Bawiłem się wczoraj do rana

Sylwester to zawsze dla mnie talibską dzień jak co dzień, nie rozumiem tej fascynacji balami i zabawą na zawołanie. Osobiście równie dobrze mogę bawić się dobrze w środku tygodnia w lipcu, więc szał planowania sylwestrowej imprezy interesował mnie tak bardzo jak zeszłoroczny śnieg. Do tej pory zwykle ostatni dzień grudnia spędzałem gdzie daleko w ciepłych azjatyckich krajach, szedłem spać o 23 tylko upewniałem się że okna są dobrze zamknięte, żeby nie obudził mnie huk wystrzeliwanych petard.

Po powrocie z Berna wybrałem się z bratem na męski wieczór tylko we dwoje, wylądowaliśmy w Papa i tam po raz kolejny znajomi próbowali wyciągnąć mnie na imprezę. M pracuje, brat idzie na jakąś domówkę, znajomi siedzą w domach z dzieciarnią, gdzie ja się będę pchał – myślałem.

Brat podsunął mi pomysł K która właśnie wróciła z Atlanty, wymyślałem sobie że jeśli miałbym z kimś iść do Coctail Baru to tylko z nią. K jest jedną z niewielu kobiet j której proces decyzyjny trwa kilka sekund, zapytał kiedy, za ile, co musiałby przywieźć i wczoraj o 16 siedziała już u mnie na kanapie. Wystroiliśmy się jak szczury na otwarcie kanału, dostaliśmy miejsce obok znajomych chłopaków pracujących na barze i nawet nie wiem kiedy wybiła 4 rano. Jedliśmy, piliśmy, śmieliśmy się, pląsaliśmy na parkiecie żeby nad ranem szczęśliwi cali w konfetti wrócić do domu. Dziś rano w windzie widziałem jeszcze ślady naszej szampańskiej zabawy, mam nadzieje, że nikt nie zauważył że zrobiliśmy to my.

Opublikowano podróże | 12 Komentarzy

koniec roku 2019

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie chęć planowania, kontrolowania i dążenia do samowystarczalności, chęć zobaczenia świata, nie kusi mnie już jednak potrzeba bycia w kilku miejscach jednocześnie, odpuściłem sobie kolorowe życie jak w kalejdoskopie, zrobiłem się wybiórczy, przeto leniwy i doceniam wygodę. Wciąż uważam, że praca jest tylko pracą i nie chce wypruwać sobie żył, zrozumienie, że nie muszę nikomu niczego udowadniać.
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo, testosteron, artystycznej estymy i zacięcia, by sprawiał, że chciałoby mi się być lepszym człowiekiem.
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, poukładane wartości, uroda, uśmiech, elegancja.
co cenię najbardziej u przyjaciół: szczerość i możliwość rozmów na każdy temat, lojalność.
moja główna wada: nieumiarkowanie w piciu, seksoholizm, fajki, lenistwo, wygodnictwo i praca zrywami.
moje ulubione zajęcie: planowanie, spełnianie marzeń, surfowanie po necie, rozgrzewające igrzyska sportowe, przesiadywanie w barach.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, praca jakakolwiek choćby mechaniczna, zdrowie, „szlafrokowe” czyli dzień bez pośpiechu, wstawania, wychodzenia, wyglądania.
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: choroba, anonimowy hate, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych, ciągła potrzeba bycia numerem jeden
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M, brak przyjaciół, choroba, bieda, zależność od kogoś.
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: jestem szczęśliwy na co dzień i w pełni tego świadom
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku, naprawdę wierzę w swoją wersję prawdy.
słowa, których nadużywam: ja pierdole
ulubieni bohaterowie literaccy: nie czytam w ogóle, tylko audiobooki
ulubieni bohaterowie życia codziennego: M, M&Ms, rodzina, szwajcarscy przyjaciele i znajomi
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów.
moja dewiza: chwytaj czas, mój dom  jest tam gdzie jestem.
dar natury, który chciałbym posiadać: brak egoizmu, zazdrości i dumy.
jak chciałbym umrzeć: szybko, nagle, bezboleśnie, we śnie i przed 50.
obecny stan mojego umysłu: po powrocie ze Szwajcarii, przed wyjściem na imprezę do Papa, myślący o styczniu, kolejnych wyjazdach i pracy.
błędy, które najłatwiej wybaczam: wciąż przesuwam granicę tolerancji wszelkich błędów.
największa porażka: praca w banku, kombinowanie i pazerność, nadużywanie alkoholu, mąż Włoch, włoska rodzina a mi nadal pieprzy się Congiuntivo i Condizionali, interview w BD podczas, którego wypadła mi soczewka co skomentowałem: „o kurwa oko mi wypadło”.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

wyjazdowo

W pierwszy dzień świąt poleciałem do Szwajcarii. Nie ukrywam że nie lubię świąt w ogóle, od lat wiję się jak piskorz, byleby tylko uniknąć konieczności spędzenia tego czasu w domu z rodziną. Święta kojarzą mi się ze stresem, szarpaniną, udawaną uprzejmością, koniecznością wizyt i rewizyt osób których nie mam ochoty oglądać oraz wielkim obżarstwem i siedzeniem przed telewizorem. Kiedy byłem młodszy, wydawało mi się że tak być musi, kiedy dorosłem i stałem się niezależny, postanowiłem się wyłamać i nie uczestniczyć w rodzinnej szopce. Znajomi wokół wciąż tkwią w tradycji choć przemyśleniami bliżej im do mnie niż do tego co wynieśli z własnego domu. Prawdą jest, że nie mam dzieci, może dla nich poświeciłbym się żeby miały wspomnienia, w końcu od kogo mają czerpać wzorce, uczyć się przywiązania do tradycji jak nie od dorosłych.
M. przygotował czerwony barszcz, taki prawdziwy na zakwasie, ja dowiozłem uszka, spadło nawet trochę śniegu więc było prawdziwie świątecznie, ale najważniejsze chyba to że byliśmy tylko we dwoje, bez tego gwaru, zgiełku, bieganiny i „polskiej tradycji”. Obaj wiedzieliśmy że za kilka dni lecimy do Włoch, uciekamy w stronę słońca więc rozkoszowaliśmy się bezmiarem spokoju i zwykłym przebywaniem ze sobą.
Czasem myślę o tym jak będzie wyglądało nasze wspólne życie za kilka lat, nie mamy planu i to wprawia mnie w nastrój przygnębienia, takie zawieszenie między dwoma krajami jest fajne, ale na dłuższą metę, boje się że wszystko nagle może runąć jak domek z kart.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | 2 Komentarze

W pracy do końca roku działo się oj się działo.

Najpierw udało mi się zakwalifikować na wyjazd do naszej fabryki w Błoniach, żeby zobaczyć co produkuje nasza spółka córka i jak w ogóle jak wygląda typowy zakład produkcyjny. Sam wyjazd atrakcją może i nie był, bo raptem 30 km za Wrocław za to w środku?! Cud.
Hala produkcyjna, na którą żeby wejść należy przejść przez dwie strefy bezpieczeństwa, rozebrać się, odkazić strój, przywdziać odpowiednie wdzianko i buty, wymyć ręce jak przed jakąś operacją na otwartym sercu, założyć czepek na głowę i brodę, zmyć makijaże, zdjąć hybrydy i sztuczne rzęsy. Normalnie czad! W środku wszystko sterylnie czyste, poukładane i zorganizowane z niemiecką precyzją. Moim ulubionym pomieszczeniem w całej fabryce okazał się pokój zwany „cięciem węża”, na darmo szukaliśmy „przycinania komara”.
Z biura oddelegowano mnie na firmową wigilię do centrali. Nie pojechali wszyscy, tylko „namaszczeni”, za to ekipa okazała się bardzo zgrana. Uroczystość zaczęła się po pracy o 18, tylko jedzenie i wino udostępnili dopiero po przemówieniu głównego bosa CEO, czyli po 20. Do tego czasu myślałem, że zwiędnę, bo rano nie zjadłem żadnego śniadania licząc na sutą wyżerkę na wieczór. Bawić bawiliśmy się całkiem fajnie, okazało się np. że mojej dyrektorce nie przeszkadza język rodem z rynsztoka, bo niektórzy koledzy jak sobie popili to niestety w słowach nie przebierali. Zwróciłem na to głośno uwagę już kiedyś na początku, teraz drugi raz, ale widać moja szefowa to akceptuje, więc nic mi do tego. Nie będę się ośmieszał i niepotrzebnie oburzał, aż taki delikatny nie jestem, ale do mojego szefa rocznik 84 nie zamierzam się upodabniać: Agnieszka k…a, napier….lam do ciebie smsy od godziny.
No właśnie… to nie mój świat.

W związku z projektem pojawił się tzw. business need, który przyszło mi zaprezentować na miesięcznym RFO czyli spędzie świętych. Wiedziałem o tym od ponad tygodnia, miałem zrobić prezentację do piątku, zrobiłem i wysłałem w czwartek. W czwartek koniec dnia – zero odpowiedzi, w piątek to samo, w poniedziałek dostałem telefon od dyrektorki, że zmienia koncepcję, szlag mnie trafił. Pomysł zmieniał jej się nieustająco do środy włącznie, we wtorek dołączył do tego mój bezpośredni szef i jak zaczął, że on też ma wizję chciałem go zabić i zakopać. Przepychanka trwała 3 dni, zmieniała się ilość slajdów, wielkość czcionki, liczba tabel na slajdzie oraz sposób ujęcia problemu. Miałem 10 minut na prezentację i sesję serii pytań i odpowiedzi. 3 slajdy w 4 minuty, jak prezentowałem wszyscy mnie słuchali, co nie powiem, trochę mnie martwiło, że może bredzę. Jak skończyłem zapadała cisza, po chwili usłyszałem tylko: approved. Duma mnie rozpierała, bo do tej pory ile razy nasz PM szedł na RFO głównie odbijał się głową od ściany, co i mnie wróżono, a tu taka niespodzianka.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sentymenty

Spać w domu we własnym łóżku, okryty pościelą, którą samemu się wybierało, kupowało i prasowało setki razy, która nawet pachnie właściwie. Pamiętam nawet, z której strony zamek się zacina i co trzeba zrobić, żeby kołdra się nie wkręcała. W drugim domu zwyczajność powszednia, te same unoszące się zapachy, odgłosy zza ściany, te same meble i kolory, dziury w ścianach i od lat nienaprawiony zawias do drzwi szafy.

M jak co roku od 12 lat, wystawił nasze figurki mikołajowe i tradycyjnie postawił je na szafkach nocnych, żeby przypominały nam, że nadchodzą święta. Od dawna nie ubieramy choinki, to akurat dzięki mojemu ukrytemu talentowi do rozbierania bożonarodzeniowego drzewka: zbankrutowalibyśmy na samych lampkach i ozdobach, bo co się do nich zabieram, pękają, spadają albo plączą się tak niesamowicie, że na koniec druty i kable najlepiej ciąć nożyczkami…

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Wyrwane z kontekstu

M. przyleciał do mnie na długi weekend. Tym razem spędzimy ze sobą o wiele więcej dni niż planowaliśmy, bo jutro razem polecimy do Szwajcarii, będę stamtąd pracował cały tydzień, na święta znowu tam polecę a po nowym roku spotkamy się najpierw na urodzinach mamy w Lecce a potem pod koniec miesiąca w Rzymie na koncercie Renato Zero.

M. połknął bakcyla podróżowania, zupełnie nie przeszkadza mu, że co 3-4 tygodnie musi wsiąść w samolot, żeby do mnie przylecieć. Przyznał mi się, że teraz widzimy się częściej niż gdy mieszkaliśmy razem w Bernie, wtedy praktycznie nigdy nie było mnie w domu a wspólny czas spędzaliśmy tylko podczas urlopu albo weekendowych wyjazdów. Znajomi często pytają nas, jak sobie radzimy z byciem rodziną na odległość, czy tak się w ogóle da i obaj możemy zgodnie przyznać, że radzimy sobie bardzo dobrze. Nie wiem na czym polega sukces tego związku, ale po 12 latach nauczyliśmy się spędzać ze sobą tzw: quality time, mało się kłócimy, szybciej sobie wybaczamy, jesteśmy mniej drobiazgowi i bardziej zrównoważeni.
M. nie narzekał, że jego samolot miał 8 godzin opóźnienia, że spędził więcej czasu na lotniskach czekając na samolot, niż w powietrzu, że nic nie dali mu jeść, że pracownicy Lotu robili sobie z niego wariata odsyłając go od okienka do okienka. Ważne, że gdy wylądował czekałem na niego gotowy zabrać go na najlepszą kolację w mieście, byleby wynagrodzić mu trud uciążliwego lotu.

Pogoda dopisywała przez cały weekend, było chłodno, ale przez cały czas świeciło słońce przez co zimna pora roku zdawała się znośniejsze. Wreszcie była okazja zaprosić rodziców na wspólny obiad do Napa, odkąd kupili dom nad jeziorem praktycznie nie ma ich na miejscu, tym samym okazji do wspólnych spotkań jakby było mniej.W sobotę pojechaliśmy na wielkie zakupy do Epi, obkupiliśmy się co niemiara we wszystkie możliwe polskie smakołyki. Część zabierzemy ze sobą do Berna a resztę postanowiliśmy spożytkować jeszcze we Wrocławiu. Wczoraj siedząc wieczorem w naszej kuchni w majtach, podartych dresach, w porozciąganym podkoszulku, przy butelce wina, zajadając smakołyki, które obaj przyrządziliśmy, poczułem się naprawdę jak byśmy byli znowu razem. M. rozśmieszał mnie do rozpuku krytykując sposób w jaki zorganizowałem kuchnię, w której nic nie może znaleźć, że brakuje mu sprzętów, naczyń i całego gadżeciarstwa kuchennego, którym wypełniony jest nasze mieszkanie w Szwajcarii. I tak powinien się cieszyć z tego co udało mi się dla niego zorganizować: pinceta cukiernicza, obieraczka skorupek jajka, łopatki i durszlak były pierwszy raz używane od momentu zakupu.

Opublikowano podróże | 8 Komentarzy

Niespodziewana wizyta

Mój kolega Hindus, którego poznałem kilka lat temu pracując jeszcze w Szwajcarii, niespodziewanie odezwał się do mnie na whatsup, informując że za kilka tygodni przyjedzie do Polski na tranzycję. Ostatni raz widzieliśmy się w Hajdarabadzie, podczas mojego pobytu w Indiach zgotował mi bardzo miłą niespodziankę zapraszając mnie do swojego domu. Sreeni przełamał wtedy pewnego rodzaju tabu klient – dostawca, wtedy dla wielu było to nie do pomyślenia żeby się tak z kimś bratać. Pamiętam jak pałowaliśmy się z jego przełożonym, w oczach którego pomysł wydawał się absurdalny, ale i tak postawiłem na swoim. Od początku uważałem, że nie muszę nikomu tłumaczyć się jak spędzam swój prywatny czas w Indiach, tylko Sreeni był innego zdania. Dla niego ważniejszym było zakomunikować to wszystkim wokół i nic dziwnego, że napotkał opór. Im bardziej naciskali, tym obaj bardziej byliśmy uparci. Pozostałem głuchy na komentarze starszych, bardziej doświadczonych Hinduskich kolegów, którzy próbowali odwieść mnie od tego niedorzecznego pomysłu, kreując wizje: zatrucia pokarmowego, choroby i innych nieszczęść, ale dla mnie zamysł wydawał się najzwyczajniej w świecie super, los wygrany na loterii, doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i nikomu nie powinno być nic do tego jak spędzam swój czas po pracy. Niezrażony czarnowidztwem przełożonych pojechałem wtedy do prawdziwego hinduskiego domu i spędziłem bardzo miłe przedpołudnie. Obiecałem mu też wtedy odwdzięczyć się kiedyś za ten piękny gest, za jego gościnę, w ogóle za ten pomysł.

I tak rozmawiając przez telefon zobowiązałem się odwiedzić go w Warszawie, spędzić z nim cały weekend, by oprowadzić go trochę po polskiej stolicy. Nasze plany pokomplikowały się trochę kiedy okazało się, że nie będzie on spał w Warszawie tylko w Modlinie, ale nie zraziłem się tym. Zamówiłem nam hotel w centrum i zobowiązałem Sreeniego, żeby tylko zdołał dojechać do Warszawy Centralnej – o resztę zadbałem ja. Z jednej strony odezwał się we mnie dług wdzięczności, z drugiej chciałem żeby miał coś dla siebie z tego dalekiego wyjazdu a niżeli samą satysfakcję z pracy i codzienne pokonywanie trasy hotel – biuro – hotel.

W dniu spotkania zniknęły mi radość i entuzjazm, było zimno i wietrznie, nie chciało mi się wyściubić nosa z domu a co dopiero łazić po mieście. Poza tym kolega zaczął trochę wymyślać, co to by on nie chciał zobaczyć i jak spędzić wspólny czas. Lekko dobił mnie swoimi wymaganiami dietetycznymi – wegetarianin który nie je jajek. Oznajmił mi to w piątek wieczorem kiedy na szukanie odpowiedniego miejsca nie było już czasu. Przebąkiwał coś, że zjadłby też świeżo złowioną rybę w przytulnej, eleganckiej restauracji, ale uznałem to za fanaberię, bo Sreeni choć miły, wychodzić z nim do ludzi to trochę obciach. Mój kolega ma tę przypadłość, że wydaje z siebie bardzo głośne, nieprzyjemne dźwięki w postaci bekania co w większości miejsc publicznych sieje zgorszenie, poraża brakiem kultury i towarzyskiej ogłady. Próbowałem z nim o tym delikatnie rozmawiać, ale wygranie z jego przyzwyczajeniami i wychowaniem wydaje się być niemożliwe. Najpierw głośny przeszywający ciszę bek okraszony przykrym zapachem z wnętrza żołądka a potem słowo przepraszam – tyle tylko udało mi się z nim wynegocjować.    

Przy okazji odwiedziłem swój dawny ulubiony hotel w Warszawie, był po remoncie i wyglądał naprawdę elegancko. Niestety z dawnej ekipy pozostała tylko szefowa F&B, która wypatrzyła mnie w hotelowym lobby i podeszła żeby zaprosić mnie na kawę. Miło było odwiedzić stare śmieci, przywołać dawne wspomnienia i odgrzebać sentymenty, które dawno pokrył kurz. Tamten ja już nie istnieje, mieszkam i pracuję teraz w Polsce a kulinarno-barowe szaleństw – nie są mi głowie, szkoda mi poza tym pieniędzy.

Zabrałem Sreeniego na kolację do Libańczyka, zorganizowałem zwiedzanie miasta na elektrycznej hulajnodze co w jego przypadku okazało się atrakcją porównywalną z audiencją w Pałacu Prezydenckim. Uśmiech i radość nie znikały z jego twarzy przez długi czas.
Zachwycony atrakcjami pierwszego dnia Sreeni oznajmił mi że w sobotę dołączy do nas jego przełożony, też Hindus bo nie wypadało żeby szef siedział w hotelu kiedy on dobrze bawi się w stolicy. Z jednej strony spoko, z drugiej, znając mentalność Hindusów nie zamierzałem dopuścić, żeby jakiś śniady menago waletował u nas w pokoju na podłodze albo żebym musiał spełniać życzenia i organizować kolejne atrakcje dla jakiegoś przypadkowego jegomościa. Pan manager na szczęście okazał się mało wymagający, za to nieszczęśliwy, że musiał przylecieć do Polski, krytykował wszystko od cen po pogodę, polską mentalność i naturalnie brak specjałów kuchni indyjskiej na każdym rogu.

Miesiąc później Sreeni przyjechał też do Wrocławia, chciałem pokazać mu inne miasto, po za tym wiedziałem że kolejny z weekendów planował spędzić w Krakowie i Wieliczce.
Podczas tej wizyty wyznał mi, że nie pił nigdy nic prócz piwa i wina, a że trafił na prawdziwego mistrza ceremonii barowej, nie ociągając się długo zabrałem go do cocktail baru na szczodrą degustację. Jego komentarz, że po alkoholu cierpną mu usta i ma ochotę całować wszystkie dziewczyny wokół przejdzie do historii. Nie jadł też nigdy sushi, bo w Indiach to droga sprawa, zaproponowałem mu kolację na próbę. Miał okazję spróbować każdego specjału kuchni japońskiej, ale smaki niestety nie przypadły mu do gustu.
Mieliśmy więcej szczęścia z pogodą, bo przez cały weekend świeciło słońce. Wiedziałem już nawet gdzie zabrać go na obiad, bo obok biura CS jacyś Nepalczycy otworzyli restaurację.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Znowu idą święta

Święta zbliżają się coraz większymi krokami. Dostrzegam to po dekoracjach na sklepowych wystawach i bożonarodzeniowych jarmarkach odbywających się na Starym Mieście. Za każdym razem kiedy zaglądam w swój kalendarz przypominam sobie jak szybko minął mi ten rok, ile zdążyło się wydarzyć, ile odbyłem podróży. Kolejne kartki odkrywają, że do połowy grudnia niewiele się zmieni, nadal będzie pracowicie a później będę mógł pierdzieć w oponkę i leniuchować. Dziś rano odkryłem, że od kilku lat nie spędziłem żadnych świąt w domu: w zeszłym roku było egzotyczne Palau, wcześniej kilka lat z rzędu Filipiny, wcześniej Malezja albo Australia – ewidentnie do domu nigdy nie było mi po drodze, mało rodzinny jestem.
W tym roku święta spędzimy razem w Szwajcarii – już postanowione.

Opublikowano podróże | 4 Komentarze

jeszcze o Szwajcarii, pracy i obżarstwie karczochowym w Rzymie

Korzystając w pobytu w kraju Helwetów nie mogłem nie pokusić się o wizytę w Azzurro. Co jak co, ale owoce morza i smakołyki włoskiej kuchni to tylko tam i nikt mnie od mojego przekonania nie odwiedzie. Nie musieliśmy nawet rezerwować stolika, jeden telefon i L. naprędce załatwiła nam stolik w samym środku sali, ustawiony tak żebyśmy mieli okazje pogadać ze wszystkimi, którzy tego wieczoru pracowali. Nawet się nie obejrzałem kiedy na stole wylądowały dwa kieliszki franciacorty i foccacia, potem były mule, homar i pokaźnych rozmiarów grillowane branzino, na koniec dostaliśmy za darmo deser i po kielonku mojej ulubionej ciemnej grappy. Obżarstwo było przeogromne, ale było warto. Cały dzień się wtedy głodziłem, chodząc po Lucernie odmawiałem sobie lunchu czy choćby kanapki, byleby nie drażnić sobie żołądka byle czym. Za to do Polski wiozłem później kilo koniny, smakołyk, który serwowałem sobie później na obiad,

W tygodniu, po powrocie do Wrocławia czekały mnie wizyty gości, służbowe kolacje, wyjścia, cały corposzał delegacji i odwiedzin klientów. Trzaskałem prezentację za prezentacją, rano zrywałem się skoro świt by wcześnie dojechać do biura, podokończać wszystkie tematy, bo potem były już tylko spotkania, lunche, telekonferencje a po pracy zamiast do domu, wychodzilem na miasto i znowu kolacyjki i przesiadywanie do późna w barze, żeby rano znowu zerwać się skoro świt. Morderczy maraton trwał do czwartku, po powrocie do domu padałem na lóżko i zasypiałem prawie w ubraniu. Choć chodziłem permanentnie niewyspany, wiem że było warto się tak poświecić, w końcu dobre wrażenie robi się tylko raz i to na początku. Dzięki temu jako jeden z nielicznych dostałem zaproszenie na firmowe Christmass party w naszej centrali w Bad Homburg, więc cel został osiągnięty.

W piątek poleciałem na długi weekend do Rzymu. Razem z M. umówiliśmy się na przedświąteczny shopping i relaks w Wiecznym Mieście i nic nie było wstanie popsuć nam naszych planów. Nawet pogoda, która delikatnie mówiąc, nas nie rozpieszczała. Lało jak z cebra, pogoda była pod psem, ale niezrażeni eksplorowaliśmy miasto pokonując dziennie kilkanaście kilometrów. Odkryliśmy bardzo przytulny butikowy hotel przy Placu Hiszpańskim skąd codziennie wyruszaliśmy najpierw na poranną kawę i śniadanie, potem cały dzień łażenia a wieczorem kolacja w naszych ulubionych miejscach. Skusiliśmy się na wyjście do Pierluigi, któremu zawsze trudno jest mi się oprzeć i nie przeszkadzają mi nawet wysokie ceny. Jak zobaczyłem rachunek pomyślałem, że przez następny tydzień będę musiał żywić się wyłącznie owocami i kawą, ale co tam, w końcu raz się żyje. Suma summarum zakupów wielkich nie zrobiłem, za to na jedzenie wydałem małą fortunę.  Nie pamiętam ile razy odwiedziłem stolice Włoch, za to pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Watykan i Plac św. Piotra po zmroku oraz dzielnicę Żydowską i to było coś.

W całym tym pędzie życia, pracy, atrakcji i obowiązków niespodziewanie dopadły mnie czarne myśli związane z M. Nie potrafię tego jeszcze opisać, ale coś się dzieje i zaczyna mnie to  niepokoić. Dziwnie rozbity wsiadałem do samolotu, chciało mi się płakać i zupełnie nie potrafiłem określić skąd u mnie ten podły nastrój. Mam wrażenie, że w wirze ostatnich kilkunastu tygodniu coś mi umknęło, podświadomie czuję, że coś niepokojącego dzieje się wokół nas a ja tego nie dostrzegam.        

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | 16 Komentarzy

Berno – Lucerna

Każdej jesieni na przełomie października i listopada budynek parlamentu szwajcarskiego zamienia się w ogromny ekran. „Rendez-vous Bundesplatz” to inspirujący, kolorowy półgodzinny audiowizualny pokaz świetlny, który co roku przyciąga dziesiątki tysięcy odwiedzających Berno.
Tegoroczne show „Pierwszy krok” to opowieść o wizjach kosmicznych, latach przygotowań, pierwszych krokach i astronautach oraz o pierwszym lądowaniu człowieka na Księżycu 50 lat temu… A że byłem akurat na miejscu wyciągnąłem M. na mały wypad do miasta. Na zewnątrz wciąż panowały przyjemne temperatury, nie padało, obiecałem, że po pójdziemy na romantyczną kolacyjkę do Azzurro. Show jak zwykle zgromadziło tłumy, wszyscy cisnęli się przy Bundesplatz chcąc obejrzeć przedstawienie. 20 minut cudownej gry świateł, barw, muzyki i techniki.

W Bernie zrobiło się bardziej „kolorowo”, na stacji kolejki często można zobaczyć dwie strefy: szwajcarską dla Białych i czarną dla przybyszów z Afryki. W pociągach podobnie, początkowe wagony zajmują Biali a tyły – Czarni. Kilka razy wsiadłem do tylnych wagonów pociągu i przeżyłem lekki szok: dzieci biegały jak opętanie, kobiety w chustach wydawały się tym nie zainteresowane, młodzi darli japy albo głośno słuchali muzyki afrykańskich rytmów.  Papiery walały się po wagonie, podobnie jak resztki jedzenia i cała reszta śmieci. Kontrolerów ani policji ani razu tam nie widziałem, ale gdybym to ja spróbował wyciągnąć pojemnik ze sprejem, założę się że na kolejnej stacji ktoś by już tam na mnie czekał. Berno zaczyna mieć dwa standardy, nawet M kiedy opowiada jakieś historie często używa określeń „zona nera” albo „sporchi”.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | 8 Komentarzy