pakowanie

Pakowanie jak zwykle szło mi długo i opornie. Po powrocie z pracy zamiast od razu wziąć się do pakowania walnąłem się do lóżka, bo organizm domagał się regeneracji po nieprzespanej poprzedniej nocy…
Nie wiem czemu, ale nagle dopadł mnie stres a propos wyjazdu, na myśl przychodziły mi najgorsze scenariusze tego wyjazdu jakbym intuicyjnie spodziewał się czegoś okropnego…

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

wyjazd

Jednak lecę jutro rano do Londynu a potem stamtąd pociągiem do Yorku. 4 tygodnie w Wielkiej Brytanii. Święta też tam spędzę…

Przypadkowo okazało się ze w tym samym rejsem tyle, że do Bangalore leci mój dobry kumpel. Już się boję, że w samolocie będzie mi za wesoło…

W ogóle, jeśli chodzi o sprawy biurowe to się dzieje:

Kasia moherek dostała od szefa „zielone” światło by zaczęła szukać sobie innej position. Panna skacze z radości, ale sama jeszcze nie wie co chciałaby robić więc zamiast aplikować wzięła urlop i spaceruje po dzikich plażach nad morzem w nieśmiertelnym moherowym berecie i szuka natchnienia.

Panna z PPA zadurzyła się we mnie na maksa. Ciągle do mnie wydzwania, teraz nawet i na komórkę.. Dochodzi do takich sytuacji, że nachodzi mnie w moim dziale, jak nie wychodzę to czeka a potem ładuje we mnie niesamowite ilości czekoladek, ciast i innych łakoci. Jak tak dalej pójdzie będę wyglądał jak piłka plażowa. Nie wiem może ona lubi w łóżku takich miśków, którzy pogruchotaliby jej delikatne i kruche kości. Niezła z niej perwa i kto by pomyślał….

A takiego jednego u mnie w biurze ciągle widuje w towarzystwie jednej panny, oni tak fajnie ze sobą wyglądają. On taki wysoki, a ona taka mała – jakby się chcieli kiedyś pomiziać to ona nie musiałaby nawet klękać…

Opublikowano praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

njus

Zadzwonił Colin i powiedział ze mam nie lecieć do Anglii.
A ja mam już i bilet i hotel i rzeczy zacząłem przygotowywać, flaszki, fajki na całe 4 tygodnie, ustawiłem się na imprezkę w Londynie, nawet już w myślach kasę wydałem, co na wyjeździe mam niby zarobić a tu dupa blada…

W ogóle cała organizację naszego projektu to o kant dupy rozbić. Szefowa obiecywała suport, bo to niby taki ważny klient. W rzeczywistości nie dają ani laptoków, ani telefonów, w jednym z hoteli nie ma internetu, klient udostępnia nam sale konferencyjne ale tylko z siecią wewnętrzną, nie mam nawet pen-drive’a czy dysku zewnętrznego, ale dokumentacje to chcą żeby im przygotowywać na bieżąco, ze screenshotami, co dzień robić feedback wypełniając jebane tabelki dla Quality i jeszcze siedzieć co wieczór przez godzinę na call’u…

Tak… do pracy dadzą długopis i kartkę a ja im to będę wysyłał gołębiem pocztowym i będą mieli szczęście jeśli takiego jednego z drugim nie dopadnie po drodze ptasia grypa.

Pracujemy w koncernie IT, od pół roku trąbią, że projekt to mega deal a tu paranoja goni paranoję…

Wkurwiłem się na taką dezorganizację i wyszedłem wcześniej z pracy. Razem z ojcem poszliśmy na obiad a wieczorem wpadł do mnie na chwile kolega z pracy i skończyliśmy o 2 w nocy…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Znalazłem przeglądając jedną z internetowych galerii…

Pamiętam ten bar, bo ile razy jechałem na zakupy do Safeway albo szedłem na stację metra musiałem minąć to miejsce. Zawsze było tam tłoczno, zwłaszcza wieczorami nie dało się tamtędy przejść – w ciągu dnia wystawiali stoliki a pod wieczór cały chodnik był okupowany przez spragnionych zabawy ludzi.

Cafe Flore – dobra kawa i pyszne ciasto. Mogłem przyjemnie zaszyć się pod daszkiem z pergolą i patrzeć na przechodzących ulicą ludzi. Czasem niechcąco podsłuchiwałem rozmowy przy sąsiednich stolikach: głownie rozmawiano o modzie, byłych facetach i AIDS.

Safeway – tu pielgrzymowałem, co tydzień robić wypasione zakupy. Zawsze wracałem obładowany, bo moja natura skąpca nie pozwalała mi zmarnować okazji na wszelkiego rodzaju promocjach. A że 24 puszki coli swoje waży i musiałem jeszcze dźwigać je sam i że wyglądałem przy tym jak wielbłąd to zupełnie marginalna sprawa… Pierwsze naprawdę duże zakupy zrobiłem tam jak przyjechała do mnie z Reno W. Nie miałem już wtedy prawie żadnej kasy, wciąż nie miałem pracy i gdyby nie ona chyba wróciłbym do Polski.

Budynek jednego z uniwersytetów. Mija się go jadąc F-line wzdłuż Market Street w kierunku Castro.

SF by night – jak się czasem zagalopowałem to z Civic Center dochodziłem pod samo Embarcadero.

A ten super-pojazd robi najpierw za metro, jak minie Castro przechodzi w tramwaj przez całe Mission, a na koniec zamienia się w całkiem szybką kolejką podmiejską.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Magda P. – Odwiedziny pasibrzucha

Odwiedziłem wczoraj M…
Jak to bywa przy takich okazjach obrobiliśmy dupy naszym znajomym prześcigając się w wymyślaniu scenariuszy ich życia, obgadaliśmy plany zakupowe i wyjazdowe na najbliższe kilka miesięcy, obejrzeliśmy wszystkie zaległe zdjęcia z kilku poprzednich wyjazdów.
Na koniec wniosek nasunął się jeden – oboje musimy zacząć jeszcze więcej zarabiać bo dalej nie stać nas na te parę fajnych rzeczy które oglądaliśmy w sklepach.

M wtłoczyła we mnie strasznie dużo jedzenia a ja dodatkowo rozepchałem sobie żołądek figami i suszonymi bananami. W konsekwencji do domu wracałem turlając się jak piłka, ale było warto…

W sobotę lecę na kilka tygodni do kraju za kanałem, dostałem już błogosławieństwo szefa, bilet i potwierdzoną rezerwacje na hotel.
I jak tu narzekać?!

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

XXVII Przegląd Piosenki Aktorskiej

Zamiast świętować w męskim gronie St. Patric’s Day w jakimś przytulnym pubie na mieście wybrałem się na koncert.

Koleżanka wyciągnęła mnie na koncert w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Strasznie mi się tam podobało, w ogóle cały wieczór, oprawa, atmosfera, piosenki i oba koncerty. Wychodząc z biura nie miałem ochoty iść gdziekolwiek, na dodatek było zimno, kropił deszcz a ja byłem senny. Na miejscu jakby wróciła mi energia, zniknęło zmęczenie. Miałem super miejsce, blisko sceny gdyby tylko obok nie siedziała jakaś rozentuzjazmowana pinda, która próbowała zagadać mnie z każdym razem, gdy widziała na widowni kogoś znanego.

Do domu wróciłem grubo po północy. A ta koleżanka z pracy to chyba się we mnie podkochuje…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

hebany mnie wkurzają

Hindusi potrafią skutecznie podnieść mi ciśnienie.
Prowadzą świetne szkolenia pod względem merytorycznym i dydaktycznym. Poza tym są świetni jako koledzy z pracy, ale szlag mnie trafiał, kiedy przyszło do weryfikowania tego czego mnie nauczyli..
Odpytywali mnie jak w szkole. Za każdym razem, gdy widzą, że nie uczę się systematycznie i na bieżąco nachodzą mnie i nękają pytaniami: czy wszystko ze mną ok, czy mam jakieś problemy, dlaczego nie nauczyłem się rzeczy, które prezentowali dnia poprzedniego, czy czegoś wciąż nie rozumiem czy chciałbym spotkać się może z nimi po szkoleniu i jeszcze raz mieć szanse zadać dodatkowe pytania i rozwiać swoje wątpliwości – widać istniejące skoro nie przygotowuję się na bieżąco z poruszanej tematyki zajęć.
Nie rozumieją, że człowiek może chcieć uczyć się selektywnie i absorbować wyłącznie rzeczy, które go interesują i które mogą przydać mu się w jego pracy. Dla nich sprawa jest bardzo jasna i prosta: oni nauczają, więc ja się uczę, oni odpytują zadając bardzo szczegółowe pytania, ja odpowiadam na 100% pytań, oni odhaczają w swoim zeszycie „zaliczone” i się cieszą, ja się cieszę, ich manager się cieszy i mój także.
Na początku śmiałem się gdy widziałem ich miny, gdy słyszeli moje odpowiedzi, że czegoś nie wiem albo gdy odpowiedź była niepełna. Potem zacząłem się lekko stresować, bo zobaczyłem, że nie jest im zupełnie do śmiechu z faktu, że nie potrafię wymienić jednym tchem całego paska narzędzi w menu aplikacji, że nie znam po kolei funkcji w każdym z menu, że nie znam wszystkich sposobów na przywołanie funkcji systemu…
To śmieszne, ale czułem się coraz bardziej przypierany do muru i upokarzany tymi testami i ciągłymi pytaniami, co oni jeszcze mogą zrobić żebym wreszcie to wszystko spamiętał…

A co ja poradzę, że po pracy wracam do domu albo spotykam się z przyjaciółmi by się relaksować zamiast kuć przez noc jakieś pojebane i nikomu niepotrzebne wyliczanki. Wczoraj Sachindra zakomunikował, ze nie może mnie dłużej „kryć” i że będzie musiał pogadać z moim szefem. Jakaś paranoja…

Dziwnie ci ludzie rozumieją pojęcie profesjonalizmu.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Niedziela za miastem

Zabrałem Sachindre, Jayalakshmi i Somie na wycieczkę za miasto.
Chciałem pokazać im zamek na wodzie w Wojnowicach a potem zaprosić do siebie na kawę i ciasto. W drodze do mnie przeszło mi przez myśl, że nie będę miał dla nich wszystkich wystarczającej ilości par kapci do chodzenia po domu…
Jak weszli, pozbyli się wszystkich czapek, szalików, rękawiczek i płaszczy, potem zdjęli buty, skarpety i biegali po mieszkaniu boso… a na moje protesty odparli że oni tak zawsze…

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

roszady

Po pracy wyskoczyłem spotkać się z R jak reżyserem (tyle że niespełnionym).
Hindusi są sympatyczni – wciąż nie przestają mnie zaskakiwać – przyuważyłem, jak ręką wsypują sobie cukier do herbaty z mlekiem. Na szczęście mam też innych znajomych, którzy o mnie nie zapominają…

W Haggisie spotkałem się z K, potem dołączyła do nas cała reszta dawnego zespołu.
Z tego co opowiadali, mój były szef wyruchał kolejno każdego z nich, widać było frustracje i niezadowolenie, wreszcie przejrzeli na oczy i chcą coś z tym zrobić.
Znów byliśmy tamtym teamem sprzed kilku miesięcy…

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

SAP

Zostałem poinformowany, że mam przyjść w sobotę do pracy. Mam teraz tyle szkoleń, że obsunięcie się w czasie jednego, zagrażało terminom następnym. Nie żebym nie lubił się uczyć, ale liczyłem na miły (czyt. spokojny) weekend w domu.
Ten piątek wieczór planowałem od ponad 3 tygodni, niestety nie był tak udany i przyjemny jakbym się tego spodziewał. Najprościej mówiąc wyszła z tego absolutna porażka i najchętniej jak najszybciej bym o tym zapomniał. Nie chce nad tym za dużo myśleć, ale rozbiło się o stary jak świat schemat…Prawda boli i wcale nie czyni wolnym…
W sobotę rano jechałem do pracy struty i w podłym nastroju…

Szkolenie okazało się zbawienne w skutkach. Hindusi, którzy przyjechali nas szkolić zarazili mnie swoim pozytywnym usposobieniem. W efekcie po pracy pojechałem z nimi do hotelu a potem poszliśmy w czwórkę zobaczyć trochę Starego Miasta i Wyspę Słodową. Cała czwórka poraz pierwszy była zagranicą, zachwycali się wszystkim: innymi drzewami, kaczkami na Odrze, architekturą bloków mieszkalnych, markami aut, ludźmi na ulicach, napisami na budynkach, śniegiem…
Humory dopisywały nam przez cały czas. Na koniec poszliśmy do restauracji na kolację z okazji urodzin.
Zabawne było oglądać ich zachowanie…
Dhanalakshmi poraz pierwszy w życiu próbowała wina, piwa i toniku, kilka razy nawet pstryknęła sobie z tej okazji zdjęcie. W restauracji zamówiliśmy wyłącznie dania wegetariańskie a na dodatek wszyscy jedliśmy rękami. Kilka razy przyuważyłem jak dziewczyny rzucają resztki jedzenia na podłogę nie wiedząc, co z nimi zrobić. Zamiast palić się ze wstydu w myślach pękałem ze śmiechu.
Po takich wrażeniach jeszcze chętniej umówiłem się z nimi na niedziele. Tym razem poszliśmy zobaczyć Panoramę i to ja zaprosiłem ich na lunch. Znów było wesoło…

Jeśli kiedyś polecę do Indii będę miał świetnych przewodników.

Wczoraj znów przypomniałem sobie o tym, jak fajną mam pracę…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz