Kabul – dzień pierwszy

Dziwnie czułem się oczekając z innymi współpasażerami przy bramce do wejścia do samolotu odlatującego do Kabulu. Kontrastowaliśmy gołym okiem w każdym szczególe. Odstawałem zarówno wyglądałem, jak i strojem. Na tle czarnych, białych czasami jasnobrązowych ubiorów wyglądałem jak kolorowy ptak w jasnobiałym t-shircie w paski, kolorowych adidasach, bez brody czy wąsów i jeszcze z ogoloną głową. W samolocie głównie mężczyźni, niektórzy z zegarkami jakby z odpustu: złotymi, mocno świecącymi, wysadzanymi świecidełkami imitującymi diamenty czy inne kamienie szlachetne. Raz po raz zdarzał się ktoś w bardziej zachodnim stroju, ale była to rzadkość zwłaszcza, że Talibowie zakazali mężczyznom noszenia zachodnich strojów czy nawet dżinsów. Samolot Airbus 340-300 prywatnych linii Kam Air na pierwszy rzut oka przeżył wiele, ale to i tak jedna z najbardziej rzetelnych linii lotniczych obsługująca kierunek Afganistanu. Dopiero niedawno dowiedziałem się do Kabulu znowu lata Turkish, ale że potrzebowałem wizy i tak skazany byłem na lot przez Dubaj. Siedzący obok mnie miły pan niespodziewanie wyciągnął woreczek wypełniony nerkowcami, prażonymi pistacjami, migdałami i rodzynkami, rozwinął go i częstował mnie smakołykami przez cały czas trwania lotu. Za każdym razem kiedy nie potrafiłem rozłupać pistacji, zabierał ją ode mnie, rozłupywał zębami i oddawał na dłoni. Po kwadransie uprzyjmosci było wspólne selfie w samolocie oraz wymiana numerów na whatsup. Przysnęło mi się nie długo po starcie, było grubo po 4 nad ranem, akurat roznosili posiłek. Sąsiad zadbał o mnie, bo kiedy otworzyłem jedno oko, na moich kolanach wylądował plastikowy pojemnik z ryżem i kurczakiem. W ramach barteru oddałem mu baton czekoladopodobny, za który podziękował. Na obsługę samolotu bałem się patrzeć, ciekawiło mnie jak pracują i jednocześnie jak dobrze wyglądają z tymi pełnymi, starannie dopracowanymi i zadbanymi brodami. Każde zbyt przydługie spojrzenie w ich stronę powodowało, że pan podbiegał do mojego fotela z wzorkiem pytającym czy czegoś mi nie potrzeba? Lecieliśmy nie całe 180 minut z czego 3/4 lotu przespałem.

Momentu lądowania oraz widoku po wyjściu z samolotu zaraz po wylądowaniu nigdy nie zapomnę: było magicznie, tak jakby filmowo, słońce dopiero wschodziło, mocno raziło oczy, olbrzymie silniki odrzutowe na tle olbrzymich pasm gór i budynek lotniska, które pamiętałem ze zdjęć zagranicznej prasy. Autobusem podjechaliśmy do terminalu, szybko dostałem pieczątkę w paszporcie, potem jeszcze jakaś deklaracja cudzoziemca, zdjęcie i mogłem stanąć w tłumie pasażerów czekających na bagaż. Nie było to łatwe zadanie, taśmy nie były ponumerowane, ktoś z obsługi wskazał mi taśmę skąd powinny wyjechać bagaże lotu z Dubaju. Przedostanie się tam nie było proste, przejście blokowały wszechobecne wózki oraz tłumy mężczyzn i ciekawskich dzieci. Kontrola celno-bagażowa odbyła się jeszcze szybciej, niezatrzymywany wszedłem do całkiem sporej strefy wolnocłowej, nie było czasu rozglądać się na boki, tłum napierał chciałem jak najszybciej dostać się do wyjścia gdzie czekał na mnie lokalny przewodnik. Minąłem olbrzymi znak z napisem I love Afghanistan, skręciłem w lewo i wszedłem w jeszcze bardziej dziki tłum oczekujących na przyjezdnych gapiów. Co któryś proponował taksówkę, internet, rozmaity obwoźny towar albo zwykłą pomoc – oczywiście nie bezinteresownie.

Mniej więcej w tym samym czasie co mój, wylądował samolot ze Stambułu, spotkałem znajome twarze, szybko i sprawnie zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w stronę hotelu w dzielnicy Shahre Naow. Nasz przewodnik pozwolił nam zjeść szybkie byle jakie śniadanie, napić się kawy, mieliśmy szansę osobiście przedstawić się naszemu afgańskiemu przewodnikowi, którym okazał się Ruhollah. Do końca wieczoru jego imię ewaluowało przechodząc przez każdą możliwą błędną odmianę: Ruhallo, Ruhajło, Rucollah, Ruhulla, Ricola itp.

Różne wymiany kulturowe w historii narodu wpłynęły na tradycyjne style i smaki współczesnych strojów i krojów afgańskich. Te tradycyjne, zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, zazwyczaj zakrywają całe ciało, ze spodniami zebranymi w pasie, luźną koszulą lub sukienką i jakąś formą nakrycia głowy. Standardowy tradycyjny strój męski składa się z tuniki, koszuli, spodni i opcjonalnego nakrycia głowy. Wybrałem kolor i wzór materiału, przewodnik pomógł dobrać mi kamizelkę, chustę dokupiłem sobie u lokalnego ulicznego sprzedawcy pod sklepem krawca. Turbany (lungis) noszone są w całym kraju, ale materiał, kolor i styl różnią się w zależności od regionu. Przymierzyłem kilka, ale z decyzją o kupnie wstrzymam się, aż odbiorę swoją tunikę.

Pieniądze, dolary wymieniamy wprost na ulicy, studolarowe chrupiące banknoty z niebieskim paskiem cieszą się lepszym przelicznikiem niż 20 i 50. Mniejszych w ogóle nie chcą wymieniać.

Prosto od krawca pojechaliśmy do świątyni Sakhi odwiedzanej głównie przez Hazarów. Kobiety podchodziły nieśmiało prosząc o wspólne zdjęcie z jedyną podróżującą z nami kobietą. Warunek był jeden, zdjęcia nie mógł robić lokalny mężczyzna. Raz w zamieszaniu jakiś Hazar wziął do ręki komórkę i zrobił kilka fotek, za co zaraz został skarcony uderzeniem w tył pleców przez patrolującego teren Taliba.

W ataku w lipcu 2016, do którego przyznało się tzw. Państwo Islamskie, zginęło tutaj 80 osób. Szyiccy muzułmanie stanowią około 15% populacji Afganistanu, a wielu z nich pochodzi z grupy etnicznej Hazara.

Na bardzo wczesną kolację udaliśmy się do restauracji Bukhara, kulinarnej oazy miasta, w której można delektować się bogactwem smaków i żywą kulturą kraju, który zwiedzamy. Pierwsza wspólna kolacja więc na stole musiał wylądować kebab z kurczaka, który spożywałem z czymś, co lokalni nazywają doogh albo dugh – napój wytwarzany z jogurtu i wody z dodatkiem soli i pieprzu podawany schłodzony z lekką pianką.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wypad do Abu Zabi

W Dubaju byłem razy naście, a w sąsiednim Abu Zabi nigdy, dlatego korzystając z dodatkowego dnia w ZEA postanowiłem ten brak poznawczy  nadrobić. Popijając kawę w Mall of Dubai i wciskając w siebie przeogromną porcję sałatki w ulubionej sieci Cheesecake Factory znalazłem lokalne biuro podróży i wraz z grupą przypadkowych osób, wybraliśmy się tam na krótki jednodniowy wypad. Stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich podobno zawsze była bardziej konserwatywna niż sąsiedni Dubaj, ale Abu Zabi, mimo że brakuje mu czegoś co nazywałbym „blaskiem”, stara się nadrabiać te braki tzw. kulturą wyższą. Nie oznacza to, że miejsce, w którym odbywa się najbogatsze Grand Prix świata, jest obce blichtrowi. Miasto szczyci się mnóstwem błyszczących galerii handlowych, drogich oraz luksusowych hoteli i klubów nocnych, które dorównują wszystkiemu, co można znaleźć w Dubaju. Podobnie jak jego sąsiad, Abu Zabi również lubi „myśleć na wielką skalę i iść w rekordy”. Jeśli nie jest to cud inżynierii, jakim jest Capital Gate (najbardziej pochylona na świecie wieża zbudowana przez człowieka na podobieństwo Krzywej Wieży w Pizie), to jest to Świat Ferrari, w którym znajduje się najszybszy rollercoaster na Ziemi.

Innym przyciągającym uwagę miejscem w emiracie jest wyspa Saadiyat, która kilka lat temu była opuszczoną ziemią niczyją. Teraz pełna jest luksusowych kurortów i pełnych przepychu klubów plażowych i to właśnie tam kochający słońce w pełni korzystają z prawdziwie dziewiczych białych piasków. Ta sama wyspa jest również domem dla innego imponującego nowego projektu, dzielnicy kulturalnej, w której znajduje się nowo otwarty Luwr Abu Zabi, zaprojektowany przez francuskiego architekta. Niebawem powstanie bliskowschodnia wersja Muzeum Guggenheima, z tysiącami dzieł sztuki współczesnej…

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się tutaj przebogate, przerysowane, największe, najdroższe, najokazalsze przez to puste i sztuczne. Abu Zabi reklamuje się, że nie polega tylko na znajdowaniu sposobów na przekształcenie petrodolarów w budynki architektonicze perełki lub centra rozrywki. W centrum znajdują się jeden z najpiękniejszych meczetów w Zatoce Perskiej, a także mikro stare miasto i kilka zakurzonych domów, które nawiązują do nie tak bardzo dawnej pustynnej przeszłości miasta.

Malownicza promenada Corniche z przyjaznymi rodzinom plażami i długą promenadą również warta jest odwiedzenia, chociaż i tutaj nie da się uniknąć całkowicie wszelkich oznak i jednoznacznych skojarzeń z pieniędzmi pochodzącym z wydobycia ropy naftowej.

Dzień minął w bardzo przyjemnej, leniwiej atmosferze, czasami bywało gorąco i pot lał się po skroni, ale to Emiraty i pustynia. Jeśli miałbym siedzieć w hotelu przy basanie albo bez celu włóczyć się po którejś z olbrzymich galerii centrum, to cieszę się że wybrałem Abu Zabi.

Powrót do Dubaju był jednym koszmarnym wielogodzinnym staniem w korku, na szczęście nie spieszyło mi się, bo samolot do Kabulu odlatywał dopiero o 4 nad ranem. Zdążyłem się spakować, wykąpać i nawet krótko zdrzemnąć zanim pouberowałem na lotnisko. Pierwszy raz jechałem uberem Teslą – takie szczęście to tylko w Dubaju.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Dubaj

Potwierdziło się to, o czym instruowano mnie przed wyjazdem do Afganistanu. „Jest bardzo prawdopodobne, że studenci i młodzi ludzie będą podchodzić i zadawać pytania. Zazwyczaj pytają, kim jesteś i dlaczego jesteś w Afganistanie. Zawsze możesz z nimi porozmawiać, powiedzieć im, jak się nazywasz, że jesteś turystą i z jakiego kraju pochodzisz, ale NIE podawaj im swojego adresu, hotelu ani trasy. Mogą poprosić o dane WhatsApp lub Facebook. Możesz je podać, ale NIE zamieszczaj żadnych postów w mediach społecznościowych, dopóki wycieczka się nie zakończy i nie opuścisz kraju”. Wyjeżdżam do niedostępnego turystycznie miejsca na świecie i nie mogę o tym trąbić w mediach społecznościowych.

Na poniedziałek wziąłem sobie wolne, miałem cały dzień na pakowanie się a im więcej mam na coś czasu, tym więcej zajmuje mi wykonanie czynności. „Podczas tej wycieczki będziesz musiał nosić lokalny strój. Po przyjeździe zabierzemy Cię na lokalny targ, aby odebrać trochę ubrań. Ponieważ będziesz nosić lokalne ubrania, będziesz musiał zabrać ze sobą tylko bieliznę, skarpetki, kilka koszulek i ciepły sweter do noszenia pod spodem”. Po mimo jasnej wskazówki spakowałem się do sporej walizki, bo nawet najkrótszy pobyt w Dubaju zawsze jest okazją do udanych zakupów. Późnym wieczorem dotarłem do Warszawy żeby przed 6 rano pojawić się na Okęciu. Odprawa, kawa, całkiem przyjemny lot, trochę snu, jakieś tam winko i dobry film na znieczulenie. W Dubaju wylądowaliśmy z opóźnieniem, ale czasu akurat mi tym razem nie brakowało. Ciapata obsługa lotniska wcisnęła nas wszystkich do automatycznych bramek biometrycznych, które koncertowo jedna po drugiej się blokowały a potem zaczęły dzwonić, zrobił się jazgot i szum, przyleciał jakiś pan w turbanie i kazał wszystkich wysłać do stanowisk kontroli paszportowej.

Plan był prosty, po śniadaniu pojechać do pobliskiego konsulatu i złożyć wniosek o wizę. Z duszą na ramieniu zamówiłem ubera, podjechałem do dzielnicy Al Jaffiliya pełnej zadbanych, wystawnych ale otoczonych wysokim murem willi, pod wskazanym adresem zadzwoniłem nieśmiało na dzwonek, bo brama była akurat zamknięta, choć zza muru dostrzegłem afgańską flagę. Drzwi się otworzyły, nikt po mnie nie wyszedł, więc ja śmiało wszedłem do środka, dostrzegałem wychodzącego z willi pana w turbanie, towarzyszyła mu jakaś kobieta: – chciałbym złożyć wniosek o wizę turystyczną do Afganistanu… Pan kazał mi powtórzyć, potem popatrzył na mnie podejrzanie dziwnie i wskazał willę obok, bo koncertowo pomyliłem budynki.

W konsulacie wysłali mnie do pokoju nr 4, miły pan napisał coś na kartce którą przykleił do okładki paszportu, odesłał do kasy w pokoju nr 2, zamiast 350 dolarów wydałem 130 płatne kartą, dostałem pokwitowanie z którym wróciłem do miłego pana z pokoju nr 4, który spojrzał tylko na wniosek, kazał podpisać, popatrzył na zaproszenie, przykleił dołączone zdjęcie i z lekkim uśmiechem zapytał czy poczekam, bo wystawi mi wizę. Zaczekałem w poczekalni, z jedną panią Szwajcarką taką zakrytą całą, która leciała do Afganistanu wyjść za mąż… Miły pan wrócił, wręczył mi paszport i życzył udanego pobytu w jego kraju. Wizyta zajęła mi mniej czasu niż się tego spodziewałem, wsiadłem w ubera i pojechałem uczcić ten fakt dobrą kawą w Mall of Dubai.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Pakowanie

W weekend miało odbywać się wielkie pranie, suszenie, potem prasowanie i pakowanie, dokończyć miałem też pracę, ogarnąć powierzchnie płaskie na chacie miałem, dodatkowo zakupy i wszelkie rzeczy do załatwienia pozostawione na ostatnią chwilę przed wylotem do Dubaju. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Podczas lunchu koleżanka z biura zaproponowała mi wyjście na koncert Kasi i Błażeja w NFM. Piosenki z płyty znałem i bardzo mi się podobały, parę kawałków często nuciłem pod nosem, widziałem parę wywiadów zapowiadających koncerty, bilety w sprzedaży wciąż były, więc nie dałem się długo prosić. Niedziela była więc produktywna, ale inaczej. I tak chwytając ostatnie promienie jesiennego słońca poszliśmy z A. na obiad na żeberka, potem na kawę, deser i mirto, po drodze spotkaliśmy wspólnych włoskich znajomych ze statku, poszliśmy na wspólny spacer a po koncercie wyszedłem w bardzo dobrym nastroju i wróciłem późno do domu. Popatrzyłem tylko na bajzel oraz skrupulatnie spisaną listę rzeczy do zrobienie i poszedłem spać. 

Dodaj komentarz

szalony okres

Z urlopu w Iraku wróciłem szybko i bezpiecznie. Udało mi się kupić bilet na bezpośredni lot do Berlina i choć z kilkugodzinnym opóźnieniem, nad ranem dotarłem do domu. Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, za wszystkie odwołane i opóźnione loty, linie lotnicze wypłacą mi odszkodowanie. Suma summarum wyszło więcej, niż zapłaciłem za pierwotny bilet Qatar Airways.

Z oczami na zapałki, jeszcze tego samego dnia o 10. rano pojawiłem sie w biurze paszportowym, żeby złożyć wniosek o nowy dokument. Mam niecałe 3 tygodnie aby go dostać i uzyskać nowe zaproszenie potrzebne do wizy do Afganistanu. Pomimo zmęczenia tego dnia byłem szczęśliwy, bo istnieje duża szansa, że to wszystko jeszcze uda mi się pospinać.

A co było potem? Biologii człowiek nie oszuka, dwa tygodnie w ascezie i o suchym pysku musiałem jakoś odreagować. Na szczęście w XXI wieku nie trzeba kupować krowy, żeby napić sie mleka, wystarcza dostęp do internetu i byle jakie konto na portalu randkowym, przy okazji lunch i szybki wypad do ulubionego koktajl baru i z człowieka schodzi całe ciśnienie i spina.

Weekend miał być zaplanowanym czasem relaksu, ale niespodziewanie znalazł sie chętny do wynajmu mieszkania, więc było jeżdżenie, pokazywanie, kompletowanie certyfikatów i podpisywanie umowy. W poniedziałek wieczorem odebrałem zaliczkę, oddałem klucze i nareszcie byłem szczęśliwy, że temat wynajmu nareszcie mam już z głowy.

W poniedziałek planowałem wrócić na luzie do pracy. W sobotę zadzwonili, że we wtorek będą demontować i montować mi nową kuchnię. To co przewidziane było na 2 dni przedłużyło się do 3 – na ten czas musiałem wyprowadzić się z mieszkania, w poniedziałek w nocy pakowałem naczynia, spożywkę, porządkując szafki, we wtorek wjechała ekipa, która jak to po każdym remoncie, zostawiła po sobie syf. Musiałem wziąć L4 na czwartek i piątek żeby uporać się ze sprzątaniem całego mieszkania, sprawami administracyjnymi w spółdzielni, wywieźć rower do garażu, ogarnąć balkon po sezonie, zakupy, znajomych.

Na potrzeby tego cyrku sporządziłem sobie specjalną listę rzeczy ważnych i nieważnych oraz pilnych i niepilnych, co pomogło mi ujarzmić ten chaos.

Teraz siedzę sobie nareszcie sam, w salonie, beztrosko pyka zapachowa świeczka, popijam lampkę ulubionego czerwonego wina, mieszkanie świeci, na podłodze można przeprowadzać operacje na otwartym sercu, wyniosłem stare graty, pozbyłem sie odpadów, nawet mokrą szmatą nogi od stołu i krzeseł w salonie przeleciałem i nie ma tam teraz pajęczyn. Okna w weekend ogarnę – tak sobie myślę. Jutro rano dentysta, bo ząb mi sie rusza – na szczęście to implant i nie boli. Niezłe Kongo.

Może to znak? Do Kongo polecę.

1 komentarz

Ostatni dzień w Erbilu

Okazało się, że to co oferuje w swoim programie Lupine, znacznie różni się od tego co postanowił pokazać mi mój przewodnik. Po tym jak nie zostawił mnie z problemem, od razu zaproponował pomoc w dostaniu się do konsulatu, nieproszony z własnej inicjatywy skontaktował się z lokalnymi władzami by ułatwić nam przejazd przez Irak – mam do niego duże zaufanie i nie narzucam mu swoich widzimisię. 

Dziś w drodze do Deraluk zatrzymaliśmy się zobaczyć krystalicznie czystą błękitną wodę. Przygoda nie zapowiadała niczego wyjątkowego, po dojechaniu na miejsce zabrałem tylko lekki plecak. Ścieżki nie byli, po kamieniach przeszliśmy przez większy strumyk, gdzie oczywiście na ostatnim śliskim kamieniu noga mi się podwinęła i wpadłem jedną stopą do wody. Potem było już tylko gorzej, przejście po wąskiej skarpie w kierunku tamy, z jednej strony woda a z drugiej kilkudziesięciometrowa przepaść. Krajobraz owszem piękny, wiejski dość dramatyczny, z rzekami przypominającymi węże, które płyną między kanionami, olbrzymi wybór punktów widokowych. Po przejściu paruset metrów przestało mi się podobać, w głowie mi się zakręciło patrząc w kilkudziesięciometrową przepaść. W dodatku w plecaku miałem telefony, kasę, ipady, paszport, power banki i sama myśl że miałbym wpaść do wody wcale nie mobilizowały mnie by iść dalej. Nie wytrzymałem stresu związanego z wysokością, wskoczyłem do wartkiego strumienia lodowatej wody sącząc po polsku soczyste przekleństwa. Każdy krok wydawał się aktem odwagi, podłoże było bardzo śliskie, w każdej chwili mogłem się przewrócić, byłem zły że Murtada mnie nie uprzedził.

Wracając z Deraluk zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach. Udało mi się kupić bilet na powrót samolotem do Berlina. Zależało mi już tylko żeby szybko i bezpiecznie wrócić do Europy.

Erbil, stolica irackiego Kurdystanu, prężnie rozwijające się miasto nabierające coraz większego blasku, widać bogactwo w postaci infrastruktury, lokalnych dróg, piętrzących się w górę wysokich budynków, markowych sklepów i aut którymi poruszają się mieszkańcy. Wiele miejsc po drodze było zamkniętych: w Lalish odbywało się jakieś święto, na które mnie nie wpuszczono, w Erbilu zamknięty meczet. Im bliżej daty wylotu, tym więcej myślałem o tym czy uda mi się wsi wsiąść do samolotu i wrócić do Europy.

Wyjeżdżając z miasta przejeżdżaliśmy przez dzielnicę rządową. Budynki ministerstw, parlamentu oraz innych obiektów o charakterze politycznym często otoczone są płotem, a przy wjeździe ustawione są posterunki ochrony.

Wieczór przed wylotem spędziliśmy w okolicach cytadeli. Mieszanka mniej lub bardziej eleganckich restauracji, fast foodów, street foodów, pubów sportowych, barów z shishą, czajowni robi po zmroku niesamowite wrażenie. Była pyszna grillowana ryba i tabulah.

 

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Rawanduz

Szczerość okazała się moim ratunkiem. Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na kawie przy Erbil Square, niespodziewanie podszedł do mnie…Ahmed. Rozpoznał mnie w tłumie, w pierwszej chwili miałem nietęgą minę – obawiałem się, że zaraz dostanę w twarz albo usłyszę pretensje albo nieprzyjemne słowa. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Nazajutrz rano ruszyliśmy do Kanionu Rawanduz, który znajduje się na północ od stolicy. To miejsce zapiera dech w piersiach – położone wśród imponujących gór Zagros, rozciąga się na ponad 20 kilometrów. Surowe klify, głębokie wąwozy i kaskadowe wodospady tworzą niesamowite widoki. Znajomy otworzył tam niedawno mały hotel i udało nam się zatrzymać tam na noc. Widok z balkonu był po prostu spektakularny. Pogoda niezmiennie dopisuje, chociaż wieczory są tu chłodniejsze niż w innych częściach Iraku.

Od kilku dni na obiad i kolację serwujemy sobie głównie kurczaki, którymi powoli zaczynam być przejedzony. Jeszcze jeden kurczak i chyba sam bym zniósł jajko! Dlatego dziś na kolację była pizza.

Kolejnym punktem na naszej trasie była jaskinia Shanidar – prawdziwy cichy strażnik czasu, pełen tajemnic sprzed tysięcy lat. To miejsce jest skarbnicą odkryć archeologicznych, rzucając światło na życie pierwszych ludzi, którzy niegdyś szukali schronienia w jej skalnych zakamarkach. Z historią sięgającą dziesiątek tysięcy lat, jaskinia Shanidar nadal fascynuje naukowców i miłośników historii. W jej wnętrzu odkryto szczątki aż dziesięciu neandertalczyków.

Studio BBC wyprodukowało w maju dla platformy NETFLIX Sekrety Neandertalczyków, historię o jednej z najważniejszych prehistorycznych jaskiń na planecie. Film dokumentalny, przedstawia nowe odkrycia i postępy w nauce, prowadzące do głębszego zrozumienia naszych „krewnych”. Okazało się że Neandertalczycy przetrwali ponad 300 000 lat, ale z jakiegoś powodu odeszli, a my pozostaliśmy. Archeologiczna przygoda miała na celu zrozumienie, jak odnosili tak duże sukcesy przez tak długi czas i dlaczego zniknęli. 

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Erbil – Rawanduz

Z powodu niespodziewanej sytuacji z paszportem, musiałem nieco zmodyfikować swoje plany podróży po Iraku. Pierwszy tydzień miałem zaplanowany z Murtdazą, który w poniedziałek miał zawieźć mnie do Erbilu, a od wtorku na pięć dni miałem być pod opieką lokalnego kurdyjskiego przewodnika Ahmeda. Kiedy pojawiły się problemy, nowy znajomy z Iraku okazał się niezwykle pomocny – zawiózł mnie do konsulatu, skontaktował się z Biurem Wywiadu ds. Bezpieczeństwa Turystycznego, zorganizował dodatkowe noclegi i dostosował plan zwiedzania do mojej sytuacji, nie biorąc za to ani dolara. Dzięki niemu czułem się o wiele spokojniejszy i bezpieczniejszy.

Wizyta w konsulacie przebiegła szybko, choć więcej czasu zajęło mi przejście przez bramkę ochrony. Coś nie działało, więc po około kwadransie poproszono mnie, abym wrócił następnego dnia. I tu Murtdaza znów okazał się niezwykle życzliwy – sam zaproponował, że następnego dnia pojedziemy razem, dostosowując przy tym nasz plan zwiedzania tak, abyśmy mieli czas na wizytę w konsulacie.

Rozmawiając z nim, doszedłem do wniosku, że lepiej będzie, jeśli spędzę kolejne dni z nim i naszym kierowcą w Kurdystanie, niż zmieniać przewodnika. Na szczęście, nie było żadnych przedpłat, więc mogłem zrezygnować z wycieczek z Ahmedem bez ponoszenia kosztów. Napisałem do Ahmeda szczerze, że mam problem z paszportem, czekam na nowy, mój lot został odwołany, i nie wiem, czy zostanę tu tydzień, czy może tylko dwa dni. Wyjaśniłem też, że będę musiał wracać na tymczasowym paszporcie, który nie wszędzie jest akceptowany. Wiedziałem, że stawiam go w trudnej sytuacji, i nie czułem się z tym dobrze.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Mosul

Niełatwo było mi dziś w nocy zasnąć. Prawie do rana przeleżałem w łóżku zasypiając może dopiero po 4. Wierciłem się i kręciłem. Późnym wieczorem dostałem jeszcze info od konsula że kopię noty do irackiego MSZ, z prośbą o wpuszczenie mnie do północnego Iraku, prześlą mi dopiero we wtorek albo środę. Nie było mi to rękę, zirytowałem się bo doskonale wiedział kiedy planuję wjazd do Erbilu dlatego na oparach cierpliwości ostatni raz grzecznie, ale stanowczo napisałem mu rozumiem, że był weekend i święto narodowe. Ale jeśli ich placówka miałaby możliwość oraz chęć udzielenia mi pomocy, to bardzo zależałoby mi na otrzymaniu poświadczenia naszybciej jak się da.

Długo nie było żadnej odpowiedzi, a potem coś w stylu, że tak się nie da i lepiej zaczekać.

Przed wyjazdem z Mosulu pojechaliśmy najpierw na śniadanie, ale nie byłem wstanie nic przełknąć, wypiłem tylko kawę a właściciel baru poczęstował mnie papierosem. Poszliśmy przejść się po lokalnym bazarze, zobaczyć jakie spustoszenia zostawiły po sobie walki o Mosul – ISIS walczący z armią iracką i wojskami sprzymierzonymi. Widoki przygnębiające jak w Aleppo.

Z Mosulu do Erbilu jest niecałe 85 km, trasę pokonuje się w 60-90 minut.  Pierwszy punkt kontroli przejechaliśmy bezproblemowo. Pokazałem paszport, potem stronę z wizą, od razu machnęli nam żeby odjechać. Drugi punkt kontroli przepuścił nas bez sprawdzania czegokolwiek. Wtedy poczułem że to może się udaċ, że kontrole są pobieżne, że przejadę cały Irak na improwizowanym paszporcie. Lepiej się wtedy poczułem, trochę zeszło ze mnie ciśnienie, zacząłem rozmawiać na luzie z przewodnikiem, bo od rana byłem raczej małomówny.

Trzeci główny punkt kontrolny a zarazem granica regionu wyglądał już jak przejście graniczne z prawdziwego zdarzenia. Duży wiata, kilka pasów, na każdym po kilka stanowisk, barierki, saperzy, mnóstwo obsługi, policji. Pan w uniformie poprosił o nasze dokumenty, pobieżnie je sprawdził, kazał otworzyć bagażnik, po czym pomachał żeby jechać dalej. Kolejny pan w ogóle nie był zainteresowany naszymi dokumentami, zadawał pytania po arabsku, pytał się o mnie i też pozwolił jechać dalej. Murtda uśmiechnął się pod nosem i skomentował tylko, że nie wierzy że to się dzieje naprawdę. Trzeci, najbardziej niepozorny pan, kazał nam zawrócić, zjechać na pobocze i przejść przez tzw. procedurę wjazdu. Kierowca zrobił jak mu kazano, wróciliśmy do punktu wyjścia, ale do punktu wydającym jakieś podstemplowane kwitki nie poszedłem, zostałem sam w samochodzie. Po kwadransie znowu ustanowiliśmy się do wjazdu licząc że będzie to już tylko formalność aby w końcu wjechać. Wtedy jakiś inny pan powiedział, że mamy stanąć na pasie awaryjnym, a ja udać się do jeszcze innego punktu i dostać dodatkowy kwitek z pieczątką do naszej kolekcji. Lekko tęgawy pan o niebieskich oczach siedzący w okienku przejrzał mój paszport, wizę, coś tam wpisał do komputera, mój papierowy spinacz wpięty w pierwszą stronę nie wydał mu się niczym dziwnym. Murtda rozmawiał, ja stałem i patrzyłem przed siebie bylem sparaliżowany i słyszałem jak oddycham. Po chwili paszport do mnie wrócił i udaliśmy się w stronę auta. Wtedy niespodziewanie zaczepił nas jeszcze wojskowy, który już nas sprawdzał, zapytał czy mam kolejną kartkę z pieczątką. Nie miałem, więc musieliśmy wrócić do okienka. To była już i tak tylko formalność, miło wyglądający, spokojny pan poprosił jeszcze raz o mój dokument i wtedy usłyszałem w głowie jakby huk zsuwającej się blachy falistej – strona ze zdjęciem się zsunęła. Pan pozostał niewzruszony, popatrzył, wpisał adnotację że skoro wizę mam aktualną, to do uszkodzonej strony w paszporcie nie będzie się przyczepiał, ale poradził mi naprawić swój dokument. Nie kryłem zaskoczenia, że tak ulgowo mnie potraktowano, wróciliśmy do auta nie dowierzając w to co się właśnie stało. Po chwili zauważyłem też wiadomość od konsula, z kopią noty do irackiego MSZ, gdzie prosi służby graniczne żeby zgodzili się na mój wjazd na terytorium Północnego Iraku. Konsul się ogarnął i wysłał mi pismo akurat jak stałem na bramce, trochę późno ale nie za późno. Akurat jak mi kartki przeglądali i odkryli że podróżuje na „improwizowanym” paszporcie. Założę się że musiał byċ zirytowany, zakłóciłem jego weekendowe „dolce far niente“.

Jestem już w Erbilu i nawet jeśli panu konsulowi zajmie kilka dni, żeby uruchomić maszyny drukarskie, jestem bezpieczny albo bezpieczniejszy.

Filmowa ta moja podróż.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Samarra

Samarra to historyczne miasto Mezopotamii, które osiągnęło apogeum, gdy zostało stolicą Imperium Abbasydów, a następnie zostało przeniesione do Bagdadu, które rozciągało się od Tunezji po Afganistan. Dziś turyści jak ja przybywają, aby zobaczyć słynny meczet i jego minaret, podczas gdy szyici przybywają z pielgrzymką do grobowców swoich dwóch ważnych islamskich imamów. Samarra to miasto święte. Cud archeologiczny tego miejsca to Minaret Malwiya (spirala) flagowa atrakcja turystyczna Samarry i jedna z najsłynniejszych w Iraku. Mający ok 50m wysokości budynek od kilkudziesięciu lat pozostaje najwyższym minaretem na świecie. Nie tak dawno temu odwiedzający to miejsce turyści skarżyli się na długotrwałe kontrole, które czasami kończyły się odmową władz. Inni wspominali, że ochrona czasami zatrzymuje paszporty podróżnych w zamian za bilet, zmuszając ich do powrotu do punktu kontrolnego. Z własnego doświadczenia co prawda zauważyłem, że w tej miejscowości nie było więcej punktów kontrolnych niż gdzie indziej, ale ochrona za każdym razem po prostu szybko zaglądała do mojego improwizowanego paszportu i ani razu nie musiałem z nikim rozmawiać ani czekać. Niestety, kiedy dotarliśmy na miejsce, brama była zamknięta. Murtda kazał mi się nie przejmować, znaleźliśmy rozerwany druciany plot, przeskoczyliśmy nad jakimś wałem, potem nad kanałem ze ściekami i jakby nigdy nic bokiem weszliśmy na teren minaretu. Gdy byliśmy gdzieś 50m od wieży, usłyszeliśmy wołanie strażnika, który przesiadywał w cieniu pod jednym z budynków. Nie wiem co do siebie krzyczeli, nie było prośby o łapówkę, ale na koniec na znak przewodnika musiałem odkrzyknąć „I love Iraq!”

Samarra jest kontrolowana przez szyicką milicję, która zabezpiecza ten obszar, chociaż miasto jest w dużej mierze sunnickie. I jak wspomniano powyżej, pochowanych jest tam dwóch z dwunastu szyickich imamów.

Sytuacja generalnie jest stabilna, jednak kontrowersje religijne i sekciarstwo mogą wpłynąć na jej niestabilność. Zwiedziłem ruiny w odległych rejonach miasta, w promieniu 20 km, ale nie odczuwałem zagrożenia. Mimo to przewodnik ostrzegł mnie, że obszar ten jest niestabilny i może znajdować się w strefie konfliktu, a nawet stanowić zagrożenie.

Ze strony władz nauczyłem się, że nie ma się czego obawiać. Wszyscy wydają się bardzo pomocni i uprzejmi. Przy okazji, absolutnie należy unikać robienia zdjęć przy punktach kontrolnych – wojskowych – lub czegokolwiek z nimi związanym, bez zgody milicjantów, i wtedy wszystko jest w najlepszym porządku.

Nie można zatrzymać się w Samarze, ponieważ hotele nie są dozwolone . Nie jest też możliwe przebywanie z miejscową ludnością, gdyż obcokrajowcy nie mają wstępu.

Wyjeżdżając z Sammary w kierunku Mosulu Murtada opowiedział mi o masakrze w Tikricie, miejscu urodzenia Saddama – zbiorowe egzekucje nieuzbrojonych szyickich rekrutów dokonane przez dżihadystów z Państwa Islamskiego w połowie czerwca 2014 po zajęciu miasta. ISIS opublikowało kilkadziesiąt zdjęć i nagrań z tej egzekucji, które można obejrzeć na internecie. Obejrzałem i żałuję bo nie można tych obrazów „odzobaczyć”.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz