komentarze