Berno – dzień 40

Zwolnienie dostałem na tydzień. Debbie strzeliła focha niezadowolenia w poniedziałek rano, bo dowiedziała się jako ostatnia. Okazało się że ona nigdy nie odsłuchuje poczty głosowej…
Koleżanka z pracy uprzedziła mnie, że sposób w jaki Debbie zareagowała na moją nieobecność pozostawia wiele do życzenia i że powinienem odpowiednio nastawić się psychicznie na uroczy telefon od niej albo – zdaniem koleżanki – najlepiej wyłączyć komórkę.

Telefon zadzwonił już kilka minut po 9 w poniedziałek. Debbie, tonem zatroskanej matki zapytała mnie czy wszystko u mnie ok i czy będę jutro w pracy. Pytanie zadała jednym ciągiem więc trudno było zgadnąć która odpowiedź jest dla niej ważniejsza. Była nadzwyczaj wyrozumiała czyt. spokojna, gdy powiedziałem jej że nie pojawię się w pracy przez najbliższe kilka dni.
Mało mnie chyba wtedy słuchała bo nazajutrz zadzwoniła o 20.30 z pytaniem czy będę w pracy w środę i dodała, że byłoby ‚nice’ gdybym ją informował na bieżąco kiedy nie zamierzam pojawiać się w biurze.
Moja szefowa to wariatka. Jest super managerem ale przeraża mnie jako człowiek.

W Ziegler Hospital lekarze wciąż próbują nauczyć się wymawiać moje nazwisko.
Ile razy się tam pojawiam wołają na mnie Mr Velo unfall.

Codziennie dostaję smsy od kogoś z biura, wczoraj odwiedziła mnie Rosa i G, zjedliśmy pizze i wypiliśmy butelkę wina. Katja z Vasilka wpadły na genialny pomysł wypożyczenia mi kilkunastu filmów na DVD żebym nie spędzał wolnych dni oglądając szwajcarską telewizję i bawiąc się w zgadywanie o czym oni tam mówią.

Dowcip który krąży w biurze na mój temat:

– Peter miał wypadek na rowerze.
– Naprawdę? No i co z rowerem?

***

Przychodzę dziś do szpitala a mój ulubiony lekarz dr Vock z mega szerokim uśmiechem wita mnie w progu i podaje mi dłoń.
Patrzę, a ona cała plastrach.
Zaciał się nożem przy śniadaniu.

Przyszedł też mój ulubieniec stażysta, zmienić mi opatrunek. Pożartowaliśmy trochę, okazało się, że jestem jego pierwszym w życiu prawdziwym pacjentem.
Zabandażował mi dłonie tak, że widać mi teraz tylko 4 palce. Nie chciałem go martwić, ale będzie musiał jeszcze troche poćwiczyć…

Dostałem zwolnienie na następne 7 dni.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 36

Rano wstałem wcześniej żeby do południa wybrać się na rower. Oprócz chęci nasycania się zielenią i bliskimi kontaktami z alpejskimi krowami urzekły mnie tutejsze trasy rowerowe i widoki więc nie chciałem marnować czasu aż z Polski dotrze tutaj mój rower z całym niezbędnym wyposażeniem. Ubrany w swój lycrowy kostium DHL wyjechałem z domu kierując się w stronę Aary. Nim dojeżdża się do głównej ścieżki rowerowej trzeba zjechać kilkaset metrów z górki między okolicznymi domami. Zjeżdżając w dół nagle poczułem jak rower niebezpiecznie przyspiesza, coś przyblokowało łańcuch, próbowałem wyhamować i w ułamku sekundy przeleciałem nad kierownicą i wyrżnąłem z impetem w chodnik. Miałem obdarte ręce, dłonie, ramiona i kolana. Jakiś obcy człowiek wyszedł z domu żeby zobaczyć czy nic mi się nie stało. Zaproponował że zawiezie mnie do szpitala, bo miałem rozciętą brodę, z której kapała krew i nie wyglądałem zupełnie "ok" jak uparcie próbowałem mu to wmówić. Pojechaliśmy najpierw do mojego mieszkania zabrać dokumenty a potem do szpitala na izbę przyjęć. Lekarz (nota bene przystojny Włoch) który mnie opatrywał, widząc mój strój kuriera zażartował, że przeze mnie ktoś nie dostanie dziś poczty. Stanął nade mną razem z pielęgniarką i zadawał te wszystkie rutynowe pytania. Potem przyszedł drugi lekarz i jeszcze jedna pielęgniarka. Coś tam konsultowali między sobą i po chwili zgodnie stwierdzili, że potrzebne będą szwy a na pocieszenie usłyszałem, że będę wyglądał teraz jeszcze bardziej męsko. Pomyślałem że to taki unik, żeby mnie zawczasu nie martwić, że będę wyglądał jak quasimodo. Leżąc w ambulatorium doktor obejrzał moje ciało dosłownie wszędzie czy aby nie doznało poważniejszego uszczerbku. Osobiście lubię takie zabawy (na dodatek z przystojnym facetem) ale w tej sytuacji jakoś nie czułem się zupełnie sexy. Na dodatek włosy na nogach i torsie powychodziły mi przez spodenki i czułem tylko obciach. W trakcie szycia pogadaliśmy sobie o pracy, o mojej firmie, o tym jak podoba mi się życie w Szwajcarii i było prawie jak na początku każdej mojej randki… Widząc moją pokiereszowana facjatę, plastry na obu dłoniach, zabandażowaną rękę i ramie, poobdzierane kolana zrozumiałem, że jestem już całkiem "uziemiony" i mam z głowy randki przez najbliższe 4 tygodnie, bo kto umówiłby się z taką mumią jak ja…? Doktor tylko przytaknął głową i się uśmiechnął. Dobrze że nie zrobiłem sobie nic w głowę (choć na pewno będę to wiedział dopiero za 48 godzin) i że niczego sobie nie zwichnąłem, nie wybiłem ani nie połamałem. Z mojej koszulki został wielki strzęp nie tylko z dziurami na przedzie, ale też z tyłu bo coś rozerwało materiał na plecach.

Dostałem 2 dni zwolnienia, jutro mam zgłosić się do kontroli i pewnie dowiem się czegoś więcej. Pan doktor dał mi swoją wizytówkę, numer telefonu na prywatną komórkę i kazał do siebie dzwonić gdybym nagle gorzej się poczuł albo zauważył jakiekolwiek niepokojące sygnały. Na izbie przyjęć spotkałem jeszcze paru innych pokiereszowanych rowerzystów, bo dziś wokół Gurten odbywał się wyścig i nie obyło się bez wypadków. Mijając się na korytarzu tylko uśmiechaliśmy się na swój widok. Próbowałem dodzwonić się do mojej szefowej albo do kogoś z HR, żeby dowiedzie się gdzie jestem ubezpieczony, ale bez skutku. Na sms nie odpowiedziała też nawet moja agentka, która pomagała mi w relokacji. Pomyślałem, że gdyby naprawdę miało mi się stać coś poważniejszego to nawet nie miałbym na kogo liczyć. Wychodząc z ambulatorium spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Nigdy nie miałem ładnej buźki ale teraz to już jednak przesada…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 35

Decydując się na wyjazd zagranicę myślałem, że wpłynie on diametralnie na mój dotychczasowy styl życia. W związku z tym że nie znam języka znacznie trudniej będzie mi poznać kogoś z tzw. branży. Przez pierwsze dwa tygodnie żyłem w ogromnym stresie, więc nie w głowie były mi amory. Mój popęd seksualny jakby przechodził fazę utajenia.
W trzecim tygodniu jakby cos „puściło” i rozbudził się we mnie dawny „diabełek”.
Zacząłem rozglądać się za alternatywnymi sposobami spędzania wolnych weekendów, wyobrażałem sobie, że poznam atrakcyjnego, chętnego i mówiącego po angielsku Szwajcara, z którym będę mógł spotykać się od czasu do czasu, ale niestety bez większego skutku…
Trafiłem za to na Włocha który ni w ząb nie mówił po angielsku, za to nasze spotkanie potoczyło się według dobrze znanego mi scenariusza – z korzyścią dla obu stron bo jego mina zdawała się potwierdzać moje przypuszczenie, że było „wunderbar”. Nie doceniłem widać odpowiednio natury człowieka i języka ciała…

Kultywując obyczaj poznawanie „obcych języków” na kolejna randkę umówiłem się z Brazylijczykiem. Przyjechał pociągiem z Bazylei, osobiście odebrałem go z dworca i zaprosiłem do siebie.
Nim na dobre nastąpiła fizyczna reakcja ciała na erotyczne symulacje wypiliśmy lampkę czerwonego wina i przez pewien czas uskutecznialiśmy intelektualne dyskusje.

Po głównej części artystycznej, obkupionej wysiłkiem fizycznym, obaj zgodnie poczuliśmy inny rodzaj głodu i wylądowaliśmy u włocha na kolacji.

Tak sobie myślę – jakby się tutaj odpowiednio ustawić to można mieć tutaj raj…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 30

Ledwo uporałem się z podłączeniem w mieszkaniu internetu postanowiłem nabyć telefon komórkowy.
W jednej z sieci zaproponowali mi całkiem fajne warunki a na dodatek 1000 darmowych minut. Ucieszyłem się jak głupi z bateryjki bo sama myśl o tysiącu minut do wykorzystania co miesiąc działała mi na wyobraźnię. Wdzięczny losowi i cały rozentuzjazmowany podpisałem umowę, wybrałem telefon, w ogóle wszystko super… tylko na koniec pojawił się problem: do kogo ja będę dzwonił w Szwajcarii jak ja tu nikogo nie znam…?

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 29

Minęło już 4 tygodnie od mojego przyjazdu do Szwajcarii. Autobus z domu do firmy i z powrotem zaczął na dobre wyznaczać rytm mojej codzienności. Atmosfera w pracy w miarę się unormowała, stosunki pracodawca-pracownik toczą się naprawdę w poprawnej atmosferze, nawet o trudnych sprawach rozmawiamy bez podnoszenia głosu i potrafimy żartować z nieporozumień i wpadek.
Podoba mi się, że nie obowiązuje żaden dress code. Można przychodzić w podkoszulku, krótkich spodniach i japonkach.
Firma jest duża, zatrudnia kilkadziesiąt osób, ale przestrzeni biurowej i tak jest jakby za dużo, duże są biurka, i łazienka jest urządzona jak w domu, w kuchni jest ekspres ciśnieniowy, i 6 rodzajów kawy, i 10 gatunków herbaty, i tak w ogóle wszystko jest sterylnie czyste, w standardzie bogatego, rozwiniętego kraju, który dodatkowo nigdy nie miał okazji być tak naprawdę biedny czy zniszczony. To się po prostu wszędzie czuje i to chyba jest przyczyną tego panującego tutaj wszędzie spokoju bo nikt się nigdzie nie spieszy.

Często wychodzę zjeść coś na mieście. Różnorodność dań i estetyka wnętrz zachwyca i wcale nie powala ceną i w porównaniu z zarobkami jedzenie tutaj jest tańsze niż w Polsce. Powala mnie tutejszy wybór oferowanych win, kilka razy w tygodniu kupuje co ciekawsze gatunki, degustuje i ku mojemu ogólnemu zachwytowi nie odbija się to na zasobności mojego portfela.
Kiedyś w Stanach zachwycałem się różowym winem z Kalifornii a teraz wydaje się podzielać opinie znawców, że w Kalifornii nie robi wina, tylko hawajski sok owocowy…

Moje dwupokojowe mieszkanie w bloku, wynajęte specjalnie zdala od dzielnicy emigrantów, tuż przy granicy miasta, ma bardzo przyzwoity standard. Dodatkowo całe osiedle tonie w zieleni, jest dużo ogromnych drzew liściastych i iglastych. Z balkonu mam przestronny widok na wzgórze Gurten i pasące się na łąkach krowy, poza tym oglądam zachody słońca.

Trochę denerwuje mnie tutejsza powolność życia, jakiś taki ogólny „brak ikry”. Najbardziej brakuje mi bliższych kontaktów z ludźmi. Może to dlatego, że to wciąż początki, a może to ja nie dokładam odpowiednich starań do tego, żeby zintegrować się z ludźmi. Z drugiej strony niezależnie od środowiska pewne rzeczy dla przeciętnego Szwajcara pozostaną tutaj na zawsze nieprzetłumaczalne i niezrozumiałe.

Powoli czuję że coś zyskuję dzięki temu wyjazdowi. Bardzo „zyskowny” wydał się nie tylko wtedy gdy po raz pierwszy zobaczyłem na koncie swoją wypłatę. Praca i życie w innym kraju pozwalają mi spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, w pewien sposób poszerzają się moje horyzonty myślowe. Żyjąc i pracując w Polsce nie zdawałem sobie sprawy, że gdzieś indziej tak wiele rzeczy może wyglądać inaczej.
Mój obraz życia tutaj składa się z małych, z pozoru nieistotnych kawałeczków, które dopiero poskładane razem tworzą całość. Wciąż na przykład zachwyca mnie sprawa przechodzenia przez ulicę. W Szwajcarii przechodzień na przejściu dla pieszych ma rzeczywiste pierwszeństwo na drodze. Wystarczy, że zbliży się do jezdni, a już wszystkie samochody zatrzymują się, aby go przepuścić. W Polsce nikt by o tym nie pomyślał, ba! – tam czasem trzeba się tłumaczyć z przechodzenia na zielonym świetle…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

loklany koloryt

z uwag lokalnego kolorytu:

Bern…
is a beautiful, beautiful city with a lot of charms.. but boys here are..
„grounded”. which is a good thing sometimes, but a bad thing when you’re horny as hell 😉

Jak pobędę tutaj jakiś czas to może zacznę zyć jak mnich…

***
W weekend „strzelilem” 2 gole. Chyba wraca mój dobry nastrój.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 21

Ten tydzień był o niebo lepszy od dwóch pierwszych. W pracy zacząłem sobie wreszcie radzić, potrafię samodzielnie coś zrobić, powoli łączę elementy całej tej układanki. Poza tym mam już w mieszkaniu internet, odebrałem kartę stałego pobytu, kupiłem nowy gadżet w postaci telefonu komórkowego (bo reoming mnie wykańczał) – elegancki, ultra płaski, multimedialny, z dużym wyświetlaczem, na którym pokazuje zdjęcie miasta z kraju, w którym się akurat znajdujesz i jest ono nawet dopasowywane do pory dnia lub nocy.

Jestem już po kilku wieczorach interaktywnych na skypie z przyjaciółmi, choć jesteśmy daleko to za sprawą techniki mogliśmy się słyszeć i patrzeć na siebie i było tak jakby żadne z nas nigdzie nie wyjeżdżało, zwyczajnie piliśmy wino, paliliśmy papierosy i gadaliśmy..

W piątek skończyliśmy przed 16.00 bo na 5. piętrze odbywała się impreza z cyklu dni Belgii. Po mimo nawału pracy poszliśmy wszyscy, a że serwowano tam różne gatunki piwa to nie było szans żeby potem wrócić do biurek. Wszyscy Brytyjczycy w biurze rozmawiali tylko o jednym: premierze Harryego Pottera który właśnie wchodził do kin i ekscytowali się jego premierą dumnie dzierżąc zakupione wcześniej bilety…Razem z Rosą poszliśmy jeszcze na jednego do cafe przy hotelu Bellevue, potem przegoniłem ją przez całą Starówkę żeby zdążyć przed oberwaniem chmury, ale i tak zmokłem i do domu wracałem jak uczestnik konkursu mokrego podkoszulka.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzien 15

Staram sam siebie przekonać, że lepiej nie trwać za wszelką cenę w samotności. Dzień, tydzień pobyć samemu ale potem lepiej wyjść do ludzi, nie tkwić za wszelką cenę w samotności. Nie nastawiam się, że wszyscy będą mi oddani i zawsze znajdą odpowiednie słowa bo to niemożliwe.
Razem z Rosa i Pamela poszliśmy w czwartek na koncert zespołu Probabilistic Casuality, w którym gra nasz kolega z biura. W środę Dirk niespodziewanie wręczył mi zaproszenie i postanowiłem zrobić z niego użytek. Po mimo zmęczenia po całym długim dniu ślęczenia nad laptopem, prosto po pracy poszedłem do galerii Ono i nie żałowałem tej decyzji.
Później leżąc w łóżku w domu próbowałem popatrzeć obiektywnie na nową sytuację, w której się znalazłem. Pracuję w zawodzie, w Szwajcarii, mam interesującą pracę w międzynarodowym koncernie, wynajmuję ładne, umeblowane mieszkanie w dobrej dzielnicy, niczego nie muszę sobie tutaj odmawiać. Nawet jeśli miałoby się to wkrótce skończyć to i tak tylko zyskam, bo mam dom, do którego mogę wrócić i pracę, którą w Polsce prędzej czy później znajdę.
Kilkakrotnie na głos powtarzałem sobie że jestem szczęściarzem…

Szefowa nie czepiała się mnie już później. Może jej przeszło, może zajęta była czymś innym. W tym tygodniu od środy jest na konferencji controllershipu więc jest szansa że w biurze też będzie luźniej.

Zaczynam na nowo organizować swoje życie, po dwóch tygodniach wreszcie rozpakowałem torby i puste wsadziłem do szafy, postanowiłem tutaj zostać i spróbować. Zrobiłem wreszcie pranie, a w Coopie zaopatrzyłem się w najpotrzebniejszą chemię, dodatkowe wieszaki, jedzenie na cały najbliższy tydzień, na skrzynce pocztowej przykleiłem swoje nazwisko. Wciąż trochę dziwi mnie szwajcarskie podejście do segregowania śmieci. W piątek ktoś zostawił mi szpulę sznurka do wiązania makulatury. Nie wiem czy była to Ursula czy może któryś z sąsiadów pomyślał za mnie. W przewodniku który od niej dostałem naliczyłem 40 różnych rodzajów odpadów podzielonych alfabetycznie i sposobów na ich pozbycie się.

Rodzice odpoczywają na południu Hiszpanii, matka odwiedzi mnie w sierpniu a we wrześniu brat, w październiku polecę do Polski a potem zaraz na święta. Zaczynam na nowo planować i dobrze mi z tym, to dobry znak bo znowu mam swoje cele. Jeśli kiedyś poczuję że nie daje rady spakuje walizkę i pojadę gdzieś daleko, spełnić swoje marzenie zobaczenia jakiegoś odległego zakątka świata.

Opublikowano Mądrości, praca | Otagowano , , | 1 komentarz

Berno – dzień 10

<Wczorajszy dzień zapamiętam na długo. Przyszedłem do biura wcześnie rano naładowany pozytywnymi myślami i z nastawieniem, że to czego uczono mnie przez cały poprzedni tydzień zdołałem dobrze przyswoić i nawet poczułem przypływ satysfakcji ze swojej pracy. Deb od rana tłumaczyła mi metryki i tabele, których przygotowywanie miałem w przyszłości po niej przejąć. Po kilku godzinach intensywnego wysiłku intelektualnego poczułem jak ubywa mi entuzjazmu i siły by moc słuchać tego wszystkiego dalej. Czułem się przesycony nowymi informacjami, w skroni zaczęło pulsować mi zmęczenie a Deb wtedy rzuciła mi hasło żebym dokończył po niej to, co zaczęła a sama udała się na spotkanie. Próbowałem zmobilizować resztki sil, ale reagowałem i myślałem coraz wolniej. Było grubo po 17 kiedy zacząłem zbierać swoje rzeczy szykując się do ewakuacji, chciałem spokojnie wrócić do tych spraw nazajutrz. Wtedy nagle pojawiła się ona, na glos skomentowała moje braki i to ze nie spełniam jej oczekiwań. Obrzuciła mnie spojrzeniem wyrażającym głębokie niezadowolenie, usłyszałem parę innych dosadnych uwag pod swoim adresem i moich kompetencji. Kiedy po chwili zadzwoniła do mnie matka w moim glosie wciąż słychać było ton zrezygnowania. Z trudem przychodziło mi żeby ukryć przed nią swoje emocje. Nie zdziwiłbym się gdyby po pierwszym miesiącu nie przedłużyli ze mną kontraktu. Coraz bardziej zaczynam zdawać sobie sprawę, że znoszę to przede wszystkim dla pieniędzy, zdobycia międzynarodowego doświadczenia i dopiero na samym końcu dla satysfakcji, która nie wiem, kiedy się pojawi…Pewnie dopiero wtedy, gdy wrócę do Polski a na razie muszę zagryzać wargi i brnąć do przodu. Po pracy wyciągnąłem do pubu Rose żeby przy niej odreagować. Pomogło.

Na interview przyleciała z Wrocławia K. Jest zadowolona z jego przebiegu, ekscytuje się perspektywą pracy tutaj, nie bardzo chciała uwierzyć w to, co jej opowiadałem. Dziś są moje urodziny. W ciągu dnia kilkakrotnie wyciągałem z kieszeni telefon i wyłączam natychmiast. Kilka połączeń, za każdym razem serce bilo mi mocniej. Na małym ekranie dostrzegałem imiona i nazwiska osób, które usiłowały się do mnie dobić, nie zamierzam jednak oddzwaniać w najbliższym czasie. Nie pojawił się żaden „numer nieznany”. To mógłby być on…ale żaden „numer nieznany” się nie wyświetlił. Zatrzymałem się dziś na chwile żeby spojrzeć na panoramę Berna. Już dawno nie czułem się taki samotny. To przez urodziny. Samotność jako uczucie od kilku lat rzadko dociera do mnie w szalonym pędzie codzienności. Samotnym jest się tylko wtedy, gdy ma się na to czas. A ja nie mam czasu. Tak skrzętnie organizuje sobie życie, żeby nie mieć czasu. Projekty, wyjazdy, kursy, szkolenia, praca, spotkania, wizyty i rewizyty. Nie w mojej biografii nie ma przerw na rozmyślanie o samotności, rozczulania i takie słabości jak wtedy na tym moście. Na tym szarym, ruchliwym mostku, zmęczony i skazany na bezczynność, nie mogłem zając się niczym innym by zapomnieć, samotność pojawiła się jak atak alergii. To że byłem tutaj i miałem tę niezaplanowaną przerwę to była raczej pomyłka. Zwyczajna, bezsensowna, banalna, pomyłka. Jak błąd w druku.

Nie mam nikogo. Nikogo ważnego. Mam tylko projekty, konferencje, terminy, pieniądze i czasem uznanie. Kto w ogóle pamięta, że mam dziś urodziny? Dla kogo to ma znaczenie? Kto to zauważy? Czy jest ktoś, kto pomyślał dziś o mnie?

Opublikowano Mądrości, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 4

W pracy czuje się wciąż obco i mam wrażenie że błądzę po omacku. Wychodzą różnice i problemy w komunikacji. Czasami nie rozumiem czego ode mnie chcą albo co mam zrobić więc pytam, pytam i pytam. Niby wiem potem co, ale przytłacza mnie ilość rzeczy do zapamiętania. Na spotkaniu zespołu Deb przydzieliła mnie do zespołu który ma rozwiązać problem kart korporacyjnych i VATu a ja dalej nie kumam czaczy. Siedzę z poważna miną a w środku zastanawiam się o co k..a chodzi. Ja tego nie umiem, nie potrafię, nie znam się…
Boje się że wywalą mnie jak tylko się zorientują że nie spełniam ich wymagań i pokładanych we mnie nadziei, że po prostu się pomylili.
Dostałem zaproszenie na summer party na które nie miałem czasu pójść bo wolałem robić w tym czasie swoje a potem wrócić do domu by spokojnie przejrzeć jeszcze raz wszystkie materiały i notatki…
Rosa przekonała mnie żeby jednak pójść bo nie wpada nie pojawić się na pierwszej integracyjnej imprezie. Dziwne jest to że w zespole ludzie pracują po 2-3 m-ce lub krócej a niewielu z nich ponad 2 lata. Jeśli utrzyma się taka rotacja to za kilka miesięcy jeśli dotrwam będę jednym z najdłużej pracujących członków zespołu…
Na imprezie pojawiali się bossowie ze USA, ich gadki o planach rozwoju firmy, strategii i naszym zaangażowaniu przyprawiły mnie o niesmak. Typowa korporacyjna gadka – papka…
Za to dziewczyny pozwoliły mi się zrelaksować bo pierwszy raz śmiałem się przy nich do łez.
Nareen która bez skrępowania przyznała się że finanse to nie to czym chciałaby się zajmować w życiu zjednała mnie sobie. Rosa, Vasilka, Katja, w cudowny sposób sprawiły że oderwałem się na chwilę od złych myśli i czarnowidztwa.
Dziś pierwszy raz dostałem maila w którym raz ze wiedziałem o co chodzi a dwa umiałem na niego odpowiedzieć bez niczyjej pomocy. Udało mi się usatysfakcjonować swoją pierwszą klientkę

Nie mam wciąż Internetu, mam ochotę odesłać ten pieprzony modem tam skąd przyszedł.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz