Nudy na pudy w Stuttgarcie

Luftwaffe na razie nie ogłosiło żadnych strajków, ale dmuchałem na zimno i wszędzie przemieszczam się Swissem.
Jest zimno, pada, depresyjnie.

W Stuttgarcie nie znam nikogo, z kim mógłbym spotkać się po pracy, w dodatku olbrzymi suit z dużym łóżkiem w Pullmanie sprawia, że po głowie chodzą mi zajęcia wyrównawcze i chęć przymierzenia kogoś…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 4 Komentarze

Himalaje dają poczucie przestrzeni, ciszy i mocy…

Wczesnym rankiem pojechałem do Nagarkot, 30 km autem poza granice Kathmandu, do popularnej miejscowości wypoczynkowej skąd rozciąga się najlepszy punkt widokowy na dolinę oraz na najwyższe szczyty Himalajów..
Dotarliśmy bez przeszkód, po drodze mijaliśmy pola ryżowe jak na Bali, ale przyjechać tutaj autobusem chyba bym się nie odważył. Byłoby błogo i cicho, gdyby znikąd nie pojawili się młodzi turyści z Japonii w mocno kolorowych strojach słuchający na cały regulator Craiga Davida. Miałem już im coś powiedzieć, gdy ktoś inny zwrócił im uwagę.
Przy kubku gorącej kawy udało mi się wreszcie nazwać myśli nienazwane.

Himalaje dają poczucie przestrzeni, ciszy i mocy.

W normalnym zdrowym związku ludzie albo są szczęśliwi albo nie. Jeśli jedna albo druga strona zaczyna zadawać sobie pytania „czy jestem szczęśliwy?” to już oznacza, że coś jest nie tak. Albo są szczęśliwi i zwyczajnie są, albo zaczynają mieć wątpliwości, czyli szczęśliwi już nie są.
Uciekłem naprawdę daleko, dotarłem aż tutaj, bo mam dosyć tej mizerii i degrengolady, mam dość nas. Wyjechałem sam, by sobie przemyśleć pewne rzeczy i przewartościować priorytety.
Człowiek po to się wiąże z drugim człowiekiem, by w życiu było mu lżej. By ktoś go czasem postawił na nogi, zrobił obiad, przytulił, pocieszył, popieścił. By się czuć w tym zgiełku i zamęcie życiowo-zawodowym mniej samotnym, mniej zbłąkanym, mniej przytłoczonym codziennością. Nigdy na odwrót. Związki mają taką właśnie uszczęśliwiającą moc. To jest dla mnie zasadniczy wskaźnik jakości związku – zastanowić się, czy jestem w nim zwyczajnie szczęśliwy.
Wydaje mi się, że za bardzo idealizuje mój związek, że od dawna jesteśmy ze sobą wyłącznie z przyzwyczajenia, łączy nas sytuacja, w której się znaleźliśmy i kalkulacja, że we dwoje emigracja wydaje się bardziej znośna.
Od kilku tygodni czuje jakbym głównie spiskował za jego plecami, o niczym nie opowiadam, w nic nie wtajemniczam, zamykam się w swoich myślach i czuje się z tym źle, ale z drugiej strony wiem, że nie da się zrobić tak żeby nikogo nie skrzywdzić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Mój dzień w Kathmandu: Kasthamandap – Taleju – Kumari Ghar – Kal Bhairav

Radju przyjechał odebrać mnie wraz kierowcą punktualnie o 9. Naoglądałem się wkoło samochodów, które poruszały się po ulicach Kathmandu i zdecydowałem się na nieco większy, bardziej bezpieczny i komfortowy SUV. Te, które widziałem na lotnisku były zbyt małe żeby pomieścić mnie i mój ogromny bagaż.

Było ciepło, na dworze temperatura sięgała ponad 20 kresek. Póki nie przygrzało słońce było znośnie, ale po południu musiałem nosić czapkę, bo spaliłbym sobie czaszkę.

Myślałem, że oprócz stupy i widoków na Himalaje w Kathmandu nie ma nic. Jeden, góra dwa dni żeby zobaczyć wszystkie atrakcje a tu niespodzianka. Chodziłem po uliczkach jak zaczarowany, Radju cierpliwie dzielił się ze mną swoją wiedzą na temat odwiedzanych miejsc opowiadając lokalne legendy. Trafiłem na fajnego przewodnika gdyby tylko nie pluł jak mówił, ile razy stawałem na wprost niego okulary miałem uwalone jego zbyt soczystą wymową.

Pod względem tych innych doznań Nepal zadziwił mnie swoją różnorodnością. Zmieniłem zdanie na temat Hindusów, wśród nich zdarzają się prawdziwe okazy niczym z bollywodzkich produkcji z bezmiarem talentu, uczuć i pasji, którymi dałoby się obdarzyć kilka osób.

Spacerując byłem czasami jedynym cudzoziemcem na ulicy, ale nikt się mną nie interesował – kilka ciekawych spojrzeń, kilka uśmiechów, ale absolutnie żadnego nagabywania.

Kathmandu swoich rozmachem, kontrastami, ogromem, skrajną nędzą zadziwia, a zarazem przeraża. W dzień to miasto tętni życiem jak mrowisko, pełne motorów, samochodów, rykszy, rowerów z nieustannie brzęczącymi dzwonkami. Kłąb ludzi przetacza się po szerokich alejach i po mniejszych, wąskich uliczkach, pyszne, okazałe budynki, wręcz pałace raz po raz ustępują miejsca mniejszym, coraz biedniejszym budynkom.

Nepal cierpi na deficyt prądu. Nie ma go kilka godzin dziennie. Przerwy w dostawie prądu są dwojakiego rodzaju – planowane odbywają się według grafiku. Mimo częstych przerw w hotelu prąd jest dostępny prawie non stop a to dzięki generatorom, które włączają się automatycznie i zasilają cały obiekt.

Lunch na dachu hotelu z widokiem na stupę Bodnath. Miasto ma prawie 2000 lat historii, a znaczna jego część wygląda dziś tak, jak prawdopodobnie wyglądała kilkaset lat temu. Setki wąskich uliczek, tysiące sklepików, małych restauracji, pałace, monumentalne stupy, świątynie i małe kapliczki na każdym rogu, przepiękna, egzotyczna architektura, drażniący nozdrza zapach kadzidełek, który roznosi się praktycznie wszędzie, targowiska, odbywające się codziennie religijne ceremonie, odgłosy instrumentów i dzwonki rikszarzy, te wszystkie świadectwa bogatej kultury, sztuki i tradycji Nepalu sprawiają, że po Kathmandu można spacerować godzinami, przez wiele dni i ciągle odkrywać jakieś nowe, fantastyczne miejsca.

Poza samą stolicą, znajduje się wiele innych miejsc wartych odwiedzenia, między innymi starożytne, królewskie miasta Patan i Bhaktapur, stacje górskie Nagarkot.

Ludzie w hotelu okazali się przemili, dawno nie doświadczyłem tylu uśmiechów i uprzejmości jak przez te kilka dni pobytu w Nepalu.

Wyłączyłem się od pracy i biura, internet w tej części świata działał fatalnie, co jakiś czas udawało mi się ściągnąć pocztę, ale były to incydenty, bo zazwyczaj mieliło mieliło by potem wyrzucić mi komunikat o błędzie.

Gdzie na drugim krańcu globu do Berna przyleciał nasz VP uspokoić trochę ludzi i kurtuazyjnie zapewnić każdego członka zespołu, że nie ma się, o co martwić. Z ulgą przyjąłem wiadomość, że ominie mnie ta wątpliwa przyjemność słuchania korpo papki. Bylem tak daleko i w tak egzotycznym miejscu, że tak niedawna rzeczywistość i problemy wydawały się być bardzo daleko, że aż nierealne.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

lajcik w Nepalu

Jako dziecko kilkakrotnie oglądałem głupkowatą komedie z Eddie’m Murphy’m, w którym główny bohater podróżuje do Kathmandu w poszukiwaniu tytułowego Złotego Dziecka. Moje wyobrażenie tego miejsca ograniczały się do wizji dalekiego, niedostępnego miasta, położonego wysoko w Himalajach gdzie jest zimno, ciemno, pełno śniegu i można spotkać kolorowo ubranych mnichów oraz latające smoki.

Czułem wtedy, że Himalaje to kolejne miejsce, które chciałbym zobaczyć, dotknąć, poczuć. Minęły lata i marzenie małego chłopca zaczęło się krystalizować. Samolot obniżał się do lądowania, najpierw widziałem błękitne niebo, ciemnozielone szczyty gór otaczające miasto a poniżej piękną, zieloną dolinę pełną kolorowych, małych domków nieregularnie rozsianych na ogromnej przestrzeni.

Lotnisko Nepalu nie przypomina w niczym wielkich międzynarodowych portów lotniczych z niezliczoną ilością świateł, pasów startowych i tłumem śpieszących się podróżnych. Nie ma tu wielkich sklepów, fast tracków, rozświetlonych restauracji – jest za to…luz.

Zanim odebrałem bagaż musiałem odstać swoje w kolejce po wizę. Jednemu pan dałem zdjęcie, drugiemu – wniosek wizowy, potem przeszedłem do trzeciego pana, który połączy wniosek ze zdjęciem – żeby otrzymać wizę musiałem przejść przez kilka stanowisk, co zajęło ponad godzinę.

Moja koleżanka z mediolańskiego biura była tutaj 2 tygodnie przede mną, opowiadała mi straszne rzeczy, ale wiem że nigdy wcześniej nie była w Indiach. W porównaniu z nimi Kathmandu należy do najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych miast Azji. Panujący chaos komunikacyjny, hałas, tłok, intensywne zapachy, wszechobecny bród oraz widoczna bieda mogą być dla niektórych trudne do wytrzymania, zwłaszcza w pierwszych dniach pobytu.

Tych tłumów nieco się obawiałem – czytałem o szarpaninach, agresywnych taksówkarzach i naganiaczach, generalnie atmosferze wymuszenia i stresu… Rzeczywistość okazała się łagodniejsza, przed wejściem zaczepiło mnie kilku taksówkarzy, którzy pytali, dokąd jadę, ale na szczęście czekał na mnie już hotelowy shuttle.

Pierwsze wrażenie z okien taksówki: uderzająca bieda i wszędobylski smog, mnóstwo ludzi chodzących w maseczkach na twarzy.

Chaos. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Bardzo ciasne uliczki w centrum zalane tłumem ludzi, a do tego samochody, motory, rowery, riksze. Kierowcy jadą jakby na oślep, maniacko naciskając klakson prawie bez przerwy, mijają pieszych i inne pojazdy na swojej drodze w ostatniej chwili. A mimo to nikt na siebie nie wpada, żadnych stłuczek, żadnych potrąconych ludzi.

Uśmiech Nepalczyków, uprzejmość i bijąca od nich radość neutralizuje pierwszy szok.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

uciekam, bo dymają mnie równo

No i wcale tak bardzo się nie pomyliłem. Mieliśmy mieć 9-12 miesięcy teraz mówi się raptem o 6. Pracuję tutaj już tyle lat i wcale mnie to nie dziwi. Ma być quick & dirty zamiast quick & efficient byleby tylko szybko się rozdzielić. I tak po kątach mówi się, że wkrótce wykupią nas albo Amerykanie z Mountain View albo inny Chińczyk z Hangzhou i że może najwyższy czas rozważyć przyspieszony kurs chińskiego.

Mój upór trochę zelżał, ale wciąż uważam za dobry pomysł do czego się przymierzam. To, co dzieje się w ESS traktuję, jako znak i zachętę żeby wykonać krok naprzód. W końcu zawsze tego pragnąłem a teraz nadszedł odpowiedni moment, stać mnie, jestem młody, zdrowy, rodzice nie potrzebują jeszcze mojej pomocy, jak wrócę wciąż mam perspektywy, jeśli nie teraz, to kiedy?

Poszedłem sobie do biura tylko na parę godzin, chciałem tego dnia wcześniej wrócić do domu, dokończyć pakowanie się i zdążać na samolot. W Szwajcarii trwają jeszcze ostatnie podrygi słonecznej jesieni, za chwilę zrobi się zimno, deszczowo i szaro buro. Po raz ostatni w tym roku wybieram się do Azji, roztropnie pakuję swój bagaż, by zabrać ze sobą wszystko, co potrzebne do przetrwania najpierw w tropikach Malezji, a potem w górzystym Nepalu a na koniec na upalnym Tajwanie. Ogarnia mnie dziwne przygnębienie, że pewnie to już końcówka takich wyskoków, dlatego mocno spiąłem się żeby zrealizować cały swój plan w ciągu niecałych 8 dni.

Kuala przywitało mnie patelnią i zatem lejącym się z nieba, czekałem raptem kilka minut zanim kierowca zapakował mój bagaż i uruchomił klimatyzację a zdążyłem poczuć jak grube krople potu spłynęły mi po plecach. Na szczęście nie było korków, w Malezji trwał długi weekend z okazji nowego roku Awal Muharram Maal Hijrah i większość mieszkańców wyjechała za miasto. Jerry zaprosił mnie na kolację do Japończyka, wróciliśmy późno do hotelu, ale ani w głowie było mi spanie. W nocy znowu zaczęło padać, prawdziwa ściana deszczu zasłaniająca prawie cały widok na wieże Petronas a przecież mój hotel znajdował się praktycznie na wprost nich.

W mieście znowu coś się zmieniło, otworzył się nowy Hyatt stanowiąc konkurencje dla Mandarin Oriental. Poszliśmy wypróbować nowy bar, ogólnie nic specjalnego, jedynie obsługa o niebo lepsza niż w Sky Barze w Traders. Na drugi dzień z powodu brzydkiej pogody nie pojechaliśmy do Malaki, co nie było takie najgorsze, bo mogłem dłużej pospać (jet leg dał mi do wiwatu), zjeść ostrygi i sushi w Yuzu na późny brunch, zrobić zakupy w centrum handlowym KLCC, sprawić prezent bratu przed wyjazdem na wspólny urlop, zdążyłem nawet kupić bilety do kina na Furie z Bradem Pittem, co było dużym błędem, bo film epatował epickim tonem dosadną i bardzo realistyczną brutalnością oraz scenami przemocy, których wolałbym nigdy nie oglądać. Jak przystało na amerykańską produkcję film zdołał zniesmaczyć stereotypami czy bardzo dużymi uproszczeniami no, ale takie są wszystkie hollywoodzkie produkcje, choć muszę przyznać, pierwszy raz nie zobaczyłem w amerykańskim filmie ani razu amerykańskiej flagi.

Kolacje zjedliśmy w Yuzu, (bo ostryg nigdy dość), jednemu kelnerowi wpadłem w oko, bo kiedy nas obsługiwał przyznał się, że pamięta mnie jak odwiedziłem ich w kwietniu i w ogóle zagadywał mnie o wszystko pod byle pretekstem. Podwójna porcja ostryg plus butelka wina do kolacji miały swoje daleko idące konsekwencje w nocy…

Wcześnie rano Jerry odwiózł mnie na lotnisko, zdążyłem załapać się na cappuccino i ciepłego croissanta z kurczakiem w Cafe Barbera. Ta zestaw stał się dla mnie kultowy odkąd zacząłem latać do Malezji.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 4 Komentarze

Szwajcarzy będą głosować czy strzelić sobie w drugą stopę.

Szwajcaria utrzymuje specjalne niskie progi podatkowe dla bogatych cudzoziemców, np. słynnych artystów i sportowców. W Szwajcarii osiedliło się ponad 5 tys. bogatych cudzoziemców, skuszonych umowami podatkowymi opartymi na wartości wynajmu ich nieruchomości, a nie na podstawie ich rzeczywistych dochodów czy stanu majątkowego, pod warunkiem, że nie podejmą pracy zarobkowej w tym kraju. Wśród najbardziej znanych korzystających z ulg podatkowych są m.in. Michael Schumacher, Sebastian Vettel, Fernando Alonso, rajdowcy Lewis Hamilton, Alain Prost, gwiazdy muzyki pop Tina Turner, Phil Collins, Charles Aznavour, Rita Pavone, Frida Lyngstad (ABBA), aktor Roger Moore, Yoko Ono, Athina Onassis, rosyjski magnat od aluminium ropy i gazu Wiktor Wekselberg, a także najbogatszy mieszkaniec Szwajcarii, Szwed Ingvar Kamprad, założyciel sieci IKEA.

Sprzeciwy wobec preferencyjnego traktowania emigrantów podatkowych narastał w kraju od kilku lat, kantony Zurychu, Schaffhausen i Appenzell w ostatnich latach zrezygnowały z przyznawania im takich przywilejów.
Do Szwajcarii przybywało wielu uciekinierów podatkowych z Francji; ich liczba wzrosła po zapowiedzi opodatkowania przez rząd dochodów ponad miliona euro rocznie stawką 75%.

I tak właśnie Centrolewicowa partia przegłosowała przeprowadzenie referendum, które ma odbyć się pod koniec listopada dotyczące anulowania ulg podatkowych. Poprzez tę reformę chcą zwiększyć i wzmocnić akceptację dla podatku liniowego. Zwolennicy tej inicjatywy twierdzą że podatek ryczałtowy jest niesprawiedliwy i nieprzejrzysty, a przeciwnicy obawiają się, że Szwajcaria straci na atrakcyjności, a bogaci masowo zaczną uciekać do innych krajów np. Monako.
Z tytułu podatków od cudzoziemców do kasy państwa wpływa średnio 700 mln franków. Lump sum taxation to jak dla mnie bardzo dobry interes dla Szwajcarów: zachęcają bogatych ludzi do wydawania pieniędzy w Szwajcarii a ci i tak nie mogą uzyskać żadnych dochodów w Szwajcarii. Wszelkie porównania ich ze zwykłymi podatnikami są bezsensowne.

Jeśli im się ta akcja uda, stracą wszyscy: my, zwykli ludzie, będziemy biedniejsi, a kanton słabszy.

Opublikowano emigracja | Otagowano , | Dodaj komentarz

padaka w pracy

8 lat budowania, żeby teraz wszystko rozwalić i zacząć od początku. ASS najprawdopodobniej zostanie zlikwidowane, ESS po części też, moje stanowisko albo podobna rola może powstać w Zurichu albo gdzieś indziej: w Luxemburgu, Londynie, Dublinie, Berlinie. Cieszę się, że nie muszę uczestniczyć w tej szopce. Dzisiaj nowy SVP zagalopował się zbytnio i wzniósł toast za nowo powstającą firmę, zapominając że ma przed sobą głównie tych, których obejmą masowe zwolnienia. Jedni się cieszą inni nie, nie zrozumie głodnego syty – taka rzeczywistość.

Moja skrzynka mailowa zalewana jest codziennie korporacyjną propagandą, jak dobrze, że firmy się rozdzielają, uśmiechnięte twarze przypadkowych ludzi powtarzają bełkot o nowych możliwościach, szansach i rozwoju. Czekam tylko na t-shirta z równie propagandowym hasłem.

Naturalnie mydlą nam oczy, że mamy jakiś wpływ na to co się z nami stanie, że będziemy uczestniczyć w podejmowaniu decyzji i tworzeniu struktur nowej organizacji, nowych procesów choć z góry wiadomo że nasze zdanie nie liczy się wcale. Takie sranie do wentylatora.

Dają nam 9-12 miesięcy, choć jak znam naszą organizację ci na górze będą cisnąć żebyśmy uwinęli się w 6. Nie jestem ani zły, ani nie jest mu smutno, miałem tego nie robić, ale powiedziałem o tym M. i nie przejął się zbytnio. Z czasem pewnie się to zmieni jak zacznie dostrzegać, że tłuste lata mamy już za sobą i czas na nowo ogarnąć rzeczywistość i wrócić na ziemię.

Choć moja praca obecnie przypomina dmuchanie dziurawego materaca wcale mnie ta sytuacja nie dołuje, powiedziałbym że raczej śmieszy i nudzi jak kiepski film, w którym na koniec nie chce się czekać, bo historia jest banalna, cała akcja jest z góry do przewidzenia, postacie tak samo schematyczne jak intryga, a siedzenia niewygodne i popcorn się skończył a ja muszę do kibla.

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

spacerując po Tbilisi

Decyzję o wyjeździe do Gruzji podjąłem praktycznie z tygodnia na tydzień. Szczęście mi dopisało, bo znalazłem nawet tani bilet i wolne miejsca w hotelu.

Samolot z Monachium wylądował o zabójczej porze 4 nad ranem. Tbilisi miasto – obietnicy, oraz rewolucji róż, miasto łączące Gruzję z europejskimi stolicami, jednocześnie zachowując charakter całego kraju, czyli ogólną biedę i nadzieję na wypchane portfele turystów. Starym, po części odrestaurowanym budynkom towarzyszą nowoczesne budynki mocno kreatywnych architektów. Metro, choć bardzo tanie i dłuższe niż warszawskie centy-metro, zraziło mnie do siebie śmierdzącymi szczochami tunelami i stacjami, żebrzącą masą bezdomnych i ogólnym brakiem wentylacji. Z drugiej strony nikt gorzej nie pachniał, niż np. ludzie w warszawskim tramwaju.

Stare Miasto w Tbilisi, ładnie prezentuje się zarówno w dzień jak i nocą. Mnóstwo restauracji i barów, pyszne jedzenie, wino i tłumy ludzi. Jedna z piękniejszych stolic, jakie widziałam.

Otoczenie Radissona robi raczej przygnębiające wrażenie, ulice pełne są małych zaniedbanych domów, jednopiętrowych odrapanych budynków z balkonami z kutego żelaza, nieremontowanych, co najmniej od kilkudziesięciu lat. Wąskie chodniki zastawione skrzynkami pełnymi owoców i warzyw, wyłożonych z małych okolicznych sklepików, dziurawe chodniki, jezdnie – pełne rozpędzonych aut oraz kierowców, którzy pieszego mają za nic.

Aleja Rustaweliego to zupełnie inny świat. Szeroka ulica zabudowana XIX wiecznymi kamienicami o bogato zdobionych elewacjach, teatr, opera, eleganckie markowe sklepy, różnobarwny tłum. Wzdłuż ulicy rzeźby przedstawiające postacie wykonane z mosiądzu oraz stylowe ławki. Na całej długości bulwaru chodnik od jezdni jest oddzielony balustradą wykonaną z kutego żelaza. Jedynymi obiektami, które psują wrażenie są ogromne socrealistyczne molochy.

Spaceruje bez celu, w promieniach mocnego słońca. Plac Wolności – w czasach ZSRR stał tam pomnik Lenina, obecnie na wysokiej kolumnie umieszczono posąg Św. Jerzego zabijającego smoka, symbol Gruzji.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tbilisi – dzień 3

W porównaniu do bogatej Turcji, czy bogatego w gaz i ropę Azerbejdżanu Gruzja wypada słabo. Władze Tbilisi wydają się jednak rekompensować czasy, kiedy kraj borykał się z olbrzymimi problemami energetycznymi oraz biedą. Po zmroku miasto jest bardzo rozświetlone dzięki nowoczesnym projektom architektonicznym, które urozmaicają krajobraz estetyczny miasta i sprawiają, że nieco bardziej przypomina ono stolicę kraju. Część z nich została już oddana do użytku, a część nadal jest budowie. Słynny Most Pokoju stał się już rozpoznawalnym elementem miasta. Wraz z budynkiem Pałacu Prezydenckiego oraz jeszcze nieoddanym do użytku budynkiem teatru tworzą interesujące miejsce, które powoli staje się znakiem rozpoznawczym Tbilisi.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tbilisi – dzień 2

Starówka pełna jest brzydkich odrapanych budynków przeplatającymi się z nowoczesnymi deptakami zastawionymi kanapami i stolikami tutejszych kawiarni. O ile jednak popadające w ruinę centrum nadal broni się swoimi niezaprzeczalnymi walorami architektonicznymi, wystarczy zrobić kilka kroków dalej, by poczuć klimat głębokiego komunizmu. Z tysiącami ogromnych bloków z wielkiej płyty komponują się przejeżdżające brzydkie, brudne i rozpadające marszrutki oraz brudne i tandetne bazary. Wszystko to w otoczeniu rozpadających się domów, nierównych ulic oraz chodników.

Bulwar Rustaweliego wygląda tak, jak powinna wyglądać reprezentacyjna ulica stolicy. Podświetlenie kamienic jest delikatne a jednocześnie uwypukla piękno detali architektonicznych..

Gruzja to kraj mocno zacofany, ale tylko z naszego pro-nowobogacko-zachodniego punktu widzenia. Wszystko zależy od nastawienia i tego co w nas tworzy poczucie, że kraj jest ciekawy. Dla mnie taki klimat tworzy kultura, lokalne społeczności, ciekawe miejsce. I to wszystko znalazłem w Tbilisi – fantastyczną mieszankę sowieckiej mentalności z gruzińską tradycją. Jak ktoś nie lubi sowieckiego podejścia do życia, to najlepsze przewodniki i książki do Gruzji go nie zachęcą. Przekonałem się, że na swój pokrętny sposób kocham tę sowieckość, choć jest ona na dłuższą metę męcząca.

Marszrutki – czyli minibusy kursujące na stałych trasach w których wszyscy mogą palić papierosy całą drogę, „taksówki” – prywatne samochody śmierdzące jakby ktoś przed momentem owce woził, chaos na zniszczonych nieremontowanych dworcach, dowolność odjazdu transportu publicznego, różne ceny dla różnych gości.
Bez względu na porę dnia czułem się tam bardzo bezpiecznie, a jedynym realnym zagrożeniem był dla mnie ruch drogowy.
Może i komunikacja publiczna jest w opłakanym stanie, ale czy to czyni kraj mniej atrakcyjnym?

Miernikiem danego kraju to jest to, czy chciałbym tam wrócić. Dziwnym trafem tam wrócę, bo znalazłem tam to coś…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz