Wstałem rano i po śniadaniu poszedłem prosto do biura.
Dzień wcześniej zarezerwowałem sobie sale konferencyjna by moc na spokojnie przejrzeć zgromadzone materiały i powoli zacząć przygotowywać prezentacje.
Moja koleżanka, na której spoczywa w dużej mierze odpowiedzialność za powodzenie projektu wyprowadziła mnie z równowagi jeszcze przed południem. Zacząłem się wkurwiać gdy na zadane pytanie usłyszałem: ja nie wiem, chyba, może, zobaczymy, nie pamiętam, trudno powiedzieć… Musiałem wyjść i pójść zapalić by dać upust frustracji.
Jak ja mam pracować z tak niekonkretna cipa?!
Hindusi zaprosili mnie do siebie na kolacje. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to ich gościnność – najpierw pozwalali częstować się innym nim sami nałożyli sobie jedzenia na talerz. Dharmesh miał w swoim pokoju hotelowym aneks kuchenny i razem z dziewczynami przygotowywali całość potraw. Wszystko bazowało na ryżu…
Przyszedłem do niego głodny, bo po wyjściu z biura nie jadłem niczego. Zobaczyłem pełne garnki ugotowanego ryżu i mnóstwo indyjskich specjałów… Zapowiadała się całkiem egzotyczna uczta, ale tylko do pewnego momentu…
Po ugotowaniu ryżu Narasimhan całość przesypała do …zlewu w łazience…
Tego samego, w którym Dharmesh mył rano zęby, nad którym się golił, czesał, może i smarkał charkał, mył ręce i bóg wie co jeszcze robił.
Stamtąd łyżką nakładała każdemu jego porcję.
Na sam widok żołądek skręcił mi się w trąbkę. Nie byłem w stanie niczego przełknąć ani nawet wziąć do ust. Potem zobaczyłem wszystkich jedzących te wszystkie specjały palcami i już zupełnie straciłem apetyt…
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.