ciało czyli pojazd, którym podróżuję przez życie

Wydarzenia ostatnich tygodni dają mi do wiwatu i regularnie spędzają sen z powiek. W całej sytuacji pozytywne jest to, że w końcu nadeszła refleksja jak bardzo chciałbym by moje ciało, mówiąc metaforycznie, dopasowane było do tych wszystkich widoków jak na wakacyjnej pocztówce. Zaniedbałem się. Większość życia spędziłem w nie do końca dobrej komitywie z samym sobą, teraz mam wrażenie jestem bardziej kompatybilny, wyżej zawiesiłem sobie poprzeczkę, a raczej z pewnością wyżej niż kiedyś. Dieta zawsze była dla mnie pewnego rodzaju utrapieniem, teraz robienie czegoś dobrego dla siebie na dobre funkcjonuje w mojej głowie. Zawsze dbałem głównie o głowę, bo tam snują się plany i marzenia, w myślach ochrzaniam siebie, rozmawiam ze sobą. Do tej pory ciało tylko omiatałem wzrokiem. Muszę przyznać, że i tak moje umęczone ciało dało radę przez te wszystkie lata, funkcjonowało dobrze po mimo tego czemu było poddawane przez ponad 35 lat. Nie katuję się jednak i nie żyłuję.

Okrutnie spadła mi odporność, często czułem się zmęczony, chory i rozbity, notorycznie łapałem jakieś wirusy, źle sypiałem, przybrało mi się na wadze, twarz zrobiła się ulana i opuchnięta. Od maja regularnie chodzę po lekarzach specjalistach, robię badania. Widoczne efekty dwuletniego okresu pracy z domu zmusiły mnie, aby zmienić nawyki żywieniowe, ograniczyć napoje wyskokowe i więcej się ruszać.

Pechowo, ostatnie urodziny w efekcie wypadku zamiast w Estonii, spędziłem na SORze, a zaplanowany urlop zamieniłem na L4. Dziś wróciłem do pracy, ale niespodziewanie odezwała się kontuzja stopy i znowu muszę do lekarza. Dziadzieje i zaczynam się sypać – jakąś masakrę zaliczam ogólnie.

3 Komentarze

Anegdotki ostatnich dni

Z sąsiadami z zasady żyję w zgodzie, jednakże nie fratelizuję się, nie odwiedzam i nie wpadam pożyczać soli, jajek, zapałek czy przysłowiowej szklanki cukru. Zawsze mówię tudzież odpowiadam na dzień dobry. Czasami odbieramy za siebie paczki od kuriera, ale to bardzo rzadki wyjątek. Ci bardziej charakterystyczni zawsze mają u mnie jakieś przezwiska: pani Burkowa – bo ma psa Burka, Baryłkowie – bo cała rodzina jest w rozmiarze xxl, Ciapciusie – bo są niegramotni, Denis Penis – bo rym sam ciska się na myśl, pan Jebadełko – bo wiecznie nachodzi żonę w łazience. Mam też sąsiada, mieszka z żoną oraz dzieckiem piętro nade mną. Wysoki, atrakcyjny z wyglądu, wysportowana sylwetka, lekko cichociemny, nie wiem czy kala się jakąkolwiek pracą, bo nigdy nie widziałem, aby gdzieś rano wychodził, lubi styl sportowy, spodenki, t-shirty, słoneczne okulary i klapki. W tych klapakach widuje go nieustannie od wiosny do jesieni, nic więc dziwnego, że nazwałem go pieszczotliwe Pan Klapek. Ostatnio na inspekcje wpadła do mnie rodzicielka. Niespodziewanie ktoś zadzwonił do drzwi, bylem zajęty, poprosiłem ją żeby otworzyła drzwi: „Piotruniu, Pan sąsiad Pan Klapek do ciebie”. Musiałem się tłumaczyć, że matka pomyliła go z kimś innym.

9 Komentarzy

Z wizytą w kościele

W niedzielę rano odbyło się bierzmowanie młodej. Wśród wszystkich równolatków przystępujących do tego kościelnego sakramentu siostrzenica M. odznaczała się dojrzałością, strojem, wzrostem no i bezsprzecznie wagą. Pomimo nieznośnej temperatury panującej na zewnątrz wbiłem się tego dnia w spodnie i koszulę. Pod kościół podjechaliśmy lekko spóźnieni, bo trudno było znaleźć nam miejsce do parkowania. Mama M. dotarła dużo przed nami i święta kobieta była już po spowiedzi, koronkach i różańcu, zapewne wymodliła zbawienie na kilka pokoleń naprzód. Pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć we mszy w kościele we Włoszech. Parę rzeczy rzuciło mi się w oczy. Na ławkach przed  uczestnikami mszy leżały porozkładane klucze, komórki i papierosy. Jeden osobnik nawet stał dumnie w drzwiach do kościoła i swobodnie zaciągał dymka a papierosowy opar roznosił się po zgromadzonych wiernych. Poza tym, najbardziej rzucające się w oczy – czarnoskóry ksiądz. W kościele nie klęczało się na początku modlitwy kiedy prosi się, aby chleb i wino stały się ciałem i krwią. Podobnie w czasie śpiewu „o baranku”. Osoby starsze owszem klęczały, ale większość zgromadzonych nie. Rozmawiałem później o tym ze szwagierką, odpowiedziała mi osobliwie, że młodsze pokolenie nie klęczy, bo nie są fanatykami religii. Uroczysty obiad nie odbiegał za to od podobnych wydarzeń w polskich rodzinach: przegrom jedzenia i długie przesiadywanie przy stole. B. z wrodzonym i bardzo przewidywalnym wdziękiem otwierała kolejne prezenty: kręciła nosem na widok medalika, bransoletki i książek o poszukiwaniu drogi i wiary a oczka zapalały jej się tylko na widok kasy i modnych gadżetów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 13 Komentarzy

rodzinne przepychanki

Tydzień we Włoszech i poczułem się jak na widokówce ze słonecznej Italii. Zapomniałem o blogu…

Urodziny M. obchodziliśmy w tym roku z lekkim poślizgiem, M. uparł się że wyprawi je jednak we Włoszech. Nie protestowałem wszak to jego urodziny, cieszyłem się, że na kolację pójdziemy gdzieś w Lecce, bo kuchnia włoska smakuje najlepiej we Włoszech. La Dogana we Lecce stanie się naszym stałym punktem odwiedzin podczas każdego naszego pobytu na południu. Odkąd M. poznał właścicieli, bardzo się polubili, miejscówka jest fantastyczna a jakość serwowanych dań nie ma sobie równych. Poza tym właściciel od lat zaopatruje lokalne restauracje w świeży towar, jadając u niego oszczędzamy na marży, którą naliczają sobie inne, podobne miejsca w okolicy. Na kolacji były ostrygi, małże, krewetki, przegrzebki, omułki, kałamarnice i ośmiornice, jeżowce i inne skorupiaki, mięczaki oraz głowonogi, których po polsku nazwać nie potrafię. M. pokusił się nawet o biały kawior na spróbowanie, co sprawiło że jeszcze bardziej się rozpłynąłem, ale prawda jest taka, że pod względem kulinarnych smaczków zawsze mogę liczyć właśnie na niego.

Cała rodzina chciała wybrać się z nami na plażę. Nie protestowałem, niechcąco zasugerowałem żeby wzięli swoje leżaki i parasol, bo ceny w każdym lido są obecnie mocno wygórowane, mieszkając nad morzem na pewno dysponują własnym sprzętem. Początkowo kręcili nosem, że leżaki upchali gdzieś na strychu, że trudno się do nich dostać. Nie przekonywałem i nie zniechęcałem. Zostawiłem im wolny wybór, podkreślając, że mnie osobiście szkoda byłoby 60 eur na zwykły wypad na plażę. Zobowiązaliśmy się odebrać ich rano i razem spędzić upalny dzień nad morzem. M. przejrzał mój podstęp, ale zapewnił mnie, że to nie zadziała. Rano przyszedł sms, że jednak się nie zabiorą z nami i życzą nam udanego dnia. Cudownie! Wieczorem z radości zaprosiłem ich na lody, co suma summarum i tak wyszło o niebo taniej.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Nareszcie spokój

Pół dnia trwała moja podróż do Lecce. Najpierw samolotem o zabójczej 5.30 do Monachium, tam czekanie na lot do Bari, z lotniska pociągiem do Bari Centrale a stamtąd dopiero do Lecce. M. przyleciał bezpośrednio do Brindisi a ja tego luksusu nie mialem, bo po mimo sezonu nic bezpośrednio z Wrocławia do Brindisi nie lata. M. zdążył wcześniej odebrać nasz samochód i dotrzeć na stację akurat gdy mój pociąg wjeżdżał na peron. We włoskich pociągach jak i niemieckiej Lufthansie wciąż obowiązują maseczki, byłem świadkiem jak jedna pochodząca z Polaki parka kłóciła wykłócała się o niego z ochroną. Przez chwilę chciałem nawet pomóc, spróbować załagodzić sytuację, ale słysząc kokofonię słów zaczynających się na k, ch, p, j wycofałem się pomysłu. Głupota musi czasem boleć albo kosztować…

Przyjechałem głodny jak wilk, odkąd nie jem kanapek, pizzy, makaronów, mięsa, cukru, produktów smażonych moje menu mocno się ograniczyło. Wystarczyło tylko hasło, krótkie spojrzenie i po kwadransie siedzieliśmy już w La Dogana przy olbrzymich talerzach antipasti składających się ze świeżych surowych ostryg, ricci, krewetek, ośmiornic, małż i kałamarnic. Tak, w takich momentach kocham Salento miłością największą, najszczerszą i prawdziwie bezkresną..

Brat M dzwonił do nas jeszcze dwa razy, za każdym razem pytając, gdzie się spotykamy. Akurat to myślałem że mamy ustalone, sam wybrał rano miejsce, ale chyba zapomniał, bo rezerwacji dla 7 osób nigdzie nie zrobił. Do Uemé dotarliśmy praktycznie w tym samym momencie, zdążyłem położyć się na moment w hotelu bo do 22.30 bym nie dotrwał. Dużo było uścisków, buziaków i obejmowania się, wymiany uprzejmości. Uskuteczniałem rodzinne, sielankowe pogaduchy: „Pietro nareszcie, ile to już minęło? 2 lata? Dzwoniłam, ale chyba mam zły numer?!” – naprawdę?! No co ty, serio, nie, no pudło, zmieniłem numer a dodatkowo cie zablokowałem i zagroziłem M. że jeśli poda wam mój nowy numer to się z nim rozwiodę – ale powiedzieć oficjalnie tego nie mogłem. Grzecznie za to wyjaśniłem że pewnie dzwoniąc do mnie nie używali prefiksu +48.

B. znowu urosła, poszła zarówno w górę jak i w szerz z tym że w szerz bardziej, wciąż jestem od niej kilka centymetrów wyższy, dla potrzeb bierzmowania zgoliła też wąsy charakterek i temperamentność za to pozostały niezmienne. Każdy zamówił po pizzy, my z M wzięliśmy jedną na pół do tego po piwie, reszta się nie ograniczała jakby nie jedli co najmniej przez tydzień. Usłyszeliśmy o nowych restauracjach, które otworzyły się w mieście i że moglibyśmy tam wpaść na jakiś obiad albo kolację, naturalnie padła też propozycja żebyśmy wybrali się tam wszyscy bez precyzowania kto kogo zaprasza. W Uemé nie siedzieliśmy na szczęście długo, po północy zaczęły zamykać mi się oczy a jaszcze trzeba było odwieźć mamę. Wtedy nastąpił punkt kulminacyjny wieczoru – płacenie. Kelner przyniósł rachunek, położył na środku stolika, bo nikt nie wyciągnął po niego ręki. W tej rodzinie pasuje niepisana reguła: wyciągasz pierwszy rękę po rachunek, znaczy że go regulujesz w całości. Rachunek leżał sobie dobry kwadrans, M raz tylko prawie po niego sięgnął, ale się zreflektował jak sprzedałem mu kopa pod stołem. W końcu sięgnąłem po niego ja, zgromadzeni wokół jakby odetchnęli z wyraźną ulgą. Popatrzyłem na rachunek opiewający na ponad 200 eur. Wyciągnąłem z portfela 50 eur i włożyłem do etui. – Tutaj jest za nas, za mamę płacimy my – ogłosiłem. Nastąpiła chwila konsternacji. Tylko B. ośmieliła się głośno zapytać kto zapłaci za nią. – Jak skończysz 80 lat jak twoja babcia, też będziesz jadła za darmo.

Brat M. uregulował resztę rachunku. Myślałem że przyjął to z godnością. Dziś od rana wydzwania do M., myślimy że czeka na odpowiedni moment zapytać kto jutro płaci za obiad w restauracji po bierzmowaniu. Biedak zaprosił ponad dwadzieścia osób a w tej sytuacji może będzie musiał rozważyć sprzedaż auta albo nerki…

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Znowu we Włoszech..

Siostrzenica M. ma w tym roku bierzmowanie. Z tej okazji wszyscy zostaliśmy zaproszeni do Lecce by wziąć udział w tej rodzinnej uroczystości. Kolejna okazja, żeby spotkać się z moją włoską rodziną. Poza tym to czerwiec, gwarancja pięknej pogody, dodatkowo bliskość morza i plaży, przepyszna kuchnia i urokliwe miejsca regionu – nic tylko się cieszyć i odliczać dni do wyjazdu.

Ten kto mnie bardzo dobrze zna albo uważnie czyta, wie że z rodziną M nie zawsze jest mi po drodze. To prości ludzie, typowi przedstawiciele południa Italii, posługujący się na codzień dialektem, gościnni, mili i na pozór kulturalni, bo potrafią być delikatnie mówiąc irytujący. Jeszcze nie wsiadłem do samolotu jak zdążyliśmy się ściąć o pieniądze i prezent dla B. Rodzice chcieli kasy w kopercie, za którą sami chcieli zrobić jej prezent bo B. zażyczyła sobie nowego iPhone’a. Wykalkulowali, że wychodzi po 150 eur od osoby! Mój M wyłożył pieniądze od razu, ja się wstrzymałem, bo uważam że dwa razy tyle to za dużo jak na prezent od nas. Jakoś nie potrafiłem też wyobrazić sobie swojej teściowej, która ma 650 eur renty i lekką ręką oddaje prawie 1/4 na prezent dla wnuczki. M. uznał że wydziwiam i żałuję dziecku. Akurat ostatnie co można o 15-letniej B powiedzieć, to że wygląda jak dziecko. Ma 1.75m wzrostu, waży ponad 85 kilo, ma wąsy, oraz owłosione ręce i nogi, dojrzewała góra do 5 roku życia, bo teraz tylko rośnie, dziewczęcej lekkości i subtelności trochę jej brakuje, na dodatek bije w szkole chłopaków a na śniadanie wcina talerz pasty. Chciałbym móc powiedzieć o niej piękna, mądra, wykształcona ale ile razy ją widzę zastanawiam się co stało się z tą małą, słodką i śliczną dziewczynką, którą braliśmy kiedyś na kolana. Kiedy krzyczy do mnie co jej przywiozłem za każdym razem walczę ze sobą, żeby nie powiedzieć, że karnet na siłownię i krem depilujący. No, ale ogólnie wyszło na to że dziecku żałuję, mam węża w kieszeni, chytry ze mnie polski wujek.

Obiad w restauracji w dniu bierzmowania okazało się, że też zarezerwowany nie jest, bo przecież mamy czas, wujek M przyleci to się tym zajmie, zorganizuje no i pewnie zapłaci, skoro od lat spłaca też ich inne długi.

Dziś zaprosili nas na kolację, o 22 w pizzerii gdzieś za miastem. Próbuję się wyluzować przed tym spotkaniem, nie podburzyć niepotrzebnie M., ale łatwo nie będzie. Oby starczyło mi cierpliwości…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 6 Komentarzy

Euforie i rozczarowania

Odkąd mam dla siebie więcej czasu, wróciła we mnie entuzjazm i pozytywna energia, mam chęć wyjść gdzieś po pracy, spotkać się ze znajomymi, pójść na lody do parku, rower, nawet robienie zakupów sprawia mi przyjemność. Teraz dopiero dostrzegam jak bardzo było stłamszony i udupiony przez te ostatnie kilka miesięcy. Istniała tylko praca i sen przeplatane zmaganiami w „gaszeniu pożarów” bo przecież zawsze dodatkowo musiałem coś na szybko załatwić, kupić, zorganizować, gdzieś pójść, coś zjeść co wydawało się dodatkowym ciężarem, bo brakowało mi zapału i chęci, czułem się zmęczony, niewyspany i zestresowany. Nałożyła się na to jeszcze niezdrowa atmosfera w zespole, nieogarnięty i chaotyczny szef, nierealne terminy oraz absolutny brak komunikacji. Znajomi wokoło komentowali, że to cena dobrze płatnej pracy i że musze się przemęczyć z rok a dopiero później poszukać nowego zajęcia. Początkowo się buntowałem, wściekałem się sam na siebie, co mi strzeliło do głowy, żeby zmieniać prace, dostawałem za swoje i było mi z tym nie do śmiechu. Z czasem postanowiłem zacisnąć zęby i dotrwać do końca roku by potem rzucić w pieruny taka robotę. Jak było bardzo ciężko i robiło się nieznośnie brałem chorobowe albo urlop na żądanie i trwałem od weekendu do weekendu. Szczęśliwie nadszedł maj, stary klient się na nas wypiął a nowy przyjął mnie z otwartymi ramionami wprowadzając nowy standard pracy. Ludzie są mili, profesjonalni, chętni do pomocy, moja szefowa cierpliwie tłumaczy, nie zbywa pytań, dba o dobrą atmosferę w zespole, szanuje swój czas jak i innych, wymaga ale niczego nie narzuca. Rozumie i przestrzega równowagi między życiem zawodowym i prywatnym, wie że codzienne nadgodziny, zarywanie nocy i praca w weekendy to nie jest droga do sukcesu. W efekcie odzyskałem dobre samopoczucie i satysfakcję z tego co robię. Nie myślałem, że sytuacja może się tak diametralnie zmienić.
Regularnie zacząłem pojawiać się w biurze, spodobało mi się wczesne wstawianie, poranne cappuccino z A. w firmowej kuchni i mnóstwo śmiechu, bo przy całej sympatii dla nowego pracodawcy – każda duża organizacja to pole do popisu dla absurdów i niezliczonych anegdot.

Obserwuję jak powoli wypala się euforia niesienia pomocy uchodźcom zza wschodniej granicy. Nie nazwałbym tego jeszcze niechęcią czy ksenofobią, ale ewidentnie dostrzegam pierwsze oznaki wypalenia wolontariatem. Dziś fala uchodźcza opadła, ale wojna trwa a obywatele Ukrainy są wśród nas. Widzimy ich nie tylko na dworcach, w kolejkach po PESEL, punktach wsparcia, lecz także w szkołach, przychodniach, sklepach. Pojawiły się też pytania, jak długo jeszcze mamy im pomagać. Kończy się „miesiąc miodowy” i przychodzi rozczarowanie codziennością. Wojna się nie skończyła, co rozczarowuje, do o tego dochodzi to, że uchodźcy, których mamy u siebie lub których mijamy, nie zachowują się tak, jak zakładaliśmy. Mieliśmy w głowie ich obraz i oczekiwania z nimi związane, tymczasem to żywi ludzie z emocjami, własnym, czasem odbiegającym od naszych wyobrażeń pomysłem na życie. Są inni niż myśleliśmy. Mieszkanie u wolontariuszy było rozwiązaniem tymczasowym. Taka pomoc też nie może trwać wiecznie. Emocje, które na początku uskrzydlały, powoli opadają. Pomagający tracą siły i sami być może wkrótce będą wymagali pomocy. Kilku znajomych z osiedla znalazło się w takiej sytuacji, użyczyli mieszkań przeznaczonych na wynajem a teraz mają garb w postaci kilkuosobowej osobowej rodziny na utrzymaniu, bo ci nie pracują a samo wspieranie ich nie interesuje, bo liczą na finansową pomoc. Sam też się „znieczuliłem”, mieszkanie mogę wynająć, ale nie oddać za darmo. W pracy ile razy ktoś przesyła mi maila z prośbą o datek, od razu kasuje. W pracy nie biorę udziału w akcjach kupowania „cegiełki” w postaci kawałka ciasta za dychę i drażni mnie kiedy ktoś dyskutuje, że odmawiam bo przecież mnie stać. Nie przygarniam też kotów, psów, chomików i papug przywiezionych ze wschodu.

Opublikowano praca | Otagowano | 17 Komentarzy

porządki

M. odwiedził mnie we Wrocławiu, mieliśmy bardzo ambitne plany weekendowe, które pokrzyżowała moja niedyspozycja. Miał być Kraków albo Gdańsk a ostatecznie zostaliśmy na miejscu biegając po lekarzach. Z przykrością muszę stwierdzić że zaczynam się „sypać”, twarz też mam jakaś ulaną i wiecznie spoconą, cherlawy i wątły jestem, styty, ospały i ciągle obolały, wyniki nie pozostawiają złudzeń i są pokłosiem zaniedbań z okresu pandemii kiedy nieustannie pracowałem z domu, mało się ruszałem, nadużywałem wysokoprocentowych trunków i jadłem na bogato. Nie są już w stanie pomóc mi żadne okłady z kostek lodu, korektory, złote nici, algi, masaże i peelingi, bo niestety świecąca napuchnięta gęba odkrywa wszystkie zaniedbania ostatnich miesięcy. Kiedyś cieszyłem się na lato, wyjazdy, imprezy, kluby, pełnię życia a teraz najchętniej pojechałbym do sanatorium. Odkąd zacząłem chodzić regularnie do biura wziąłem się za siebie, jem normalnie i zdrowo, ograniczyłem alkohol, kawę, mięso, węglowodany i cukier, mam czas na rower albo inne aktywności fizyczne. Już po kilku dniach odczułem nie małą różnicę, a staram się osiągnąć tylko efekt najlepszej wersji siebie, bo wieku starczego niestety już nie przeskoczę. Jak to powiedział pewien mędrzec: w życiu wszystko odchodzi: przyjaciele, pieniądze, młodość, ale bebzol zawsze będzie z tobą, bebzol tak po prostu nie odejdzie. Rezultaty i efekty przysiadów widzę też w biurze, kręcą się koło mnie fajne, ładne dziewczyny, kokietują, zagadują, czasami proszą o pomoc a ja chętnie uczestniczę w tym tańcu godowym, do czasu kiedy zorientują się, że przystawiają drabinę do złej ściany.
M. w domu to prawdziwie szczęście, to los wygrany na loterii. Mieszkanie lśni i pachnie, okna widać że są czyste z 4. czwartego piętra, na podłogach ani śladu kurzu, można robić operacje na otwartym sercu, nie obyło się jednakże bez przemeblowania, prania i pozbywania się starych gratów, ale ostatecznie było warto. Dodatkowo obiad jak w restauracji i magiczne słowa: ty sobie usiądź, odpocznij, ja to zrobię. Po prostu nirvana. A ja naiwnie dotąd myślałem, że mężczyźni którzy są w stanie mnie uszczęśliwić to barmani.
Moja mama, która gotuje najlepiej na świecie, pracuje, sprząta, dba o dom, dodatkowo mega dobrze wygląda i ma zawsze wszystko zorganizowane na tip top, a testu „białej rękawiczki” uczyła się zaraz po urodzeniu przyznała się, że moja bratowa w porównaniu z moim M. to przepaść kilku lat świetlnych. Tak, właśnie, bo nie wolno w życiu przechodzić obok szansy, która może się nie powtórzyć.

Opublikowano praca | Otagowano | 11 Komentarzy

budzenie się z zimowego snu

W ferworze zmian codzienności nie potrafiłem zebrać się, by usiąść i pokusić się o odrobinę refleksji przelanej na klawiaturę. Nie zdawałem sobie sprawy jak mocno zgnuśniałem w nowej pracy, przytłoczony nowymi obowiązkami zatraciłem się w jednostajnym stylu życia, co wyszło mi w końcu bokiem, bo jak niedawno zrobiłem sobie wyniki, to dostałem taką reprymendę od lekarza, że poszło mi w pięty.
Po Wielkanocy, wróciłem do pracy kiedy gruchnęła wiadomość, że klient rezygnuje z naszych usług a nasz zespół projektowy ulega rozwiązaniu w trybie natychmiastowym. Nagle okazało się, że to co robimy od stycznia nie jest ani krytyczne ani pożyteczne za to bardzo kosztowne, klient przykręcił kurek z pieniędzmi a my wszyscy praktycznie z dnia na dzień wylądowaliśmy na bruku. Mój pan dyrektor próbował jeszcze coś ugrać, angażować nas w dodatkowe tematy, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że to nasze ostatnie podrygi a za kilka dni zostaniemy po prostu na lodzie. Moja nowa szefowa z Warszawy zorganizowała mi rozmowę z nowym potencjalnym klientem i tak, jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że z głodu ani nudy nie umrę. Pracuję dla Brytyjki polskiego pochodzenia, w prawdziwie międzynarodowym zespole, projekt przewidziany jest do końca czerwca przyszłego roku a najważniejsze – zadania wykonuję w ustalonych godzinach pracy i znowu mam czas na życie. Nasza rozmowa trwała 20 minut, od razu między nami zaklikało a na koniec dnia dowiedziałem się, że mam tę rolę w projekcie. Stary klient przypomniał sobie o mnie jak tylko zaczął palić mu się grunt pod nogami, bo niestety zostawiliśmy go z dnia na dzień, ale nie ja ustalam reguły tej gry. Poświeciłem dodatkowy dzień, żeby wyprostować niektóre tematy ale następnego bez wyrzutów sumienia oznajmiłem że mój czas się dla nich skończył, poza tym zaczynam nowy projekt, moja doba ma tylko 24 godziny a czas nie jest już z gumy. Nie byłem w takim podejściu osamotniony, a stary klient musiał się pogodzić że z niewolnika nie ma pracownika. I tak ostatnie dni kwietnia spędziłem przygotowując się do przejęcia nowej roli i nowych obowiązków, a odbywało się to w tak przyjemnej atmosferze, o której mogłem kiedyś tylko pomarzyć. Pobyt w Szwajcarii bardzo mi w tym pomógł, bo miałem czas na spotkania ze znajomymi, wyjścia na miasto, spacery i celebrowanie zwyklej codzienności w postaci wspólnych śniadań i kolacji z M. Praca znów sprawia mi przyjemność, wróciła we mnie ciekawość i energia, zniknął cynizm i wieczne szukanie kompromisów. Nie jest kolorowo, nie ma wiecznej tęczy, ale wreszcie jest tak jak być powinno i czuję że zawodowo jest po prostu dobrze.
Praca przy „budowaniu lepszego świata pracy” zaczęła mi się podobać, wróciłem do pracy z biura, bo nie pracuję już po nocach, mam czas się wyspać, ogarnąć życie, zakupy, obowiązki, napić się porannej kawy, czasem wyskoczyć z dawno niewidzianym znajomym na lunch na miasto, wyjść na rower, do lekarza i ze wszystkim zdążam. Po prostu zawodowa sielanka. Pracodawca próbuje ściągnąć pracowników z powrotem do biura. Po dwóch latach pandemii nie jest to zadanie proste, dlatego przez ostatni tydzień zorganizowano dla nas darmowe lunche w postaci kilku food trucków stojących pod biurem i oferujących przeróżne smakołyki, lody na patio, zabiegi pielęgnujące, masaże i inne temu podobne atrakcje. Miałem czas odejść od biurka, poznać nowych ludzi, zrelaksować się, popatrzeć w niebo i zobaczyć, że jest słońce i zbliża się lato.

Opublikowano praca | Otagowano | 4 Komentarze

Wolne

Miałem mieć luźny tydzień w pracy, dlatego poleciałem do M, niestety od poniedziałku trwają gwiezdne wojny. S. nie chce wypuścić mnie z projektu, bo kolega rzucił papierami, moja szefowa ożeniła mnie z nowym projektem do którego wdrożyć mam się na już, jeszcze szkolenie, na które zapisałem się dobrowolnie, żeby wykorzystać przestój w pracy. W konsekwencji biegam jak kot z pęcherzem, przełączam się z jednego spotkania na drugie, w przerwach piszę maile, robię prezentacje. Jem byle jak, byle szybko, M donosi mi tylko napoje a ja jak postrzelony wpatruję się tylko w monitor, bo wszystko jest na wczoraj. Mój były klient działa mi na nerwy, jego nierozgarnięcie wywołuje u mnie wyłącznie frustracje do tego stopnia, że z jeszcze większą chęcią ignoruje jego prośby i zadania. Na zaczepki p.t. let’s align reaguję wyłączeniem okienka w komunikatorze a w myślach wysyłam go na daleki Madagaskar. Nie rozumiem jak ktoś taki może mieć dyr przed nazwiskiem. Palant ogłosił w zeszłym tygodniu, że nie będzie mnie potrzebował, ludzi powysyłałem na urlop a teraz obudził się z ręką w nocniku i rzeźbi, bo okazuje się, że nie ma komu pracować. Typowa stylówka korpo.

8 Komentarzy