Women dont share their emotions so that men can fix them

W drodze do Bostonu a potem i Waszyngtonu oboje spaliśmy jak susły. Po pierwsze pora wyjazdu była zabójczo wczesna a po drugie maraton, który sobie zapodaliśmy w Kanadzie i Nowym Jorku sprawił, że cierpliśmy na permanentne niedospanie.

Zobaczyliśmy kampus jednego z najstarszych amerykańskich uniwersytetów – Harvarda. Malownicze Cambridge sprawiło, że parokrotnie złapałem się na myśli jak fajnie byłoby móc tu w przeszłości studiować, choć z drugiej strony presja tego miejsca, ciągła rywalizacja o status społeczny o to, kto ma ile i kim są czyiś rodzice przybiera tutaj postać ekstremalną a takie wynaturzenie wcale mnie nie kręci. Pewnie moje kompleksy…

Miłe uczucie wrócić do Bostonu po latach. Zobaczyć jak kwiat amerykańskie młodzieży dba o swój rozwój psychofizyczny. Obowiązkowo na lunch zaserwowałem sobie clam chowder, by potem leniwie spędzić czas włócząc się po Quincy Market i Freedom Trail.

Boston to brama do Nowej Anglii i mnóstwo pięknych pozytywnych wspomnień. Długo nie chciałem tam wracać w obawie, że zobaczę jak wiele rzeczy zdążyło się tam pozmieniać, z resztą tamtych ludzi i tak już nie spotkam…
Waszyngton nie przypomina innych amerykańskich miast, jest względnie mały, ma niską zabudowę i w ogóle nie widać tam ludzi.

Zwiedzać całe na piechotę jest jednak trudno, bo miasto jest odpowiednio wielkie, a odległości do pokonania między atrakcjami spore. Stolicę stanowią promieniście odchodzące szerokie arterie, które łączą się w dwóch centralnych miejscach. Jedno z nich to Biały Dom, a drugi to Kapitol. Nie ma tutaj wielkich drapaczy chmur, zgodnie z ustaleniami utrzymuje się tutaj tylko niską zabudowę.
Jeśli ktoś lubi muzea to zachwyci go kompleks Smithsonian Institution, osobiście zaliczyłem jedynie National Air and Space Museum, bo fanem muzealnym nie jestem, a taki np. Lincoln Memorial wydał mi się o niebo ciekawszy. Poza tym przez cały dzień świeciło piękne słońce, więc szkoda było mi zamykać się w starych, klimatyzowanych murach.

Wzgórze kapitolskie i zlokalizowane wokół niego Kapitol, Biblioteka Kongresu i budynek Sądu Najwyższego robią naprawdę imponujące wrażenie. Przejazd Pensylvania Avenue, która symbolicznie i faktycznie łączy wszystko, co najważniejsze w mieście całkowicie zaspokoiły moją ciekawość jako turysty.

Dwa i pół dnia biegania po Nowym Jorku, jak kot z pęcherzem. K. obrała sobie za punkt honoru zobaczenie całej metropolii a tego zrobić się nie da. To była moja szósta albo ósma wizyta w tym mieście i wciąż nie śmiem twierdzić, że znam Big Apple na wylot.

K narzuciła nam ostre tempo, z którym bym sobie poradził gdyby nie nerwowa atmosfera, dąsy fochy oraz ataki agresji, które zupełnie odbierały mi chęć i motywacje dalszego duszenia się we wspólnym towarzystwie. Dwa razy miałem ochotę wykrzyczeć w jej stronę „fuck you chica, bujaj się sama”, bo nic się nie stało, że nie zobaczyliśmy Muzeum Guggenheima czy Brooklynu. W końcu to nie wyścig…

Niewątpliwą zaletą w wymiarze finansowym podróżowania razem K było to, że nie rozbijałem się często po mieście taksówkami, przeprosiłem się z shuttle busami oraz Subwayami, McDonaldsami i innymi śmieciowymi amerykańskimi jadłodajniami. Zaledwie raz udało mi się namówić ją na lunch w TGI Friday’s, który nowojorskim „Le Cirque” nie jest, gdzie przy każdym kolejnym kawałku kurczaka i liściu sałaty popijanych Long Island Ice Tea słuchałem gadania ile moglibyśmy kupić za to kanapek albo hot-dogów.

Kilka dni spędzone ze sobą pozwoliło nam lepiej się poznać i…lekko drążnica okazała się jej maniera ciągłego wychwalania swojej rodziny, rodzeństwa i stylu życia; nieustannie torturowano mnie opowieściami o wyszukanych gustach, dobrym smaku, wynajdowaniu smaczków, luksusach, górnych półkach czy innych perełkach. Jak dla mnie ci, którzy mają klasę, nie muszą nikogo o niej przekonywać. Nasłuchałem się o siostrze, należącej samozwańczo do elitarnego londyńskiego klubu, która baluje i bryluje tylko w najlepszych klubach, mieszka w lepsiejszej dzielnicy, urlop spędza w Biarritz albo na drogich malowniczych wyspach, jeździ na snowboardzie na flagowym, drogim sprzęcie, w stroju równie niszowej bardzo ekskluzywnej marki. Żeby nie zwymiotować od tej słodko pierdzącej papki potakiwałem od czasu do czasu głową albo odwracałem jej uwagę i szybko zmieniałem temat.
Czasami zupełnie się gubię: czy chce uchodzić za snobkę, dzianą panienkę z kasą swoich dzianych rodziców, czy za ekstrawagancką pannę, co to po mimo pieniędzy lubi ubierać się w szmateksach i stołować się w tanich barach, czy pragnie przeprosić wszystkich w koło za zbyt majętnych rodziców? Jakby nie miała pomysłu na samą siebie i nie potrafiła ostatecznie zdecydować czy posiadanie pieniędzy to zaleta czy wada. W konsekwencji przekaz, który wypuszcza w świat jest zafałszowany a facet, który by się nią zainteresował będzie musiał być przypadkiem klinicznym jak ona.
K potrafi być irytująca. Nie wiem czy to desperacja i ciśnienie, by zaimponować drugiej stronie czy jakiś wrodzony kompleks, ale cała otoczka wokół siebie wcale jej nie służy – wydaje się zupełnie niepotrzebna, a ona ma z tym ewidentny problem. Wcale nie dziwi mnie już, że nie może poznać żadnego faceta. Historiami o zaliczonych randkach może karmić ubogie dzieci, a ja wcale bym się nie zdziwił gdyby okazała się 33-letnią dziewicą…

Nie znam się na kobietach, ale nauczyłem się o nich jednego: trzeba pozwolić im mówić i wystarczy byleby je słuchać, kobiety nie zwierzają się ze swoich uczuć innemu facetowi po to, żeby ten próbował je naprawić.
Nasz hotel usytuowany między 48. a 3 Ave stanowił bardzo dogodny punkt wypadowy do pieszych wycieczek po środkowym Manhattanie. Trzy przecznice do 5 Avenue, jedna do Saksa i Rockefeller Center, kilka do Empire, sześć do Grand Central Station, pięć do Times Square, dziesięć do Central Parku.

W hotelowej recepcji przeżyliśmy dziwną sytuację, trafiliśmy na recepcjonistkę z Ukrainy, która najpierw za darmo przeniosła nas do wygodniejszego i większego suitu, by zaraz potem wprawić nas w konsternacje niedwuznacznym komentarzem o Żydach. Nie wiem czemu mnie to w ogóle dotknęło – z jednej strony staram się być poprawny politycznie i jestem wyczulony na wszelkie uprzedzenia rasowe czy wobec mniejszości narodowych, ale z drugiej strony robiąc zakupy w pseudo ekskluzywnym butiku w centrum Montrealu, obsługiwanym przez siedmiu kolorowych sprzedawców nie mogąc doczekać się obsługi sam ich przeklinałem pod nosem, gdy żaden nie raczył ruszyć swojej czarnej dupy. W Ameryce obsługa klienta urosła do rangi religii i takich sytuacji rzadko się doświadcza…

Moje zdjęcie sprzed lat na dachu WTC nabrało wartości historycznej po wydarzeniach z 11. września, teraz w Nowym Jorku, co najwyżej można wjechać na Empire State. Podejścia mieliśmy dwa, ale dopiero w noc przed wyjadę znaleźliśmy czas na tę atrakcję. Rzeczywiście widoki wspaniałe i niezapomniane, centrum Manhattanu wydaje się być bardziej bezpieczne niż kiedyś, praktycznie na każdym kroku spotykaliśmy policjantów albo mijał nas przejeżdżający patrol policji. Przy budynku FOX News i NBC na olbrzymich telebimach trąbili o niefortunnej wypowiedzi Obamy o polskich obozach zagłady.

K niestrudzenie trajkotała o swojej wyjątkowości, podczas gdy ja pochłaniałem bezmiar milionów świateł rozjaśniających nocą Times Square, czułam się jak na olbrzymiej dyskotece, bo wszędzie rozbrzmiewała głośna muzyka. Tłum przelewał się ulicami, samochody stały w korkach, sklepy były ciągle otwarte, a sprzedawcy nie mogli narzekać na brak klientów, mimo iż dochodziła północ. Tu dopiero widać jak Nowy Jork żyje nocą…

Powrót do Europy wydał się niesamowicie krótki, ledwo wystartowaliśmy z JFK, obejrzałem jeden film, podano obiad, przez godzinę próbowałem zmusić się do snu a już lądowaliśmy we Frankfurcie.

W pracy zmiany. Aktualnie zaprzyjaźniam się ze służbowym urządzeniem mobilnym, dostałem iPhona i chodzę teraz na niewidzialnej smyczy. Na razie ku wielkiej uciesze M, co chwilę odkrywam jego nowe możliwości, ciesząc się przy tym jak duże dziecko. Blackberry czy służbowej komórce dosyć długo się opierałem, a teraz wygląda na to że jedyne, co sobie jeszcze odmawiam to fackbook.
We wtorek do Zurychu przyleciała moja koleżanka z działu. Bez wdawania się w szczegóły – nie przepadamy za sobą bo osobiście uważam ją za ignorantkę – ale pracować ze sobą musimy. Na spotkaniu wyznaczonym w siedzibie linii Swiss w Kloten, przyjęli nas bardzo ciepło. L opowiadała o naszym kontrakcie i wszystko byłoby w porządku gdyby podczas negocjacji nie rzuciła tekstu o francuskich, szwajcarskich i brytyjskich… dolarach. Mina dyrektora sprzedaży była bezcenna.
Kolejne zaplanowany weekend przede mną. M zadręczony moimi opowieściami o wrażeniach i wyjątkowości Stambułu w końcu uległ moim namowom i zgodził się polecieć tam w najbliższy weekend. Taki przedsmak przed lipcowym urlopem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Broadway

O Nowym Jorku napisano już chyba wszystko, dlatego zupełnie pominę ten temat.
Całkiem nieplanowanie dwa kolejne wieczory spędziłem w… teatrze. Pierwszego w „Winter Garden Theater” obejrzałem Mamma Mia – pamiętam plakaty z San Francisco sprzed lat i niesamowite pragnienie by móc kiedyś zobaczyć ten spektakl, marzenie spełniło się dopiero teraz, po prawie 12 latach wreszcie było mnie stać załatwić bilet na Broadway i zakosztować nieodkrytej przeze mnie dotąd nocnej atrakcji Nowego Jorku. Poszedłem za ciosem i na drugi dzień na ulicy kupiłem bilet na Evitę… z Rickym Martinem.

Choć zobaczenie go w musicalu było przynętą, dla której skusiłem się wydać 160 dolarów na bilet, to po wyjściu z Marquis Theatre wcale tego nie żałowałem, ba nawet bez obecności Ricky’ego musical byłby świetny. Scenografia i choreografia były wprost niesamowite. Przy okazji odkryłem, że szeroko komentowany ostatnio w mediach jego idiotyczny wąsik idol-ciacho zapuścił dla potrzeb roli Che Guevery, w którą wciela się w przedstawieniu. Widać jak bardzo jest uwielbiany wśród latynoskiej i branżowej widowni, swoim pojawieniem się na scenie wywołał gorący aplauz, by potem już tylko świetnie wyglądać, śpiewać, tańczyć i grać, w przeciwieństwie do aktorki grającej Evitę, która jak dla mnie pokazowo spieprzyła dwie znane piosenki wykonując je z drażniącą ucho manierą i skrzeczącym głosem.
Osobliwe to uczucie oglądać musical o historii, która słyszało się kilka miesięcy wcześniej w miejscu prawdziwych wydarzeń.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Niagara czyli wielki spad wody

Niecałe 2 godziny drogi od Toronto znajduje się Wodospad Niagara. Po drodze zahaczyliśmy o lokalne winiarnie w tym własność Dana Aykroyda, by potem do końca dnia moc cieszyć oczy widokiem bezmiaru wodospadu. O ile podziwianie argentyńskiego Iguasu z każdego punktu widokowego zdawało się być istną drogą przez mękę w zabójczym upale i przy niesamowitej wilgoci wzmacnianej dodatkowo drobinkami wody niesionymi w lepkim powietrzu z rozpryskujących się na kamiennych kaskadach, o tyle podziwianie Niagary po stronie kanadyjskiej okazało się być prawdziwą bułką z masłem i żadnym skomplikowanym czy wyczerpującym wyczynem, infrastruktura turystyczna także była na o wiele wyższym poziomie. Jedynie decydując się na podpłynięcie małym stateczkiem pod kaskady ma się zagwarantowane całkowite przemoczenie
Prawda okazało się że kanadyjska strona wodospadu jest dużo bardziej atrakcyjna dla turystów, gdyż ma się z niej widok prosto na spadającą wodę kaskady amerykańskiej oraz dobry widok na kaskadę kanadyjską, choć ta jest z reguły częściowo zasłonięta obłokami kropelek, nieustannie tworzonych przez spadające masy wody.

Udało mi się przekonać K to lotu helikopterem i zanim się obejrzeliśmy byliśmy w powietrzu. I to bynajmniej nie wznosząc się jakimś tam łagodnym łukiem, ale dość szybko i gwałtownie osiągając wysokość. Widok był niesamowity, radość przepełniała całe płuca, choć była i druga strona medalu – zrobiło mi się niedobrze i myślałem, że niczym M latając nad Kanionem Kolorado zacznę zwierzać się papierowej torbie, bo tak trzęsło.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Niagara by the Lake, które swoją sielską atmosferą przypominało mi trochę Ogunquit czy Kennebunkport. Mała, bardzo zżyta ze sobą lokalna społeczność, każdy każdego praktycznie zna z imienia, zamieszkać tam a po kilku tygodniach przyjazne i niewymuszone dzień dobry mówi ci listonosz, policjant, pani na poczcie a nawet strażacy

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

w Toroncie jestem

Po Montrealu następnym przystankiem w podróży było Toronto.

Pięknie położone, nowoczesne miasto, z hotelem wprost przy Harbour View z widokiem na jezioro i Wieże CN. Stolica Ontario wydaje się być bardziej zrelaksowana, ludzie piękniejsi i zadbani, w kółko mija się kogoś biegającego, jeżdżącego na rowerze albo rolkach, czynnie uprawiającego sport. W ramach kolekcjonowania niezapomnianych wrażeń udało mi się zarezerwować stolik w 360 degree gdzie wieczorem przyszliśmy na kolacje. Widok na miasto niesamowity, dzięki obracanej podłodze siedząc przy stoliku można zobaczyć całe Toronto.

Pod każdym innym względem Toronto wydaje się ciekawsze i bardziej apetyczne, myślę że mógłbym być tu bardzo szczęśliwy.
Howgh!

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

wielka wyprawa

Po stosunkowo krótkim, bo niecałym 7 godzinnym locie wylądowaliśmy w Montrealu gdzie przywitała nas piękna pogoda, ostre słońce i 26 stopni w cieniu. Niespełna 20. minutowy przejazd do hotelu Marriott Cha Cha, gdzie tak naprawdę tylko rzuciliśmy walizki, by od razu wskoczyć do hotelowego basenu a dopiero potem ruszyć na miasto – dzięki temu zabiegowi oszukaliśmy zmęczenie, wytrwaliśmy spokojnie do wieczora i najzwyczajniej w świecie położyliśmy się spać.

To moja druga wizyta w tym mieście, pierwsza w porze letniej i miasto wydaje się o niebo ciekawsze teraz niż w zimie przy temperaturze -30. Pewny siebie, że znam centrum narzuciłem nam kierunek spaceru i najpierw o mało nie wpakowałem nas pod auto taksówki myląc światła dla przechodniów ze światłami dla kierowców, a na koniec otwarcie przyznałem się, że chyba nas zgubiłem. Orientacji w terenie 0, ale całą winą obarczyłem zmianę strefy czasowej.
Po mimo późnej wieczorowej pory powietrze wydawało się ciężkie a mnie po plecach, co jakiś czas spływały grube krople potu. W nocy było oberwanie chmury.

Quebec czyli miejsce gdzie zwęża się rzeka, jest niesamowicie malownicze, prawdziwa perełka i nie dziwię się, że rok rocznie przyciąga rzesze turystów. Quebec jest dokładnie taki jak małe i urokliwe miasta we Włoszech czy Francji, a Kanadyjczycy bardzo się nim podniecają, bo rzeczywiście różni się od całej reszty.
Miasto wzięło to, co najlepsze z kultury francuskiej i brytyjskiej tworząc unikatową mieszankę architektury i stylu.
Mam wrażenie, że tutaj jest bardziej francusko niż nad Sekwaną, mieszkańcy niechętnie mówią też po angielsku a niektórzy nawet go nie znają…
Na wąskich uliczkach sprzedaje się indiańskie pamiątki, ale z łatwością znaleźć można np. piekarnie oferujące europejskie pieczywo, dobra kawę i francuskie ciasteczka.

Ogólne wrażenie z Quebecu to odczuwalna duma rozpierająca jego mieszkańców z tego kim są – w końcu są u siebie, byli w Kanadzie przed Anglikami. W Quebecu jest więcej flag prowincji Quebec, niż tych kanadyjskich, nawet wina, mają napis ‘’Product of Quebec’’. Francuska kultura, tożsamość w Kanadzie, to tutaj naprawdę niesamowita sprawa…
Z Montrealu przejechaliśmy prawie 300km, po drodze ładując się w gigantyczny korek, który sprawił że podróż zajęła nam ponad 4 godziny. Droga do Quebecu, to lasy, lasy i jeszcze raz lasy kilkadziesiąt kilometrów bez żadnych osad ludzkich, taka niezagospodarowana przestrzeń robi wrażenie. W Kanadzie o powierzchni 10 milionów km kwadratowych mieszka tylko 33 miliony osób, na ale wczoraj do Quebecu gnały chyba wszystkie auta…
Montreal jest wprawdzie o wiele większy, głośniejszy, bardziej znany, popularny, dynamiczny i kosmopolityczny, jednak ma jedną cechę: dzieli go między siebie ludność anglojęzyczna i francuskojęzyczna. 250 kilometrów na północny wschód od Montrealu angielskiego już nie uświadczysz. Doświadczysz za to prędzej czy później z pewnością demonstracji niezależności „quebecois’’. Quebecois wydają się czasem nawet bardziej francuscy od samych Francuzów – uparcie na znakach stopu wypisują francuskie ARRET. Quebecois często w ogóle nie znają angielskiego, chociaż nierzadko mieszkają kilka lub kilkanaście kilometrów od granicy z prowincją Ontario, albo nawet w samym Montrealu. Quebecois będą zawsze podkreślać, że są Quebecois, a nie Kanadyjczykami.

Quebec City gdzie się nie obejrzysz widzisz charakterystyczną lazurową flagę prowincji, przedzieloną białym krzyżem, z czterema białymi liliami. Główną atrakcją architektoniczną miasta Quebec jest Chateau Frontenac – hotel sieci Fairmont. Aby spędzić tutaj noc należy przygotować, co najmniej 300 dolarów. Zamek jest popularnym miejscem spędzania nocy poślubnych. A Montreal? Montreal jest inny niż w zimie, gdy jest cieplej ludzie wychodzą na ulice zamiast skrywać się w podziemnych korytarzach sklepów. Miasto jednak jest wciąż nijakie, bezpłciowe i charakteru wydaje się nie mieć za grosz.
Howgh!

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

praca – dom – praca

Wyjazdy do domu kojarzą mi się z niewyspaniem, bardzo wczesnym wstawaniem i niesamowitym pędem. Przed wyjazdem jest zawsze mnóstwo rzeczy do skończenia, więc późno kładę się spać, żeby o 4 zerwać się z łóżka, spakować walizkę i zdążyć na pociąg do Zurychu. W samolocie zwykle śpię, żeby po wylądowaniu wyglądać na zrelaksowanego i szczęśliwego przyjazdem do rodzinnego domu.
Matka potrafi tylko pytać o to czy się wyspałem, czy chcę jeszcze ziemniaków i czy zrobić mi coś do jedzenia, ostatnio po każdym posiłku zachęca do skosztowania odchudzających batoników czekoladowych – zupełnie nie wiem gdzie ona wynajduje te bzdury.
Choć do Euro w Polsce jeszcze zostało jeszcze trochę rozegrałem dwa „towarzyskie mecze” – pierwszy zakończył się porażką, ale drugi zrekompensował nieudany początek letniego sezonu.
Po piątkowym traumatycznym zdarzeniu nie miałem potem bardzo ochoty na kolejne zajęcia wyrównawcze. W drodze do dentysty byłem świadkiem wypadku: taksówka potrąciła człowieka na przejściu, mężczyzna przeleciał mi nad głową tak że przez moment zakrył słońce, wyrwało go z butów a potem runął bezwładnie kilka metrów dalej – usłyszałem tylko głośny odgłos plasku, w obawie przed nieprzyjemnym widokiem wolałem nie patrzeć w tamtą stronę, bylem w szoku, na chwilę stanęło mi serce podczas gdy w stronę poszkodowanego rzucili się przechodnie i kierowcy.
W Szwajcarii długi weekend, ale pada. Wieczorem lecę na konferencję do Dublina. Organizator opłacił mi hotel na cały weekend, przelot, jedyne do czego musiałem się zobowiązać to 15 minutowe wystąpienie na forum.
Moje wystąpienie na konferencji bardzo się podobało, po prezentacji zadawano mi mnóstwo pytań a podczas wspólnego lunchu zamiast w spokoju zająć się plądrowaniem uginających się od ciężaru smakołyków stołów, wciąż odpowiadałem na pytania i brylowałem towarzysko.

Organizator zatroszczył się o moją wygodę oferując mi bardzo komfortowy i przestronny pokój. Dodatkowy pokój jednakże był jak dla mnie zupełnie zbędny…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 7 Komentarzy

przez żołądek do serca…

Tę sztukę M zdaje się opanował do perfekcji i wciąż zaskakuje mnie nowymi wcieleniami tradycyjnej włoskiej pizzy…

Otagowano | 4 Komentarze

quo vadis czyli sabbatical i inne plany

W wolny sobotni poranek zatopiłem się w atmosferze krętych uliczek Chinatown, w sobotę na lokalnym markecie zjadłem tam pyszne śniadanie, obejrzałem widowiskowe wyścigi lodzi przy Marina Bay Sands, oglądałem mieszkania do wynajęcia i porównywałem ceny – dopiero wieczorem wracałem do Zurychu. Pogoda, choć dokuczliwa nie powstrzymała mnie przede wyjściem z klimatyzowanego pokoju hotelu.

Ostatecznie nie mam żadnej pewności czy mój plan w ogóle wypali i czy nie zostanie brutalnie zweryfikowany po tym jak w ostatnim tygodniu straciliśmy za jednym zamachem VP i dyrektora, sytuacja może odmienić się radykalnie, nowemu następcy mogą nie spodobać się moje plany i wszystko pójdzie w łeb.
K. zapytała mnie o plan B na przyszły rok, o plany na następne kilka lat i nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć.
W lipcu minie 5 lat odkąd zacząłem tutaj pracę, za wytrwałość dostanę w podziękowaniu od firmy 6 tygodniowy płatny urlop, który spożytkuję w styczniu na daleką wyprawę. Od kilkunastu tygodni w wolnych chwilach pochłaniam przewodniki po Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Wyspach Pacyfiku, Mikronezji, Azji Południowo Wschodniej zamęczając M pomysłami. M czasami żali się przed znajomymi, że ostatnią rzeczą, o której myśli po powrocie z pracy to gdzie spędzimy kolejne wakacje. W tej kwestii zdaje się całkowicie na mnie, bo wie, że dla mnie samo planowanie i wytaczania tras to już jakby początek eskapady i niesamowita frajda. Wybór jest trudny, bo tyle jest miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć a 6 tygodni to w sumie tylko 42 dni, miesiąc z hakiem, główkuję więc jak by tu nie przesiadać się w szalonym tempie z samolotu do samolotu, odwiedzane miejsca nie były zbyt jednostajne, pogoda nie była zbyt ekstremalna i żeby nie wracać tam gdzie już byliśmy…

Po powrocie chciałbym, zacząć myśleć o przeprowadzce. Jeśli nie na dłużej, to chociaż na kilka miesięcy, góra 2 lata i gdzieś gdzie będzie mi/nam się podobało. A może powinienem zacząć robić nowe studia? A może zacisnąć finansowo pasa przez rok a potem wybrać się w roczną podróż dookoła świata? Pomysł niegdyś szalony teraz wydaję się intrygujący i w zasięgu ręki. Hm, ja to mam właśnie takie problemy…
Jeszcze 5 lat temu mój plan był jasno określony i bardzo konkretny: zarobić i wrócić. Teraz myśl o posiadaniu trzech mieszkań i oszczędności na koncie bankowym, bliskości przyjaciół ale za to bez M. i kosztem udupienia zawodowego nie jest już taka kusząca. Odkąd pojawił się M. jego bliskość jest dla mnie bardzo ważna pomimo tego faktu, że mój pakiet moralny czasami szwankuje… Uparcie tłumaczę sobie, że mój związek nie musi być nadzwyczajny, tylko po prostu zwykły, dobry, mieć trochę wad i zalet. Gdybym wyłącznie myślał i planował rozsądnie nigdy nie zdecydowalibyśmy być i zamieszkać razem.
Czy to ma przyszłość? Nie wiem. Ale tego zaplanować się nie da, nie wiem co będzie jutro a co dopiero za rok czy kilka lat? Może za rok znowu wszystko wywróci się do góry nogami, wygramy w loterii albo stracę prace, znajdę nowe inspiracje albo zachoruję na białaczkę tudzież raka albo będę miał jakiś wypadek, może, może, może… Moje życie toczy się tu i teraz, gdybym miał zastanawiać się czy związek ma przyszłość pewnie nigdy bym się nie związał z M. a w życiu chodzi o to żeby mieć piękne wspomnienia
Aktualnie jestem w Berlinie w stanie dowyprzytulanym po wczorajszym meczu z czarnoskórym zawodnikiem z Zimbabwe, który potwierdził: po pierwsze, że niewątpliwie mam dobry gust, po drugie, chyba nie jest ze mną tak źle bo wciąż zachowałem w sobie silny zmysł samca zdobywcy – raz coś zdobyte przestaje mnie pociągać…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Singapur po godzinach

Four Seasons to moloch z kilkuset pokojami ulokowanymi na 12 piętrach, z sześcioma stylizowanymi windami i przestronnym monumentalnym foyer po przekroczeniu, którego odkrywa się klasyczną elegancję, nienaganną czystość, mnogość kwiatów i zieleni, stylizowane meble – człowiek czuje się przytłoczony wielkością i rozmachem a zarazem bardzo anonimowo.
Pierwszy raz zatrzymałem się daleko od Mariny i ścisłego centrum, zmuszony po kilka razy dziennie korzystać z taksówek pokonując Orchard Road tam i z powrotem. Taksówkarze wszędzie wydają się być tacy sami: nigdy nie mają wydać reszty i nie znają miasta.

Upał panował nieznośny, 32 stopnie i wysoka wilgotność, bez przerwy czułem kisiel w spodniach a po czole spływały mi grube krople potu. Wieczorem, zaraz po przylocie wybrałem się na Singapore Flyer, bo wstyd mi przed znajomymi i samym sobą, że jestem tutaj czwarty raz i ani razu nie znalazłem czasu żeby przejechać się ponad 160m, największym na świecie diabelskim młynem. Stamtąd przespacerowałem się wzdłuż Mariny aż do okolic hotelu Fullerton i pomnika pół-lwa pół-ryby.

Okolice Mariny nocą zdają się przyciągać różnej maści amatorów mocnych wrażeń szukających ”twardego resetu” wolnych strzelców chętnych wymienić pokemony z białym Europejczykiem… Z powodu wilgoci wszyscy chodzą mokrzy, ciało staje się lepkie od upału, feromony szaleją w powietrzu a słodki zapach powierza uderza w nozdrza z dwojoną siłą.
Pod względem towarzyskim w Singapurze na pewno bym się odnalazł, jeśli kiedyś byłoby mi dane osiąść tu na dłużej. 
Tylko do ciabatych Hindusów mam awersje, w miejscach gdzie jest ich najwięcej czuć intensywny zapach curry i kadzideł, w oczy kluje się wszechobecny bród i prowizorka; na ulicach, w sklepach, charakterystyczny zapaszek ludzkiej skory zmieszany z potem, odgłosy bekania, brudne czarne paznokcie na czarnych brudnych stopach w czarnych znoszonych klapkach, drażniąca melodia ich języka jakby gulgotania – od nadmiaru takich wrażeń robi się niedobrze.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

samochody, samoloty, pociągi do kwadratu

W Szwajcarii nie obchodzi się majowego długiego weekendu, święta i dni wolne uzależnione są od kantonu i tak np. w Bernie jest ich stosunkowo mało, do sierpnia wypada kilka wolnych dni, ale później pracujemy już bez przerwy aż do bożego narodzenia.
Od kilku dni pogodę mieliśmy w kratkę, czasami wychodziło słońce, ale częściej wiało i było przenikliwie zimno. Maj i czerwiec to miesiące intensywnej pracy, wszystkie terminy nałożyły się na siebie i krążę bezpańsko między Azją, Europą i Ameryką, domem w Szwajcarii i rodziną w Polsce, delegacjami, konferencjami i wizytami u dentysty, zmieniają się hotelowe pokoje i widoki zza okna. Gdyby nie M i jego pomoc nie wiem jak logistycznie udałoby mi się zorganizować i ogarnąć cały ten bajzel: brakuje mi czasu na podstawowe sprawy typu zakupy, pranie i zajmowanie się domem, we wszystkim wyręcza mnie ostatnio M.
W środę wyszedłem z biura przed południem, przeklinając pod nosem modem, który padł mi w domu ograniczając dostęp do interentu, pozwolenie na pracę w Szwajcarii, które niedługo straci ważność a ja nie mam nawet kiedy złożyć stosownych dokumentów i bezsilność, bo musiałem zdążyć na samolot do Singapuru a jeszcze czekało mnie pakowanie w trybie szybkim.
W samolocie, choć usilnie z tym walczyłem, motywowany przez przystojnych stewardów, którzy notabene wracali potem ze mną do Frankfurtu, spałem jak suseł. W Singapurze lądowaliśmy o 15.00 – bałem się bezsennej nocy spowodowanej nagłą zmianą strefy czasowej a nie lubię faszerować się niepotrzebnie chemią.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz