Pamiętaj żeby nigdy nie mówić nigdy

Po naszym ostatnim wyjeździe do Dubaju obiecałam sobie – nie ma mowy że polecę tam jeszcze kiedyś z dziewczynami, bo takiego rabanu jakiego narobiła nam K. nie chce przychodzić od nowa. Minęło 6 lat a ja pakuję walizkę, bo się przełamałem i jutro lecimy…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

W szwajcarskiej PUPie

Kiedy na dobre wróciłem do Szwajcarii, rozpakowałem się, wszystkie walizki i plecaki schowałem głęboko w szafie, kiedy wiedziałem, że nie czeka mnie już żadna wielka przygoda ani podróż a na spotkaniu z dawnym pracodawcą dyrektorka zakomunikowała z przykrością, że nie mogę liczyć na powrót na stare śmieci – musiałem przejść do planu awaryjnego. Przyszedł moment, by zarejestrować się w szwajcarskim pośredniaku. Nie śpieszyło mi się z tym, nasłuchałem się wcześniej od innych wielu okropnych opinii, ile zachodu i biurokracji towarzyszy załatwianiu tej sprawy więc ciągle przekładałem ten wątpliwie przyjemny obowiązek. Ale jak mówi moja rosyjska koleżanka, która sama została zwolniona w lutym, więc znała całą procedurę od podszewki, dla tych kilku tysięcy franków miesięcznie warto dać się przeczołgać i sponiewierać. Nota bene sama zagospodarowała pieniądze z ubezpieczenia i teraz prawie co miesiąc lata z dziećmi do Dubaju, bo w Szwajacarii zimno i dostaje bzika. Osobiście nie mam żadnych skrupułów, składki na ubezpieczenie płaciłem od zawsze więc teraz te pieniądze mi się po prostu należą. Znam kilka bardzo miłych sposobów zagospodarowania takich dodatkowych funduszy, chętnie wydam je razem z M.
W ostatni słoneczny dzień września, umówiłem się na lunch z dziewczynami, podczas którego K. wspaniałomyślnie zaoferowała mi, że pójdzie tam ze mną, żeby było mi raźniej no i na wszelki wypadek gdybym potrzebował tłumacza, bo naturalnie w RAVie wszystko po niemiecku, ewentulanie bełkot szwajcarski. Przedyskutowaliśmy wcześniej co i jak mam mówić a raczej nie mówić, bo zgodnie zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie jeśli będę zgrywać głupa nieznającego niemieckiego, czego unikać a co przemilczeć, tak żeby moja historyjka wyglądała na wiarygodną i spójną. Umówiliśmy się na piątek po jej powrocie z Dubaju. Jechałem do Boemplitz trochę z duszą na ramieniu, bo po mimo wcześniejszego przygotowania nie wiedziałam czego się spodziewać. Na portalach dla ekspatów i obcokrajowców znalazłem straszne historie na temat tego co dzieje się w tym miejscu, jak biurokratyczni, okropni i złośliwi potrafią być szwajcarscy urzędnicy.
Nasz fortel się udał, odegraliśmy piękne przedstawienie, K. została moim tłumaczem i pomogła wypełnić mi tony formularzy. Urzędniczka przyjęła wszystkie dokumenty i kazała oczekiwać na wyznaczenie następnego terminu spotkania. Nie musiałem długo czekać, bo zaproszenie przyszło po dwóch dniach z terminem na dzień kiedy akurat z M. planowaliśmy być w Brukseli. Z pomocą przyszła pomysłowość K., udało nam się przełożyć termin na inny dzień, ale znowu musiałem trochę wszystko podkoloryzować. Kobieta, która się mną opiekowała w RAV okazała się być całkiem znośna, K. w pewnym momencie nawet zaczęła mi zazdrościć, bo urzędniczka ze wszystkim szła mi rękę, praktycznie samemu pozwalała wybrać daty spotkań a następne spotkanie ustaliła dopiero na styczeń a to oznacza 3 miesiące świętego spokoju. Ogólnie była bardzo miła, pomocna i bardzo nie-szwajcarska a wszystkie moje wyjaśnienia przyjęła ze zrozumieniem. Na dodatek usłyszałem, że istnieje szansa że ubezpieczalnia wypłaci mi środki za zaległe miesiące jeśli ona to zaopiniuje. Byłby to już nadmiar szczęścia… bo zwróciłyby mi się wszystkie moje wyjazdy od maja… nie byłbym sobą gdybym nie szukał już biletów do Ameryki Południowej albo wysp Pacyfiku.

Opublikowano emigracja | Otagowano , | Dodaj komentarz

W domu nie mogę usiedzieć

Wróciłem do Berna i szczerze ucieszyłem się na widok uśmiechniętego i witającego mnie w progu M., zjedliśmy wspólnie przygotowaną porcję pasty z truflami, do obiadu otworzyliśmy butelkę czerwonego wina, zrobiłem nam kawy i zaczęliśmy opowiadać sobie wydarzenia ostatniego tygodnia. Obaj zdecydowaliśmy wybrać się w grudniu na kilka dni do Maroka, to zamiast Londynu i świątecznych jarmarków, bo tego w Marrakeszu człowiek chyba nie uraczymy. Gdy wspomniał niechcący, że na początku listopada ma wolną środę i czwartek, wytężyłem uwagę, poczułem jak mózg zaczyna pracować mi na większych obrotach, zamknąłem się na parę minut w łazience po czym z szelmowską miną oznajmiłem, że sorry ale lecimy do Amsterdamu. Nie musiałem go nawet pacyfikować, bo zgodził się niemal od razu. Jedyne co na mnie wymógł to pranie i zmywanie garów. Pestka.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Malezja ostatni dzień przed powrotem

Szybko zleciało nam tych kilka wspólnych dni, GH postarała się byśmy jak najciekawiej spędzili ten czas i nawet w dniu mojego powrotu zabrała mnie do Kuala Serangor zobaczyć fireflies. Pierwszy raz od przyjazdu spałem sam i do późna, w Dome zjadłem brunch, zrobiłem zakupy w KLCC. Dopiero po 15 z hotelu odebrał nas kierowca i najpierw zawiózł pokazać małpy, potem na kolacje a gdy zaszło słońce z grupą innych turystów wsiedliśmy do niewielkiej motorowej lodzi, którą popłynęliśmy wzdłuż rzeki w poszukiwaniu świetlików. Wśród turystów przeważali Arabowie i Chińczycy, ci ostatni znowu bacznie nam sie przyglądali, bo stanowiliśmy oryginalną parę. GH podobała mi się w akcji, wprost zachwycała czy raczej siała postrach, gdy wchodziła do lokalnych sklepów, przeglądała towar, potrafiła się targować a na koniec wychodziła obładowana zakupami, za które nota bene płaciłem ja, bo nie nosiła przy sobie pieniędzy. Gdy utargowała swoją cenę zwykle machała do mnie przywoławczo na znak, że mogę już płacić co zawsze wywoływało nie małą konsternację na wystraszonych twarzach sprzedawców.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Natura ludzka

Podróżując wspólnie po obcym kraju mogłem poznać GH od innej strony. W jednym z barów zamówiła dla siebie napój, sprzedwaca na znak przyjęcia zamówienia porozumiewawczo kiwnął głową i zaraz zabrał się do jego przygotowywania. Ruszał się jak mucha w smole, ale to GH była wstanie zrozumieć, ale gdy zaczął rozmawiać z innymi klientkami, które dopiero co weszły do sklepu poczuła się urażona, że musi czekać. Jej zdaniem była to oznaka braku szacunku dla niej jako klientki dlatego kiedy wreszcie prawie stawiał przed nią gorący napój machnęła ręką i odeszła od lady wprawiając pana w osłupienie. Too slow – zawołała w jego stronę…

Zrozumialem dlaczego niektórzy nazywają GH obraźliwie Singa-whore.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu kolacji

GH czuła się w swoim żywiole, przedzierała się przez tłum jak walec, nie przejmowała się nachalnymi sprzedawcami próbującymi zaprosić nas do swoich restauracji, dzielnie odpowiadała na ich zaczepki, gdy trzeba było krzyczała do nich coś niezrozumiale po chińsku, nie reagowała na niczyje krzyki, w każdym miejscu pytała o ceny ostryg dzielnie próbując coś dla nas utargować. Wybrała w końcu najlepszy jej zdaniem lokal choć z utargowanej cen nie była do końca zadowolona (13pln za sztukę). Nie próbując być nawet delikatną stwierdziła, że to wszystko przeze mnie, bo jestem „ang moh” (Biały) więc musimy płacić jak turyści.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Spacerkiem po Kuala

Wśród zwiedzajacych fabrykę cyny Royal Selangor zauważyłem liczne grupy wycieczek z Chin. Nie uszło mojej uwadze że turyści zamiast słuchać przewodnika albo podziwiać bogaty asortyment wytwarzanych tu przedmiotów bacznie przyglądali się… nam. Dopiero GH otworzyła mi oczy że to konserwatywna odmiana Chińczyków i widok Białego z Chinką to dla takich rzadkość stąd to niezdrowe zainteresowanie nami. Gdy mi to uzmysłowiła cudem powstrzymałem się żeby nie odegrać przed nimi jakiejś szopki.

Pojechaliśmy zwiedzić Meczet Narodowy Masjid Negara. Początkowo bardzo się ten pomysł GH podobał, ale zmieniła zdanie gdy okazało się, że aby zwiedzić tę pełną rozmachu nowoczesną budowlę w środku musi opatulić się kolorową szmatą i zakryć włosy chustą co przy 35 upale nie było rzeczą najprzyjemniejszą. Żeby się zupełnie w tym czymś nie ugotowała przelecieliśmy przez całe miejsce w trybie ekspresowym.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień w Cameron Highlands

W środę na cały dzień pojechaliśmy do Cameron Highlands. Nie mogłem wprost uwierzyć, że po tylu pobytach w Malezji nigdy nie słyszałem o tym miejscu. Widok bezmiaru zielonych herbacianych pól na zawsze utknął mi w pamięci, wizyta na plantacji truskawek przypomniała smaki dzieciństwa. Nasz przewodnik najpierw odebrał mnie spod Traders a potem pojechaliśmy do hotelu Ascott po GH. Od GH dowiedziałem się, że rejon ten wśród mieszkańców Singapuru jest bardzo popularnym miejscem wycieczek albo weekendowych eskapad. Najmilej wspominamy jednak wizytę w ogrodzie motyli gdzie lokalny przewodnik chwytał dla nas co bardziej kolorowe okazy i przykładał je nam do głowy i twarzy przez co mogliśmy robić niesamowite zdjęcia. Za kilka ringgitów bardzo się starał, pokazywał najbardziej ohydne robale, żuki, paskudne pająki i owady, pozowaliśmy z obślizgłymi jaszczurkami oraz wężami na głowie, szyi, brzuchu i ramieniu nie przepuściliśmy nawet żółwiowi czy skorpionom.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W stolicy Malezji

Przez kilka ostatnich dni towarzyszyło mi dziwne uniesienie, wszystko za sprawą zbliżającego wyjazdu do Kuala Lumpur, codziennie z rozmarzeniem wpatrywałem się w bilet kupiony dużo wcześniej a w myślach odliczalem dni do daty wylotu. Po raz pierwszy do stolicy Malezji lecialem Qatar Airways a po grudniowej podróży tą linią na Filipny naprawdę wiele sobe obiecywałem, bo bez dwóch zdań biznes klasę mają wyjątkową, lotnisko w Doha jest prawdziwie kosmiczne i supernowoczesne, obsługa jest zawsze arcymiła a serwis wspaniały i nienaganny, ale … dziwnym trafem dostałem miejsce w przejściu, ostatnim szóstym rzędzie i jakieś pechowe się okazało, bo jakby na uboczu – obsługa prawie w ogóle tu nie zachodziła troszcząc się głównie o pasażerów siedzących w pierwszych rzędach. Owszem dostałem jeść i pić, ale najdłużej ze wszystkich musiałem na wszystko czekać i nigdy nie dostałem dodatkowej lampki wina, bo stwewardowi ewidentnie było do mnie nie po drodze. Ile razy do mnie podchodził zaczynał od przepraszania, że musiałem czekać co w po pewnym czasie stało się irytujące. Biłem się w myślach żeby mu nie przyłożyć i nie wyrzucić, że może by tak mniej przepraszać a bardziej się starać, ale nieważne, korona mi z głowy przecież nie spadła.
W czwartek wieczorem zastanawialem się jeszcze czy powinienem dać znać GH, że za kilka dni przylatuję do Kuala, zdając sobie sprawę, że w środku tygodnia zwykle pracuje a weekend będę juz wracał do domu. Zaryzykowałem, napisałem a na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat miała wolne więc w środę przyjechała do mnie z Singapuru autobusem. Do czasu jej przyjazdu rozgrzewałem się na potęgę w hotelowym pokoju, aż szyby parowały i musiałem na max przykręcać klimatyzację, żeby nie zrobić sauny.
Kuala bezspornie stało się mocno atrakcyjne przez co zawsze chętnie tu wracam. Od lipca miasto niewiele się zmieniło choć wyrosło parę nowych hoteli: W, St Regis, Four Season, moje ulubione Dome w KLCC zmieniło lokal, ale cała reszta pozostała nietknięta.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Herbatka u królowej i pralinkowy szał

Szlag mnie trafia siedząc ciągle w domu, jajo chyba zniosę z nudów, każdy dzień wygląda podobnie: budzę się o 8, wstaję i robię nam kawę, czasem śniadanie, które serwuję M. w sypialni, wracam do łóżka i wyleguję się przez następne dwie godziny oglądając „Good Wife” nim M. nie wyjdzie do pracy. Potem kawa, sprzątanie, zakupy, pranie, film, nim po 14 wróci M. zdążę porozsyłać jeszcze kilka cv, potem obiad, kawa, M. wraca do pracy a ja zwykle oglądam coś na Netflixsie albo robię inną bezsensowną rzecz. Pogoda nie pozwala już wychodzić na rower więc czuje się jak zamknięty w jakiejś klatce. Mam teraz dużo czasu na szukanie pracy, napisanie cv i zrobienie portfolio projektów a i tak czuję jak czas ucieka mi przez palce.
Żeby zupełnie nie zwariować za każdym razem kiedy M ma więcej niż jeden dzień wolnego ewakuujemy się z domu. Byliśmy razem w Lucernie, Zurychu, poleciliśmy na kilka dni do Londynu i Brukseli.

Dla M. był ro pierwszy pobyt w stolicy Wielkiej Bretfanii i zachwytom nie było końca. Kupiłem nam bilety na grudzień, myślałem, że akurat jak co roku latamy gdzieś na świąteczne jarmarki, dlaczego by nie lecieć do Londynu? Okazja pojawiła się jednak szybciej, bo M. dostał pod dni wolnego pod rząd i przekonałem go, by lecieć już w październiku. Trochę marudził, na siłę szukał wymówki by nie ruszać się z domu, ale w końcu uległ. Przebukowałem bilety, zarezerwowałem hotel w Bloomsbury i piątek byliśmy już na miejscu. Londyn powitał nas o stokroć lepszą pogodą niż w tym czasie panowała w Bernie, na London City świeciło słońce, niebo było prawie bezchmurne, aż trudno było mi uwierzyć jak trafiliśmy z pogodą. M. ostatecznie przekonał się, że to był dobry pomysł z tym przyjazdem. Radisson sprezentował nam miłą niespodziankę, przestronny, pół okrągły pokój na ostatnim piętrze kilkupiętrowej wieży. Śmialiśmy się z M. że ktoś powinien po nas przyjść i próbować nas stamtąd uratować. Nie narzuciliśmy sobie żadnego szalonego tempa a i tak udało nam się zobaczyć najważniejsze miejsca w mieście: Tower i katedrę, Soho, National Gallery i British Museum, Pałac Buckingham, Westminster i Big Bena. Prawie wszędzie chodziliśmy pieszo co obojgu wyszło nam to tylko na dobre. M. zachwycał się architekturą i eleganckimi wystawami sklepów, najbardziej podobało mu się jednak, że w Londynie nie ma tramwajów i wiszących kabli elektrycznych. Na sobotni wieczór zaplanowałem dla nas musical, bo inaczej skończyłoby się na wielkim obżarstwie i mega wielkim rachunku, w którejś z restauracji Gordona Ramseya. Ile razy gdzieś jedziemy taka kolacja to już tradycja. Poszliśmy na kompromis i wielką ucztę zaserwowaliśmy sobie dopiero w niedzielę u Włocha.

Kilka dni po powrocie na nowo zacząłem wiercić mu dziurę w brzuchu, bo okazało się, że znowu ma 2 dni wolnego. Znalazłem tani bilet do Brukseli, zarezerwowałem wstępnie hotel i na nowo zacząłem podchody i tańce godowe. I tam razem udało mi się go urobić, w czwartek rano wsiedliśmy w pociąg do Genewy i w południe byliśmy na miejscu. Znowu strzał w dziesiątke, M. nie zdawał sobie wcześniej sprawy, że stolica Belgii jest tak elegancka i multikulturowa, i że tak mocno przypadnie mu do gustu: szczerze uśmiechnięty, pogodny chodził między uliczkami Starego Miasta, zachwycał się wystawami sklepów i zdawał się być bardzo zrelaksowany, ciągle żartował albo pękał z dumy gdy mógł ćwiczyć swój francuski. Najwięcej czasu spędziliśmy w sklepach z czekoladą, obkupiliśmy się na zapas pralinkami i przeróżnymi rodzajami czarnej czekolady a na obiad wsunęliśmy olbrzymią porcję frytek. Całe popołudnie i wieczór spacerowaliśmy bez celu i pośpiechu, obmyślając naszą przyszłość i snując kolejne wyjazdowe plany.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz