Nadal kierujemy się na południe w stronę An-Nasirijja. Co rzuca się w oczy, że im bardziej na południe tym ludzie wydają się bardziej konserwatywni, przejawia się to w ubiorze kobiet, zachowaniu, stylu życia.
Po drodze zatrzymaliśmy się w Uruk – starożytnym miecie Sumerów sprzed prawie 6 tysięcy lat. Ruiny miasta leżą na gigantycznej pustyni, z dawnej świetności pozostał jedynie masywny ziggurat. Kiedyś najważniejsze miasto-państwo centrum handlowe, kultowe i administracyjne w całej południowej Mezopotamii, tutaj wymyślono pierwszy znany na świecie system pisma – pismo piktograficzne, które ewaluowało do postaci pisma klinowego. Wiele odkopanych przedmiotów już nie ma, bo rozdysponowano je po muzeach na całym świecie. W upale chodziliśmy po wykopaliskach z lokalnym strażnikiem.
Mój przewodnik ma tę zaletę, że zna wszystkich albo prawie wszystkich. Ile razy zbliżamy się do kolejnego punktu naszego zwiedzania, wykonuje tylko telefon i zaraz ktoś na nas czeka żeby nas wpuścić lub oprowadzać.
Dojeżdżając do Ur miało być podobnie. Niestety trafił się policjant służbista który za nic nie chciał pozwolić wjechać nam na teren wykopalisk po godzinie 17.00. W pewnym momencie zaczęła się nawet przepychanka między kierowcą, przewodnikiem a policjantem. Darli się na siebie i odgrażali rękami, siedziałem cicho w aucie, gotowy zareagować jak tylko usłyszałbym strzały. Fakt, że dostęp do stanowiska został ostatnimi czasy ograniczony, a do jego zwiedzania potrzebne jest specjalne zezwolenie, ale takowe mieliśmy tylko panu pora przestała jakby odpowiadać.
Murdtaza zadzwonił do jakiegoś ważniaka z lokalnej policji i po kilku minutach butny pan policjant skapitulował i pozwolił nam zobaczyć miasto słynące ze swoich biblijnych powiązań. Wielki ziggurat Ur wznosi się jakby z równin ponad ruinami z cegły mułowej niegdyś wielkiego miasta. Spacerując pośród nich, przeżywa się przeszłość, gdy miasto było centrum handlu i rzemiosła, chronionym przez starożytnych bogów i kwitnącym pośród okolicznych żyznych pól.
Późnym popołudniem i przed zachodem słońca pojechaliśmy zobaczyć cmentarz, widok którego na zawsze utkwi mi w pamięci. Trochę krążyliśmy nim udało się nam przedostać przez miasto, potem byłem zdziwiony że wjeżdżamy autem na teren nekropolii i poruszamy się nim pomiędzy tymi wszystkimi cmentarnymi alejkami. Wjechaliśmy do piętrowego garażu, dziwiłem się dlaczego parkujemy na samych dachu, jeśli na pierwszej kondygnacji było tyle wolnych miejsc.
Dolina pokoju – muzułmański wciąż czynny cmentarz i zarazem największa nekropolia na świecie, ponad 1,5 tys hektarów, 5 milionów grobów. Znajdują się tu szczątki milionów zwykłych muzułmanów, jak też duchownych, szanowanych przywódców religijnych, proroków, liderów politycznych i społecznych, królów, książąt i sułtanów.
Pochówki odbywają się tu bez przerwy od ponad 1400 lat. Wielu Muzułmanów zabiega o pochówek na tym cmentarzu aby spoczywać w pokoju i jednocześnie obok grobu imama Alego.
Z góry wyglądało to jak niezliczona ilość kolorowych domków ciągnącą się niczym starożytne miasto aż po horyzont, a w rzeczywistości były to groby oraz kwiaty, religijne sztandary oraz fotografie. To, co jawi się jako ulice między domami, tak naprawdę było alejkami dzielącymi jedną katakumbę od drugiej. Nie dziwię się że to miejsce zostało dodane do listy światowego dziedzictwa.
Na koniec wieczoru sanktuarium i meczet kuzyna i zięcia Mahometa. Robił wrażenie. W tym mieście żył kiedyś ajatollah Chomeini, który po rewolucji islamskiej został przywódcą Iranu i wprowadził tzw. demokrację religijną czyli cofnął ten kraj do czasów średniowiecza a kobietom narzucił noszenie czadoru i żądał odebrania im praw wyborczych.
Rano o 9 wyruszyliśmy dalej, drogą na południe, zobaczyć kolejne meczety i nekropolie. Znowu kilkakrotnie do kontroli zatrzymała nas policja. Punkty kontrolne na drogach międzymiastowych są rzeczą normalną, ale wydaje nam się że problematyczna jest libijska wiza, którą mam w paszporcie i naklejka po arabsku na tylnej części okładki pozostałość po wizycie w libijskim konsulacie w Rzymie. Ile razy ją zauważają, każą zjechać nam na pobocze, zadają dodatkowe pytania i przeszukują mój bagaż.
Jestem przejedzony, lunche są tutaj tak obfite (micha ryżu i pół grillowanego kurczaka), że wieczorem jedyne na co mam chęć to miska tabbouleh. Nasz kierowca zżyma się i śmieje, gdy zamawiam tylko sałatkę z natki pietruszki, bo jego zdaniem irakijski mężczyzna musi jeść, bo inaczej umrze z głodu. Podziwiam ich obu, że są w stanie dwa razy dziennie wciskać w siebie kebab, biryani czy inne obfite shawarmy.
Panowie przy okazji spożywania wspólnych posiłków zrobili mi piętnastominutowy wykład na temat tego co jest dozwolone w islamie i kiedy żywność jest halal a kiedy nie jest. I tak ogólnie wszystkie źródła żywności są zgodne z prawem islamu i są halal za wyjątkiem: świń, dzików, psów, węży, małp; zwierząt mięsożernych z pazurami i kłami; ptaków drapieżnych z pazurami; szkodniki typu szczury, stonogi, skorpiony; zwierzęta żyjące zarówno na lądzie, jak i w wodzie np. krokodyl, żaba; muły, osły, mrówki, pszczoły, wszy, muchy, robaki; ogólnie krew; odurzające niebezpieczne rośliny oraz alkohol. Z rozpędu zaczęli wciągać mnie w tematykę uboju rytualnego, ale jak usłyszałem o przecinaniu tchawicy, przełyku oraz głównych tętnic i żył wyłączyłem myślenie, żeby nie stracić apetytu.
Przystanek pierwszy Al-Kufa. Meczet. Z zawiłej historii zapamiętałem, że jest ważny bo odprawienie jednej modlitwy w tym miejscu jest tym samym, co odprawienie tysiąca modlitw gdzie indziej, a odprawienie jednej obowiązkowej modlitwy tutaj jest równe odprawieniu zaakceptowanego hadżdżu. Tutaj zbudowano też islamską wersję Arki Noego, tutaj zabito kuzyna i zięcia Mahometa. Meczet Al-Kufa opisuje się jako jeden z czterech godnych meczetów, do których muszą udać się muzułmanie, i że zajmuje on trzecie miejsce pod kątem ważności.
Jak wyszliśmy z niego, było tak gorąco że z ulgą przyjąłem propozycję przewodnika powrotu do hotelu żeby w klimatyzowanym pomieszczeniu przeczekać najgorszy upał.
Zmęczenie i niewyspanie dawały się we znaki w ciągu dnia kilkukrotnie, w drodze do Karbali zasypiałem w aucie raz za razem.
Karbala najbardziej znana jest z sanktuariów i meczetów, w jednym znajduje się grób wnuka Mahometa Husayna ibn Alegego i jest popularnym miejscem pielgrzymek szyitów, w drugim miejscem pochówku Abbasa ibn Alego. To miasto uznawana za jedno z najświętszych miejsc zaraz po Mekce i Medynie.
Żeby wejść na ich teren musieliśmy przechodzić przez liczne bramki bezpieczeństwa, za każdym razem sprawdzano mi plecak a przenośny powerbank lądował w przechowalni, tuż obok butów.
Paru modlących zainteresowała moja obecność, podchodzili do nas, pytali skąd jestem, czy mam pytania, dziękowali za wizytę, niektórzy opowiadali historie. Jeden pan opowiedział mi anegdotę o swoim polskim koledze, który wraz z żoną przez lata starali się o dziecko, niestety bez powodzenia. Doradził mu wtedy odwiedzić grób Husayna i jak było to do przewidzenia w tej historii żona Polaka zaraz potem zaszła w ciążę.
Starsi Irakijczycy to często ludzie z wielkimi wąsami, młodsi – z gęstymi czarnymi długimi włosami. Zarost jest symbolem honoru i dumy, to coś więcej niż tylko osobisty styl i jest zakorzeniony w złożonych religijnych i kulturowych podtekstach. Pełna, starannie przycięta broda jest również integralną częścią tożsamości i poczucia dumy arabskiego mężczyzny.
Gdybym przez kilka miesięcy porzucił golenie i próbował zapuścić wąsy czy brodę w irackim stylu to byłaby katastrofa – nigdy nie udałoby mi się osiągnąć klasycznego poziomu krzaczastości przeciętnego Saddama.
Jeden młody pan zaproponował mi dotknąć jego bujnych włosów na głowie. Jak się skusiłem dotknąć to jego małe dzieło sztuki barberskiej posłał mi szeroki uśmiech, po którym usłyszałem „Good luck”.
Z innych ciekawostek, meldując się w hotelu w Karbali broń należy zostawić na recepcji.
Ledwo dojechaliśmy do hotelu, okazało się że nastąpiła szybka zmiana planów. Moj lokalny przewodnik Murtdaza czekał na mnie przed wejściem. Załatwił mi klucz, zawiózł na piętro, opowiadając po drodze co i jak zmieniło się w naszych planach, na koniec dając mi pół godziny na bardzo szybki prysznic i przebranie się.
Gdy w końcu zostałem sam, nie wiedziałem co najpierw, rozebrałem się i z niebywałą ulgą wskoczyłem pod ciepły prysznic, zmyć z siebie wszystkie znamiona podróży. Pokój nie wyglądał najgorzej, sprawnie działała klimatyzacja. Łazienka była tylko ok tzn. woda leciała ciepła, toaleta w stylu zachodnim, ale na wszelki wypadek niczego tam niepotrzebnie nie dotykałem a pod prysznic wszedłem w klapkach, żeby nie nabawić się jakiegoś grzyba. Dopiero gdy skończyłem okazało się, że w tym hotelu nie dają… ręczników.
W drodze do Babilonu dwukrotnie zatrzymywała nas policja, różnica w podróżowaniu po dziwnych krajach z biurem podróży w większej grupie jest taka, że nikt nie zagląda ci w bagaże. Teraz musiałem wysiąść, odpowiedzieć skąd jestem i po co przyjechałem, dokąd jadę, pokazywać paszport, który szczegółowo analizowano, potem kierowcę poproszono by otworzył bagażnik i zrobili mi lekki kipisz w walizce, zaglądali nawet do kosmetyczki i wertowali kartki książki.
Babylon – to jeden z głównych powodów mojej podróży do Iraku. Bramę Isztar spostrzegłem z daleka, choć to tylko rekonstrukcja, bo oryginał znajduje się w Muzeum Pergamońskie w Berlinie, jej kolorystyka robi niesamowite wrażenie ogromną paletą barw oraz dekoracjami w postaci małych rozet, wężo-smoków, byków i lwów wszystko na tle glazurowanej cegły w intensywnym niebieskim kolorze.
Potem było jakbym cofnął się w czasie, wrócił do zajęć i podręcznika do historii klasy IV, słuchałem i patrzyłem na wszystko co pozostało po starożytnej Mezopotamii, Hammurabim, Nabuchodonozorze, Wiszących Ogrodach Semiramidy, Wieży Babel, Kserksesie i Aleksandrze Wielkim zachwycając się, że rzeka na którą patrzyłem to Eufrat.
Przypomniano mi czasy propagandy religijnej: Wielki Babilon, „matka nierządnic i obrzydliwości ziemi”, uosobienie zła i dekadencji oraz czasy współczesne: po zakończeniu II wojny w Zatoce (2003) niedaleko częściowo zrekonstruowanych pozostałości Babilonu znajdowała się główna baza wojsk polskich w Iraku tzw. Camp Babilon. Lokalni przewodnicy oraz strażnicy na samo hasło że jestem z Polski popisywali się znajomością polskich wyrażeń: „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam”, ”upał”, „rumianek” oraz dający najwięcej opcji do interpretacji „nie mówię nie”.
Pokryta błękitną farbą brama Isztar wygląda jak nowa. I rzeczywiście jest nowa, bo w latach 80. Saddam Husajn kazał zbudować cały Babilon od nowa.
Po Saddamie Husajnie zostały cegły użyte do odbudowy miasta, na których umieszczono napis symbol jego zadufania „Wybudowano przez Saddama Husajna, syna Nabuchodonozora, aby okryć chwałą Irak”.
W następstwie operacji „Iracka wolność” tutejszy pałac babiloński Saddama – i wiele innych wystawnych rezydencji, które zbudował w całym kraju – zostały splądrowane i pozostawione na pastwę losu, jako smutna pamiątka po upadłym dyktatorze, wybielona do białości przez palące pustynne słońce.
Murtdaza powtarzał to co czytał w lokalnej prasie, że ruiny zostaną przekształcone w muzeum, aby upamiętnić szaleństwa dyktatora i niekończącą się przemoc sekciarską, która nastąpiła po jego upadku.
Wejścia do pałacu broniły zasieki z drutów kolczastych. Choć teren był ogrodzony znaleźliśmy niewielką dziurę w płocie i weszliśmy do środka. Kilkanaście lat po upadku Saddama jego pałacowy hołd dla cesarza stał się upiorną skorupą. Potłuczone szkło i graffiti są rozrzucone po niegdyś wspaniałych salach pałacowych. Z wielopiętrowego pałacu górującego nad ruinami starożytnego Babilonu wyłania się obraz potężnego imperium, jakie wyobrażał sobie Saddam: spektakularne schody prowadzą od majestatycznego holu do gigantycznych pomieszczeń, z których roztacza się widok na rzekę.
Dostrzegłem ślady Saddama, jak jego inicjały wyryte na kamiennej fasadzie, ale poza tym pałac nie nosi prawie żadnych śladów dawnej świetności, z rozbitymi oknami, ścianami pokrytymi graffiti i gołębiami gnieżdżącymi się w belkach. Dla mnie wejście na wcześniej zakazany teren było cichym, surrealistycznym powodem do świętowania.
Dotarłem z dwunastogodzinnym opóźnieniem. Najbardziej wymęczyło mnie czekanie na przesiadki najpierw w Warszawie a potem Stambule, bo sam loty były całkiem znośne. Głównie spałem regenerując siły przed czekającym mnie intensywnym pierwszym dniu w Bagdadzie. Pierwszy raz miałem okazję być na nowym lotnisku w Stambule, które naprawdę robi wrażenie: piękna nowoczesna architektura, mnóstwo udogodnień dla podróżujących i przesiadających się pasażerów, fantastyczne sklepy wolnocłowe, ładnie, czysto i zaprojektowane ze smakiem.
Przed odlotem do Bagdadu zaplanowanym na 4 rano mocno walczyłem, żeby nie zasnąć na stojąco. Samolot był pełen, pamiętam jak sprawdzali mi jeszcze kartę pokładową i paszport, ale ledwo wpuścili mnie na pokład, przypiąłem się tylko pasami i niewiadomo kiedy moja głowa sama mi opadła, powieki za nią, oczy mi się skleiły i spałem aż do samego Iraku nie słysząc już nic wokół siebie.
Bagdad – jedno z najważniejszych światowych centrów kulturalnych i handlowych, który budził i budzi podziw bajecznymi pałacami, parkami, wykwintnością wspaniałych meczetów i szkół islamskich. Tutaj w czasach kalifów spisano Księgę tysiąca i jednej nocy. Wyrafinowanemu życiu intelektualnemu towarzyszyły szokujący przepych i rozpusta, a także brutalna przemoc najeźdźców i władców – przez większość swojej obejmującej trzynaście wieków historii Bagdadem rządzili okrutnicy.
Z uzyskaniem wizy po przylocie nie było większych problemów. Mój polski paszport wzbudził lekkie zainteresowanie, początkowo próbowano wmówić mi że powinienem mieć e-wizę, ale gdy wylała się fala turystów w podobnej sytuacji do mojej wszystkim wręczono formularze a po niespełna 30 minutach mój paszport za cenę 80 USD wzbogacił się o nową wklejkę wizową do kolekcji.
Na zewnątrz 40 stopni, ale powietrze bardzo jest suche. Jest już prawie październik a ja nie potrafię wyobrazić sobie tutaj lata. Spacery po mieście przy niezwykle silnych promieniach słonecznych na pewno nie należą wtedy do najprzyjemniejszych form spędzania wolnego czasu.
Przewodnik nie mógł osobiście odebrać mnie z lotniska. Wysłał po mnie lotniskową taksówkę – czerwonego Lexusa SUV.
Ucieszyłem się gdy za pracę w weekendy i święta dostałem dodatek do pensji – taki fajny zastrzyk gotówki akurat przed urlopem. Radość nie trwała długo, bo zapragnąłem przed wyjazdem odwiedzić swojego dentystę. Niewinna wizyta kosztowała mnie kilka tysięcy, bo groził mi wygląd brytyjskiego kibola bez jedynki z przodu, Vanessa Paradis w wersji polskiej, parówki mógłbym wkładać sobie w te przerwę. Choć w takich chwilach cechuje mnie krótki lont i błyskawicznie się odpalam, wolałem nie ryzykować bólu zęba ani urlopu bez siekacza.
Spałem nadzwyczaj dobrze, na znieczuleniu a gdy o 2 zadzwonił budzik byłem już na nogach. Pakując się, do końca przeglądałem jeszcze wszystkie ubrania, przebierając je i wymieniając, bo ciągle wydawało mi się, że biorę ze sobą za dużo zbędnych rzeczy. Ku mojemu zaskoczeniu bagaż choć wypchany po brzegi ważył tylko 13kg. Zamówiona taksówka podjechała punktualnie, rzuciłem okiem po domu, upewniając się czy niczego nie zapomniałem i odprężony pojechałem na lotnisko. Samolot miałem bardzo wcześnie o 5:35 a w Warszawie prawie 4 godziny na przesiadkę, co było mi akurat na rękę, bo nie chciałem ryzykować, że dotrę do Iraku bez bagażu. Godzinkę przesiedziałem sobie komfortowo w saloniku biznesowym, przy kawce i gazetce, raz po raz podsłuchując jakiejś bardzo dziwnej, podstarzałej pary, która prowadziła głośno poważne rozmowy przypominające polski serial paradokumentalny. O 5:15 ogłosili boarding, grzecznie stanąłem w kolejce i …. bum samolot się popsuł. Kazano nam czekać, najpierw 10 minut, potem 20 na koniec 120. Miałem czas w zapasie, nie panikowałem, ale jak zrobiło się bardzo późno podszedłem zapytać się co dalej z moimi połączeniami do Kataru i Bagdadu. Myślałem przez chwilę, że każą mi lecieć nazajutrz, albo wyślą do Wawy i zaproponują jakiś hotel w oczekiwaniu na następne połączenie. Dostałem nowy bilet przez Stambuł. Zamiast wylądować w Bagdadzie dziś o 19.00, pojawię się 12 godzin później – jeśli oczywiście dotrę… Wróciłem więc do domu i żeby się czymś zająć sprzątam i prasuję…
*****************************
Jest po 17, powinienem być już w Dosze i oczekiwać ostatniego odcinka podróży. Tymczasem ledwo dotarłem do Warszawy, przede mną kilka godzin czekania, żeby po niepełna trzygodzinnym locie spędzić pół nocy na lotnisku w Stambule. Jak dotrę już w końcu kiedyś do tego Bagdadu nie będę mógł nawet wznieść toastu.
Mijające lato zapamiętam jako ciąg wiecznej zabawy, wizyt, rewizyt, bib, domówek, urodzin, nalotów, firmowych eventów, spędów towarzyskich i niespodziewanych spotkań. Dawno tak nie balangowałem i tak miło. Zdarzało mi się w ciągu tygodnia kłaść się do łóżka po 4 nad ranem a o 9 pojawiać się w biurze. Nie zawsze imprezom towarzyszył alkohol, bo skutki byłby opłakane, i z tego właśnie jestem bardzo dumny. Przypomniałem sobie czasy studenckie i teraz same wspomnienia powodują uśmieszek na mojej twarzy. Na pamiątkę zostało mi mnóstwo zdjęć, które dokumentują że bawić to ja się wciąż potrafię.
Ambitnie regularnie jeździłem na rowerze pokonując kilkudziesięcio kilometrowe trasy, choć upał dawał się we znaki.
Zrobiłem remont w mieszkaniu, od prób znalezienie fachowca od Geberita kilka razy podniosło mi się ciśnienie, w październiku zdecydowałem się zmodernizować kuchnię w swoim mieszkaniu.
Nie brałem w ogóle urlopu, pracowałem w święta i dni wolne, ale za tydzień zaczynam to nadrabiać. Do końca roku czekają mnie 3 wyjazdy i bardzo się na nie cieszę. Obiecałem sobie jednak, że to ostatni taki rok kiedy na siłę próbuje upchać multum dalekich podróży, bo oszczędzanie i planowanie wydatków wychodzi mi bokiem. Nigdzie nie poleciałem a co rusz rezerwowałem nowe bilety lotnicze korzystając z atrakcyjnych promocji przewoźników. Roczny bonus, który wpłynął od firmy jeszcze tego samego dnia poszedł na spłatę karty kredytowej i biletu do Aszchabadu. Chciałbym aby przyszły rok był wolny od tego rodzaju dyscypliny finansowej, dlatego nie planuję niczego nowego.
Rodzice jakoś się dogadują, nie uczestniczę w ich przepychankach słownych, nie zabieram głosu ani nie radzę żadnej ze stron. Muszą spróbować się dogadać, bo drugi rozwód w tym roku, to byłby dramat.
M. się nie odzywa, jeśli do niego nie napiszę. Żyje w swoim świecie i swoimi sprawami. Nie zwierza mi się, nie opowiada o gorszych dniach. Ale i ja budząc się rano nie zaczynam dnia myśląc o nim.
Przez Dolny Śląsk przechodzi powódź. Nie ćwiczę mięśni. Do noszenia worków z piaskiem się nie nadaję, zgrzewek wody nie kolekcjonuję, ale obrońców Wrocławia wspieram modlitwą jak Magdalena Ogórek WOŚP. Jeśli zaleje Wrocław, nie byłoby prądu ani bieżącej wody w kranach, to ucieknę nad Bałtyk.
Przed zaplanowanymi na październik i listopad wyjazdami nie brałem żadnego urlopu, szczerze mówiąc nie mam nawet wystarczającej liczby wolnych dni, dlatego teraz pracuję w każde święto państwowe, żeby cos sobie uzbierać dni wolne. Tak było w zeszły czwartek, święto wojska polskiego, w biurze byłem ja i moje jestestwo czyli ja sam podczas gdy wielu zaplanowało sobie długi weekend. Nie narzekałem, że nigdzie nie pojechałem, w końcu to był świadomy wybór. W piątek po pracy wracałem do domu zastanowiłem się jak spędzę kolejny upalny weekend. Przy takiej pogodzie ogólnie źle pokonuje mi się długie trasy na rowerze, a rano kiedy jest chłodniej wolę się wyspać niż drałować po ścieżkach rowerowych. Wróciłem do domu, wcześniej robić podstawowe zakupy, włączyłem pranie, popatrzyłem na stertę rzeczy do prasowania, zrobiłem sobie drinka. Niespodziewanie odezwała się do mnie M., z pytaniem gdzie dokładnie moi rodzicie mają swój dom nad jeziorem. Od słowa do słowa okazało się, że właśnie przebywa w okolicy. Wystarczył jeden telefon, płatność blikiem i oto zostałem posiadaczem biletu do Szczecinka, skąd nazajutrz rano mieli odebrać mnie rodzice. Spakowałem się na prędce, zamówiłem taksówkę na 2 rano a o 3 byłem już w drodze. W środku nocy było potwornie parno, nie dało się niczym schłodzić, ale na szczęście w pociągu działa sprawnie klimatyzacja. O 7.40 na stacji powitał mnie tato a 8 jedliśmy już wspólne śniadanie na tarasie. Słońce świeciło, było ciepło, nim zrobiła się lampa, nad głowami najpierw latały motyle, potem ptaki a później już do końca dnia taśmowo samoloty i helikoptery, bo akurat odbywał się kilkudniowy Międzynarodowy Zlot Pojazdów Militarnych. Coroczny letni zlot fanów militariów w to największa impreza masowa w powiecie szczecineckim. Ma zaprzysięgłych fanów i okazjonalnych uczestników. Zwykle co roku na kilka sierpniowych dni do leśnego miasteczka ściąga kilka tysięcy uczestników i nawet kilkadziesiąt tysięcy gości. Mają okazję przyjrzeć się z bliska sprzętowi wojskowemu z demobilu różnych armii, a nawet przejechać się nim. Obejrzeć historyczne rekonstrukcje, odwiedzić kiermasz militariów, obejrzeć liczne koncerty czy zwyczajnie miło spędzić czas. Fanem nie jestem, ale popatrzeć byłem. Na kilkuminutowy lot helikopterem za 400 złotych (płatność blikiem) się nie zdecydowałem, ale śmiałków nie brakowało. Było potem o tym na TVN24, nagranie pokazujące niebezpieczne zdarzenie opublikowano w mediach społecznościowych. Samolot i śmigłowiec nieomal zderzyły się w powietrzu, w momencie gdy dwupłatowiec startował, na jego pasie zaczął manewrować śmigłowiec. Przypadkowy pilot zachuliganił, przyleciał śmigłowcem, narobił dużego zamieszania i stworzył ogromne zagrożenie.
Poszedłem z ojcem zrobić zakupy, bo przecież niespodziewanie zwaliłem im się na głowę, chętny zapłacić za wszelkie sprawunki, okazało się jednak że na weekendowym bazarku płatności tylko gotówką. Zszedłem na ziemię, że płatności kartą nie obowiązują bezwzględnie wszędzie. Potem był spacerek, świeża rybka z grilla, pogadanki, gry i zabawy. Nie jestem wielkim fanem dłuższych spotkań w towarzystwie ojca i matki, zwłaszcza odkąd postanowili się rozwieść, ale zadecydowałem dać im szansę i zostać na kilka dni. Specjalnie spakowałem swój służbowy laptop, żeby w razie potrzeby przez następne kilka dni móc pracować całkowicie zdalnie.
M. przyjechała do nas nazajutrz, nie wbiła na śniadanie bo nasze śniadania są zwykle o 7 rano. Tak wczesna pora narzucona przez rodziców odstrasza wielu zarówno członków rodziny, krewnych czy znajomych, bo nikt o przy zdrowych zmysłach nie będzie zrywał się w dniu wolnym o 5 czy 6 rano żeby zjeść z nami śniadanie. M. rozbawiła moich rodziców do rozpuku, niemal od wejścia zdobywając ich sympatię. Wiem to, bo nigdy nie proponują obcym noclegu a M. została namaszczona.
M. zabrała mnie na Wrzosowiska Kłomińskie, o istnieniu których nie miałem bladego pojęcia, a ja ją na pokaz amfibii i wyrzutni rakiet.
Zmagań z wizą do Afganistanu ciąg dalszy. Dostępne są dwie opcje.
Standardowa obsługa wizowa trwa 2-3 tygodnie. Jeśli chcesz skorzystać z tej usługi, koszt wizy wynosi 80 € i opłata za usługę 55 €. Jeśli chcesz skorzystać z tej opcji, musisz wysłać paszport do Holandii za pośrednictwem DHL do końca tego tygodnia. Nasz przedstawiciel Odwiedzi Ambasadę ok 3 września, więc paszport musi przybyć wcześniej.
Usługa wizy tego samego dnia kosztuje 350 EUR plus 55 EUR opłaty za usługę. Nasz przedstawiciel będzie mógł to zrobić tego samego dnia tj. 3 września lub później kiedy uda się odebrać pozostałe wizy (około 17–24 września). Wymagane dokumenty są następujące: – formularz wniosku wizowego – całkowicie wypełniony, napisany elektronicznie i należycie podpisany. – paszport wnioskodawcy musi być ważny przez co najmniej sześć miesięcy i musi posiadać puste strony. – potwierdzenie zatrudnienia – dwa zdjęcia w standardowym formacie paszportowym, umieszczone w odpowiedniej rubryce formularza wniosku (zdjęcia muszą być identyczne, aktualne, kolorowe na białym tle, zrobione bezpośrednio z twarzy i pokazywać oba uszy). – Dokumenty potwierdzające aktualny adres, takie jak rachunki za media, meldunek itp. (przetłumaczone) – W przypadku wiz turystycznych wymagane są dodatkowe dokumenty (zaproszenie od sponsora/firmy turystycznej, potwierdzone rezerwacje lotów, ubezpieczenie podróżne, wyciąg bankowy z wystarczającymi środkami na podróż i pobyt w Afganistanie) Jeśli nadal chcesz to kontynuować, daj mi znać, a Twoje zaproszenie zostanie zmienione i przesłane do Hagi…
To co wydawało się kuszącą ofertą okazało się drogą przez mękę. 28 września lecę do Bagdadu i nie mogę ryzykować, że nie odzyskam wcześniej paszportu. Papierologi całe multum dlatego grzecznie podziękowałem i kupiłem wcześniejszy bilet do Dubaju gdzie wizę wystawią mi ponoć od ręki tego samego dnia na podstawie zwykłego formularza. Na wszelki wypadek przylatuję tam 3 dni wcześniej więc jakby co, mogę zrobić kilka podejść.
Z innych „smaczków” Talibowie zaostrzyli prawo wobec kobiet w Afganistanie dotyczące życia codziennego. Najbardziej kontrowersyjny przepis nakłada na kobiety obowiązek zasłaniania całego ciała w miejscach publicznych. Zakrycie twarzy jest niezbędne, aby „uniknąć pokusy i kuszenia innych”. Ubrania kobiet nie mogą być cienkie, obcisłe ani krótkie, muszą zakrywać dosłownie wszystko. Głos kobiety jest uważany za intymny, dlatego nowe przepisy zakazują kobietom śpiewania, recytowania lub czytania na głos w miejscach publicznych. Kobietom zabrania się również patrzenia na mężczyzn, z którymi nie są spokrewnione lub związane małżeństwem. Nowe przepisy mają na celu „propagowanie cnoty i eliminowanie wad”. Zapytałem V. czy nadal leci z nami do Kabulu, bo będzie jedyną kobietą w naszej grupie. A czemu nie? – odparła i wydawała się nawet podekscytowana obostrzeniami.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.