Weekend przed skokiem w nieznane

Weekend minął mi spokojnie, trochę jak złapanie oddechu przed czymś nowym. Dużo odpoczywałem, pobyłem sam ze sobą. Wieczorem wybrałem się z M. na spacer wokół toru wyścigów konnych, powietrze było ciepłe, a zachodzące słońce barwiło niebo na złoto, szkoda byłoby zmarnować taką pogodę, zwłaszcza że przez cały dzień niebo było bez jednej chmurki. W niedzielę wpadłem też do miasta, tak po prostu, żeby poczuć jego rytm i nacieszyć się światłem.

W sobotę rano zerwałem się z łóżka z myślą, że może to dobry moment, żeby sprawić sobie coś nowego na start w nowej firmie, taki drobny symbol świeżego początku. Poza tym chciałbym w poniedziałek zrobić pierwsze dobre wrażenie. Przeszedłem kilka sklepów, przymierzyłem parę rzeczy, ale ostatecznie wróciłem z pustymi rękami. Nic mnie nie zachwyciło i może to i lepiej – nowy rozdział nie zaczyna się od koszuli, tylko od nastawienia.

To dziwne uczucie, kiedy wiesz, że jutro nie pójdziesz już do swojego starego biura. Że nie zobaczysz tych samych twarzy, nie usłyszysz znajomego „cześć” przy porannej kawie. Z jednej strony jest w tym nuta nostalgii, a z drugiej też ekscytacja, ciekawość, co przyniesie zmiana, jak się odnajdę, jak sobie poradzę, kogo spotkam, jakie wyzwania na mnie czekają?

Wyobraźnia moja nie próżnuje i podsuwa mi różne scenariusze. Od takich mało optymistycznych, że już po pierwszym dniu będę żałował decyzji, że trafię do jakiegoś korporacyjnego średniowiecza, gdzie nic nie działa, systemy są tylko z nazwy, a dokumenty krążą w papierowych teczkach, że będzie cicho, szaro, bez energii i pomysłu. W najgorszej wersji pojawia się nawet wizja spotkania kogoś, z kim za żadne skarby nie chciałbym pracować, a kto – jak na złość – też postanowił zmienić firmę i trafił dokładnie tam, gdzie ja. Przyznaję, to naprawdę byłby mocno czarny scenariusz.

Ale prawda jest taka, że nie wiem nic i dopóki nie przekroczę progu nowego biura, wszystko pozostanie tylko domysłami. Praca w konsultingu nauczyła mnie jednego – elastyczności. Zmieniałem środowiska, kraje, jak kameleon, wchodziłem w różne role, uczyłem się w biegu, czasem dosłownie z minuty na minutę, bo tego wymagali klienci. Szybkie zbieranie informacji, adaptacja, działanie to był mój chleb powszedni. Dlatego nawet jeśli wszystko będzie nowe i na początku trochę obce, potraktuję to jak kolejny projekt u nowego klienta, z ciekawością, otwartą głową i gotowością do nauki a reszta napisze się sama.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Kiedy kończy się rozdział, a zostają ludzie

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem celebrowania naszych małych, biurowych rytuałów – tych wszystkich nawyków, które przez lata wypracowaliśmy z moją ulubioną ekipą „biurowych spiskowców”. W poniedziałek i wtorek niektórzy specjalnie zwlekali się z łóżek trochę wcześniej, tylko po to, żeby zdążyć na wspólną kawę w kantynie, ktoś przynosił croissanta „na pół”, ktoś inny rzucał hasło: „Idziemy do korytka?” – i już było wiadomo, że lunch spędzimy razem, jak zawsze a potem będą obowiązkowe polish lody.

Gdzieś między jednym łykiem kawy a drugim zacząłem po cichu żegnać się z tym miejscem, z ludźmi, z którymi przeżyłem naprawdę sporo, bo przez te kilka lat wydarzyło się tu więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Praca w pandemii, projekty, sukcesy, narzekania, imprezy, potknięcia, śmiech do łez i te rozmowy, które ciągnęły się długo po godzinach pracy.

W takich momentach atmosfera robi się dziwna. Nagle coraz więcej osób zaczyna rozglądać się za czymś nowym, jakby przeczuwając, że nic już nie będzie takie samo, że kończy się jakiś rozdział.

W czwartek, dzień przed moim ostatnim dniem w biurze, zaprosiłem kilka osób na pożegnalnego drinka. Myślałem, że przyjdzie garstka a przyszli prawie wszyscy. I to był dopiero początek wzruszeń, bo nagle zaczęli wręczać mi prezenty, nie jeden – kilka. Osobne od zespołu, osobne od „spiskowców”, do tego kartki z życzeniami. Wtedy pierwszy raz naprawdę zakręciła mi się łza w oku, uderzyło mnie, że stworzyliśmy zgraną ekipę, taką, której będzie mi po prostu brakować.

Kiedy cztery lata temu dołączałem do firmy, tej, która podobno „kształtuje przyszłość z pewnością”, w głowie miałem słowa koleżanki, która odchodziła przede mną. Powiedziała wtedy, że najbardziej będzie jej brakowało ludzi. Wtedy nie do końca to rozumiałem, dziś już wiem, że miała rację.

Po barze pod nasypem przenieśliśmy się jeszcze do Papa, śmiechom nie było końca, a na sam koniec kolega rozwiózł nas wszystkich po domach, żeby część z nas zdążyła się jeszcze wyspać przed piątkiem w pracy. Taki trochę symboliczny finał – wspólnie, do samego końca.

Cieszę się, że odchodzę. To dobry moment. Gdyby nie wyjazd do Kataru w zeszłym roku, pewnie dziś byłbym dużo bardziej sfrustrowany. Ostatnie dwanaście miesięcy w firmie to była równia pochyła, nie jakaś spektakularna katastrofa, raczej powolne osuwanie się w dół. Coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że możliwości rozwoju się kurczą, a poprawa sytuacji finansowej pozostaje gdzieś w sferze marzeń.

Mimo to odchodzę z wdzięcznością, bo niezależnie od tego, jak potoczyły się sprawy zawodowe, ludzie – ci wszyscy „biurowi spiskowcy” – zostaną ze mną na długo i to właśnie ich będzie mi brakowało najbardziej.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kiedy drzwi zamykają się same

I nagle okazało się, że nie tylko ja postanowiłem w styczniu zamknąć za sobą stare drzwi, oprócz mnie wypowiedzenie złożyły inne osoby. W tym momencie zaczął materializować się ten niewygodny scenariusz, o którym od miesięcy mówiło się półgłosem: że to nie może trwać wiecznie, że w końcu coś pęknie, że zaczną się odejścia.

W biurze nie było ani mojej bezpośredniej przełożonego, ani jej następczyni a ja coraz wyraźniej czułem, że wizja spędzenia tu kolejnych trzech miesięcy na „biciu piany” i pompowaniu powietrza zupełnie mi się nie uśmiecha. Delikatnie więc podpytałem, czy w ogóle wiedzą, że złożyłem wypowiedzenie, i czy mają wobec mnie jakiś plan do kwietnia.

I wtedy sprawy potoczyły się szybciej, niż się spodziewałem, nagle pojawiło się spotkanie a na nim – propozycja elastycznego rozwiązania: mogę pracować tylko do końca miesiąca, jeśli chcę zacząć w nowej firmie już od 1 marca. Nie zastanawiałem się długo, szczerze mówiąc, bardziej opłaca mi się ruszyć dalej niż tkwić tu jeszcze trzy miesiące. Tak więc zostały mi niecałe trzy tygodnie a potem – nowe miejsce, nowy rozdział.

W międzyczasie ogarniam formalności: medycyna pracy, dokumenty, podpisanie umowy, ale podchodzę do tego spokojnie, mam czas i nie czuję presji.

W pracy pierwsze reakcje są różne, niektórzy są w szoku, inni przeczuwali, że coś się święci. Formalnie wypowiedzenie w moim imieniu złożył mój kumpel, więc dla części osób to dodatkowa niespodzianka.

Przede mną jeszcze kilka miłych momentów, w sobotę śniadanie z moją bandą szalonych znajomych, w niedzielę walentynkowa kolacja. Muszę też zaplanować jakieś pożegnalne spotkanie, ale nie zamierzam zapraszać wszystkich – chcę, żeby to było kameralne i prawdziwe. A tym, których nie zaproszę, dam jasno do zrozumienia, że to nie kwestia przypadku, tylko wyboru, w końcu zamykam pewien etap i chcę zrobić to po swojemu.

Opublikowano praca | Otagowano | 4 Komentarze

Bangkok – dzień 2

Spałem dziś wyjątkowo głęboko, ani razu nie obudziłem się w nocy, ale trochę sobie w tym pomogłem.. Dopiero nad ranem wyrwały mnie ze snu pierwsze promienie słońca – zapomniałem zasunąć kotary. Przez krótką chwilę, jeszcze na granicy snu i jawy, byłem przekonany, że jestem w Katarze. Ogromne hotelowe łóżko, okno na całą ścianę z widokiem na wieżowce, błękitne niebo, sterylna czystość i idealny porządek dookoła. Ten dziwny stan zawieszenia, taka słodka nieświadomość, trwał jeszcze moment, aż w końcu dotarło do mnie, gdzie naprawdę jestem. Westchnąłem, przeciągnąłem się i leniwie zwlokłem się z łóżka.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bangkok – dzień 1

Lecąc do Bangkoku zastanawialem się jak chciałbym spędzić te kilka dni w stolicy Syjamu. Pomyślałem sobie, że tym razem chciałbym zobaczyć miejsca, których wcześniej nie widziałem. W internecie przypadkowo znalazłem aplikację do rezerwowania lokalnych wycieczek i – ku mojemu zaskoczeniu – poszło to całkiem sprawnie. Kilka kliknięć, rezerwacja na następny dzień, odbiór z hotelu, szybko, prosto i wygodnie.

Pan od wycieczki też mnie zaskoczył. Miał pojawić się o dziewiątej w hotelowym lobby, a tymczasem pół godziny wcześniej dostałem wiadomość, że już na mnie czeka. .

Jeśli chodzi o pływający targ, miałem wobec niego mieszane uczucia. Z jednej strony to coś, czego w Europie po prostu się nie zobaczy – łodzie pełne owoców, warzyw i najróżniejszych towarów, sprzedawcy nawołujący z wody, kolory i egzotyka. Z drugiej strony… dzikie tłumy turystów, nagabywanie z każdej strony i ogromna komercja. Wiem już, że raczej tam nie wrócę i pewnie nie będę nikogo specjalnie zachęcał do wizyty.

A jednak cieszę się, że tam pojechałem. W końcu wcześniej znałem to miejsce tylko z opowieści i z tych wszystkich kolorowych folderów biur podróży. Pamiętam zdjęcia: malownicze łódki uginające się od owoców, warzyw i pamiątek. Wszystko wyglądało tak bajecznie, egzotycznie. Zawsze wydawało mi się też, że taki targ jest gdzieś bardzo blisko Bangkoku – może nawet w samym centrum miasta. Rzeczywistość okazała się inna. Żeby tam dotrzeć, spędziliśmy w autobusie ponad godzinę.

Grupa była spora – wypełniliśmy cały autokar. Wśród turystów trafili się nawet jacyś Polacy, było też sporo Niemców, Hiszpanów i oczywiście wielu Azjatów.

Jednym z punktów wycieczki był Mae Klong Railway Market (Talad Rom Hup) – miejsce, które naprawdę trudno porównać z czymkolwiek innym. To jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń w Tajlandii. Wyobraźcie sobie targ rozłożony… dokładnie na torach kolejowych.

Najbardziej niesamowity moment następuje, gdy zbliża się pociąg. Wystarczy dźwięk sygnału lokomotywy i nagle wszyscy sprzedawcy zaczynają działać jak dobrze zgrany zespół. W kilka sekund składają markizy, odsuwają kosze z towarem i robią miejsce dla nadjeżdżającego składu.

Pociąg przejeżdża dosłownie centymetry od stoisk z rybami, owocami i warzywami. Cały ten spektakl trwa może minutę. Potem pociąg znika za zakrętem, a targ w mgnieniu oka wraca do życia – markizy znów się rozkładają, kosze wracają na swoje miejsce, handel toczy się dalej. Co ciekawe, przez te wszystkie lata sprzedawcy nabrali takiej wprawy, że większość produktów nawet nie spada z tac.

W ciągu dnia pociąg przejeżdża tędy osiem razy – cztery razy w jedną stronę i cztery z powrotem. My przyjechaliśmy tam po południu, w sam środek największego upału, ale udało się zobaczyć jeden z przejazdów. I choć człowiek wie, że to atrakcja dla turystów, widok pociągu sunącego tak blisko stoisk naprawdę robi wrażenie.

Wieczorem wróciliśmy do Bangkoku. Postanowiłem wrócić do hotelu pieszo, co okazało się… średnio rozsądnym pomysłem. W pewnym momencie niemal się zgubiłem w gąszczu ulic. Estakady nad drogami i wzdłuż nich kompletnie mnie zdezorientowały. Nawigacja w telefonie też zaczęła wariować – pokazywała jedną drogę, a ja trafiałem gdzieś zupełnie indziej. Chodziłem, skręcałem, zawracałem, próbując zrozumieć, gdzie właściwie jestem. Najbardziej mylące było to, że w Bangkoku często nie wiadomo, czy idzie się górą czy dołem.

Takie małe błądzenie w wielkim mieście to w sumie też część kazdej mojej podróży.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dzień 9 – Rangun na pożegnanie, Bangkok na horyzoncie

Wczoraj wróciłem do Rangunu i po popołudniowym zwiedzaniu marzyłem już tylko o jednym – usiąść i nic nie robić. Totalne nieróbstwo. Po kilku dniach nieustannego maratonu: zwiedzania, ciągłego przemieszczania się, godzin spędzonych w samochodzie, lotnisk, przelotów, odpraw i kontroli bezpieczeństwa, zniknął mój entuzjazm a organizm po prostu powiedział „dość”.

Nie chodzi nawet o zmęczenie fizyczne. Bardziej dopadło mnie znużenie powtarzalnością tych dni i presją, żeby zobaczyć jak najwięcej, zdążyć wszędzie i niczego nie przegapić. Do tego zupełnie przejadło mi się już lokalne jedzenie, na sam widok ryżu, ryżowego makaronu, oleju palmowego i piekielnie ostrych dodatków robi mi się słabo. Najchętniej wciągnąłbym teraz porządnego, polskiego schabowego albo mielonego… ale tutaj takich rarytasów próżno szukać.

Wieczór spędziłem więc w hotelu, nigdzie nie wychodziłem. Na kolację zamówiłem kraba w tempurze, do tego lampka czerwonego, cierpkiego lokalnego wina i tak minęła mi reszta wieczoru na spokojnych rozmyślaniach, co będę robił przez najbliższe dni w Bangkoku. Samolot miałem dopiero rano, bez pośpiechu mogłem więc spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i dopiero potem ruszyć na lotnisko.

Przez okna auta po raz ostatni patrzyłem na zielone ulice Rangunu, podziwiałem piękne wille, w których mieszkają emerytowani generałowie i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś tu wrócę. A chciałbym. Bo mimo przejechanych setek kilometrów Birma wciąż ma ogromnie dużo do zaoferowania, a do tego wciąż nie została zadeptana przez masową turystykę. Bardzo mi się tutaj podobało.

Przed wejściem na terminal z moim lokalnym przewodnikiem wymieniliśmy uprzejmości, numery telefonów i obiecaliśmy sobie kontakt. Kto wie, może kiedyś jeszcze skorzystam z jego usług, jeśli znów zawitam do Mjanmy.

Na lotnisku czekał dziki tłum. Dobrze, że przyjechaliśmy trzy godziny przed wylotem, bo kolejka ciągnęła się jeszcze przed samym wejściem. Sprawdzanie paszportów, biletów, skanowanie bagażu… dopiero potem odprawa, karta pokładowa, kolejne bramki bezpieczeństwa i kontrola paszportowa. Summa summarum – na lotnisku wcale nie było czasu na błogie nicnierobienie, zdążyłem tylko wypić szybką mrożoną kawę i już wsiadaliśmy do samolotu.

Do Bangkoku leciałem sam, a właściwie miałem dla siebie całe trzy miejsca. Jedyny minus – siedziałem na samym końcu samolotu, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nigdzie się nie spieszyłem, a za to nikt obok nie chrumkał, nie mlaskał, nie kaszlał, nie siorbał, nie gadał nad uchem ani nie spał mi na ramieniu. Same plusy.

Wydostanie się z lotniska w Bangkoku poszło błyskawicznie. Gorzej było później, bo wpadliśmy w potężne korki. Tym razem spałem w hotelu w samym centrum i zanim tam dotarliśmy, minęła prawie godzina. Uprzejmy, starszy kierowca próbował mi coś tłumaczyć o płatnej autostradzie, ale ledwo go rozumiałem. Na szczęście dowiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałem. Gdy tylko odebrałem klucze do pokoju, po prostu runąłem na łóżko.

Wreszcie odzyskałem normalny dostęp do internetu i połączeń telefonicznych. Przez prawie dwa tygodnie byłem praktycznie odcięty od świata, a korzystanie z VPN-u dawało mi solidnie w kość. Efekt? Zablokowana bankowość elektroniczna, karta kredytowa, skrzynka mailowa… nawet nie wiem, co jeszcze.

Późny lunch zjadłem w hotelowej restauracji, a potem przejrzałem wycieczki do miejsc w Bangkoku, których jeszcze nie widziałem. Postanowiłem, że jutro pojadę zobaczyć pływający targ i słynny targ na torach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Dzień 8 – Chinatown, zapachy bazaru i Nowy Rok pod znakiem konia

Przyleciałem tak potwornie głodny, że gdy tylko spotkałem przewodnika, który miał mnie odebrać z lotniska, od razu postawiłem sprawę jasno: zanim zaczniemy cokolwiek zwiedzać, muszę coś zjeść, bo inaczej zjem jego. Na szczęście podszedł do tego z humorem.

W hotelu zostawiłem tylko bagaż i niemal od razu ruszyliśmy do jakiejś niewielkiej jadłodajni, która okazała się całkiem przyjemna. Wrzuciłem coś na ruszt, zjadłem w tempie, które pewnie nie przystoi turyście na wakacjach, ale za to błyskawicznie postawiło mnie na nogi. Dopiero wtedy byłem gotowy ruszyć dalej – do Chinatown.

Miasto tonęło w korkach, ale pogoda nieustannie dopisała. Najpierw pojechaliśmy w stronę portu, gdzie kolorowe statki i łodzie kołysały się na wodzie, tworząc naprawdę malowniczy widok. Niestety obok tego piękna trudno było nie zauważyć biedy, która momentami aż biła po oczach.

Chińska społeczność właśnie przygotowywała się do obchodów Chińskiego Nowego Roku – tym razem pod znakiem konia. Widać to było dosłownie wszędzie, na straganach, w sklepikach, na ulicach – pełno było figurek, obrazków i wszelkich ozdób z motywem konia.

Bazar, jak to bazar, żył własnym rytmem. Pełen był egzotycznych smaków i zapachów, na stoiskach można było znaleźć rzeczy, które dla Europejczyka wyglądają jak kulinarna przygoda z pogranicza odwagi i szaleństwa – robaki, chrząszcze, koniki polne, prażone jedwabniki. Do tego nieskończona liczba dziur w chodnikach, przez które trzeba było uważnie stawiać każdy krok.

A jednak wszystko miało swój niepowtarzalny urok. Spacerowaliśmy powoli między straganami, przeciskając się przez tłum. Mój przewodnik opowiadał o tej części miasta, o jej historii i mieszkańcach. Nie było gorąco tylko raczej tłoczno. Co chwilę docierały do mnie nowe zapachy: jedne kuszące a inne zdecydowanie mniej.


Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Dzień 8 – Tam gdzie czas płynie wolniej

Do Birmy chciałem przyjechać od dziecka. Odkąd przypadkiem trafiłem na program podróżniczy: Azjatycka Magistrala. Jeden odcinek poświęcony był właśnie Birmie i pamiętam obejrzałem go jak zahipnotyzowany.

Niegdyś zapomniane i omijane szerokim łukiem, dziś Mjanma – dawniej Birma – powoli, lecz z niezwykłą siłą wraca na mapę marzeń podróżników. To kraj, który potrafi oczarować od pierwszego spojrzenia: złote stupy sięgające nieba niczym drapacze chmur, pradawne ruiny skąpane w porannym świetle, tajemnicze plemiona górskie, dzikie dżungle wciąż kryjące swoje sekrety, spokojne nadmorskie kurorty, sznury mnichów w bordowych szatach i miasta o hipnotyzującej atmosferze – te same, które rozpalały wyobraźnię Kiplinga i Orwella.

Przez długie dekady Birma była krajem zamkniętym, rządzonym przez wojskową juntę i odciętym od świata. Gdy wreszcie uchyliła swoje drzwi, podróżnicy mogli zajrzeć jedynie do kilku wybranych miejsc: zachwycających świątyń Baganu, pływających wiosek na jeziorze Inle, klasztorów Mandalaj oraz Rangunu – dawnej stolicy, pełnej kolonialnych śladów i strzelistych, złotych pagód.

Ale to już przeszłość. Po zniesieniu bojkotu turystycznego ogłoszonego przez Aung San Suu Kyi, Mjanma znów zaczęła przyciągać ciekawskich z całego świata. Przyjeżdżają tu w poszukiwaniu Azji, jakiej już prawie nie ma – autentycznej, niespiesznej, wciąż zanurzonej w rytmie tradycji. Jednocześnie kraj pozostaje pełen sprzeczności: władze nadal kontrolują ruch turystyczny, a wielu odwiedzających zadaje sobie pytanie, czy pieniądze zostawione w podróży nie trafiają do armii oskarżanej o liczne nadużycia.

Ci jednak, którzy zdecydują się tu przyjechać, odkrywają miejsce niezwykle poruszające – kulturę słynącą z życzliwości, zawieszoną pomiędzy dawnym światem a nieuchronną nowoczesnością. Klasztory są sercem birmańskiego życia, a buddyjskie rytuały wyznaczają codzienny rytm nawet w tętniącym zmianami Rangunie. To kraj, który nie krzyczy – on szepcze. I właśnie dlatego zostaje w pamięci na długo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 7 – między mnichami, klasztorami pałacami i hałasem ulic

Dziś rano, zaraz po śniadaniu, zabrano mnie w miejsce, gdzie wciąż żyją dawne rzemiosła. Odwiedziliśmy lokalne warsztaty – takie, w których złoci się ornamenty, tka gobeliny, rzeźbi w drewnie i marmurze. Patrząc na pracę rzemieślników miałem wrażenie, jakby czas trochę się tu zatrzymał. Wiele z tych technik niemal się nie zmieniło od czasów, gdy przed wiekami powstawały przedmioty dla Dworu Królewskiego. Pogoda była przyjemna – ani za gorąco, ani zbyt wilgotno, jedynie smog i spaliny unoszące się w powietrzu czasem dawały się we znaki.

W Mjanmie mówi się, że zanim chłopak stanie się mężczyzną, musi najpierw zostać mnichem. To krótkie birmańskie przysłowie bardzo wiele wyjaśnia – choćby to, dlaczego w Myanmarze spotyka się tak ogromną liczbę mneichów. Buddyzm zajmuje tu w kulturze miejsce absolutnie wyjątkowe. Pojechaliśmy zobaczyć codzienne życie mnichów podczas porannej procesji po datki w Mahagandayon – największym klasztorze w Birmie, gdzie jednocześnie może mieszkać i uczyć się nawet około tysiąca mnichów. Ubrani w charakterystyczne bordowe szaty przechodzą przez teren klasztoru i okoliczne ulice, zbierając ofiarowane przez wiernych jedzenie. To stara, głęboko zakorzeniona buddyjska tradycja. Szczególnie często można ją zobaczyć w okolicach Mandalaj – grupy mnichów zmierzające po żywność są tam codziennym widokiem. Cała procesja odbywa się w ciszy, z ogromnym spokojem i godnością. To jednocześnie gest wsparcia ze strony lokalnej społeczności. Większość chłopców w Mjanmie spędza przynajmniej część życia w klasztorze, ucząc się zasad buddyzmu.

Mnichów widać tu dosłownie wszędzie. Małych chłopców, młodzieńców, starszych mężczyzn, a także mniszki. W czerwonych, pomarańczowych i bordowych szatach spacerują ulicami, modlą się w świątyniach, czasem krążą między stoiskami na targach.

Do kompleksu świątynnego dotarliśmy przed 10:00 rano, żeby zobaczyć jeden z najważniejszych momentów dnia – ceremonię śniadania. Gdy weszliśmy na dziedziniec klasztoru, naszym oczom ukazały się dwie długie kolumny mnichów ustawionych od najstarszego do najmłodszego. W pełnym skupieniu czekali na dźwięk dzwonu, który miał dać znak rozpoczęcia posiłku. Widok był naprawdę niezwykły. Z wielkich garów rozdawano jedzenie – ryż, owoce, warzywa i drobne słodycze. Jedna po drugiej bordowe sylwetki kierowały się do ogromnej jadalni. Najpierw modlitwa, potem posiłek. Wszystko obserwowałem przez szeroko otwarte drzwi i okna. Klasztor jest otwarty dla każdego – dzięki temu może nie tylko dzielić się swoją wiarą, ale też liczyć na wsparcie ludzi. Nazwiska tych, którzy szczególnie pomogli finansowo, zapisano na płytach ustawionych wzdłuż drogi prowadzącej do jadalni. Dowiedziałem się też, że każdy młody Birmańczyk powinien choć raz w życiu wstąpić do klasztoru i przejść ceremonię wprowadzenia w świat buddyzmu. Tak nakazuje tradycja wywodząca się z życia samego Buddy. Nauka powinna rozpocząć się przed dwudziestym rokiem życia i trwać przynajmniej tydzień. Dla rodziny młodego ucznia to ogromny zaszczyt. Pobyt w klasztorze ma też bardzo praktyczny wymiar – młody Birmańczyk poznaje najważniejsze teksty buddyjskie i wielowiekowe sutry. Uczy się czytać, pisać i liczyć, a w bardziej turystycznych miejscach, takich jak to, może także nauczyć się języka angielskiego. Czas spędzony w klasztorze bywa dla wielu z nich prawdziwą szansą – czasem nawet furtką do lepszej przyszłości.

Po lunchu odwiedziliśmy tekową świątynię – monastyr Shwenandaw. Ma ponad 120 lat i już od pierwszego spojrzenia zachwycał niezwykłą ilością misternych rzeźbień, które pokrywają niemal każdy fragment budowli – zarówno na zewnątrz, jak i wokół ołtarza. A jednak sama świątynia wydaje się zaskakująco skromna. W środku panuje półmrok, a drewniana podłoga skrzypi przy każdym kroku. Byłem tam jedynym zagranicznym turystą. Ludzie przyglądali mi się z ciekawością, ale zaraz potem pojawiały się uśmiechy.

Na koniec odwiedziliśmy Pagodę Kuthodaw, nazywaną „największą księgą świata”. Nazwa nie jest przypadkowa – buddyjskie pisma wyryto tam na 729 marmurowych płytach. Dzień zakończył się pięknym widokiem zachodzącego słońca ze Wzgórza Mandalaj i trudno było o lepsze zwieńczenie tego dnia. Chociaż nie, wpadłem jeszcze na kolacje w hotelowej restauracji gdzie od 2 dni byłem jedynym gościem. Osobliwe to było uczucie siedzieć w pojedynkę jakby na olbrzymiej sali balowej gdzie kelnerzy tylko czekali na jedno moje spojrzenie i zaraz przybiegali pytać czy czegoś mi nie brakuje.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień 6 – w drodze do Mandalay – uśmiechy, chaos i most bez barierek

W drodze do Mandalay zatrzymaliśmy się na wczesny lunch w Myingyan. Już po chwili podeszła do mnie bardzo miła kobieta, która z ogromnym zaangażowaniem próbowała namówić mnie, żebym wpadł na wesele jej dziecka. Po ich strojach widać było, że nie należą do biednych, a ja – w porównaniu z nimi – wyglądałem jak typowy, trochę zagubiony turysta z plecakiem. I właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, czym jest birmańska życzliwość. Taka zupełnie szczera: otwartość, dobroć i radość z życia, która nie potrzebuje wielkich słów.

W Birmie przede wszystkim widać uśmiechy. Najczęściej nieśmiałe. Czasem zapraszające do rozmowy, ale zazwyczaj – z powodu bariery językowej – po prostu witające mnie w ich kraju. Najbardziej w tej sztuce przodują dzieci. Te, które pomagają rodzicom przy ulicznych straganach i małych garkuchniach, i te, które całe dnie spędzają na ulicy. Wszystkie się uśmiechają. A ja odruchowo odwzajemniam ten uśmiech i nagle czuję, jak dzień staje się lżejszy.

Jedna rzecz szczególnie zwróciła moją uwagę wśród obnośnych sprzedawców. Prawie nikt nie próbował mnie nachalnie namawiać do zakupów i nikt nie proponował „spotkania później”, jak to bywa w wielu turystycznych miejscach świata. Wielu Birmańczykom, których spotykałem, wystarczała po prostu chwila rozmowy. Krótkie towarzystwo i czasem zdjęcie, które zostanie na pamiątkę naszego przypadkowego spotkania.

Sam wjazd do Mandalay potrafi trochę zdezorientować. Nagle piaszczysta, wyboista droga zmienia się w asfalt, ruch gęstnieje, a przy drodze pojawia się coraz więcej zabudowań. Miasto powoli zaczyna pulsować własnym rytmem. Mandalay to drugie co do wielkości miasto Birmy, ale wciąż ma w sobie coś z prowincji. Po ulicach spaceruje bydło, a przy wielu głównych drogach próżno szukać chodników. Po zmroku lepiej zresztą nie chodzić poboczem – brak oświetlenia sprawia, że łatwo skręcić nogę w jednej z licznych dziur przy drodze. Na mapie miasto wygląda zachęcająco, ulice biegną równolegle i prostopadle do siebie, jakby zapraszały do długich spacerów, w praktyce jednak chaotyczny i intensywny ruch uliczny szybko weryfikuje te plany.

Atrakcji w Mandalay nie brakuje, ale jedną z rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć, było coś bardzo prostego – zniknięcie w tłumie ludzi na słynnym moście U-Bein i obserwowanie zachodu słońca nad wodą. U-Bein to jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków Birmy. Drewniany most z drewna tekowego ciągnie się przez blisko 1200 metrów nad jeziorem Taungthaman. Przez cały dzień jest tu sporo ludzi, ale dopiero o zmierzchu most naprawdę ożywa. Na spokojnej tafli wody krążą rybacy. Mnisi w bordowych szatach przechodzą z jednego końca na drugi. Mieszkańcy wracają z pracy, przejeżdżając most rowerami z brzegu na brzeg. Polubiłem stać trochę z boku i po prostu patrzeć. Obserwować świat, którego nigdy nie będę częścią, a który potrafił wywołać u mnie jednocześnie szeroki uśmiech i dziecięce zdumienie. Co ciekawe, most nie ma żadnych barierek. Spacerując po nim, trzeba uważać – jeden nieostrożny krok i można spaść z wysokości prosto do wody.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze