Psychofan

Na początku maja tego roku przyjęli do nas nowego kierownika biura (stanowisko fachowo nazywa się office manager). Jeszcze w pierwszym tygodniu zostaliśmy sobie przedstawieni i w tym samym dniu wpadliśmy na siebie w kafeterii podczas przerwy na kawę. Wysoki, postawny, 30-latek, o mocnej budowie ciała, regularnych rysach twarzy, z garniturem równiuteńkich białych zębów, kilkudniowym, czarnym zarostem, przyjemnie pachnący, zawsze stylowo ubrany, noszący się często w czarnych, rogowych okularach od prady, fajnie i estetycznie wyglądający ciastek do schrupania, jedyne, co mi w nim przeszkadzało to fakt, że obgryzał paznokcie. Wymieniając zdawkowe uprzejmości mój radar wyłapał pewne elementy, które kazały mi zaszufladkować mojego nowego kolegę do kategorii ‘’facet z rodziny’’ miał dobre oko – bezbłędnie rozpoznał markę i model mojego zegarka. Jakoś niedługo potem natknąłem się na niego w męskiej toalecie, wszedł zaraz po mnie, kiedy stałem przy pisuarze załatwiając swoje sprawy, ostentacyjnie opuścił spodnie i bokserki do wysokości kolan, wcale nie przestając ze mną rozmawiać. Nie odrywając od niego wzroku udawałem, że nie robi to mnie żadnego wrażenia, choć kątem oka w lustrze z zainteresowaniem przyjrzałem się jego mięsistym i owłosionym pośladkom. Z czasem na powitanie zaczął wołać do mnie ‘’ciao bello’’ co bardziej schlebiało mi niż irytowało, kilkakrotnie usilnie namawiał mnie na wspólny lunch, parokrotnie zaproponował kolacje w swoim mieszkaniu w Zurychu, wciskając mi numer swojej prywatnej komórki podkreślając kilkakrotnie, że to numer prywatny.
Balem się trochę, że z czasem zacznie mnie nachodzić, rzucać kwiatki na wycieraczkę, wąchać śmieci, odstraszać kochanków i łazić za mną jak pies, może zrobi sobie kapliczkę albo ołtarzyk w domu z moim zdjęciem.
W końcu uległem i raz czy dwa poszedłem z nim na lunch w towarzystwie innych osób z biura, trochę żeby mieć to z głowy, bo zaczęły kończyć mi się pomysły na kolejne wymówki. Było w nim coś, co mnie irytowało, sprawiał wrażenie mitomana, który kreuje się na króla życia, gwiazdę europejskich klubów nocnych, bez którego żadna impreza nie ma szans się udać, wiecznie powoływał się na swoje niezliczone rzesze znajomych, kluby, które odwiedzał, gadżety, które posiadał – sztucznie kreował aurę mocno nieprzeciętnego i niesamowitego stylu życia, na każdym kroku podkreślając swoje włoskie pochodzenie, choć swoista naiwność i sposób podejścia do własnych pieniędzy zdradzały jak bardzo był szwajcarski. Trochę się gubiłem, gdy wtajemniczał mnie w tajemnice swojej alkowy z laskami, które wyrywał i dymał na hektary, bo ewidentnie ze mną flirtował, nosił niepokojąco brzmiące imię Emanuel, w pracy został zakwalifikowany przez dziewczyny jako ‘’fajny ale psychiczny’’ a gdy tylko się o tym dowiedział zaczął ostro dementować wszelkie plotki na temat swojej orientacji.
Lecąc z M w lipcu do Rzymu widziałem, że tam będzie, miałem zaproszenie do jego domu, ale nigdy nie zadzwoniłem ani nie odpowiedziałem na jego smsy. Wpadliśmy na siebie w samolocie z Rzymu. Uprzedzony, że mamy wracać tym samym lotem i w trosce o święty spokój między mną a M, przebukowałem nas do business klasy. Do spotkania twarzą w twarz doszło dopiero po przylocie do Zurychu, podszedł do nas przywitać się, podając mi dłoń próbował przyciągnąć mnie do siebie i pocałować w policzek. Przyblokowałem jego ruch, M od razu to zauważył, przez chwile zrobiła się dziwna cisza, po czym zaczęliśmy rozmawiać o rzymskich wakacjach. Gdy zostaliśmy wreszcie sami M określił go, jako ‘’homo niepewny’’ albo, co najmniej biseptol, bo teraz taka moda, na dodatek bezguście… Już wcześniej opowiedziałem M o dziwnym zachowaniu mojego kolegi z pracy, więc teraz mógł skonfrontować moje opowiadania z rzeczywistością.
O ile w temacie jakichkolwiek relacji osobistych mogłem trzymać go na bezpieczną odległość 19 cm o tyle zawodowo nie było łatwo, bo upierdliwy był jak mało kto. W kółko do mnie przychodził, po kilka razy pytał o każdą nawet największą bzdurę, głośno komentował jak coś mu się nie podobało, miewał ‘’genialne’’ pomysły, które puszczałem mimo uszu albo reagowałem z uśmiechem acz stanowczo odmawiając ich wprowadzenia. Nie lubię, kiedy mówi się o mojej pracy ‘’zabawa’’ albo że jest głupia i bez sensu. Ze swojej strony nie dawałem mu żadnych forów ani z powodu fajnego dupy, ani z powodu fajnie owłosionego torsu, który czasami ostentacyjnie demonstrował nachylając się nade mną próbując pokazać mi coś na monitorze. Jeśli łapałem go na przekrętach informowałem go od razu, a jeśli to nie skutkowało nie wahałem się angażować jego przełożonych. Facet irytował mnie wpychaniem nosa w nie swoje sprawy, głupio-mądrym gadaniem, utopijnymi pomysłami (chciał żeby wszystkie nasze firmowe hotele miały na wyposażeniu spa) i traktowaniem mnie jak swojego buddy friend.
Kilka tygodni temu przyszedł zapytać jak wynająć samochód na wyjazd do Lugano, po raz kolejny dziesiąty z rzędu dałem mu numer do naszego biura podróży, poinstruowałem, w jakich wypożyczalniach mamy zniżki – pokiwał porozumiewawczo głową, po czym wrócił do swojego biurka i… wynajął auto sam i u innego dostawcy. Pech chciał, że miał wypadek i Europcar ściągnął mu z karty 2 tys. franków na pokrycie szkód powstałych z jego winy. Skontaktował się ze mną natychmiast próbując dowiedzieć się w jaki sposób ściągnąć te pieniądze z naszego firmowego ubezpieczenia. Gdy odkryłem, że auto wynajął samowolnie wysłałem mu swoją opinię, że niestety nasze ubezpieczenie mu tego nie pokryje, musi więc zapłacić ze swojego prywatnego. Odpowiedź-komentarz dostałem niemal natychmiast ‘’zwariowałeś, ja za to nie zapłacę’’. Jako że na jednym mailu się nie skończyło, ja nie mam w zwyczaju tłumaczyć się rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu, a on nie planował przestać ‘’szczekać’’ i demonstrować swojego niezadowolenia moja kolejna odpowiedź poszła w kopii do jego przełożonego sugerując, żeby skontaktował się z działem zarządzania ryzkiem, który ustala zasady naszych ubezpieczeń. Niespodziewanie kilka dni później dostałem smsy ‘’oddawaj mi moje pieniądze’’, ‘’ile mam jeszcze czekać’’. Trochę zdziwiły mnie wtedy te wiadomości, ale byłem akurat wtedy w Malezji zajęty zupełnie innymi rzeczami i po prostu zignorowałem ton jak i formę tych wiadomości szybko zapominając o dziwnym incydencie.
Tydzień temu leżąc z M w łóżku usłyszałem dźwięk przychodzącej widomości. Było już grubo po 23.00 – pytał mnie o limit na kolacje służbową. Byłem zdziwiony, że ktoś wysyła mi sms o tej porze, ale wkurzyło mnie to że rozliczaniem delegacji wcale się nie zajmuję. Po kilku minutach zadzwonił, ale nie odebrałem, zadzwonił znowu, odrzuciłem więc połączenie. Po chwili dostałem wiadomość, że mam natychmiast mu odpowiedzieć. Próbował znowu zadzwonić, więc znowu odrzuciłem rozmowę, wysłał widomość że ‘’udzielanie odpowiedzi na pytania współpracowników należy do moich obowiązków’’. Pomyślałem wtedy ‘’palant’’. Rano dostałem sms ‘’dziękuję za nieodpowiadanie na moje smsy’’.
Po przyjściu do biura wysłałem mu maila przypominając, kto w firmie zajmuje się sprawami rozliczeń delegacji i ustalaniem limitów. W odpowiedzi przeczytałem, m.in. że jestem śmieszny i żałosny, że znam odpowiedź tylko nie chce mu powiedzieć, brakuje mi profesjonalizm, bo nie odpowiadam wprost ludziom na pytania tylko odsyłam ich do innych, że ukradłem mu pieniądze i że jestem złodziejem. Łapało mnie przeziębienie, drapało mnie w gardle i kręciło w nosie, nie miałem ochoty na powtórkę z rozrywki i ping-ponga mailowego, dlatego by jednorazowo i skutecznie zakończyć temat odpowiedź przesłałem w kopii do naszych przełożonych, wyjaśniając różnicę pomiędzy moim działem a działem, do którego z uporem maniaka od kilku tygodni próbowałem go odsyłam. Zupełnie niewinnie dodałem od siebie, że może to efekt wrodzonej nadwrażliwości albo gorączki, ale dzwonienie do kogoś o północy w błahej sprawie wydaje mi się mało profesjonalne a jego maile delikatnie mówiąc napastliwe. Na reakcje nie musiałem długo czekać, już w chwilę potem przeczytałem, dlaczego angażuję w nasze sprawy przełożonych i że tego pożałuję. Po kwadransie przeczytałem ‘’że wie kim jestem, że nie jestem już jego przyjacielem, że jeśli go zwolnią to pociągnie mnie ze sobą na dno, i że mnie zniszczy’’. Po prostu bełkot oszołoma.
Jego szef przeprosił mnie za dziwne zachowanie i całe zamieszanie. Palant próbował się jeszcze ze mną skontaktować próbując wyjaśnić nasz mały problem, ale nie odbierałem od niego żadnych telefonów, po kilku próbach odpuścił sobie, ale zaraz w kolejnym smsie dał mi do zrozumienia, że mam się zacząć bać. W sumie to nadal nie wiem czy chce mnie przeprosić czy zatłuc…
Nie wtajemniczałem przełożonych w treść wiadomości maili i sms, które dostawałem później, choć spokojnie mogłem pójść z nimi do HR. Niedawno dowiedziałem się, że wyleciał, bo był zbyt pretensjonalny i podpadł paru innym osobom w firmie, położył kilka ważnych tematów i ciągle krzywił się z niezadowoleniem, że musi tłumaczyć się ze swoich decyzji, bo przecież w tytule ma manager i sam wie najlepiej co robi. Mój mail podobno przelał czarę goryczy i pomógł ‘’górze’’ podjąć decyzje o jego zwolnieniu. Miałem moralnego kaca bo akurat tej nocy przyśniło mi się jak brałem go pod prysznicem…
I tak oto zyskałem wroga na całe życie, w końcu między miłością a nienawiścią przebiega bardzo cienka granica. Na wszelki wypadek wszystkie maile wysłałem na prywatna skrzynkę – gdyby kiedyś niespodziewanie potrącił mnie na ulicy samochód a sprawca uciekł – będą wiedzieć, kogo sprawdzić od razu…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 16 Komentarzy

Zataczam krąg

Kilka dni w Kolonii a potem w Paryżu sprawiły, że po raz kolejny zacząłem baczniej przyglądać się swojej relacji z M, dochodząc do różnych, ale głównie krytycznych wniosków.

Prawie 20 lat temu, kiedy pierwszy raz w życiu przyjechałem do Paryża i była to moja pierwsza wyprawa na Zachód, wróciłem odmieniony, pełen zachwytu, że gdzieś indziej może być inaczej barwniej i krzykliwiej, wtedy na niewiele z tego bogactwa różnorodności mogłem sobie pozwolić, ale tamto wrażenie, jako nastolatka pozostało we mnie na zawsze. Wtedy też był grudzień, zbliżała się zima i wypadał akurat Mikołaj. Marzyłem żeby kiedyś tu wrócić i móc skorzystać z wszelkich atrakcji, na które przyjdzie mi tylko ochota, żeby było romantycznie, kolorowo i jeszcze by spędzić ten czas z kimś bardzo bliskim. Odczuwałem to trochę jako dziejową niesprawiedliwość że musiałem się ograniczać i mogłem tylko marzyć. No i oto jestem, 20 lat później, mieszkamy w pięknym hotelu w centrum miasta, otaczają nas piękne przedmioty i dodatki, jest luksusowo i jest ze mną M a ja nie odnajduję się w tym.
Może nie ma we mnie już tamtego dziecka zatraciłem wrażliwość młodego człowieka zatarła się bajka, magia i mit.
Mam ochotę mu wykrzyczeć jak byle, jakie jest cokolwiek jest między nami, jak śmieszny i nieznośny mi się wydaje, gdy zachowuje się jak egzaltowany i nadmuchany dupek. Chudy kurdupel z kościstym tyłkiem, który na całym ciele nie ma ani jednego włoska, bo depiluje się staranniej niż baba.

Egzaltowane zachowanie aktorki jest irytujące, tak jak misternie tkane metafory nie mające większego sensu. Czasem mam wrażenie, że stają naprzeciwko siebie dwa światy, dwie kultury które nigdy się nie spotkają i nigdy się nie porozumieją, ludzie dla których te same słowa znaczą zupełnie co innego i kojarzą się z czymś innym. Jestem mocno w niego zaangażowany, ale od czasu do czasu dręczy mnie niepewność, czy dobrze go znam. Porozumiewamy się po włosku, lecz nie mówię w nim w takim stopniu, by wyrażać bardziej skomplikowane myśli i uczucia.
M drażni mnie swoim egzaltowanym i pompatycznym zachowaniem. Na dodatek czuje się wykorzystywany. Pretensjonalnie zachowuje się w sklepie i restauracji, rozmowa i przebywanie z nim przestaje być zwykłą przyjemnością a zaczyna mnie drażnić pozerstwem i manierą. Jeśli idę do restauracji mam ochotę spędzić miło wieczór niekoniecznie szukam dodatkowych atrakcji i okazji do zaspokojenia dodatkowych potrzeb psychologicznych.
Mijamy się rozmawiając ze sobą, jak i rozmawiając o naszych planach. To okrutne, ale mam ochotę powiedzieć mu a chuj – na urlop zostaniemy w domu, czy my musimy trzy razy w roku wyjeżdżać na wakacje, za które płace ja. Nasi znajomi, którzy pojechali z nami do Kolonii tez czuli się nie swojo, gdy M trajkotał na okrągło o tym gdzie był, co jadł, co kupił, co widział i gdzie pojedziemy razem za rok. Sztuczne i liche wydaje się to moje przez lata budowane szczęście, wszystko wokoło wydaje się nie mieć dziś sensu. Na dodatek uzurpuje sobie prawo do bycia specjalistą niemal we wszystkich dziedzinach: od kuchni francuskiej, smaku szampana, po kulturę, sztukę i modę.
W marcu z okazji urodzin mamy lecieć na Mauritius i strasznie mnie kusi, żeby pod byle pozorem odwołać ten wyjazd i postawić M przed koniecznością wytłumaczenia się przed naszymi znajomymi, że wyprawy nie będzie.
Prześpię się z tym jeszcze jedną noc może jutro spojrzę na to wszystko inaczej, może to moje urojenia, kompleksy albo przemęczenie pracą i znużenie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Lenistwa ciąg dalszy

Po przylocie do stolicy Omanu pierwsza powitała nas sieć komórkowa…

Mocnych i niezapomnianych wrażeń przybywającym na Półwysep Arabski turystom dostarczają publiczne toalety: zwykle z dziurą w podłodze, bez papieru toaletowego za to z długim gumowym wężem. O zgrozo, co mogłoby się zdarzyć gdyby przyszło człowiekowi mieć sytuację awaryjną i kierowany wyższą koniecznością skorzystać z takiego przybytku w pozycji kucanej będąc po kilku głębszych…

Tych parę dni spędziliśmy pod znakiem obfitego rozpieszczania podniebienia. Przypadkiem trafiliśmy na przepyszne libańskie specjały i wstyd przyznać, ale zajadaliśmy się nimi do granic obżarstwa.

Jednego wieczoru złapała nas ulewa tak silna, że po kilku minutach ulicami zaczęły płynąć strumienie wartkich potoków. Burza trwała może kilkanaście minut, ale zdołała wyrządzić sporych szkód, utrudnić zwykle przechodzenia na drugą stronę ulicy a wśród przechodniów wzbudzić niezrozumiałą trwogę, bo wszyscy zmuszeni byli brodzić po kostki w wodzie.

Adil – nasz przewodnik, bardzo skory był do dzielenia się informacjami na temat swojo kraju i kultury, swobodnie opowiadał na nasze najdziwniejsze pytania a ja wyczuwając podatny grunt pytałem go o wszystko, czego nigdy nie odważyłbym się zapytać Muzułmanina. I tak dowiedziałem się (ba! nawet zobaczyłem), co nosi się pod diszdaszą (krótkie spodenki), czy młodzi Muzułmanie chodzą na randki (jasne), czy uprawiają seks przedmałżeński (jasne, młodzi faceci często udają się w tym celu do Dubaju), czy piją alkohol (tak, bo jest ogólnodostępny, w naszym Radissonie w barze widziałem Omańczyków w tradycyjnych strojach sączących piwo), gdzie chodzą na balety (Dubaj), jakie filmy puszcza się w omańskich kinach (egipskie komedie i wszelakie bollywoodzkie produkcje), czy używają prezerwatyw i żeli intymnych (tak, widziałem je na półkach na stacjach benzynowych w widocznym miejscu tuż obok papierosów).

W naszym hotelu zatrzymała się obsługa pokładowa Swissa – nieświadomie spędziliśmy ze sobą cały dzień opalając się przy basenie, raz po raz zerkając i mierząc siebie nawzajem wzrokiem, by wieczorem spotkać się znowu przy wejściu do samolotu – tym razem jednak kompletnie ubrani i wypacykowani, a wymieniając zdawkowe powitania czuć było bardzo zabawną konsternację.

Przejechaliśmy Oman wzdłuż morskiego wybrzeża poprzez Wadi Shab docierając aż do malowniczego Sur, zatrzymując się na lunch pod gołym niebem, nad skalnym urwisku gdzie Adil rozłożył wzorzystą matę, na której rozstawiliśmy wcześniej zakupione produkty – lekkie wiaterek, słońce, szum morza, piękny widok po prostu sielanka. Choć podróż w jedną stronę zajęła nam prawie trzy godziny dodatkowo odwiedziliśmy Nizwę i kanion Wadi Nakhr.

Na obiad zatrzymaliśmy się w lokalnej restauracji o podwyższonym standardzie dla turystów serwującej specjały kuchni arabskiej. Z powodu wysokiej temperatury w pomieszczeniu pełno było much gigantów, które bezustannie brzęczały nam nad głowami. Gdy ktoś z obsługi wyjął Raid Pif Paf i rozpylił go tak ze niewidzialna substancja pokryła talerze, szklanki, kubki, sztućce, którymi mieliśmy spożywać nasz posiłek, pospiesznie podziękowaliśmy i ewakuowaliśmy się stamtąd, czym prędzej…

A ten weekend spędzamy z M wspólnie w Kolonii i choć leje, wieje i jest nieznośnie zimno zwiedzamy świąteczne jarmarki i nic nam ze złej pogody…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 6 Komentarzy

Antygona w Muskacie

Adil – nasz wynajęty przewodnik przywitał nas rano w hotelowym lobby w tradycyjnej, sięgającej ziemi diszdasze z obowiązkową okrągłą haftowaną czapeczką kumma. Kumma nie jest typowa wyłącznie dla Omanu – nie widziałem takiego nakrycia głowy w innych krajach arabskich, ale spotkałem się z nią 2 lata temu na Zanzibarze.
Po śniadaniu pojechaliśmy na zwiedzanie Muskatu, jednego z nielicznych miast, które zachowało autentyczny urok Orientu. Trasa wiodła przez Wielki Meczet, Muzeum Bait al-Zubair, spacer po nadbrzeżu Corniche z portem, kryty targ suk w Mutrah pachnący kadzidełkami i przyprawami.

Typowa architektura starego Omanu to domy z gliny, parterowe lub jednopiętrowe budynki, z małymi oknami z drewnianymi i misternie rzeźbionymi kratami oraz solidnymi masywnymi drzwiami, bogato zdobionymi a czasem nawet ręcznie rzeźbionymi, ćwiekami.
Kraj wydaje się bardzo malowniczy i atrakcyjny dla turystów. Po nie tak dawnym otwarciu się Omanu na świat tutejsze władze zaczęły promować turystykę, niekoniecznie jednak tą masową, bo na ulicach nie spotyka się tłumów zarośniętych głośnych i pijanych obdartusów czy półnagich kobiet. Takie podejście z jednej strony ogranicza dostęp do tego kraju mniej zamożnym turystom, z drugiej pozwolić to dłużej zachować naturalną egzotykę tego miejsca.

Zbudowane w niedalekiej przeszłości asfaltowe autostrady Omanu wytyczono wzdłuż dawnych karawanowych szlaków. Tych szlaków strzegą obronne wieże zbudowane zazwyczaj na małych wzniesieniach, górują ponad zielenią daktylowych palm, dominują ponad przesmykami między stromymi zboczami gór. Na terenie meczetu w centrum informacji islamskiej można wypić kawę po omańsku – nalaną z dużego mosiężnego dzbanka do małej, porcelanowej czarki. Podawaną bez cukru, ale za to z wyczuwalnym dodatkiem korzeni. Siedzi się na kobiercach pokrywających podłogę, opierając się plecami o haftowane poduchy i pojadając świeże daktyle albo inne lokalne frykasy o konsystencji mordoklejki…

Alkohol jest ogólnie dostępny, nie tylko w hotelach. Po południu wróciliśmy do hotelu zająć się nic nie robieniem. Dylemat Antygony: prażyć się na leżaku i być gnębionym przez chmarę much albo pływać w ziemnej wodzie w hotelowym basenie, ale nie odganiać się bez przerwy od fruwającego i brzęczącego wkoło robactwa…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

chwila w świecie, którego nie znam

Do Rijadu odlatywaliśmy z bramki B60, nieźle zamaskowanej w plątaninie korytarzy, jakby ukrytej jeden poziom pod ziemią frankfurckiego lotniska. Niby podróżnik, światowiec i oblatywacz a dwa razy mijałem właściwe wyjście aż w końcu podążając za znakami ‘’akwarium dla palących’’ dotarłem do miejsca, które wyglądem przypominało bardziej hangar niż terminal na międzynarodowym lotnisku. Niektórzy współpasażerowie wyglądali bardzo apetycznie, nigdy nie myślałem, że młodzi zeuropeizowani Saudyjczycy ze świdrującym i przeszywającym człowieka spojrzeniem mogą wywołać we mnie tak silne reakcje seksualne i stymulować fantazje, zwłaszcza po intensywnej i forsownej nocy, która zasadniczo powinna pozbawiać mnie wszelkich napięć wewnętrznych…

Kolejne spostrzeżenie – w samolocie nie było prawie kobiet, nieliczne leciały z nami do Omanu, do Arabii Saudyjskiej łatają głównie sami mężczyźni. Przy wyjściu z samolotu stewardessy zbierały alkohol i kolorową prasę. Pasażer, który zaryzykowałby znalezieniem przy sobie alkoholu, oraz czegokolwiek, co mogłoby zostać uznane za sprzeczne z zasadami islamu typu publikacje, dewocjonalia inne niż islamskie, mięso wieprzowe, alkohol oraz pornografię musiałby liczyć się z surową karą grzywny, ‘’misiem’’ w paszporcie, jeśli nie dotkliwszą karą cielesną. W tłumie pasażerów dostrzegłem jedną kobietę, w czarnej abaji, z szalem na głowie, trojgiem dzieci, obwieszona zlotem jak choinka i torebką Louis Vuitton bezsprzecznie oryginalną…

Opublikowano Brak kategorii | 5 Komentarzy

w drodze do krainy na O

Od dobrych kilkunastu miesięcy próbuje namówić młodszego brata żeby wpadł do nas na weekend, zadanie nie jest to łatwe, bo brat zwany w rodzinie niuńkiem jest delikatnie rzecz ujmując przez rodzinę rozpuszczony i nawet darmowy wikt i opierunek plus bilet na samolot w prezencie od starszego brata nie są wstanie przekonać go do odwiedzenia mnie w krainie Heidi choćby na kilka dni. Jeśli bilet i propozycja weekendu w Lozannie okazały się niewystarczającą zachętą wytoczyłem silniejsze działa i zaproponowałem spotkanie w Omanie, na co mój umiejący kalkulować brat przystał bardziej ochoczo. Bo grunt to wyciągnąć mocny argument…
Wyruszyliśmy wcześnie rano, dotarliśmy właśnie do Rijadu i czekamy na przesiadkę do Muscatu..
W dzieciństwie pamiętam, że zdarzało mi się grać z kuzynami w Państwa-Miasta. Stąd pamiętam, że jedynym państwem na literę O jest Oman…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 5 Komentarzy

gdzie słońce świeci przez 300 dni w roku

Zima zbliża się coraz szybszymi krokami, ale tam przyjemnie praży słońce, kwitnie życie, plaża, morze i spacery pośród stylowych uliczek… Lubię morze. Jeśli miałbym kiedyś kupować jeszcze mieszkanie to koniecznie gdzieś nad morzem albo chociaż nad jeziorem, bo widok otwartego akwenu bardzo pozytywnie mnie nastraja. Pięknie byłoby móc zamieszać kiedyś na południu Francji, na razie mogę jedynie migrować z kapryśnej pogodowo Szwajcarii wprost do tego raju, w niespełna 3 godz i 18 minut godziny od momentu wyjścia z domu. Antibes – piękne miasto, pięknych i bogatych ludzi, koniecznie właścicieli jachtu, w zasadzie nie widać żebrzących. W Nicei po promenadzie biegają atletycznie zbudowani mężczyźni z nagim torsami, aż trudno nie patrzeć…

133-3

W Szwajcarii zrobiło się już brzydko i szaro, na dodatek w pracy zawalony zostałem papierkową robotą, dlatego namówiłem K na wspólny długi weekend. Nie robiliśmy nic specjalnego poza oddawaniem się zwykłym przyjemnościom, celebrowaniem codziennych czynności, spacerowaniem bez celu po promenadzie des Anglais raz po raz zatapiając się w zawiłych uliczkach śródziemnomorskich miasteczek. Przemierzyliśmy trasę Monako, Cap Ferrat, Villefranche, Nicea, Antibes, Cannes i Saint Paul. Towarzyszyły nam pejzaże pełne kwiatów, długie, piaszczyste albo kamieniste plaże, urokliwe zabytki, galerie, zapachy Prowansji i charakterystyczne prowansalskie domki, które urzekają każdego, kto przybywa do tego regionu…
Zatrzymaliśmy się urokliwym hotelu Massena, który swoim wyrazistym wystrojem bardzo różnił się od typowych sieciowych hoteli. Nie obyło się bez zabawnych sytuacji: w Monako, w Cafe de Paris vis a vis kasyna Monte Carlo próbowaliśmy zamówić po lampce bąbelków, niestety tego wieczoru akurat szampan im wyszedł…
K kręciła głową na widok lokalnych cen produktów, podczas gdy ja skrycie dziękowałem losowi za szczęście zarabiania we frankach. Łatwo i szybko przyzwyczaiłem się, że mogę pozwolić sobie na kupowanie rzeczy, które mi się podobają albo sprawiają mi przyjemność bez konieczności przeliczania wszystkiego na złotówki albo inną walutę. Jak stwierdziła R: mieszkając i pracując w Szwajcarii wszędzie wydaje się być tanio i sporo w tym prawdy.
Fajnie jest móc po prostu wyjść z domu, zabrać najbliższą osobę ze sobą i spędzić parę beztroskich chwil w takim miejscu, bez obawy, że zrujnuje to twój domowy budżet. Zdaję sobie sprawę, że nie jest źle, mam poczucie stabilizacji zawodowej i osobistej, choć mam o wiele więcej rzeczy na głowie. Z perspektywy lat nie zmieniło się tylko jedno, wiem że mogę liczyć tylko na siebie, inni mogą starać się jak mogą, ale nigdy nie będę miał pewności, że nie zawiodą i że zawsze przy mnie będą…
Ale żeby nie było że tylko podróże, bicie piany i pseudo filozoficzne głupoty mi w głowie – zapisałem się na kurs językowy. Razem z V zmobilizowaliśmy się i każdy dzień rozpoczynamy od prywatnych lekcji włoskiego. Znowu musze się przestawić do wstawania o 6 rano. Potem szybka kawa w Starbucksie i punkt 8.00 zaczynamy. Zapisałem się po, to żeby zrobić coś ponad. Bardzo dobra znajomość języka nie jest mi bezwzględnie potrzebna, ale chodziło mi o zrobienie czegoś dla własnej przyjemności. Przyjemności, bo te lekcje nie polegają na żmudnym powtarzaniu deklinacji i koniugacji, a raczej na kupowaniu biletów kolejowych na pociąg do Rzymu, wymianie uprzejmości, zapraszaniu się do restauracji, kina, teatru czy wcielaniu się w inne, równie przyjemne sytuacje, mające mało wspólnego z tym, co spotykało mnie w przeszłości na lektoracie z włoskiego.. Może i M mógłby mnie uczyć za darmo, ale nie bez powodu mówi się, że szewc bez butów chodzi, M stracił do mnie cierpliwość -jeśli czegoś nie zrozumiem za pierwszym razem albo pytam o rzeczy, które dla niego są oczywistą oczywistością a dla mnie nie mają wyraźnej reguły macha tylko ręką ze zrezygnowaniem albo wali obuchem między oczy, że jestem odporny na wiedzę.
Poza tym jest jeszcze coś – ile razy kończę zajęcia i 9.15 wchodzę do biura jestem pozytywnie naładowany energią, mam poczucie fajnie, bo pożytecznie rozpoczętego dnia, a poza tym to naukę języka mogę odpisać sobie od podatku…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 9 Komentarzy

Zrozumieć fascynacje Szwajcarią

W Szwajcarii chodzenie po szlakach turystycznych bez odzieży nie jest nielegalne, ale kantony mogą indywidualnie wprowadzać zakaz takiego zachowania. Karę na mężczyznę nałożył najpierw sąd w kantonie Appenzell Ausserrhoden a potem Szwajcarski Trybunał Federalny podtrzymał karę grzywny w wysokości 100 franków. Sędziowie uznali, że paradowanie po szlakach turystycznych w stroju Adama jest obrazą moralności publicznej.
Teraz wszyscy dowiedzą się, co robię w weekendy, niektórzy mieli tylko podejrzenia, a teraz wiedzą na pewno…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 5 Komentarzy

Gdzie pieniądze nigdy nie śpią…

1. listopada zastał mnie w tym roku daleko od domu. Nie Singapur, nie Tajlandia i nie groby najbliższych były mi w głowie, z wynajętym przewodnikiem wybrałem się na cały dzień do Brunei. Dla mnie to taki mały, bardzo bogaty, ociekający zlotem pochodzącym z ropy naftowej sułtanat, rządzony twardą ręką przez swego pana.
Z Miri autem jechaliśmy prawie 3 godziny po drodze mijając szyby naftowej, puste nieużytki a czasem piękne ogromne wille. Sułtana czci się tutaj jak władcę absolutnego, słychać to w wypowiedziach lokalnych ludzi wyrażających się o nim per his majesty albo his highness.
Spodziewamy się przepychu i bogactwa już na granicy. Brunei włada sułtan Bolkiah jeden z najbogatszych ludzi świata. Przejście graniczne mieści się jednak w skromnym baraku. Kobieta w mundurze i chustce na głowie wbija mi do paszportu pieczątkę upoważniającą do pobytu w Brunei przez 30 dni. Żeby legalnie móc wwieźć alkohol trzeba podstemplować jakąś żółtą kartkę, bo w kraju obowiązuje całkowita prohibicja, jedynie turyści mogą wwozić mocny alkoholu. Oficjalną i ściśle przestrzeganą religią jest islam. Zewnętrznym tego objawem są liczne meczety, chusty na głowach kobiet i zakaz sprzedaży alkoholu.
Do stolicy Bandar Seri Begawan jedziemy dwupasmową autostradą, 100 km pokonujemy w 2 godziny. Za oknem nie widać zabudowań, tylko różne odcienie zieleni, większą powierzchnię kraju zajmują wilgotne lasy równikowe, których nie wolno eksploatować. Wybrzeża porastają lasy mangrowe, gdzie żyją małpy z długimi, mięsistymi nosami. Nie widać riksz, skuterów tuk tuków czy rowerów tak charakterystycznych w krajach azjatyckich. Miasto wygląda skromnie. Poza dwoma pięknymi meczetami i paroma centrami handlowymi o imponującej architekturze, kapiącymi od złota, nic nie rzuca się w oczy. Wręcz przeciwnie w centrum zaskakują czasami rozsypujące się elewacje domów, dziurawe ulice i chodniki, sterty śmieci na skwerach. W Brunei nie ma taksówek, bo każdy ma własne auto, państwo dofinansuje także mieszkania i domy, edukacje i opiekę zdrowotną.

Śnieżnobiały meczet sułtana Saifuddiena to symbol Brunei. Kopuła głównego budynku pokryta kilkoma milionami złotych płytek błyszczy w słońcu. Na sztucznej lagunie przed meczetem cumuje kamienna, bogato zdobiona kopia ceremonialnej łodzi królewskiej. Widok jak z bajki.

Drugi największy w kraju meczet poświęcony jest aktualnemu władcy. I jego kopuła inkrustowana jest 24 karatowym złotem. Ruchomych schodów prowadzących na piętro do głównej sali modlitewnej używa tylko sułtan i jego rodzina. Podłogi w meczecie są bardzo czyste, po salach chodziłem w białych skarpetkach, które po wyjściu pozostały nieskazitelnie białe. Na każdym kroku widać tradycję i religię, ale też nowoczesność: nowocześnie urządzone przestronne pomieszczenia, brak przepychu, klimatyzowane sale z najnowszymi zdobyczami techniki – sułtan nie żałuje pieniędzy i za to właśnie wszyscy go tutaj czczą. Ogólnie miasto jest bardzo czyste, pozostaje pod dużym wpływem religii islamskiej i nigdzie prócz hoteli nie można kupić nawet piwa. Ulice, place, pomniki, szkoły, szpitale niosą nazwę kogoś z rodziny Bolkiah. Wszędzie mnóstwo intensywnej soczystej bujnej zieleni.
Na drugim brzegu przecinającej stolice rzeki rozciąga się dzielnica Kampung Ayer – skupisko stojących na palach w wodzie domów. Do Kampung Ayer płyniemy z centrum motorówką. Wychodzimy na drewniany, chybotliwy pomost, którego liczne odgałęzienia tworzą sieć chodników. Przy nich parterowe, zbudowane z byle czego domki, pokryte spadzistymi dachami z bambusa lub trzciny. Przeraża widok rozpadających się budynków i odór unoszących się na wodzie śmieci. Sułtan postanowił uczynić z wioski żywy skansen.
W najciekawszym Muzeum Regaliów można obejrzeć m.in. rydwan, którym dawniej sułtan podróżował po kraju ciągnięty przez poddanych. Na znak szacunku dla jego regaliów i tutaj każą mi zdjąć buty – jest to obowiązkowe i ściśle egzekwowane przez strażników muzealnych.

Kolejną atrakcją to pałac sułtana – Istana Nurul Iman – niestety oglądam go tylko z zewnątrz, bo można go zwiedzać tylko przez trzy dni w roku, pod koniec ramadanu. Przewodnik mówi, że to największy pałac na świecie – ma 1800 pokoi i salę balową na 4 tys. osób. W pałacu mieszka ośmioosobowa rodzina sułtana i 600 służących. Otacza go wspaniały park widoczny tylko z drugiego brzegu rzeki. Sułtan podobno żyje w niewyobrażalnym przepychu, pośród złotych klamek i spłuczek w toaletach, cennych obić, klimatyzowanych stajni i garaży z setkami aut robionych na indywidualne zamówienie. Jego dom to Disneyland dla dorosłych tyle, że na jawie. Mam nadzieje, że jest szczęśliwy.

Otagowano , | 5 Komentarzy

I co ja robie tu…?

Gdyby ktoś zapytał mnie gdzie jestem odpowiedziałbym krótko – w dupie. Miałem z Kuala polecieć do Bangkoku, pobyt zaplonowałem sobie z wyprzedzeniem tak by znaleźć czas i prywatnie pozwiedzać Bangkok i okolice. Pora deszczowa miała się do tego czasu skończyć, pomyślałem – uszczknę cos dla siebie z tego krótkiego pobytu w Azji. Niestety w całej Tajlandii leje od 3 miesięcy, rzęsiście i bez przerwy, przy tym jest gorąco i parno, ogłoszono stan powodziowy, bo napadało tyle, że Chao Phraya wylała, woda nie nadąża spływać kanałami do morza. Zalane są peryferia stolicy, stacje metra, wiele dróg stało się nieprzejezdnych, kilka dni przed moim przyjazdem zamknięto lotnisko, w hotelach brakuje prądu, bieżącej wody, szwankują dostawy jedzenia i wszystkiego, co potrzebne jest do funkcjonowania obiektów gastronomiczno-hotelowych. Poradzono mi odwołać wszystkie rezerwacje bez ponoszenia jakichkolwiek dodatkowych kosztów i zmienić bilet na bezpośredni lot do Zurychu. Szkoda mi jednak było tych kilku zaplanowanych dni, chciałem zobaczyć cały ten tajski bajzel.
Wieczorem pojechałem, więc w ciemno na lotnisko w Kuala i zapytałem, dokąd mógłbym polecieć w ciągu najbliższej godziny lub dwóch… Wysłali mnie do Miri na Borneo -miała być plaża i jest, zapomnieli tylko dodać, że Miri to główny ośrodek wydobycia ropy naftowej w Malezji… Po dwóch godzinach lotu wylądowałem na lotnisku w malezyjskim stanie Sarawak, mój paszport wzbogacił się o kolejną pieczątkę wjazdową, stąd miałem już tylko 10 minut drogi do hotelu. Marriott SPA był prawie pusty nie licząc kilku uczestników konferencji dla nafciarzy. Poza tym cisza, spokój, widok morza z balkonu, olbrzymi basen, pool bar i SPA – w takich warunkach skwar i duchota nigdy nie mogą być straszne.
SPA w tej części świata kosztuje grosze a przez kilka godzin wypieszczą cię od stóp do głów, wymoczą w algach, eterycznych olejkach, wymasują i uklepią – po 6 godzinach wyszedłem jak nowonarodzony ze skórą intensywnie nawilżoną i gładką jak pupa niemowlaka. Od masowania, nacierania, wklepywania zrobiło mi się błogo, że w trakcie zabiegów zasnąłem i byłem w niebie. Kawowe scrub robi zrobił mi dobrze…

 

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 8 Komentarzy