Warszawa – Bruksela – Zurych – Nicea

Ledwo dziś na oczy widzę, wysłali mnie na jeden dzień do Brukseli zrobić szkolenie, ale znając moją przebiegłość poleciałem wcześniej, przez Warszawę żeby było taniej i ciekawiej, żeby była okazja spotkać się z K, odkryć stołeczny cocktail bar Pies czy Suka, zawrzeć świeże, bliższe znajomości, choć niektórzy dali mi pstryczka w nos… (prawda whyme?)

Jestem naiwny, wierze że ludzie są dobrzy i że gdy jesteśmy dobrzy dla innych to dobro do nas wraca. Komentarz K: czy Ty naprawdę myślałeś że barmani kończą Harvard? Wydawało mi się że tak… Nie ma się już nad czym użalać, ale jeśli ktoś będzie miał szansę odwiedzić Psa polecam Bocianie Gniazdo… Osobiście nadal planuje odwiedzać bary po to żeby napić się drinka, którego nie mogę sam zrobić sobie w domu…

W Brukseli przywitało mnie słońce i bardzo przyjemna pogoda, z perspektywy 10 lat zapomniałem że belgijska stolica jest taka ładna, do hotelu dotarłem będąc w pól-snie, nic już nawet nie jadłem, wziąłem tylko prysznic i od razu wskoczyłem do lóżka – sam. Tak oto zwykle wyglądają moje służbowe podróże – zupełnie nie ma czego zazdrościć. Stałem w porannym korku, taksówkarz pól godziny szukał adresu, poprowadziłem szkolenie, zjadłem byle jaki lunch, znowu stałem korku, spotkałem się jeszcze z paroma osobami, wypiłem 3 kawy, a o 18 miałem dość. Znowu stałem w korku jadąc na lotnisko, na dodatek spóźnił mi się samolot, więc śpię dziś na lotnisku w Zurychu.

Nie pamiętałem żeby kupić M belgijskich pralinek – krecha.

Planuję, więc naprawić to w weekend: chcę być najbardziej romantycznym facetem, dlatego porywam M na kolację do Nicei…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Psychofan c.d.

Moj psychofan po tym jak pomogłem mu wylecieć z pracy wyjechał do Panamy. Przypadkiem dowiedziałem się, że wrócił do Szwajcarii i że intensywnie szuka nowego zajęcia. Rano przeglądając gazetę opadła mi szczeka
Mój psychofan został ‘’kawalerem do wzięcia’’ w nowym reality show, w którym bierze udział tytułowy kawaler i 20 dziewczyn, walczących o względy głównego bohatera programu. Treść kolejnych odcinków stanowią spotkania młodego atrakcyjnego mężczyzny z partnerkami w niecodziennych okolicznościach i bajkowym otoczeniu. Uwieńczeniem spotkań jest Ceremonia Róż, podczas której dziewczyny przechodzą do następnego etapu zabawy. W finale kawaler musi zdecydować, której z dwóch pozostałych kandydatek najbliżej do jego ideału…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 8 Komentarzy

Ohyda

W biurze mamy wspólną lodówkę, do której kiedy chcemy możemy wrzucać własne jedzenie i napoje.
Zwykle pracownicy trzymają w niej produkty na drugie śniadanie bądź przygotowane w domu przekąski. Miłe, wygodne i przydatne rozwiązanie
Problemem może być kto ma taka lodówkę sprzątać albo z nagle znikającym jedzeniem… ale nie tylko.

Czasami z okazji urodzin albo tym podobnych jesteśmy częstowani ciastem, które niektórzy wrzucają do lodówki by zjeść je później. To tiramisu musiało leżeć miesiącami a ten, który je tam zostawił chyba już odszedł firmy.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 2 Komentarze

Gdzieś w pobliżu Zwrotnika Koziorożca w podmuchach ciepłego wiatru

Następne dni były już całkiem spokojniejsze, w końcu wyszło słonce, złe myśli poszły w niepamięć, a dni kręciły się wokół Grand Baie, Pereybere, chilloutowych barów serwujących koktajle tsunami, wspaniałych plaż, przybrzeżnych raf, gwarnej stolicy, małych wiosek oraz rzadziej odwiedzanych i słabo zaludnionych miejsc. Wreszcie mogliśmy popłynąć z M katamaranem na Ile Plate.

Główną atrakcją tej prywatnej wyspy była jej bezludność, niebiańska cisza i piękna plaża z białym, miękkim jak puder piaskiem. M spędzał większość czasu pod parasolem, bo poprzedniego dnia spalił się na raka i cierpiał. Podczas gdy on leniwie spędzał czas na wygodnym siedzisku, ja pływałem z rurką i raz po raz raczyłem się koktajlami na bazie lokalnego rumu. Choć ostatni raz na chorobę morską cierpiałem nurkując w Turcji teraz na widok młodej Kanadyjki rzygającej do plastikowej torebki i mnie zemdliło. M nie mógł wyjść z podziwu, patrząc na mnie jak się ‘’uzewnętrzniam’’, bo nigdy przedtem nie oglądał mnie w takim stanie. Po 5 latach poznał mnie od zupełnie innej strony a nasz związek wszedł w nowy niebezpiecznie fascynujący etap.

Cumowaliśmy kilkakrotnie wzdłuż linii brzegowej by podziwiać zapierające dech w piersiach rafy kolorowe otaczające wyspę i morze w kolorze akwamaryny. Tylu jaskrawo kolorowych ryb nigdy nie widziałem, słońce przefiltrowane przez wodę dawało niesamowite wrażenie.

Z okazji swoich urodzin, M zaprosił mnie na kolacje. W Trou aux Biches tuż nad pięknie zagospodarowaną mariną odkryliśmy schowaną Pescatore. Bliskość morza gwarantowała świeży towar i ucztę dla podniebienia dla osób, które uwielbiają owoce morza. Na Mauritiusie spotykaliśmy mnóstwo Rosjan, ale tych naprawdę zamożnych przez duże Z, którzy traktują Mauritius, jako azyl dla bogatych. Podczas gdy większość turystów propagowała strój swobodny i wakacyjny Rosjanki do restauracji, przychodziły w wytwornych kreacjach, w butach na koturnie, w pełnym makijażu, obwieszone biżuterią ze złota. Nie raz byliśmy świadkami ich głośnego i aroganckiego zachowania, które czasami bywało irytujące, choć powinniśmy być przyzwyczajeni, bo w szwajcarskich kurortach zachowują się nader identycznie. W Pescatore przyszło nam słuchać rozmowy dotyczącej zorganizowania wesela na 180 osób. Problemy bogatych…

Podróżując z północy na południe po krętych serpentynach dróg mijając pola trzciny cukrowej i rozmyte zielone wzgórza nie raz czułem się słabo za sprawą lokalnych kierowców, którzy to jeżdżą niepomiernie dynamicznie i ponad wszystko uwielbiają ostro hamować. W Port Louis, znaleźliśmy mieszankę drewnianych i kolonialnych bloków, wielkich placów we francuskim stylu i kilka błyszczących drapaczy chmur, hałaśliwe ciężarówki pomalowane jaskrawo kolorowo w wizerunki hinduskich bóstw, kobiety ubrane w indyjskie sari a wszyscy w rozklekotanych klapkach. Przeciskając się przez tłumy na lokalnym bazarze napisy zmieniały się z języka francuskiego i angielskiego na arabskie szlaczki oraz chińskie znaczki. Gdybyśmy zamknęli się z M w wielkim 5 gwiazdkowym molochu z całodobowych serwisem prócz plantacji herbaty Bois Cheri i jeziora Grand Bassin z powietrzem wypełnionym ostrą wonią kadzideł pewnie nigdy byśmy tutaj nie dotarli.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Kawalek Francji na oceanie

Saint Denis główne miasto Reunionu to typowa dziura, w strugach deszczu miasto wydaje się być dodatkowo dziura bez dna. Fakt, nie dotarliśmy z M do słynnych powulkanicznych cyrków Cirque de Ciaos, de Salazie i Mafate, które ponoć zwalają z nóg ale od uprawiania trekkingu dzielą nas lata świetlne. M podobnie jak ja góry lubi oglądać z dołu…
Departament zamorski Francji, tysiące kilometrów od Europy, zagubiony na Oceanie Indyjskim gdzie płaci się euro, oprócz Jardin de l`Etat i Rue de Paris pełnej pałaców w stylu kolonialnym i tonących zielni placów i ogrodów niewiele jest tam do oglądania. Plaże Reunionu nie wytrzymują porównania z plażami Mauritiusu, ale cenowo wyspa nastawiona jest tylko na bogatych turystów.

Domy pomalowane na czerwono, żółto i zielono, na ulicach Francuzi, Chińczycy, Hindusi cały tygiel kultur. Meczet w wysokim budynku a na dole pełno sklepów oferujących mini spodniczki i obuwie, kramów i bazarów bez liku, totalny miszmasz.
W jednej z uliczek znaleźliśmy świetną małą restauracje Clos St-Jacques akuratną na lunch. Menu tylko po francusku (po angielsku mówią niechętnie jak podobnie jak Francuzi na kontynencie), M znowu dumnie demonstrował swoją znajomość francuskiego i gdyby właściciel nie zobaczył wysyłanego przeze mnie błagalnego spojrzenia i nie przeszedł na angielski, pewnie wylądowalibyśmy w jakimś fast foodzie.
Dzień można by zaliczyć do kategorii relaks i sielanka gdyby nie powrót na Mauritius. Nasz samolot miał ponad godzinę opóźnienia, gdy wylądowaliśmy w Mahebourgu a stamtąd jeszcze 1.5 godz taksówką na północ wyspy. Zgodnie postanowiliśmy, ze następnym razem wybierzemy hotel bliżej lotniska bo stojąc w korkach traci się mnóstwo czasu a większość atrakcji ulokowane jest na południowej lub zachodniej części wyspy. Na ostatnim piętrze hotelu gdzie znajdował się nasz apartament pełno było wody – pozostałości po niedawno przeszłej burzy. Po otwarciu drzwi było tylko gorzej – wszystko pływało, salo sypialnia, kuchnia i łazienka, brodziliśmy w olbrzymich kałużach. Okazało się ze wybiła woda z zatkanych rur odpływowych a ujście znalazła na naszym ostatnim piętrze. Dostaliśmy pokój zastępczy, piętro niżej, podczas gdy specjalna ekipa za pomocą wiader i szufelki wypompowywała wodę z naszego pokoju pracując całą noc usuwając wszystkie skutki awarii. W nocy obudził mnie odgłos lejącej się wody i gdy wyjrzałem na korytarz woda lala się ciurkiem z naszego pietra tak jakby pokój nad nami wciąż był zalewany…

Rano zdarzył się cud: po powodzi nie było śladów i wyszło słońce, które przygrzało tak mocno ze M spalił się na czerwono nie wiedząc nawet kiedy…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Urlopu na Maskarenach ciąg dalszy

Termometr niezmiennie pokazuje na zewnątrz cudowne 30 stopni, ale my zamiast taplać się w ciepłych falach oceanu kapiemy się jedynie w obfitych strugach deszczu. Leje już trzeci dzień, dosłownie ściana wody, tropikalna burza, które sprawia ze nie widać nic w odległości więcej niż 10 metrów. Katamaranem nigdzie wyplatać się nie da, a nawet gdyby to szybko zamieniłby się on w lódź podwodna. Ze względu na depresyjna aurę nie pozostaje nam nic tylko pić, spać albo czytać książki, ale to szybko nam się znudziło. Wczoraj pojechaliśmy do Port Louis, stolica wyspy przywitała nas wprawdzie intensywnym deszczem, ale w ciągu dnia było całkiem znośnie, choć mżyło cały czas, ale byliśmy bardzo zdeterminowani (zdesperowani?) po pierwszym dniu zupełnego nic nie robienia.

Mauritius jak dla mnie to wciąż kraj trzeciego świata, widać to na każdym kroku, może i próbują naśladować kulturę bogatej Francji czy Anglii, ale bliżej im do Tanzanii i brudnych i zabiedzonych ulic Dar es Salaam niż do paryskich bulwarów. Na ulicach pełno potomków ciabatych, którzy napłynęli tu w drugiej połowie XIX wieku wraz z niesieniem niewolnictwa a potem zaczęli rozmnażać się w zastraszającym tempie podnosząc przyrost naturalny. To że wyginał ptak dodo to jednak nie ich sprawka…
W sklepach przy Caudan Waterfront dominuje kicz, podroby i lokalne nieznane marki. Zaskoczyło mnie jedno: darmowy internet maja tu wszędzie: na lotnisku, w hotelu, na stacji benzynowej, w hipermarkecie i w każdym barze i kafejce.
Jedynym transportem publicznym są tutaj taksówki i rozklekotane autobusy a sam transport jest bardzo problematyczny z powodów korków spowodowanych brakiem planowania i tolerancji straganiarzy rozkładających swoje towary na ulicach.
Główne ulice i ścisłe centrum wydaje się uporządkowane i schludne, ale gdy tylko skręci się w jedną z bocznych ulic widać brudne rynsztoki, biedę i slumsy. Mimo tych mocnych wrażeń właśnie w Chinatown i na lokalnym bazarze podobało się nam najbardziej ze względu na urok i niedostępność tego miejsca dla masowych turystów. Choć nie łatwo było omijać nam brudne kałuże oraz sterty walających się ulicami resztek jedzenia tudzież innych śmieci, tłumy bachorów wracających ze szkoły i drących japy w wniebogłosy, kilka razy przyszło nam brodzić po kostki w wilgotnych dziurach a M chyba na zawsze stracił swoje ulubioną parę butów, to ten spacer utkwił nam w pamięci najbardziej.
Wieczorem wylądowaliśmy w restauracji serwującej specjały kuchni kreolskiej po wizycie, w której jako dodatek specjalny dostałem zatrucia pokarmowego. Dzisiaj rano jadąc z kierowca do Bois-Cheri i Grand Bassin rzygalem jak kot, kilkakrotnie musieliśmy awaryjnie stawać, gdy żołądek podchodził mi do gardła. M dzielnie mnie wspierał żartami, ze jestem jak pies który zaznacza swoje terytorium. Kierowca wykazał dużą cierpliwość, ale miałem mu za złe, ze prowadzi auto jak ”świerzak”, bo szarpało nami to w tył to w przód na każdym skrzyżowaniu. Po takiej ”trzęsawce” było mi to już zupełnie obojętne czy stojąc w pustym polu wypluje cały żołądek zwijając się z bólu czy zmoknę do suchej nitki. W przerwach między jednym a drugim pawikiem poznałem tajniki uprawy herbaty oraz święte miejsce hinduizmu, więc wycieczkę mogę uznać za zaliczona, choć wodospadu Chamarel i Ziemi Siedmiu Kolorów nie zobaczyliśmy…
Jutro kierunek Le Reunion.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

pogoda w raju bywa kapryśna

Chciałbym moc napisać że jest cudownie egzotycznie a my leniwie rozkoszujemy się pięknymi widokami, mocząc nasze ciała w bajecznie kolorowych lagunach, popijając kolorowe drinki.. .ale k…a leje jak z cebra, już drugi dzień, co jakiś czas się przejaśnia i nawet wychodzi słońce, żeby po chwili znowu robiło się szaro i ciemno a z nieba lunął intensywny deszcz.

Z powodu zlej pogody odwołali nam dzisiaj katamaran na Ile Plate a przecież miało być tak pięknie, laguny miały bać, krystalicznie czyste morze, fale i brykające delfiny a leje jak podczas jakiegoś monsunu. Nie przewidzieliśmy, że mogłoby nas to spotkać na Mauritiusie.

Podróż z lotniska do naszego hotelu na północy wyspy zajęła nam ponad 2 godziny, rano są tutaj tak niesamowite korki, że nasz kierowca poruszał się ze średnią prędkością 15 km/h. Od ciągłego hamowania i szarpania w to w przód a to w tył zrobiło mi się niedobrze i myślałem, że będę puszczał pawia. M całą drogę z lotniska przespał jak z dziecko, po tym jak przyszło mu lecieć w samolocie w klasie cargo… bo tym razem nie było rozkładanego na płasko fotela ani szampana do oporu, musiał przypomnieć sobie jak to jest podróżować na długiej trasie w ekonomiku. Ceny hoteli 5* a co za tym idzie i usług są wysokie, ale znalazłem fajny 3* hotel w Pereybere vis a vis pięknej plaży i żeby M nie pomyślał, że dotknął nas jakiś finansowy kryzys wziąłem największy 80m apartament z kuchnią, sypialnią, salonem, ogromną łazienką z jacuzzi i przestronnym tarasem. Apartament znajduje się na najwyższym 3. piętrze budynku bez windy czego tez nie przewidziałem i biedny M musiał wnosić swój ciężki bagaż na górę sam, bo bell boya tutaj nie mieli. Gdy taksówka dowiozła nas pod hotel sam wypakowałem swoją walizkę z bagażnika. M wysiadł niczym królowa brytyjska i dumnie wkroczył pod ogromna markizę, co by nie zmoczyć swoich włosów. Walizkę swoją zostawił w taksówce a ta już prawie odjeżdżała, gdy zorientował że w hotelu bagażowego nie mają. Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

Salon lekko kiczowaty w wystroju, ale nie będę się czepiał, za to do mrówek i jaszczurek raczej nie przywykniemy. Boję się włączyć wannę z hydromasażem w obawie, co może wypłynąć tudzież wypełznąć z jej dysz. Przed hotelem znajduje się ruchliwa ulica-deptak, auta i autobusy pędzą tutaj jak szalone rozbryzgując olbrzymie kałuże niczym tsunami.
Jak na razie jest więc głownie bardzo mokro i wilgotno.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

Pereybere

Zżymam się ostatnio na myśl, że muszę rano wstawać i wychodzić do biura. Niedawno zdarzało mi się kilka dni pod rząd pracować przez 14-16 godzin i gdyby nie krótkie wyjazdy do Edynburga i Warszawy, które wybiły mnie z szalonego tempa pracy, pewnie pracowałbym i w weekendy, co w końcu odbiłoby się na moim zdrowiu.
Szefowa zalewa mnie informacjami na temat projektu w Azji, mam wrażenie, że wrzuca mi do skrzynki największy gó…no, bo skoro chcę się tam przenieść to lepiej żebym zaczął przyzwyczajać się do dylematu jak rozróżnić tradycyjne pismo chińskie od znaków uproszczonych. Kosmos. Gdybym jeszcze musiał teraz tam pojechać padłbym chyba na niewydolność. Umówiliśmy się, że na road show po Singapurze, Malezji, Hongkongu i Tajwanie poleci sama, ale szkoleniami podzielimy się po równo.
W trosce o moje dobre samopoczucie i swobodne poruszanie się w biznesie dostałem od niej książkę – podręcznik jak prowadzić negocjacje w Azji. Akutanie wieczorami w ramach lektury do poduszki poszerzam swoją wiedzę z zakresu różnic kulturowych przyswajając złote rady amerykańskich specjalistów. Jeśli choć raz uratuje mnie to przed kulturowym foux pas to cały ten wysiłek nie pójdzie na marne. Powoli osiągam stan, kiedy znowu wydaje mi się, że im więcej pracuję to… pracy wcale nie ubywa.

Dlatego właśnie leżymy z M na plaży, prawie 9 tys km od domu i 2600 km od afrykańskiego lądu, sączymy kolorowego drinka z parasolką i lepcy od olejku do opalania ociekamy zajebistością…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

jeszcze Singapur

Przestałem próbować zrozumieć wszystkie decyzje moich przełożonych, którzy wydają mnóstwo pieniędzy na bardzo dalekie, przeto drogie służbowe wyjazdy. Mój 2 dniowy pobyt, choć ultra krótki okazał się okrutnie intensywny, czego mogłem się spodziewać.. Dzięki proszkom udało mi się uniknąć symptomu nagłej zmiany strefy czasowej, poza tym pierwszego dnia nie działał mi laptop, więc siłą rzeczy zrobiłem sobie luźniejszy dzień który spożytkowałem szwendając się beztrosko i bez wyraźnego celu po centrum i wypróbowując limity na kartach kredytowych. Singapur kusi cenami i bogatym asortymentem i dosłownie szkoda czegoś tutaj nie kupić. Po południu upał stał się dokuczliwy, wysoka wilgotność sprawiła, że chodziłem rozdrażniony, w powietrzu unosił się charakterystyczny ciężkawy słodki zapach, wróciłem, więc do hotelu zdrzemnąć się.
Jestem tu kolejny raz i coraz bardziej czuję, że chciałbym tu zamieszkać. Zaskakująco udane połączenie orientalnej tradycji, kolonialnej przeszłości i ultranowoczesnej współczesności. Niektórzy twierdzą, że to nie jest już azjatyckie miasto. Dla mnie nie ma to znaczenia, ja lubię je takim, jakim jest. Czyste, bezpieczne, zielone i pełne turystycznych atrakcji, a przy okazji perfekcyjnie zorganizowane, zaskakuje mnie na każdym kroku troską o porządek i organizacją życia, zupełnie jak w Szwajcarii. Poza tym widać bogactwo i wysoki standard życia, piękne strzeliste budynki a obok tropikalna bujna roślinność, otwartość na expatów, dogodne położenie i cała masa zakazów i nakazów (w środkach transportu publicznego nie można spożywać żadnego jedzenia ani napojów, nawet wody, nie wolno też opierać stop o ławkę żeby zawiązać sobie buta, nie mówiąc o pluciu czy żuciu gumy na ulicy). Moje zauroczenie mieszkańcami Singapuru, jako najbardziej przyjaznymi, pomocnymi i otwartymi ludźmi trwa, choć policjantami są nie mniej niż Szwajcarzy. Zrobiłem już nawet małe rozeznanie w cenach mieszkań, 3-4 pokojowe apartamenty, okazały się zwykle w pełni umeblowane a basen w budynku uchodził za powszechny to standard. Myślę, że mogłoby mi się tutaj naprawdę spodobać, choć najbardziej obawiałbym się różnic kulturowych.
W naszym biurze w Suntec Tower rewia mody, o ile w Szwajcarii uchodzę za eleganta tutaj po prostu wtopiłem się w tłum.
Na wejściu zaliczyłem wpadkę próbując cmoknąć w policzek koleżankę, z którą miałem pracować. Fakt – byłem lekko rozkojarzony a ona, gdy zostaliśmy sobie przedstawieni wykonała dziwny skłon jakby nachylając się w moją stronę. Zareagowałem odruchowo a że sytuacja była niezręczna zobaczyłem od razu w jej oczach i wyrazie twarzy…
W mojej pracy ciągle się cmokam, obejmuje z kobietami jak i mężczyznami (z Tureckimi kolegami cmokamy i obejmujemy się nieustannie) – tutaj ewidentnie się zapomniałem i wyszedłem na agresora, choć wydawało mi się że przebywam wśród swoich. Tutaj dotyk to nietakt. W wąskich korytarzach czy mijając się w przejściu nikt się o siebie nie ociera, wszyscy robią krok wstecz by zachować 1,5m odstęp. Wszystko wydaje się być bardzo sformalizowane, nawet zwykłe podanie ręki nie wydaje się czynnością naturalną, na powitanie wystarczy skinienie głową…
Zapamiętywanie imion to tez nie łatwa sprawa: Guat Hong Ee, Wee Siang Tan, Jouie Pineda, Kok Cheong Fong nigdy nie wiem czy moim rozmówcą będzie kobieta czy mężczyzna.
O ile na początku rozmowy jestem wstanie zapamiętać imię to po kilku minutach wylatuje mi ono z głowy, gubię się, kto jest kim bo wszystkie imiona wydają się brzmieć tak samo. Hierarchia w biurze też jest bardziej widoczna, a wymiana wizytówek to niemal ceremonia.
Z bardziej pozytywnych rzeczy – oferty randek na fuckbooku napływały nieustannie, bo biały owłosiony facet, z dużym atutem to tutaj smaczny kąsek.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 9 Komentarzy

noc w chmurach

Obudziłem się w samolocie i przez moment dochodziłem do tego gdzie jestem. Szefowa kilka dni temu zaproponowała spotkanie w Singapurze, obudziła się z ręka w nocniku i za wszelką cenę próbuje przepchnąć nasz azjatycki projekt. Tempo pracy przez ostatnie 2 tygodnie było szaleńcze, dużo wysiłku włożyłem by zamknąć wszystkie tematy. Nie wyszło idealnie, ale przy takim pędzie trudno żeby człowiek mógł zawracać sobie głowę szczegółami.
Klasa biznes w nowym Airbus A380 jest niespotykaną nigdzie indziej kombinacją ekskluzywności, innowacji i stylu, wyposażona w naprawdę w szerokie fotele, szersze niemal o połowę od klasycznych rozwiązań, które z łatwością można rozłożyć i przekształcić w całkowicie płaskie łóżko dając poczucie absolutnego komfortu. Cztery siedzenia w układzie 1-2-1, pozwalają by każdy pasażer miał bezpośredni dostęp do przejścia. Dla zapewnienia większej swobody ruchów i poczucia przestrzeni, zrezygnowano z umieszczania pojemników na bagaż podręczny ponad głowami pasażerów. Łatwo dać się uwieść zaprojektowanymi przez Givenchy poduszkami i pledami, że nie wspomnę o zestawach kosmetyków i wyposażeniu toalet. Luksus potęgują faktura i kolory materiałów wykończeniowych – skóry i drewna mahoniowego.
Multimedialny systemu wyświetlany na 15-calowym ciekłokrystalicznym ekranie pozwala na dostęp do ponad tysiąc opcji na żądanie, od filmów i programów telewizyjnych po płyty muzyczne i gry Nintendo.
Bezszelestnie poruszające się stewardesy są uśmiechniętą ikoną linii lotniczej. Ubrane w sarongi, stanowią o marketingowej sile przedsiębiorstwa, pozostając jednocześnie uosobieniem przyjaznego serwisu i azjatyckiej gościnności…
Zadziwiające jak szybko mija czas, dopiero koniec lutego a kolejny rok z rzędu zostałem senatorem start alliance, zdobyte mile potwierdzają odległości, które przebyłem przemieszczając się między 3 kontynentami.
Wczoraj padł mi laptop, przy próbie włączeniu komputera wyświetlają mi się same gołe baby. Wielki pan manager w Singapurze będzie chodził na spotkania z kartką i długopisem…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 4 Komentarze