W pracy jest dobrze…

… co wcale nie oznacza, że nie może być lepiej. Na fali motywowania samego siebie, wykrzesania zapału do podjęcia studiów podyplomowych, wyraziłem jeszcze chęć wzięcia udziału w szkoleniach dodatkowych. W kwietniu zapisuję się na PRINCE2 i AGILE, bo obecna firma sponsoruje a szef przyklepał mi budżet na ten cel bez jakiegokolwiek zająknienia. Grzechem byłoby nie skorzystać zwłaszcza, że certyfikat w kieszeni to zawsze karta przetargowa w negocjacjach z potencjalnym pracodawcą. Pracy jeszcze nie szukam, ale coraz mocniej przekonuje się, że dawne piętno bycia niestabilnym kandydatem do pracy odchodzi w przeszłość. Zewsząd coraz głośniej słyszę, że zmianę pracy powinno planować się co 2-3 lata i tak do końca życia, bo to nie moda tylko konieczność.
Zmiana pracy co kilka lat wyglądała kiedyś źle w cv. Rekruterzy i trenerzy rozwoju osobistego jak mantrę powtarzali mi, że taki kandydat nie potrafi utrzymać pracy, nie potrafi dogadać się z kolegami lub bardziej dosadniej, że jest po prostu nielojalny i nie potrafi się wystarczająco zaangażować.
To piętno odchodzi teraz trochę do lamusa, bowiem na rynku pracy pojawiło się pokolenie millenialsów, które rośnie w siłe, oczekując ciągłej nauki, rozwoju i postępów w karierze. Ich postrzeganie pracy jest zdecydowanie inne niż przekonanie poprzednich pokoleń, że przez całe życie należy trzymać się pracodawcy w nadziei, że chlebodawca ostatecznie potraktuje cię sprawiedliwie, oferując dodatkowe benefity, bonusy, awanse i podwyżki. Coraz częściej zgadzam się z ta opinią, iż specjaliści, którzy pozostają w firmie dłużej niż dwa lata staja się bardziej zależni od pracodawcy i miejsca pracy, tym samym stają się mniej konkurencyjni, jednocześnie zarabiając średnio 50% mniej niż nowozatrudnieni pracownicy. Zewsząd słyszę sygnały, że zmiana pracy to dobra rzecz, a ludzie powinni planować to robić co trzy, cztery lata. Nie trudno przychodzi zgodzić mi się z opinią, że każda nowozatrudniona osoba chętniej się uczy, bo chce się wykazać. Stąd przekonanie, że jeśli nie zmieniasz pracy co trzy lata, nie rozwijasz umiejętności szybkiego znalezienia pracy, tym samym nie masz żadnej stabilności kariery.
Na dodatek ze Szwajcarii zadzwoniła K, ogłaszając, że jej pracodawca szuka obecnie nowego narybku. Podekscytowany i pełen euforii wysłałem swoje cv niemal od razu, zastanawiając się przy tym co zrobię jeśli w Szwajcarii będę musiał pojawiać się już za kilka tygodni. Z drugiej strony dobrze znam siebie, tę skłonność, że czasami nazbyt szybko wybiegam na przód i zaczynam planować budując zamki na piasku, rozpatrując scenariusze co by było gdyby, z czasem łapię się na tym, że jest to zbytnia bufonada. Nie wiem czy to dobre podejście, ale niezmiennie wierzę, że najważniejsze to mieć przyjemność z tego co się robi, gdziekolwiek się jest, jeśli idziesz do pracy, wstajesz zadowolony, wracasz zmęczony, ale znowu wstajesz szczęśliwy, bo rozwijasz swoje pasje i realizujesz hobby to takie życie jest szczęśliwe…

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

Nareszcie wolne…

Nareszcie ten tydzień dobiegł końca. Wiedząc, że przez weekend mam studia poprosiłem szefa o urlop na jutro, bo bez dnia odpoczynku wyzionąłbym pewnie ducha. Oczy mi się lekko zamykają, nie wiem czy to za sprawą intensywnych zajęć czy dlatego, że od wczoraj za oknem siąpi deszczem i pogoda jest iście barowa.

Uczelnia w Sopocie przyjęła moją kandydaturę na wykładowcę w semestrze jesiennym. Nim ta wiadomość w ogóle do mnie dotarła, koleżanka wysłała mi link gdzie mogłem zobaczyć swoją facjatę na stronie SSW jako gościnnie prowadzącego zajęcia dla studentów. Fama poszła wśród znajomych i rodziny, matka postarała się żeby usłyszeli o tym wszystkie ciotki, kuzyni, pani w warzywniaku a nawet jej koleżanki z dawnej pracy. Rodzicielka pęka z dumy. Na zdjęciu wyglądam jak młody Silvio Berlusconi…

Jak doświadczyłem tego na własnej skórze, nigdy nie powinno koncentrować się na jednym rozwiązaniu, bo całkowite uzależnienie od wąskiej specjalizacji jest bardzo ryzykowne nawet w normalnych czasach. Dlatego trzeba stałe dostosowywać się do wymogów rynku, a właściwie cały czas je wyprzedzać.

Opublikowano podróże | 13 Komentarzy

Z ostatnich dni

Nawał pracy, obowiązków tudzież innych zadań do wykonania ustąpił, odżywiam się zdrowo, pomaga mi w tym dieta pudełkowa, towarzyszące mi od pewnego czasu stres i napięcia zelżały, w zeszłym tygodniu mogłem pozwolić sobie na komfort słodkiego nic nierobienia. Włączyłem komputer i raz na jakiś czas rzucałem tylko okiem w stronę monitora czy mam coś w skrzynce albo czy ktoś nie ściga mnie na komunikatorze. Było spokojnie, jedwabnie sielankowo, żeby nie powiedzieć, że nudno. Celebruję i doceniam czasem takie dni, kiedy mogę sobie najzwyklej w świecie pofolgować i zająć się w godzinach pracy czymś przyjemniejszym np. takim sadzeniem iglaków na balkonie, czyszczeniem fug w łazience albo praniem i prasowaniem sterty pościeli.

Od marca wróciłem w kierat studiów, wykładów i bycia mocno skupionym w weekendy. Po ostatnim wykładzie z marketingu sprzedaży usług zasnąłem na siedząco przed laptopem. Pan merytorycznie wymiatał, ale opowiadał to w taki sposób, że na koniec dnia oczy same mi się zamknęły i zasnąłem ze słuchawkami na uszach. Potem okazało się, że nie tylko ja tak miałem, a w poniedziałek dostaliśmy informacje, że zajęcia z tym panem więcej się nie odbędą, więc chyba jednak coś było na rzeczy. Do końca pozostało mi jeszcze kilka zjazdów, w połowie czerwca będę się bronił a potem będę mógł sobie dumnie wpisywać po nazwisku skrót MBA.

Z perspektywy tych paru miesięcy muszę przyznać, że podjęcie nauki było genialnym pomysłem. Spożytkowałem czas związany z pandemią i niemożnością normalnego funkcjonowania. Gdyby nie zajęcia i kierat pewnie każdy weekend spędzałbym byle jak a czas przelatywałby mi między palcami. Nadmiar obowiązków zmotywował mnie do lepszej organizacji swojego życia. Koleżanka, z którą pojechałem na weekend od kilku lat wykłada gościnnie na jednej z prywatnych uczelni wyższych. Kilka dni temu zadzwoniła z pytaniem czy nie chciałbym podzielić się swoja wiedzą ze studentami i poprowadzić kilka wykładów na uczelni w Sopocie. Wspomniała, że dobrze wyglądałoby gdybym zebrał referencje od ludzi z biznesu, bo liczą się praktyka i rekomendacje od osób z branży. Od razu zapaliła mi się czerwona lampka a na twarzy zagościła mina dumy, triumfu i satysfakcji. Miałbym wykładać na uczelni, uczyć studentów, bo jestem ekspertem w swojej dziedzinie. Mua, który dyscyplinarnie wyleciał z pierwszego roku studiów, nigdy nie miał stypendium a w indeksie zebrał tyle szmat, ze mógłbym obdzielić nimi co najmniej trzech studentów powraca, bo jest ekspertem i istnieje popyt na jego wiedzę. Cóż za piękne zrządzenie losu, życie bywa cudownie nieprzewidywalnie przewrotne. Poprosiłem 30 osób o referencje i voila 4 doby później zebrałem 22 opinie wszystkie potwierdzone na linkedin. Będę nieskromny, jeśli uczelnia się na mnie zdecyduje, dostanie ferrari – jestem obłędnie dobry w swojej branży a ludzie pamiętają mnie nawet po latach. Zrobię to nawet pro bono. Dziękuję bardzo. Kurtyna.

Dziś przygotowałem swoje dossier, wysłałem propozycje sylabusa i czekam na decyzje władz uczelni. Jeśli mnie przyjmą padnę ze śmiechu i poprowadzę takie zajęcia, że studenci będą opowiadać o mnie swoim wnukom. 

W dobie pandemii, moja wspólnota mieszkaniowa o wdzięcznej i wymownej nazwie Tęczowy Raj zorganizowała telekonferencję z członkami zarządu i mieszkańcami budynku, w którym mieszkam. Wgrałem się nie spodziewając się niczego spektakularnego. Okazało się, że naprzeciw mojego bloku powstanie nowy budynek mieszkalny i od jutra rusza sprzedaż mieszkań. Jeśli się załapię, to mam szansę zakupić większe mieszkanie z lepszym widokiem niż to moje obecne. Wkurza mnie, że brakuje mi pokoju gabinetu, w którym mógłbym pracować a na koniec dnia zamknąć drzwi i nie myśleć o pracy. Obecnie mój salon spełnia funkcje biurowe i trochę zaczyna mi to uprzykrzać życie, bo ile razy widzę pozostawionego na stole laptopa, kabel, słuchawki i stertę papierów myślę o pracy. Na stole chcę oglądać wyłącznie wazon z tulipanami.

Spotkanie ze współmieszkańcami utwierdziło mnie w przekonaniu, że ludziom z dobrobytu odwala. Słysząc pytania co zarząd wspólnoty planuje zrobić, aby kurz nie osiadał na oknach, balustradach i klatkach schodowych, hałasy nie przedostawały się na sąsiadujący z placem budowy budynek naprawdę zwątpiłem w ludzką inteligencję. Fajerwerki roszczeń, koncert życzeń, żeby ciężarówki i koparki wjeżdżały na plac budowy tylko między 10. a 15., dźwig, żeby nie przysłaniał widoku na park, nie blokowano miejsc parkingowych, robotnicy pracowali w ciszy, nie pracowali w soboty, żeby na koniec dnia sprzątać plac budowy, bo będzie się przecież nosić na plac zabaw no i najważniejsze nie będzie estetycznie…

Do niektórych ludzi należałoby strzelać.

Opublikowano podróże | 1 komentarz

Kwintesencja mojej pracy…

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

W weekend…

…wreszcie udało mi się z koleżanką zrealizować pobyt w hotelu w Długopolu Zdrój. Rezerwacje zrobiliśmy już w listopadzie, ale najpierw zmogła nas choroba a potem rząd wprowadził obostrzenia i zamknął wszystkie hotele, więc nie było rady musieliśmy uzbroić się w cierpliwość. Koleżanka znalazła prawdziwą okazję, weekendowy pobyt w hotelu Dwór Elizy SPA z wyżywieniem za śmieszne pieniądze. Na radość przyszło nam poczekać, ale było warto. Pięknie położony, w otoczeniu lasu i gór, całkiem elegancki, nowoczesny obiekt, z basenem i sauną, tuż obok parku zdrojowego. Tak się cieszyłem, że jadę gdzieś na weekend, że nie straszne było mi nawet dojść z dworca kolejowego do hotelu 800 metrów w dół, środkiem nieoświetlonej drogi, bez pobocza, gdy padał rzęsisty deszcz. Dzielnie walczyłem z moją walizką na kółkach, utrzymaniem parasola, latarki i z nawigacją w komórce, unikając błota, kałuż i potoków, nie przejmując się, że mogę zaraz spaść z tego stoku albo uderzy mnie nadjeżdżający pojazd.

Dostaliśmy bardzo ładnie urządzony, przestronny pokoik z widokiem na park, kolacje dostarczono nam bezpośrednio do pokoju, zadbałem o odpowiednią oprawę muzyczną, otworzyliśmy butelkę prosecco a potem jeszcze wina i w ten sposób oficjalnie rozpoczęliśmy weekend pełen relaksu.

Miasteczko leży na uboczu, jest tak małe, że śmiało można nazwać je czarną d..ą, za to wokoło cisza, spokój, rzeczka i świeże powietrze. Byłem taki styrany po całym tygodniu pracy, że podobno w nocy gadałem przez sen w trzech językach i lekko chrapałem, ale jak się przebudziłem i zobaczyłem słońce za oknem i śniadanie, które wjechało nam o 9.30 do pokoju, wróciła mi część energii. Resztę dnia wypełniły nam same przyjemne zajęcia: pływanie, spacerek, wizyta w Bystrzycy Kłodzkiej, kawka, lunch w restauracji, czytanie książki, spacerek, masaż, pływanie, sauna, czytanie książki, kolacja i winko. Wszystko na pełnym relaksie, bez pośpiechu i spinania się że coś trzeba – czyli tak jak lubię najbardziej.

Opublikowano podróże | 6 Komentarzy

Sorry szefie, mam teraz algi…

Nie zaglądam ludziom do portfeli, rzadko rozmawiam o pieniądzach, nie lubię gdy ktoś liczy moje. Nie czuję dyskomfortu rozmawiając o nich, ale mocno wierzę, że pieniądz lubi ciszę.

W pracy ogłoszono wyniki finansowe, posypały się wszystkim bonusy, bo branża medyczno-farmaceutyczna to teraz eldorado… Jedni szykują się zmienić samochód, dokończyć remont domu, planują egzotyczne wakacje w bliżej nieokreślonej przyszłości, kupują drogie ciuchy albo mniej lub bardziej luksusowe gadżety. I ja popłynąłem dziś szeroko i w godzinach pracy w ramach uatrakcyjnienia przerwy na lunch podarowałem sobie namiastkę luksusu i zamówiłem do domu… masaż. Przyszedł chłopak, rehabilitant, z własnym stołem, uspokoił organizm, wyciszył, sprawnie wprowadził w stan relaksu, wymasował mi skronie, głowę, stare kości i zwiotczałe mięśnie. Efekt błogości i rozprężenia utrzymuje się do teraz. Prezent okazał się trafiony. Do pełni szczęścia i harmonii brakowało mi tylko kąpieli w algach i jakiegoś peelingu, ale prócz fryzjera z dojazdem do klienta, zabiegów pielęgnacyjnych teraz nie uraczysz.

Opublikowano podróże | 7 Komentarzy

Weekend

Czekałem na ten weekend z wytęsknieniem od środy. W pracy jak zwykle wszystko rozeszło się po kościach, nieoczekiwane zachowanie zrzucono na drenujące mnie zmęczenie i przesilenie pogodowe, uznano że miałem słabszy dzień i potrzebowałem wziąć wolne, stąd nikt nie robił mi z tego powodu żadnych wyrzutów. Nie, nie spodziewałem się, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat corpo zmieni się na lepsze. Kolejny raz, niemal podręcznikowo potwierdziło się, że corpo rządzi się własnymi prawami a corpoplankton co najwyżej może tupnąć nóżką, strzelić focha albo poszukać sobie innego zajęcia. Wprawdzie można wszystko ludziom wytłumaczyć, ale nigdy nie sprawi się, że zrozumieją.. W piątek czeka mnie jeszcze przeprawa pt. ocena roczna, podsumowanie celów, których nota bene nie widziałem nigdy na papierze ani w wersji elektronicznej. Nie napalam się na bonus, choć jeszcze kilka tygodni temu pozwalałem sobie łudzić się, że spotka mnie awans i auto służbowe. Teraz co raz częściej opadają mi ręce, zwietrzał mój optymizm i najzwyklej w świecie przejrzałem na oczy. Nie chcę jednak stawiać wszystkiego na jedną kartę, rzucać papierami, grozić odejściem. Póki mam swoje prywatne cele na następne kilka miesięcy, nie będę fundował sobie niepotrzebnie życiowych rewolucji. MBA – szkolenie – certyfikacja – prawko – auto – mieszkanie – nowa praca. To są moje priorytety na następne miesiące i tego porządku chcę się trzymać. Jeśli wydarzy się coś niespodziewanego, będę korygował cały swój koncept, ale na razie mam bardzo jasno określony plan.

W piątek po pracy spotkałem się z bratem. Poszliśmy na wspólny, spontaniczny shopping a potem na długi spacer i grzane wino w Rynku. Spontanicznie zdecydowałem wybrać się nazajutrz z nim i jego żoną w odwiedziny do teściów. Pierwszy i ostatni raz widziałem ich na weselu brata, więc myśl wydała mi się bardzo kusząca. Poza tym nie chciałem spędzić weekendu przed telewizorem, bezmyślnie klikając w pilota, gnijąc w łóżku ani zakopany po czubek głowy w podręcznikach i książkach.

Wyspałem się. Sobotni poranek spędziłem bardzo leniwie oglądając film na Netfliksie, pijąc kawę nie wychodząc z łóżka przed 10, ciesząc się widokiem słońca zza okna. Wizyta w Głogowie u teściów brata bardzo udana, obiad jak w najlepszej restauracji serwującej dania kuchni polskiej: smaczny rosół, prawdziwy, ręcznie robiony makaron, ogromne schabowe, duszone ziemniaki, gotowana marchewka, ogórki kiszone, grzybki marynowane, mizeria i szarlotka na deser. Pal licho moją dietę pudełkową – raz na jakiś czas warto sobie pofolgować dla przypomnienia sobie domowych smaków.

Wieczorem przypadkiem dałem zaprosić się obcemu na drinka – spotkanie tematyczne, z dobrze zapowiadającym się scenariuszem, pełnym wartkiej akcji i z łatwym do przewidzenia finałem, które niestety nie skończyło się pomyślnie. Przed północą wróciłem do domu, lekko uszkodzony i bez uczucia happy endu.

W niedzielę na spacerze wokół toru wyścigów konnych spotkałem się z M. Pogoda dopisywała, z przyjemnością było wyjść na świeże powietrze i odpocząć od mrozów i śniegu. A wieczorem niespodzianka! Niespodziewanie odezwał się znajomy z heterochromią. Miałem wcześniej położyć się spać, bo byłem zmęczony, miałem dokończyć pracę, nadrobić zaległości, miałem się uczyć a summa summarum nie udało mi się nic. Uraczeni winem bardzo przyjemnie nam się rozmawiało a potem w nocy budziłem się kilkakrotnie, podziwiając imponująco olbrzymi, wytatuowany na muskularnych plecach symbol feniksa…

Jak na weekend bez planów spotkało mnie wiele przyjemności.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

Praca

Skończyłem właśnie pracę na dziś, zacząłem o 7.30 i kładę się spokojnie spac o 3.30 nad ranem.

W międzyczasie miałem czas żeby coś zjeść i zdrzemnąć się całe 2 godziny.

Kładę się do łóżka z myślą czy aby nie za dużo zrzuca mi się na barki? Albo to ja za wolno i nieefektywnie pracuję.

Minęły prawie 3 lata odkąd wróciłem i rzuciłem się w wir pracy, codziennych zadań i zawodowych obowiązków. Zataczam krąg, bo znowu rozpoznaję dobrze znane mi miejsce, dręczony niespokojnymi myślami. Irytują mnie ludzie, bzdury, zasady, nieefektywność, kultura organizacyjna, nie moje procesy na które szkoda mi energii, zdrowia i życia. Zbliżam się do momentu kiedy chcę powiedzieć sobie dość i zamknąć za sobą drzwi przygody zwane Kabi. Kończy mi się pasja i zapał do usprawniania, wykazywania się, gonienia za projektami, terminami, pieniędzmi i chwilowym uznaniem.

Opublikowano podróże | 6 Komentarzy

Reminiscencje

Słuchałem dziś bardzo starych piosenek – poleciało Empire State of Mind Alici Keys. Przypomniałem sobie jak usłyszałem tę piosenkę pierwszy raz, w samolocie. Lądowaliśmy akurat w Nowym Jorku na JFK, Swiss pierwsza klasa, usłyszeć wtedy brzmienie tego przeboju – moment, który nigdy się nie powtórzy.

Lądowanie w San Francisco po raz pierwszy po latach, spanie w Parc55, w samiusieńkim centrum miasta, podróż do centrum taksówkową a nie zwykłym miejskim autobusem, pamiętam jak odbierał mnie olbrzymi czarny Escalade a potem wielka limuzyna z San Jose do centrum miasta.

Lot do Los Angeles, pobyt w sercu West Hollywood, kolacje w Beverly Hills, hotel Fairmont za Zanzibarze, suit w Pekinie w St Regis, w Bellagio, Venetian w Las Vegas, Sheraton w Hongkongu, Sofitel w Manilli, wakacje w Radissonie na Saint Maarten, Fidżi, w Papeete, Chicago, Toronto, Muscacie, Dubaju i Cebu.

Nie wiem kiedy uwierzyłem, że zawsze tak będzie. Wspomnienia piękne. Teraz pozostały już tylko wspomnienia i zdjęcia.

Tego chciałem, o czymś takim marzyłem, najpierw jako 10letni dzieciak, kiedy pierwszy raz stanąłem na terminalu odlotów na lotnisku Okęcie i wszystko wydawało mi się wtedy takie magicznie, kolorowe i piękne. Spełniło się. Nie zapomnę pięknych wspomnień.

Lotniska zawsze mnie fascynowały. Gdziekolwiek nie byłem, nie podróżowałem kocham zapach lotnisk, ich aurę, nie przeszkadzały mi kolejki, kontrola bezpieczeństwa, problemy z odwołanymi polaczeniami czy nadgorliwa kontrola paszportowa. Polubiłem to.

Od tamtego grudniowego wieczoru minęły ponad dwa miesiące. Przez ten okres baczniej przyglądam się swojemu życiu, znajomym, rodzinie, swoim relacjom, liczę dni które mogę uznać za udane, liczę ile razy się szczerze zaśmiałem, ile razy miałem dość pracy i wszystkiego wokół. Swoisty rachunek sumienia nie powala. Jestem bardzo krytyczny wokół wszystkiego co dzieje się wokół mnie. Jestem zmęczony, z każdym dniem coraz bardziej czuję jak uchodzi ze mnie powietrze, znika energia i optymizm, mam czasami ochotę krzyczeć, przestać dmuchać ten dziurawy materac i rzucić wszystko. Oglądając siebie w lustrze widzę coraz bardziej zmęczoną twarz i smutne oczy, niby wszystko jest ok, pruję do przodu, ale nie mam czasu odczuwać z tego przyjemności, nie mam czasu na chwile refleksji. O żadnej satysfakcji nie ma mowy, chyba, że z goli, które strzelam obcym facetom, bo tych wciąż wynajduję na pęczki. Zatracam się w tym płytkim stylu życia, bezwstydnych, nieobyczajnych, wulgarnych lekkomyślnych spotkaniach, w powierzchownych, bezwartościowych znajomościach, jałowych, łajdacko-pijackich relacjach. Ostatnim razem urwał mi się film, ale strach po tym zdarzeniu trwał tylko dzien.

„Tęsknię za Tokio świecącym jak neon
Za Tel Awiwem białym jak welon
Za Nowym Jorkiem deszczowym jak…
W sumie wróciłem dopiero
Za brudną Antananarywą
Choć chcieli oszukać nas na paliwo
Tęsknie za pizzą w Weronie i Pizą
I na pewno wiesz czemu tęsknię za Rygą
Za nocnym Santiago i Limą
Za jazdą na stopa pustynią
W tamtej Toyocie tęskniłem za klimą
Ten silnik był głośny jak dziewczyny z Rio, jo
Za jazdą skuterem przez Wietnam
Tą pierdoloną zatłoczoną drogą
W każdym z tych miejsc zabawa była świetna
Ale jeszcze bardziej…Tęskniłem za Tobą, nie kłamię jak zły
Że dałbym się pociąć, ale przyjmę kulkę w moim bubble tea
Tęskniłem za Tobą, nostalgia to błysk
Do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my…”

W urodzinowym horoskopie wyczytałem, że ponoć jestem wspaniałym towarzyszem wszelkich zabaw i imprez towarzyskich, mam pogodne usposobienie, wspaniałe poczucie humoru i jestem ogromnie towarzyski. Z każdym potrafię znaleźć wspólny język i wiele mi się wybacza, jednak tylko do momentu, gdy nie zawiodę czyjegoś zaufania. Moja wielka wada polega bowiem na tym, że jestem ogromnie lekkomyślny i bardzo nie lubię brać na siebie żadnych obowiązków, które mogłyby mnie w jakiś sposób krępować. Jestem samowolny i cenie sobie pełną niezależność, nie chcę i nie lubię, by coś zabierało mi wolny czas, bym był do czegoś zmuszony. Mało kto jest w stanie w zupełności zaakceptować tę moja niechęć do przyjmowania na siebie jakiegoś jarzma i na ogół wszystkich denerwuje moje przekonanie, że jestem kimś wyjątkowym, więc nic nie muszę. Jeśli nawet już jakiś obowiązek zostanie na mnie nałożony albo nawet sam w przypływie dobrego humoru go na siebie przyjmę, wcale nie jest to dla mnie powód, by zrezygnować z mojego luźnego zachowania i to, czy się z owego obowiązku wywiążę, czy też nie, jest zależne wyłącznie od mojego nastroju. Żadne zakazy i nakazy nie są dla mnie ważne, ponieważ obchodzę je, jak mi wygodnie i nic nie robię sobie z władzy, jaką się nade mną sprawuje. Uważam, że tylko ja sam mam prawo o sobie decydować i nikomu nie pozwalam na choćby nieznaczne ingerowanie w moje życie, nawet osobom, które chcą dla mnie jak najlepiej. Najważniejszą wartość w życiu stanowi dla mnie rozrywka, ponieważ wychodzę z założenia, że celem każdego człowieka powinno być jak najaktywniejsze korzystanie z tego, co oferuje mu los. Bardzo mocno biorę sobie do serca tę zasadę. Dziwne jednak, że mimo iż utrzymuję, że na niczym mi nie zależy i żadne konwenanse dla mnie nie istnieją, to tak naprawdę mam jedno czułe miejsce, którym jest moja reputacja. Bardzo dbam, by ludzie z mojego otoczenia mieli na mój temat jak najlepszą opinię i staram się tak postępować, by nią nie zachwiać, jeśli zaś robię coś nagannie moralnego, jestem gotów ukrywać to za wszelką cenę. Największą moją zaletę bez wątpienia stanowi szczerość. Nigdy nie ukrywam przed swymi bliskimi swoich wad i słabości i jeśli na przykład spotykam osobę, z którą chcę ułożyć sobie relacje, nie udaję przed nią osoby bardziej odpowiedzialnej i obowiązkowej niż w rzeczywistości jestem. Otwarcie przyznaję się do wszystkich swych wad, bo chcę, by ludzie, przynajmniej ci, na których mi zależy, akceptowali mnie takim, jakim jestem i nie wymagali ode mnie zmian, których nie będę mógł u siebie zaprowadzić. Sam ma w sobie mam wiele wyrozumiałości i tolerancji dla słabości innych ludzi. Nigdy nie bywam zakłamany, mam świadomość wszystkich swych niedostatków, nie widzę powodów, dla których miałbym kogokolwiek za cokolwiek potępiać. Otoczenie bardzo mnie za to ceni i szanuje, a wszyscy, którzy są ze mną blisko, chętnie zwierzają mi się ze swych problemów i złych postępków, wiedzą bowiem, że zawsze chętnie ich wysłucham i udzielę swoistego rozgrzeszenia. Jak mało kto potrafię korzystać z życia i czerpać z niego pełnymi garściami to, co ma mi ono do zaoferowania. Potrafię urozmaicić swą egzystencje i przez to także życie związanych ze mną osób, za co są mi głęboko wdzięczni.

Nie jestem obowiązkowy i odpowiedzialny, często oczekuję, że inni będą mnie wyręczać w tym, co sam powinien zrobić i otwarcie się do tego przyznaję, w ogóle się tego nie wstydzę. Przeciwnie, uważam, że te moje wady dodają mi uroku, ale tylko do pewnego momentu, bo moja nonszalancja jest pociągająca na krótką metę. Cenię sobie luksus, ale nie chce mi się pracować, by mieć nań środki, więc żyję ponad stan, obnosząc się z bogactwem, którego tak naprawdę nie mam. Zwykle miewam kłopoty finansowe i zadłużam się u rodziny i znajomych lub też staram się dojść do wielkiego majątku półlegalnymi albo zupełnie nielegalnymi środkami i do tego celu gotów jestem zmierzać po przysłowiowych trupach.

Moja wielka siła polega paradoksalnie na tym, że nie obowiązują mnie żadne powszechnie uznawane zasady. Daje mi to wielkie możliwości, ponieważ nic nie robię sobie z obowiązujących zakazów i docieram wszędzie tam, gdzie chcę dotrzeć, dokładnie takimi sposobami, jak mi się podoba. Odważnie i przebojowo toruję sobie drogę i za nic mam wszelkie przeciwności czy działania konkurencji. Moja pewność siebie sprawia, że nikt nie jest w stanie mi trwale zagrozić, ludzie obawiają się mnie, wiedząc, że nie mam żadnych skrupułów i nic do stracenia, więc jestem gotów na wszystko. Bardzo ważne są dla mnie pieniądze, zwykle najważniejsze w życiu zawodowym, ponieważ od kariery i poczucia spełnienia ważniejsze jest dla mnie to, by moje życie było lekkie i przyjemne. By zaspokajać swoje zachcianki, potrzebuję wielkich funduszy i nie cofam się przed niczym, by je zdobyć. Dla tego celu gotów jestem działać jak najaktywniej, w każdej innej zaś kwestii nieszczególnie chce mi się wysilać i trudno jest wzbudzić we mnie zapał do jakichś zdecydowanych działań.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

Słabszy dzień

Miałem dziś słabszy dzień w pracy. Rano jakaś przypadkowa panna popsuła mi humor, kilka godzin później zareagowałem zbyt agresywnie na kilka głupich komentarzy w stylu dobrych rad, po chwili załamał mi się głos, nie zdołałem powstrzymać emocji i nawrzeszczałem na szefa. Myślę, że gdyby stał wtedy obok mnie, dałbym mu po gębie i na wyjściu rzucił papierami. Miałem dość jego pierdoletów i wybuchłem.

Wieczorem poszedłem się przejść, pogadałem przez telefon z K, opowiedziałem jej o wszystkich laurkach, które dostałem ostatnio na linkedin i pożaliłem się na pracę. Lepiej się teraz czuję, dopiero co zamknąłem laptop i kładę się spać. Byleby do jutra.

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze