Ochryda

Przed 9.00 zdążyłem zjeść całkiem dobre śniadania, po którym zaraz pojawił się mój lokalny kierowca – przewodnik. Sympatyczny, wysokiej klasy, kompetentny, wyluzowany i dobrze wyglądający. Pojechaliśmy dwie godziny za miasto, pod granicę z Albanią, zobaczyć Jezioro Ochrydzkie, najstarsze jezioro w Europie. Wspólna dwugodzinna podróż minęła nam nie wiem kiedy, byłem zaskoczony że w Macedonii jest tyle gór i że na szczytach wciąż widać tam śnieg. Ochryd ma bardzo dobre warunki do plażowania i zwiedzania. Na dodatek miejsce wydaje się zaklęte w galeriach i warsztatach lokalnych rzemieślników. Spacer po mieście nie jest dla tych, którzy się spieszą. Nie dla amerykańskich turystów, którzy nie znoszą gdzieś wchodzić, wspinać się kulić albo schylać bo to im uwłacza albo urasta to rangi problemu nie do pokonania, bo ważą 150 kilo i są mocno ograniczeni ruchowo. Było ciepło, przyjemnie, nie za gorąco, tak jak lubię. Wszedłem do jednej z licznych knajp w porze lunchu i … wpadłem na znajomą twarz z biura. Przywitaliśmy się tylko, pomachaliśmy w swoją stronę po czym każdy wrócił do swoich planów. Człowiek leci ponad tysiąc kilometrów, żeby w pierwszej knajpie spotkać gębę znaną tylko z biurowych korytarzy.

W Ochrydzie jest coś specjalnego, trudnego do opisania. Widoki, historia, atmosfera. Wiele osób wpada tu na jeden dzień, jadąc gdzieś po drodze, lub na jednodniową wycieczkę z Albanii. Polecam jednak poświęcić na to miejsce więcej czasu. Tak, aby mieć czas na spacer po uliczkach i promenadzie przy kościele podczas zachodu słońca. Dopiero wtedy w pełni poczujecie ten klimat. Życie turystyczne skupia się na plażach i w Starym Mieście. Warto po prostu pochodzić sobie na spokojnie, aby chłonąć atmosferę i mieć czas nawet żeby porobić zdjęcia. Zadbane, czyste, domy zbudowane w bardzo podobnym stylu. Ogrom zieleni i kolorowych kwiatów. Cudowny spacer, najpierw długim drewnianym pomostem, potem już plażą. Potem dzielnica rybacka, mija się łódki, małe pomosty, w kółko piękne niesamowite widoki. Charakterystyczna architektura domów, w tureckim stylu, z wysuniętym pierwszym piętrem. Aby wykorzystać miejsce, część domów budowana była nad wąskimi uliczkami, i w niektórych miejscach stworzyło to wręcz tunele. Bazar zakończony jest targiem. Głównie to stoiska owocowo-warzywne, punkty z miodem, serem czy domowymi wypiekami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Skopje w maju

Postanowiłem skorzystać w tym roku z majówki i wypadającego przedłużonego weekendu. Od kilku tygodniu jestem na nowym projekcie, jest intensywnie, Brytole pracują normalnie, więc to my musimy się do nich dostosowywać. Szefowa zespołu pokręciła trochę nosem, gdy postawiłem ją przed faktem, że znikam, ale nie dałem jej wyboru. Bilet na samolot kupiłem już dawno, urlop na czwartek mialem zaklepany w styczniu, wszyscy święci go klepnęli a że nastała nowa rzeczywistość – trudno, nie było opcji, musiała mnie puścić. Trochę plułem sobie w brodę, bo lot do Skopje miałem wcześnie rano, i zamiast się wyspać drałowałem na lotnisko łapać samolot. Choć w pakowaniu jestem mocno wprawiony, tym razem szło mi to opornie, walizkę szykowałem dopiero rano, bo wcześniej wszystko inne wydawało się najważniejsze. Udało kupić mi się bilety na koncert M. Damięckiej na dodatek w pierwszym rzędzie więc temu wydarzeniu podporządkowałem cały swój piątkowy grafik. Doleciałem bez trudu, dojechałem do hotelu, taksówka wzięta spod lotniska nie okazała się przejazdem za bajońską sumę, nie czułem się oszukany ani zrobiony w trąbę. Dostałem bardzo ładny przestronny pokój, hotel okazał się czysty i wygodny, położony prawdziwie w centrum, blisko głównego placu miasta i turystycznych atrakcji. Chciałbym napisać, że pierwszego dnia po przyjeździe rzuciłem się w wir zwiedzania, że obudził się we mnie zmysł podróżnika, rzuciłem tylko walizkę i natychmiast pobiegłem do centrum napawać się atmosferą miasta. Nic z tych rzeczy, wziąłem prysznic, otworzyłem butelkę wina, wyciągnąłem książkę, usiadłem w oknie przez, które przebijały się promienie wiosennego słońca, potem leżałem leniwie na łóżku niczym leniwiec, obejrzałem film sącząc wino i … poszedłem wcześniej spać rekompensując sobie nieprzespanych kilka nocy, zupełnie bez wyrzutu, po prostu, taką miałem akurat ochotę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Co mnie nie zabija, wcale mnie nie wzmacnia, ale zostawia we mnie trwały ślad – pisane do samego siebie

Zobaczenie oczami dorosłego doświadczeń dzieciństwa i przeanalizowane tego, co wydawało się niewinne a nawet zasadne, przez pryzmat nadużyć czy naruszeń nie jest proste i wymaga sporego wysiłku… Podczas dzieciństwa przypadającego na okres komuny i transformacji ustrojowej doświadczamy różnych dysfunkcji, które objęły swoim zasięgiem nie tylko domy ale i szkoły, Kościół, sąsiedzkie relacje.

Jestem chyba dzieckiem toksycznych rodziców, którzy latami wikłali mnie w swoje emocje i problemy, próbując wpłynąć na mnie bym poczuł się odpowiedzialny za poprawianie im nastroju i opiekę nad nimi.

Każde spotkanie z nimi skutecznie podnosi mi ciśnienie. Unikam tych spotkań jak ognia, odwiedzam ich nie więcej niż trzy razy w tygodniu i staram się żebyśmy nie byli wtedy sami, bo w ich towarzystwie zawsze mocno muszę się kontrolować, żeby nie eksplodować choć mikroudary dzięki nim przechodzę zapewne regularnie.

Z perspektywy ostatnich tygodni widać poprawę, próbują się dogadać, mój ojciec skapitulował, schował męską dumę do kieszeni i przyjął strategie robienia wszystkiego na jedno tylko kiwnięcie palcem mojej matki.

Moje rozmowy z nią ograniczają się tylko do potakiwania głową, ale kiedy temat schodzi w niebezpieczne rewiry i oczekuje ode mnie przyznania jej racji – milczę.

Mam toksyczną matkę z syndromem nauczycielki, która wszystko musi wiedzieć i na wszystkim zna się najlepiej, używa jednego argumentu – masz robić co ci każę, a nie myśleć.

Na stare lata zamkniemy ją z bratem w zakładzie, niech terroryzuje personel.

Rodzice na stare lata stają dziećmi. Ojciec ciągle pożycza ode mnie pieniądze, nie wiem na co, bo nie pytam, a potem oddaje mi w ratach, żeby na koniec znowu pożyczyć. Wkurzam się, bo mają swoje oszczędności, ale nie lubią z nich korzystać, wolą pożyczyć.

Za tydzień wyjeżdżają do naszego domu nad jeziorem, nie będzie ich przez cale lato, nie przeszkodziło to jednak matce ukwiecić cały balkon pelargoniami, co wiąże się z regularnym podlewaniem.

Wczoraj usłyszeliśmy z bratem, ze cotygodniowe podlewanie zostawia nam, wiec przez następne kilka miesięcy będę co tydzień jeździł na drugi koniec miasta podlewać jej habazie. Na nic tłumaczenia, że ogródek ma tam, po co angażuje nas w rzeczy, na które nikt nie ma czasu a kwiatki na balkonie i tak zdechną. Wszystkie sąsiadki i koleżanki  się na nią wypięły, to nie te czasy żeby angażować ludzi w swoje sprawy. Oczami wyobraźni widzę już jak naście razy dziennie dzwoni i pisze do mnie smsy czy podlałem jej już te kwiatki, których nawet nikt nie ogląda, kiedy ona jest 400km od Wrocławia. Jak przypomnę sobie ostatnie lata, afrykańskie upały, zmęczenie po całym dniu pracy i jej upierdliwe telefony mam ochotę w tym roku zmienić numer telefonu, żeby dala mi wreszcie spokój.

Matka kupiła 50 kilo kartofli, według niej w bardzo korzystanej cenie, trzyma jej w piwnicy, lada dzień zalegną się tam gryzonie, więc wydzwania teraz po dzieciach i każe nam je sobie odebrać. Ja ziemniaki jadam raz na kwartał, nie mam nawet gdzie ich trzymać, no chyba że przesypałbym je sobie do wanny. Chyba kupię sobie psa i „ożenię” ją z jego wyprowadzaniem. Strategia wymuszania określonego zachowania, wzbudzająca wstyd, lek i poczucie winy mogłaby się sprawdzić.

Z wynajmowanego mieszkanie na dniach wyprowadzają się lokatorzy, czeka mnie remont kuchni i związane z tym wydatki. Boje się myśleć ile będzie mnie to kosztowało, ale jeśli nie zrobię remontu teraz, będę tego żałował. Patrzę w excela z wydatkami, na konto w banku i kombinuję jak za to zapłacić i wciąż mieć na wyjazdy pod koniec roku.

Możliwość komentowania Co mnie nie zabija, wcale mnie nie wzmacnia, ale zostawia we mnie trwały ślad – pisane do samego siebie została wyłączona

nadrabiam

Przez ostatnie tygodnie mało pisałem i udzielałem się na blogu. Przed pójściem spać co rusz notowałem sobie w głowie o czym chciałbym napisać, ale przegrywałem ze zmęczeniem, nie potrafiłem się zmobilizować, usiąść i przelać wszystkie myśli w postaci notki.

Ponad 4 tygodnie temu wróciłem z długiego weekendu w naszej stolicy. Bliskich znajomych staram się nie zaniedbywać, próbuję odwiedzać dwa razy w roku, ostatnio gorzej mi z tym szło więc zmobilizowałem się i postanowiłem to nadrobić. Zapalenie spojówek, choć bolesne i nieprzyjemne, bardzo pomogło mi w planowaniu wizyt i rewizyt, inaczej fizycznie nie dałbym rady spotkać się z każdym, któremu to obiecałem. Poza tym musiałbym pracować a tak dzięki elquatro dysponowałem nieograniczenie całymi kilkoma dobami od czwartku do niedzieli, bez konieczności myślenia o zawodowych obowiązkach i dopasowywaniu wolnych przerw w kalendarzu spotkań i telekonferencji, byleby spotkać się na towarzyskie śniadanie, lunch, kolacje, kawę na mieście. Nie ukrywam, w całym zamieszaniu codziennych zadań i obowiązków, było to czego bardzo potrzebowałem.

W niedzielę wróciłem do domu, z poczuciem tego niesamowitego spełnienia i satysfakcji, nazajutrz ze Szwajcarii zadzwoniła V, że razem z A będą w Warszawie… Odkąd A. został dyrektorem finansowym wydawnictwa kursuje między Genewą, Helsinkami, Amsterdamem i Warszawą. V. rzadko towarzyszy mu w tych wyjazdach, bo w domu Montreux zajmuje się trojką małych dzieci. Niestety nie było im po drodze przyjechać do Wrocławia, dlatego nie zastanawiają się długo zobowiązałem się wpaść dla nich do stolicy. Jak na złość w ten sam weekend zapowiedziała się kuzynka, której obiecałem nocleg u siebie przed czekającym ją w sobotę egzaminem. Nie miałem wyboru jak tylko poczekać aż sobie pojedzie, by na szybko na resztę weekendu wpaść do Warszawy. Zadbałem o miły wieczór z kuzynką, zaoferowałem nocleg i ugościłem w domu, zawiozłem na egzamin po czym wsiadłem w taksówkę i pojechałem wprost na lotnisko. W Warszawie pogoda zmieniła się diametralnie, deszcz ulewa, ciemno szaro buro i zimno. Znajomi zatrzymali się w hotelu w centrum, więc żeby nie tracić czasu na logistyczne przeprawy przez miasto zatrzymałem się w tym samym hotelu. Punkt 18 pojawiła się na 40 piętrze w hotelowym barze. Jej mąż znając naszą zażyłość wspaniałomyślnie pojawił się później byśmy na spokojnie mogli obgadać nasze sprawy, sekretne tematy i nacieszyli się swoim widokiem. Siedzimy sobie z V. w pięknym barze z widokiem na Warszawa, sączymy drinka, gdy zza pleców niespodziewanie usłyszałem – Pan Piotr? Początkowo nawet nie zareagowałem, po drugim razie odwróciłem się i moim oczom ukazała się znajoma twarz barmana z warszawskiego Radissona, którego poznałem za czasów moich częstszych wizyt w stolicy, serwującego mi swoje autorskie koktajle, poznałem wtedy też jego przyszłą żonę, a w ogóle byłem zaproszony na ich wesele, ale że nie mogłem się na nim pojawiać wysłałem im olbrzymi czekoladowy prezent. Okazało się że pan L. pracuje teraz tutaj, na 40 piętrze tego hotelu i nie jest już barmanem, ale szefem całego baru, co wprawiło mnie w osłupienie. Przez chwilę nie wiedziałem z kim bardziej chcę spędzić ten wieczór z V czy z L. Jego żona zadzwoniła po kwadransie, były achy i ochy oraz obietnica, że następnym razem koniecznie muszę ich odwiedzić.

V. i A. zabrali mnie na kolację do Fukiera, na bogato – dosłownie, bo zupa szczawiowa kosztowała 65zl, pierogi tyle samo, dania głównie bezcenne, wziąłem comber z jelenia, A. kaczkę a na deser zupa nic i już. Cudownie było się z nimi spotkać i wrócić do wspomnień. W dniu, w którym zaczynasz mieszkać w innym kraju, nie jesteś już turystą ani podróżnikiem, ale nie jesteś też tubylcem. Stajesz się czymś pomiędzy swoim starym życiem a nowym i nie ma znaczenia, jak długo to trwa albo czy wrócisz, bo zawsze będziesz częścią wspólnoty, który przeżył to wyjątkowe doświadczenie i dobrze zna poczucie przynależności i swoistej nieprzynależności, wynikające z życia pomiędzy, wiedząc, że oba uczucie tęsknota za domem i komfort bycia u siebie oraz to co nieznane mogą istnieć w tym samym czasie.

Otagowano , , | 1 komentarz

Stan

Jestem permanentnie zmęczony i nic tu nie zapisuję. Osiągnąłem stan zmęczenia, że myśli krążą między zobowiązaniami sprzed dwóch tygodni, łataniem dziur w kalendarzu z rzeczami do załatwienia na teraz a tym co mam zrobić za dwa tygodnie od dziś. Wstaję rano i czuję się niewyspany, zmęczony jak zombie, w pracy lepiej gdy nikt mi nie przeszkadza, bo jestem skupiony, nieobecny albo niespodziewanie warczę na innych na skutek mikrowylewów irytując się, gdy na spotkaniach zaczynam mylić fakty albo mieszać tematy. Dni mijają mi jak szalone, wczoraj był poniedziałek a ja już ogarniam piątek i cały następny tydzień. Jakby pękła mi nagle żyłka chyba bym kogoś zamordował albo śmiertelnie obraził. Brakuje mi tylko problemów rodzinnych albo zdrowotnych i mógłbym chcieć zakończyć żywot.

Pocieszam się, że nie mam najgorzej, bo inni wokół mają dom na głowie, rodzinę, kredyty, dzieci, zadania domowe, fizykę, matematykę, wywiadówki, zajęcia pozaszkolne – prawdziwe problemy. Przekonuję samego siebie, że mam sielankę i żyję w raju.

5 Komentarzy

Praca i przyjemności

Pracuję, nieustannie, raz musiałem zniknąć na elquatro, bo oko odmówiło mi posłuszeństwa. Na szczęście obyło się bez konsekwencji i nikt mnie nie wyrzucił z projektu, tylko dlatego że zaniemogłem z powodów niezależnych od siebie. Sielanka w pracy więc trwa.

Wpakowałem się niespodziewanie w sytuację z planowanym wyjazdem do Iraku. Bilet na samolot kupiłem na wrzesień, tylko że wyjazd okazał się być 18 miesięcy później. Nagimnastykowałem się, aby znaleźć przewodnika prywatnie, przeraził mnie brak odpowiedzi od lokalnych biur podróży, do których napisałem maile. W końcu odpisał mi ktoś rzeczowo, kto wydaje się rozsądny i urlop w Iraku ma szanse dojść do skutku. Plan odwiedzania Bagdadu – Babilonu – Karbali – Najaf – Nassiriya Basry – Samarry – Hatry – Mosulu- Erbilu – Sulaymaniyahyy – Halabjy – Rawunduz – Lake Dokan – Duhoku wydaje się potwierdzony i dopięty, ale na wszelki wypadek daję sobie przestrzeń na ryzyko, że doleciawszy do Bagdadu mogę zostać z niczym.

Opublikowano podróże, praca | 4 Komentarze

weekendowe myśli

Utknąłem jakby w martwym punkcie, patrzę w przyszłość i nie widzę nic, nie wiem dokąd tak naprawdę zmierzam, niczym pływak unoszę się nad powierzchnią byleby nie utonąć. W pracy burdel i stagnacja. Do listopada chciałbym zmienić pracodawcę, byleby uniknąć trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Ciekawych ofert na rynku pracy brak, teraz wszystko się zamyka i likwiduje, z ostatnich dwóch rekrutacji zostałem odrzucony, w moim mieście nic nowego się nie otwiera a to co jest, jest dla mnie mało atrakcyjne. U obecnego pracodawcy ogłosili brak awansów, podwyżek, premii, ale pracować zachęcają szybciej, lepiej, wydajniej, elastyczniej i z uśmiechem na twarzy, biorąc na siebie więcej i więcej. W obecnej firmie nie widzę dla siebie szans, poza tym najbardziej drażni mnie kolesiostwo i machloje na boku gdy władcy tego kurwidołka nawet się z tym specjalnie nie kryją. Zawsze, gdy myślę, że jest już dno, korporacyjny ład puka od spodu.

Motto ostatnich tygodni: kto sieje asap ten zbiera fuckup.

Nowy projekt to porażka, zawodowy upadek, profesjonalna czeluść absurdu, wróciłem do robienia rzeczy banalnych kiedy miałem lat 23, rozwoju dla siebie na przyszłość nie widzę żadnego, więcej uczę się nalewając sobie kawy z automatu.

Zapominanie bardzo boli. Choć im dalsza przeszłość, tym bardziej wydaje mi się piękniejsza. Katuje się ckliwymi filmami na Netflixie i popadam w coraz większą melancholię.

Sprawy rodzinne wychodzą mi bokiem. Na koniec każdego dnia dziękuję światu, że nikt do mnie nie zadzwonił ani nie napisał z nowym problem. Brakuje mi zrozumienia, cierpliwości i dobrych chęci w rozwiązywaniu rozterek moich najbliższych.

Za dwa miesiące wyprowadzają się lokatorzy z wynajmowanego mieszkania. Mam zagwozdkę czy sprzedać je od razu, czy wyremontować i wynajmować dalej. Znajomi chcą sprzedać piękne, komfortowe, dwupoziomowe mieszkanie, idealne dla singla i z miejscem na fortepian, ale rozmowy z nimi idą jak po grudzie, ile można się w końcu prosić i dopytywać.

Wszystkie wyjazdy zaplanowane mam dopiero na końcówkę roku. Jest majówka w Macedonii, ale ogólnie czeka mnie tylko orka. Nie wiem jak uda mi się pogodzić to ze zmianą pracy, który pracodawca da mi z góry tyle wolnego, a jak będę zmieniał jeszcze mieszkanie to chyba zęby w ścianę i zacznie się zaciskanie portfela.

życie osobiste? Gdy odczuwasz pustkę i nie masz celu, trafiasz w szalone miejsca, ale wciąż czujesz że błądzisz.

Opublikowano Mądrości, praca | Otagowano , , , | 4 Komentarze

nie narzekam, nie narzekam – powtarzam jak mantrę

Piszę z przerwami, bo nie potrafię się wewnętrznie zmobilizować i odpowiednio zorganizować, aby mieć chwilę przelać swoje myśli na bloga, nie zasypiając przy tym z telefonem w ręku. W pracy lepiej, bo dostałem nowy projekt, nic ambitnego, ale z potencjałem, cieszę się bo wiem że wszyscy się na jakiś czas ode mnie odczepią i będę mógł spokojnie sobie rzeźbić w moim ogródku. Tydzień mnie wdrażali, w poniedziałek następnego tygodnia przyszedłem do biura z podrażnionym okiem, które okazało się zapaleniem spojówki, w konsekwencji przez kolejne 4 dni byłem na L4. Oko miałem czerwone, łzawiłem, do końca dnia bolało mnie ucho i dostałem kataru na co pierwszy lepszy okulista z miejsca wystawił mi zwolnienie. Przez krótką chwilę było mi to nawet na rękę, ale jak okazało się, że w ciągu dnia muszę zaciągać rolety, drażni mnie światło, nie mogę oglądać filmów ani czytać, szybko przestałem cieszyć się z takiego stanu rzeczy. Oglądanie filmów jednym okiem też nie wchodziło w grę, choć w lokalnym kinie kupiłem bilety na pokaz specjalny filmu dokumentalnego „Mur” Kasi Smutniak połączonego ze spotkaniem z reżyserską. Włosi Kasię znają i uwielbiają, osobiście nie mogłem oprzeć się pokusie uczestniczenia w takim wydarzeniu, ale oglądanie filmu jednym okiem niczym cyklop, okazało się z moje strony bardzo dużym poświęceniem. Na weekend pojechałem do Warszawy, spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i pod każdym względem ten weekend był udany. Przypomniały mi się stare czasy nieplanowanych, beztroskich wypadów do polskiej stolicy, dzikie wieczory, szampan, fajerwerki, śmiech i atmosfera bardzo dobrego humoru. Powrót niestety okazał się zderzeniem z rzeczywistością, bo moja mama niefortunnie upadla, uszkodziła kolano a przez swoją chytrość przestała płacić za prywatną opiekę medyczną, stawiając mnie z bratem w sytuacji podbramkowej. SOR nie, bo tam trzeba czekać, a czekanie upokarza, płacić za konsultację lekarską i RTG nie chciała bo za drogo a przecież przez 40 lat płaciła składki na ZUS, a dostęp do darmowej służby zdrowia w jej mniemaniu po prostu jej się należał. Niestety rzeczywistość okazała się okrutna, żaden zakład opieki medycznej nie otworzył przed nią swoich podwojów i biedaczka musiała boleśnie zmierzyć się z rzeczywistością. I taką mam ogólnie obecnie sytuację…  

3 Komentarze

Praca vs życie

Wróciłem do pracy z głową pełną pomysłów na kolejne wyjazdy. Chciałbym być socjopatą, lubię pracować ale coraz częściej myślę o tym że to tylko praca, nie chcę myśleć ciągle o robocie, praca to tylko praca a przyjemności są chwilowe. Nowo poznani znajomi zasiali w mojej głowie kuszące pomysły na kolejne podróże. W biurze rzuciłem się w wir zaległych spraw do ogarnięcia, zacząłem nowy projekt, poznałem nowy zespół, zacząłem się wdrażać w nowe tematy i nie jest źle. We wtorek poszedłem na interview, ale czuję że nic z tego nie będzie. Nie zdążyłem się przygotować, byłem ledwo żywy, niby wszystko wróciło do normy, ale robienie rzeczy po łebkach nigdy nie przynosi pożądanych rezultatów. Trudno. Na razie wszystko idzie jak po maśle, ale obecna praca do inspirujących nie należy, po prostu robię głupotki, niczego się ode mnie nie wymaga i jest poniżej kwalifikacji. Za to wypłata pozostaje bez zmian. Konformizm mi się włączył.

Podczas wyjazdu do Libii poznałem dziewczynę, która pracuje w biurze podróży z którym od kilku lat planuje swoje kolejne wyjazdy. Okazało się że podobnie jak jak wybiera się w październiku do Iraku. Pomyślałem że pewnie się spotkamy, zagadałem ją o to ale okazało się że leaduje grupę z drugiej połowy miesiąca. Byłem ciekaw kto będzie moim tour leadem poprosiłem żeby sprawdziła. Okazało się że nie ma mnie ani na liście uczestników ani liście rezerwowej. Po nitce do kłębka okazało się że zapisałem się na wyjazd do Iraku w październiku ale 2025 roku. A ja już bilet na samolot kupiłem ale na ten rok! Głupolek ze mnie, biletu nie da się zmienić więc albo stracę pieniądze albo polecę do Bagdadu a dalszy wyjazd zorganizuję sobie sam. Mam już plan.

W marcu Lupine organizuję wyjazd do Mauretanii, bez atrakcji pt. podróż pociągiem pociągiem przewożącym rudy żelaza. Ta atrakcja mnie odrzuciła ale sama Mauretania czemu nie.

W marcu mógłbym wybrać się na Sri Lankę i na Malediwy. Znalazłem połączenie lotnicze, zrobiłem wstępny kosztorys i zachorowałem na ten plan.

Marzec to doskonały miesiąc na wyjazd do Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu. Zacząłem czytać, planować, stworzyłem kolejny kosztorys i znowu okazało się że magia.

Nowo poznany kolega z Kolumbii zaraził mnie Ameryką Centralną: Kolumbia, El Salvador, Gwatemala, Belize i Wielka Niebieska Dziura.

W konsekwencji siedzę, patrzę, przeliczam, kalkuję i planuję.

Opublikowano podróże, praca | 4 Komentarze

Powrót

O 4:45 rano zaplanowana była zbiórka w recepcji, skąd autobusem wszyscy mieliśmy udać się na lotnisko. Mieliśmy, bo po zapakowaniu wszystkich naszych bagaży wiekowy autobus niespodziewanie odmówił posłuszeństwa. Po kilku próbach odpalenia silnika nie było wyboru jak tylko naprędce zorganizowanie dla nas kilku taksówek. Taksówek nie było, ale wielu przypadkowych prywatnych kierowców za obietnicę banknotu z wizerunkiem Andrew Jacksona zgodziło się nas tam dowieźć. Straciliśmy dużo czasu szukając alternatywnego transportu, wszyscy byliśmy poddenerwowani, że nie zdążymy na wyznaczony lot, ale nie to okazało się najgorsze w tej historii. Nasz kierowca w aucie przez całą podróż palił papierosa za papierosem, okrutnie śmierdziało, szyby zadymione, koleżanka i ja myśleliśmy że zwymiotujemy, ale nic nie mogliśmy powiedzieć, w końcu jakby nie było pan wyświadczał nam olbrzymią przysługę. Zdążyliśmy. Na kontroli paszportowej mój paszport przeglądany był przez prawie godzinę, znowu było kserowanie wszystkich stron, skrupulatne przeglądanie pieczątek i starych wiz, mój dokument kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk, z pokoju do pokoju a urzędnicy którzy go weryfikowali wyglądali na bardzo dokładnych, surowych, poważnych i nieznoszących słowa sprzeciwu. Całość zajęła naszej grupie prawie trzy godziny.

Przed południem dotarłem do hotelu w Tunisie i pierwsze co zrobiłem to udałem się na obiad połączony z dużą ilością wina.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz