Nasz samolot do Kuwejtu mieliśmy dopiero po południu, więc zdążyłem się wyspać, spokojnie zjeść śniadanie, pożegnać z tymi, którzy wracali do domu, spakować i dotrzeć na lotnisko. Lotnisko w Dżuddzie jest nowoczesne i bardzo przyjemne, a wszystkie procedury poszły nam wyjątkowo sprawnie. Sam lot też nie był uciążliwy – do Kuwejtu leci się zaledwie dwie godziny, a 3/4 miejsc w samolocie było wolnych.
Ucieszyłem się, gdy okazało się, że dostałem siedzenie z dodatkowym miejscem na nogi. Komfort jednak nie trwał długo – obok mnie przysiadł się obleśny saudyjski dziadek, który przez całą podróż dłubał w nosie (prawdopodobnie w poszukiwaniu ropy naftowej), a następnie z uporem godnym geologa formował znaleziska w kulki i pstrykał nimi w podłogę. Jego żona, w stroju przypominającym ninja, siedziała niewzruszona i czytała Koran. Zresztą nie tylko ona – wielu pasażerów, głównie mężczyzn, recytowało wersety, podczas gdy ja, nieco z innego świata, przeglądałem telefon.
Na szczęście lot trwał tylko dwie godziny, więc nic nie zdążyło mnie bardziej obrzydzić.
Kuwejt to niewielki kraj, z równie niewielką liczbą mieszkańców, za to z ogromną rzeszą przyjezdnych expatów. Mówi się, że Kuwejt jest nudny – z każdej strony otacza go pustynia, a przez lata był brytyjskim protektoratem. Coś w tym jest, ale z drugiej strony kraj ma też swoje zalety, które łatwo dostrzec, gdy tylko zejdzie się z utartych ścieżek.
Hotel w Medynie zapamiętam na długo – głównie dlatego, że nie działało w nim absolutnie nic, co powinno działać. Klimatyzacja uparcie trzymała 20 kilka stopni, ale dmuchała gorącym powietrzem z taką mocą, że miałem wrażenie, jakbym spał w twarzą do grzejnika. Pokój sam w sobie był przestronny, ale każdy jego element zdawał się być testem cierpliwości. Z prysznica nieustannie przelewała się woda, zalewając łazienkę i połowę pokoju. Do tego drzwi umocowano tak niefortunnie blisko umywalki, że przy każdym myciu zębów samozamykacz walił mnie to w łokieć, to w głowę. Po kilku takich bolesnych akcjach przeklinałem tę fuszerkę z całym przekonaniem człowieka, który wie, że nie zasłużył na takie cierpienie.
Za to sama Medyna totalnie mnie zaskoczyła, spodziewałem się tradycyjnego miasta pielgrzymów, a trafiłem do nowoczesnej metropolii – pełnej hoteli, świateł, porządku i bezpieczeństwa. Tam, gdzie wznosi się główny meczet, wszystko lśni nowością i luksusem, choć nie wpuszczono nas na jego teren, nie przeszkadzało mi to wcale – obserwowanie tłumów pielgrzymów samo w sobie było fascynującym przeżyciem.
Kolebka Islamu – trzecia wielka religia, ale tutaj w wersji surowej, wymagającej, niemal ascetycznej. Widać to na każdym kroku – w zachowaniu ludzi, w ich strojach, w rytmie dnia podporządkowanym modlitwie.
Meczet Proroka w Medynie to prawdziwe serce miasta – drugi, jaki kiedykolwiek zbudował Mahomet i drugie najświętsze miejsce islamu. Z kolei meczet Quba, nieco skromniejszy, ale wyjątkowy, uznawany jest za pierwszy meczet na świecie, zbudowany dokładnie w dniu przybycia Proroka do Medyny.
Pogoda była iście piekielna – gorąco, sucho, bez cienia wiatru. Psikałem się non stop sprejem przeciwsłonecznym, bo choć pot się nie lał, czułem, jak moja skóra dosłownie się „gotuje”. Pod każdym z meczetów wzbudzaliśmy zainteresowanie tłumów – ludzie podchodzili, uśmiechali się, robili sobie z nami zdjęcia.
W jednej z wizyt musieliśmy się rozdzielić – mężczyźni wchodzili osobnym wejściem, a kobiety niestety nie zostały wpuszczone wcale. Później opowiadały, że panował tam totalny chaos i nic właściwie nie zobaczyły. Szczerze im współczułem – musiały chodzić w tych czarnych hidżabach jak ninje, pod którymi gotowały się z gorąca, ale zdjęcie tego stroju w miejscu publicznym oznaczałoby natychmiastową reprymendę albo przynajmniej serię nieprzyjemnych spojrzeń.
Muzeum Safiyyah zapamiętam głównie przez faceta, który opowiadał o islamie z takim zapałem, jakby zaraz miał unieść się w powietrzu. Zamiast mówić o tradycji, wartościach czy wierze, przedstawiał wszystko jak niepodważalne fakty, jakby sam brał udział w tworzeniu świata.
Po wizycie w muzeum pognaliśmy na stację, bo o 14:00 mieliśmy złapać superszybki pociąg do Dżuddy. Dworzec Medina zrobił na mnie ogromne wrażenie – ultranowoczesny, inspirowany zieloną kopułą Medyny, z połączeniem klasycznej islamskiej architektury i współczesnego designu. Pociąg wyglądał jak statek kosmiczny, pędził 300 km/h, a w środku było cicho, elegancko i zaskakująco komfortowo.
Niestety, sielanka skończyła się po dotarciu na miejsce – kierowcy autokarów nie dojechali. Zostaliśmy więc wysłani do jakiegoś olbrzymiego akwarium, by „zabić czas”, a potem wpakowano nas w taksówki. Na miejscu kierowcy nie chcieli oddać bagaży, tłumacząc coś pokrętnie i robiąc niepotrzebną awanturę, straciliśmy przez to mnóstwo czasu i nerwów.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do starej części Dżuddy, było już po zachodzie słońca. Zwiedzanie Al-Balad – zabytkowego starego miasta, w nocy miało swój urok pt. chłodniejsze powietrze, światła lamp, cienie drewnianych balkonów, ale brakowało mi widoku tej architektury w dziennym słońcu.
Późnym wieczorem nasi przewodnicy zabrali nas na pożegnalną kolację do libańskiej restauracji, która bardziej przypominała fast food. Jedzenie było dziwne, mocno przyprawiony, zalany sosem eksperyment, ale nikt nie narzekał, bo organizatorzy postawili kolację w ramach przeprosin za ten chaotyczny dzień.
Jutro w południe opuszczamy Arabię Saudyjską i lecimy dalej do Kuwejtu. Część grupy leci z nami, część wraca do domów. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że ostatnie trzy dni były najlepsze z całej podróży, bo choć Rijad był potwornie nudny, to reszta kraju gorąca, chaotyczna i pełna kontrastów zostanie w pamięci na długo.
Cały dzień w drodze. Najpierw odwiedziliśmy Dedan, górę Ikma, położoną w pięknym pustynnym krajobrazie, swoistą największą „otwartą biblioteką” w Arabii Saudyjskiej, pełną starych tekstów wykutych w skalach. Miałem mały kryzys: brzydki widok, wszędzie piasek – pomyślałem, po chwili śmiejąc się z samego siebie. Trzeba być naprawdę genialnym, żeby na Półwyspie Arabskim spodziewać się dżungli. Zresztą, ledwie kilka dni temu zachwycałem się tą samą pustynią, nad którą teraz narzekam, może to zmęczenie, a może dziwne rozkojarzenie – w każdym razie trudno mi było wtedy myśleć trzeźwo.
Grupę mam naprawdę fajną. Dwie eleganckie Filipinki z Kalifornii, z którymi często robimy sobie wspólne zdjęcia i wspominamy Afganistan. Carter z Orlando – żołnierzyk z Walt Disney World, który ma takie samo poczucie humoru jak ja, obaj żałujemy, że pośród tych wszystkich pięknych krajobrazów nie możemy napić się lampki wina albo czegoś mocniejszego. Sympatyczny Malezyjczyk z Singapuru i Brytyjczyk z Londynu – trzymamy się razem, jak to w męskim towarzystwie. No i zawsze promiennie uśmiechnięta Niemka z Monachium, którą chętnie zapraszamy do naszego stolika, gdy wychodzimy na lunch czy kolację. Mamy też podstarzałego amanta z Australii, który w każdym odwiedzanym mieście próbuje umówić się na randkę z saudyjską kobietą poznaną w aplikacji randkowej. Wszyscy patrzymy na to z lekkim niedowierzaniem – i chyba jeszcze większą ciekawością, czy mu się w końcu uda.
Pod koniec dnia dojechaliśmy do Medyny a zmęczenie już dawno przestało być problemem.
Pojechaliśmy na kolację do eleganckiej libańskiej restauracji. Znalezienie jej zajęło nam chwilę, bo błądziliśmy po różnych wejściach do budynku, jakby lokal celowo ukryto przed głodnymi turystami. Ale gdy już trafiliśmy na miejsce, było warto. Jedzenie – pierwsza klasa, wzięliśmy zestawy meze dla czterech osób, wszystko aromatyczne, świeże, pachnące ziołami i ciepłym chlebem.
Byłoby idealnie, gdyby nie jeden szczegół: dzieci. To, co słyszałem o Arabii, okazało się w stu procentach prawdą – dzieci są tu święte, kzyczą, biegają, gubią buty, wchodzą pod stoliki, a rodzice tylko się uśmiechają. W Arabii Saudyjskiej dzieci mogą absolutnie wszystko.
Na zewnątrz restauracji, tuż obok stolików, znajdował się pokój – plac zabaw. W teorii – dla rodzin z dziećmi, w praktyce dla każdego, kto chciałby przekonać się, jak brzmi radość w skali decybeli nieosiągalnej dla dorosłego ucha.
Moje spostrzeżenie – Arabia Saudyjska to raj dla dzieci, ale niekoniecznie dla dorosłych, dla wielu przyjezdnych kraj wydaje się po prostu nudny. Brakuje tu klasycznych miejsc rozrywki – barów, klubów, muzyki na żywo, nawet kina i restauracje są raczej rodzinne niż towarzyskie. Dorośli spotykają się przy kolacjach, spacerują po centrach handlowych, ale trudno tu o spontaniczną zabawę czy nocne życie. Czasem odnosi się wrażenie, że cały kraj funkcjonuje w rytmie rodziny, a samotność – choć rzadka – bywa tu szczególnie głośna.
Bardzo wczesnym rankiem, o 7:30, wyruszyliśmy z Hail prosto do Al Ula – jednego z najbardziej niezwykłych miejsc w Arabii Saudyjskiej. Podróż była długa, ponad sześciogodzinna, prowadząca przez środek kraju, przez pustynne pustkowia i skaliste krajobrazy, które z każdą godziną zmieniały kolory od jasnego beżu po głęboki pomarańcz.
Do samego Al Ula dotarliśmy wczesnym popołudniem. Krótki lunch i od razu ruszyliśmy zwiedzać Hegra – starożytne miasto Nabatejczyków. To miejsce zachwyca od pierwszego spojrzenia: 111 fasad grobowców wykutych w złotym piaskowcu, z których każdy opowiada historię sprzed dwóch tysięcy lat. Kunszt dawnych kamieniarzy widać w każdym detalu – od kamiennych pionowo ustawionych wizerunków bogów, po ślady po narzędziach wciąż widoczne na skałach.
Hegra była niegdyś ważnym punktem na szlaku handlowym tych samych ludów, którzy zbudowali Petrę. Ich inżynieria robi wrażenie nawet dziś – system studni, kanałów wodnych, mury obronne i bramy przypominają o czasach, gdy tutejsze piaski widziały karawany ciągnące z kadzidłem i przyprawami.
Po południu odwiedziliśmy Skałę Słonia, pocztówkowy monolit z czerwonego piaskowca, którego „trąba” i „ciało” powstały przez miliony lat erozji, wygląda jak gigantyczne zwierzę uwięzione w bezruchu. A gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem, całe miejsce nabrało magii: food trucki, muzyka, ogniska, ludzie siedzący na dywanach pod gwiazdami. Pustynia oddychałaby spokojem, gdyby nie tłumy influencerek, prześcigających się w najdziwniejszych pozach do zdjęć.
Po zmroku dotarliśmy do miejsca naszego zakwaterowania – luksusowego glampingu pośród palm daktylowych. Nocą, gdy wszystko cichło, z zewnątrz dało się słyszeć tylko dźwięk spadających owoców – pojedyncze uderzenia w ziemię, jakby ktoś rzucał drobnymi kamieniami.
Gdy wszyscy pojechali do starego miasta na kolację, zostałem na miejscu. Osobiście nie jestem fanem pól namiotowych – nawet tych najbardziej “glamour”. Wspólne toalety i prysznice skutecznie mnie odstraszają, a stanie w kolejce, żeby się umyć, to dla mnie raczej mało przyjemne żeby nie powiedzieć upokarzające doświadczenie. Skoro jednak już się tutaj znalazłem, nie było wyboru jak tylko zagryźć zęby. Wziąłem prysznic ze skaczącą wokół mnie żabą, zdjąłem soczewki i… uświadomiłem sobie, że bez nich jestem ślepy jak kret. Wracając do namiotu po ciemku, nie pamiętałem ani numeru, ani drogi. W dodatku wszystkie namioty wyglądały identycznie. Wędrowałem więc po omacku po wąskich, drewnianych ścieżkach, aż w końcu – metodą prób i błędów – trafiłem do tego właściwego. Ulga była ogromna, a myśl o tym, że mógłbym spędzić noc pod palmami, brzmiała równie zabawnie, co realnie.
Rano znowu brakowało mi dobrej kawy. Tutejsza kawa arabska z mlekiem i imbirem to napój, do którego nie mogę się przekonać. Na stacjach benzynowych czasem trafiają się kawiarnie, ale ich oferta to zawsze loteria.
To właśnie dla Al Uli zdecydowałem się na ten wyjazd. Choć zwykle podróżuję sam, tym razem wiedziałem, że dotarcie tu na własną rękę byłoby trudne. Dopiero w głębi kraju, wśród pustynnych skał i ciszy, zaczęła się prawdziwa przygoda – ta, której szukałem od samego początku.
Muszę przyznać, że ludzie w grupie – niezależnie od wieku czy kraju pochodzenia – wykazali się niesamowitą dyscypliną, jeśli chodzi o punktualność. Nikt nie marudził, mimo że dzień wcześniej spędziliśmy długie godziny w autobusie. O 6:30 wszyscy stawili się na śniadaniu, a punkt 7:00 byliśmy już w drodze na największy targ wielbłądów w Arabii!
Choć nie była to sobota, kiedy podobno bywa tu prawdziwe piekło, i tak trudno było ogarnąć oczami cały ten chaos: setki wielbłądów chrapiących, ryczących i plujących w swoich zardzewiałych zagrodach, związanymi nogami, a między nimi mężczyźni z całego kraju, którzy w upale i pyle pakowali nowo nabyte zwierzęta na ciężarówki i przyczepy. W tle – dźwięk silników, nawoływań i piasku chrupiącego pod stopami. Pachniało wszystkim naraz: brudem, kurzem, zwierzęciem i handlem.
Podobno większość tych wielbłądów i tak kończy w rzeźniach, bo ich mięso to tutaj przysmak. Inne trafiają do mleczarni, a kilka szczęśliwców do szejków i milionerów, którzy kupują je na wyścigi.
Trochę później odwiedziliśmy targ daktyli i tu z kolei zamiast ryczenia i kurzu – cisza, zapach słodyczy i kolory od głębokiego bursztynu po czekoladowy brąz. Nie miałem pojęcia, że daktyle mogą występować w tylu wersjach, od świeżych po dojrzałe, niektórych rodzajów nigdy przedtem na oczy nie widziałem. Przed południem opuściliśmy Buraidah i wyruszyliśmy w kolejną długą podróż do Hail.
Podróżując po kraju, musimy trzymać się zasad ubioru. Na szczęście dla mężczyzn to nie dramat – długie spodnie, najlepiej coś lekkiego. Kobiety mają trochę trudniej – ramiona i nogi muszą być zakryte, nic obcisłego przezroczystego a w Medynie wymagania są o wiele bardziej rygorystyczne. Odpadają krótkie spodenki, koszulki z wizerunkiem ludzi albo zwierząt, takie ciuchy lepiej zostawić je w hotelu, jeśli człowiek nie chce narazić się na ostre spojrzenia lokalnej społeczności.
Pod koniec dnia dotarliśmy do Jubbah, miejsca, które UNESCO wpisało na listę światowego dziedzictwa za prehistoryczne petroglify – wizerunki ludzi, zwierząt i scen polowań sprzed tysięcy lat. W ciszy, pośród skał, trudno nie poczuć dreszczyku – świadomość, że tysiące lat temu ktoś w tym samym miejscu rył w kamieniu swoje historie, działa lepiej niż jakakolwiek wystawa.
Wieczorem wróciliśmy do Hail. Część grupy poszła odpoczywać a inni – w tym ja – ruszyliśmy na kolację i lokalny souk.
Souk okazał się miejscem, które żyje własnym rytmem – pełnym dźwięków, zapachów i kolorów. W powietrzu unosił się aromat kardamonu i świeżo mielonej kawy, a wielu sprzedawców pomimo onieśmielenia turystami wciągało cię do swojego świata. Wystarczyło wejść w jedną z krętych uliczek, żeby przepaść dosłownie i w przenośni. Ręcznie robione noże, kadzidła, biżuteria, dywany, ubrania i daktyle – bezmiar zakupowy.
Podobało mi się, bo nie trzeba nawet nic kupować. Wystarczy stanąć czy usiąść z herbatą z miętą, czy innym sokiem, patrzeć na ludzi i pozwolić, żeby ten świat działał wokół ciebie.
W Hail czuć zupełnie inny klimat – suchy, gorący, jakby powietrze samo chciało cię przypiec. Wychodzisz z klimatyzowanego pomieszczenia i masz wrażenie, że w nozdrza wlewa się rozgrzane powietrze prosto z pieca, w ogóle nie ma tutaj nawet wiatru.
O wczesnej porze zwlekłem się z łóżka. W nocy budziłem się co chwilę – raz za zimno, raz za gorąco, ciągle walczyłem z klimatyzacją. W dodatku w pokoju mam strasznie ciemno, niby mieszkam na 3 piętrze budynku a jedyne okienko, wysoko pod sufitem, wpuszcza tyle światła, co nic. Trochę tak jakbym mieszkał w klimatyzowanym bunkrze.
Dzień w Rijadzie zaczęliśmy bardzo wcześnie, jeszcze zanim miasto na dobre się rozgrzało. Naszym pierwszym przystankiem była twierdza Al Masmak, miejsce o monumentalnym znaczeniu, bo to właśnie tutaj w 1902 roku król Abdulaziz rozpoczął swoją drogę do stworzenia współczesnej Arabii Saudyjskiej.
W środku – historia pełną gębą: miecze, mapy, broń, biżuteria i cała masa artefaktów. Wystawy audiowizualne wychwalają króla tak, że momentami czułem się jak w arabskiej wersji kroniki propagandowej: mądrość, waleczność, dobroć, geniusz, heroizm – krótko mówiąc, człowiek-ideał, pół prorok, pół superbohater.
Zaraz potem trafiliśmy na plac Chop Chop, czyli słynny Deera Square – dawną scenę publicznych egzekucji. Nazwa pochodzi od dźwięku, który, cóż… nie wymaga tłumaczenia. Dziś egzekucje odbywają się już „bardziej kameralnie”, a ostatnia na placu miała miejsce ponad dekadę temu. Turystycznie – ciekawe a symbolicznie – dość niepokojące i kojarzy mi się z egzekucjami ISIS.
Na szczęście dalej czekał nas suk Al Zal, pełen kolorów, zapachów, przypraw i tkanin. Kolega Amerykanin tak się wczuł w klimat, że kupił sobie tradycyjny saudyjski strój i od tego momentu paradował jak lokalna gwiazda – tylko bez wielbłąda czy luksusowego auta do kompletu.
Potem obowiązkowa klasyka pt. Muzeum Narodowe Arabii Saudyjskiej. Trzy wielkie wystawy: od prehistorii, przez początki islamu, aż po czasy współczesne, niby ciekawe, ale jeśli ktoś liczy na dreszczyk emocji, to raczej kawa w muzealnej kawiarni dostarcza go więcej, bo aromatyczna i mocna.
W drodze do Ushaiger zrobiliśmy postój na lunch. Trafiła mi się kuchnia libańska i od razu wiedziałem, co zamówię. Tabouleh – orzeźwiający, ziołowo-kwaskowy, pełen życia, jego smak to dla mnie zawsze smak wakacji na Bliskim Wschodzie.
Ushaiger okazało się jak podróż w czasie do imbirowego miasteczka – kamienne uliczki, niskie palmy, ruiny dawnych domów, kiedyś tętniło tu życie, teraz raczej wspomnienia. Źródła i niskie gaje oliwne i palmowe zachęciły Beduinów do osiedlenia się tutaj ponad 1500 lat temu, szybko przekształcając Ushaiger w popularny przystanek dla pielgrzymów zmierzających do Mekki. Przewodnik twierdził, że obecnie wciąż przyjeżdżają tu ludzie na weekendy, ale szczerze to nie wiem po co i gdzie się zatrzymują, bo na razie pomieszczenia w budynkach to kompletna ruina, ale może z czasem wszystko tutaj odrestaurują i zagospodarują z pomysłem.
Późnym wieczorem dotarliśmy do Burajdy. Hotel przyjemny, czysty, tylko klimatyzacja znowu działała jak lodówka. Część grupy poszła testować lokalny street food, ja natomiast zostałem w pokoju. Chciałem tylko prysznic, ciszę i łóżko.
Śniadanie zjadłem nienaturalnie wcześnie, mimo że wiedziałem, że przed 9:30 i tak nie wyruszymy z hotelu. Okazało się, że trzy osoby z naszej grupy nie doleciały do Rijadu o czasie, więc musieliśmy chwilę poczekać, aż się zorganizują i do nas dołączą.
Jako grupa dostaliśmy dwóch lokalnych przewodników – obaj nazywają się Abdulaziz albo Abdullah, co wprowadziło lekkie zamieszanie, bo odnoszę wrażenie, że w Arabii co drugi mężczyzna ma właśnie któreś z tych imion. Wsłuchiwałam się w obu panów, próbując zapamiętać, który to który, ale przypominało to trochę jak gra w zapamiętywanie na poziomie eksperta.
Jeden z nich, przedstawiając się, powiedział z dumą, że ma dwoje dzieci, a po chwili namysłu poprawił się, że właściwie to czworo… „ale te dwie ostatnie to dziewczynki” – dodał z uśmiechem, czym rozbroił całą grupę.
Naszą wizytę tego dnia rozpoczęliśmy od Kingdom Centre Tower jednego z najbardziej charakterystycznych budynków Rijadu: smukły, elegancki, z ogromnym otworem w kształcie elipsy na szczycie, wygląda jak brama do innego świata. Podjechaliśmy pod wejście do hotelu Four Seasons, gdzie część grupy postanowiła wymienić walutę, a my w tym czasie przyglądaliśmy się ruchowi ulicznemu, który przypominał zorganizowany chaos obarczony wysokim ryzykiem wypadku bądź stłuczki. Na sam most widokowy na szczycie wieżowca mieliśmy wrócić dopiero po zmroku.
Pierwszym głównym punktem dnia była jednak Al-Dirijja – dawna stolica dynastii Saudów, kolebka obecnej rodziny królewskiej. Miejsce poniekąd niezwykłe: zrekonstruowane budynki z błota, trawy i innych naturalnych składników w ciepłych odcieniach brązu, starannie odrestaurowane, niemal zbyt idealne, żeby wyglądały autentycznie. Zwiedziliśmy muzeum koni, ekspozycję broni, dawny meczet i mały teatr. Mówią, że można tu poczuć ducha starego Rijadu i rzeczywiście, między palmami i fontannami czuć próbę odtworzenia przeszłości w nowoczesnym estetycznym opakowaniu.
Mimo otaczającej pustyni, wszystko tętni tu zielenią, równo przystrzyżone trawniki, podlewane o każdej porze dnia, niełatwo w to uwierzyć, gdy wie się, że latem temperatura przekracza 45 stopni i życie toczy się wyłącznie między klimatyzowanymi budynkami a samochodami.
Na lunch zatrzymaliśmy się w jednej z tradycyjnych rijadzkich restauracji. Z moim nowym greckim znajomym postanowiliśmy zamówić kabsę – aromatyczny ryż z mięsem kurczaka, jagnięciny lub wielbłąda, przyprawiony kardamonem i goździkami. Po zeszłorocznej wyprawie do Iraku wiedziałem już, że porcje w tej części świata mają rozmiar jak dla pułku i nie pomyliłem się ani trochę.
Po obiedzie przesiedliśmy się do samochodów terenowych i ruszyliśmy na północny zachód gdzie czekał na nas słynny Kraniec Świata (Edge of the World). Po drodze zrobiliśmy kilka postojów, żeby obejrzeć wielbłądy i gazele, które w tym surowym krajobrazie wyglądały jak żywe cienie otaczającej nas pustyni.
Klify Jabal Fihrayn rzeczywiście zasługują na swoją nazwę, 300-metrowe ściany spadają tu pionowo w bezkresną równinę, a stojąc na ich krawędzi, człowiek naprawdę ma wrażenie, że świat się kończy tutaj, dokładnie pod jego stopami.
W milczeniu oglądaliśmy zachód słońca, spektakl barw nad piaskową otchłanią. Potem znowu jedzenie pt. kolacja pod gwiazdami, rozmowy, cisza przerywana tylko lekkimi podmuchem wiatru. Magia pustyni udziela mi się zawsze tak samo: nagle wszystko wydaje się prostsze, spokojniejsze, prawdziwsze.
Po kolacji część grupy postanowiła jeszcze pojechać nocą na Sky Bridge w Kingdom Tower. Wjazd to osobne przeżycie – najpierw jedna winda do 77. piętra, potem druga już prosto na 99.
Widok? Bajka. Sam most to wąski korytarz z szybami po obu stronach bez żadnych kawiarni, udogodnień, nawet toalety, ale panorama Rijadu nocą wszystko wynagradza. Widać dokładnie, gdzie rozrasta się miasto, bo linie świateł ciągną się w każdą stronę, a błyski dźwigów przypominają, że tutaj budowa to stan permanentny.
Rano na śniadaniu obudziły mnie znajome zapachy – aromaty kawy, ciepłego pieczywa i przypraw. Przez chwilę poczułem się, jakbym znowu był w Katarze, bo od razu przypomniały mi się tamte rozrzutne bufety w hotelu Pullman – prawdziwe królestwo jedzenia, w którym człowiek mógł siedzieć godzinami, zapychając żołądek wszystkim od gofrów i owoców po sery, wędliny, omlety, tosty z awokado i ciasta, które wyglądały jak małe dzieła sztuki.
Tutaj, w hotelu Aloft było podobnie – równie bogato, równie pachnąco i równie niebezpiecznie dla rozpiętości paska od spodni.
Z grupą poznaliśmy się dopiero późnym popołudniem. Międzynarodowy miszmasz: Amerykanie, Australijczycy, Brytyjczycy, do tego Niemka, Grek i Malezyjczyk. Nasza przewodniczka zaprowadziła nas na stylowy barbecue.
Samo przejście na drugą stronę ulicy w Rijadzie jest przygodą samą w sobie, to że nikt z nas nie skończył pod maską rozpędzonego auta, graniczyło z cudem.
Nowi towarzysze podróży okazali się świetni, wszyscy z zacięciem do odkrywania najdalszych zakątków świata, które nie widziały jeszcze zbyt wielu turystów. Tematów do rozmów nam nie brakowało – o podróżach, kulturach, jedzeniu, absurdach świata i o tym, że każdy z nas trochę ucieka od codzienności. Czułem, że te kilka dni spędzonych razem zapowiada się naprawdę dobrze.
Arabia Saudyjska to dziś prawdziwy tygiel narodowości, większość ludzi pracujących to cudzoziemcy – pracownicy z całego świata. Industrializacja sprawiła, że kraj od dekad przyciąga obcokrajowców jak magnes. Władze próbują wprowadzać tzw. saudyzację rynku pracy, zachęcając rodzimych obywateli do podejmowania zawodów, które dotąd wykonywali głównie imigranci, ale idzie to, delikatnie mówiąc, opornie – nie każdy Saudyjczyk marzy o pracy w hotelu czy na budowie.
Mimo to, widać zmiany. W moim hotelu, ku mojemu zaskoczeniu, pracowali nie tylko mężczyźni, ale i kobiety. Dziś kobiety w Arabii mogą prowadzić samochody, zajmować bardziej kierownicze stanowiska, pracować w bankach, firmach i hotelach, w ramach wysiłków na rzecz zwiększenia uczestnictwa kobiet w rynku pracy. Jeszcze kilka lat temu byłoby to nie do pomyślenia.
Kiedyś, dawno temu, w drodze do Muskatu, mój samolot miał międzylądowanie w Rijadzie. Z wiadomych powodów nie mogłem wtedy nawet opuścić pokładu, ale pamiętam, jak bardzo chciałem, choć na chwilę, stanąć na tej ziemi, zobaczyć, powąchać, poczuć klimat tego bardzo niedostępnego kraju.
Arabia Saudyjska zawsze była dla mnie jak zakazany owoc – niby blisko, a jednak za szybą dla niemuzułmanina.
Cały kraj budzi sprzeczne emocje, z jednej strony rozmach, szkło, stal i futurystyczne wizje rodem z filmu science fiction, napędzane ropą i nieograniczonym budżetem. Z drugiej – kultura, religia i mentalność, które jakby zatrzymały się gdzieś w wiekach plemiennych.
Arabia Saudyjska fascynuje mnie właśnie tym kontrastem: luksusowe drapacze chmur obok ludzi w białych diszdaszach, modlitwy rozbrzmiewające w rytmie najnowszych silników sportowych i luksusowych aut, świętość i postęp idące ramię w ramię.
W każdym innym kraju taki dualizm uznałbym za niemożliwy, ale tu jakoś dziwnie, to wszystko działa.
W Warszawie miałem ośmiogodzinną przerwę między lotami, więc zamiast wegetować w lotniskowym lounge’u, pojechałem na Wolę na śniadanie z K. Chciałem ją przekonać do pewnego styczniowego planu, ale chyba tym razem moje zdolności negocjacyjne nie przeszły testu.
Wizę do Arabii załatwiłem online – zaskakująco prosto. Na lotnisku w Rijadzie tłumy podróżnych, ale kontrola paszportowa poszła błyskawicznie. Schody zaczęły się dopiero przy transporcie do hotelu, bo zamówiłem Ubera, podałem terminal, numer kolumny, a i tak czekałem dobry kwadrans. W międzyczasie zdążyło zaczepić mnie morze naganiaczy i przypadkowych kierowców, którzy gwiżdżąc i nawołując twierdzili, że oni zawiozą mnie na miejsce szybciej.
Na zewnątrz terminala przylotów było przyjemnie ciepło – może z 20 stopni, bez wilgoci, co po katarskiej saunie sprzed dwóch tygodni było jak powiew normalności. Do hotelu dotarłem około północy, gorący prysznic, szybkie zmycie z siebie resztek podróży, czyste prześcieradła, a za oknem rozświetlony Rijad – obcy, tajemniczy, intrygujący.
Z grupą, z którą miałem ruszyć w dalszą drogę po Półwyspie Arabskim, miałem poznać się dopiero następnego dnia. Leżąc w łóżku, pomyślałem tylko, że jutro zacznie się coś, na co czekałem od lat tzn., pierwszy prawdziwy kontakt z miejscem, które dotąd znałem tylko z opowieści, podcastów, filmów, reportaży, zdjęć i marzeń.
Nazajutrz plan był bardzo prosty: zjeść śniadanie, na spokojnie wypić poranną kawę, spakować się i nie robić niczego, co wymagałoby większego wysiłku. N. ogarnęła nam taksówkę do Polanicy i całe szczęście, bo choćby mi dopłacili, nie miałem zamiaru targać plecaka w tym upale. Niedziela miała być dniem totalnego luzu. Pojechaliśmy więc do Słonecznych Term Wielkiej Pieniawy, gdzie czekały na nas baseny z masażami podwodnymi, strefa saun, sauna fińska, łaźnia parowa i nawet śnieżna komnata – pełen pakiet regeneracji do wyboru po wczorajszym pieszym maratonie.
Humor nas nie opuszczał ani na chwilę. Pojechałem pierwszy z A, bo wszyscy razem nie zmieścilibyśmy się do auta. Siedząc potem na deptaku w Polanicy, otoczony plecakami i torbami, obserwowałem A., który z tą swoją ciemniejszą karnacją wyglądał jak uchodźca, który czeka na przydział miejsca w obozie.
Same baseny i sauny okazały się strzałem w dziesiątkę, po takim dniu wędrówek nie ma nic lepszego niż gorąca para, zimna woda i święty spokój. Do tego wizyta w saunie przeszła do historii korporacyjnych anegdot – nasz niegdyś pruderyjny kolega zrzucił kąpielówki szybciej niż A. klika „zaakceptuj” na randkowej aplikacji, nawet nie czytając opisu profilu.
Leżałem potem w basenie, biczowany wodą, patrzyłem w sufit i nie mogłem uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu byłem w upalnym i nudnym Katarze. A teraz? Polska, ładne widoczki, natura, znajomi, śmiech i relaks – wszystko, czego człowiek potrzebuje, żeby przypomnieć sobie, że życie to nie tylko sama praca i klimatyzowane pomieszczenia.
Wiedziałem, że po powrocie czeka mnie pranie, nazajutrz powrót do biurowej rzeczywistości, ale nawet to nie było w stanie popsuć mi nastroju. Po takim wyjeździe jednogłośnie stwierdziliśmy: trzeba to powtórzyć zimą. Tym razem koniecznie jakiś odludny, drewniany domek z sauną, jacuzzi i może jeszcze kominkiem, żeby było klimatycznie.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.