nudy

Nie powiedziałbym, żebym ostatnimi czasy zbytnio się przemęczał. Przychodzę do biura na 9 a wychodze o 15, czasami w ogóle się nie pojawiam, bo teoretycznie pracuję z domu co w moim przypadku oznacza wylegiwanie się na sofie, sączenie drinków i nadrabianie zaległości filmowych.
Odkąd zrobiło się gorąco, nie daję rady wysiedzieć w swoim mieszkaniu i wolę ruszyć swoje cztery litery i przyjść do klimatyzowanego biura choćby tylko na kawę i pogaduchy. Komunikacja miejska też działa mi na nerwy, od kilku dni do pracy jeżdzę Uberem i bardzo sobie chwalę to rozwiązanie.

Wczoraj kobieta która przyjmowała mnie do firmy złożyła wypowiedzenie, po 12 latach wytężonej pracy zdecydowała się odejść i kontynuować karierę gdzieś na zewnątrz. Zrobiło się trochę dziwnie, bo to ona była osobą spinającą zespół, trochę obawiamy się efektu domina, bo bezkrólewie nigdy nie jest dobre, poza tym nieodwracalnie znika ogrom wiedzy, ale jak to bywa w korpo firma z tego powodwu nie padnie.

Udało mi się wreszcie umówić na spotkanie z notariuszem i jutro rano lecę do Berna. M. będzie pracował, znajomi powyjeżdżali więc będzie to raczej spokojny weekend nie licząc spotkania z B.

Zrezygnowaliśmy z urlopu we Wloszech tego roku, zamiast tego lecimy z M. do Londynu a stamtąd do Dublina i Belfastu. Zdecydowałem się wydać wszystkie swoje mile BA, bo do niczego nie są mi już potrzebne. Będziemy też spać w Radissonach za punkty i dzięki temu mam nadzieję nie wydać fortuny na ten wyjazd.

Zorganizowałem imprezę urodzinową dla rodziny. Było miło i sympatycznie, wieczór skończyłem w barze obładowany prezentami. Pech chciał, że piękna karafka na whisky, którą dostałem od mamy rozbiła mi się w kuchni nim w ogóle zdążyłem ją spożytkować. Oby na szczęście…

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

niech ci goście już się skończą

Pewnego rodzaju tradycją stały się zaproszenia na niedzielne śniadania do rodziców, za każdym razem kiedy M. przylatuje do Polski. Tym razem było nie inaczej. Cieszę się z takiego obrotu spraw, że M. skradł im serca, że zaakceptowali go w moim życiu i skutecznie powstrzymują się od wszelkich złośliwych komentarzy. Mogę walczyć z całym światem, ale nie mam siły ani ochoty walczyć ze swoją rodziną. Z drugiej strony śniadanie o 8 rano w niedzielę to lekki horror, który zawsze stanowi dla nas nie lada logistyczne wyzwanie, bo obaj lubimy w weekendy pospać trochę dłużej niż do pierwszych promieni wschodzącego słońca.

Wieczór wcześniej spędziliśmy z chłopakami na mieście, poszedłem po najmniejszej linii oporu pokazując im wyłącznie Rynek, stamtąd pieszo poszliśmy w stronę Mariny. Po drodze, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, spotkałem swoją koleżankę ze szwajcarskiego eB, która to przyjechała do Wrocławia wraz z rodziną na weekend. Przez ułamek sekundy myślałem, że może to ciąg dalszy urodzinowej niespodzianki i że za chwilę zza rogu wyskoczy reszta znajomych twarzy połowy berneńskiego biura, ale okazało się że był to tylko miły zbieg okoliczności.
Do domu wróciliśmy koło północy.

Rano ledwo zwykliśmy się z łóżka, ja pierwszy i zrobiłem nam kawy. Gdyby nie chodziło o rodziców, pewnie byśmy odwołali tę wizytę, ale u nich nigdy by to nie przeszło. Mamuśka jak zwykle stanęła na wysokości zadania: pięknie nakryty stół uginał się pod ilością polskich smakołyków, wszystko wyglądało bardzo apetycznie więc o diecie mogliśmy zapomnieć. Po 10 pojechaliśmy na miejsce spotkania, P&F wygrzebali się z pieleszy dopiero koło południa. Potem zaczął się ultra-maraton i dzał cipy, upał był nieznośny kiedy zwiedzaliśmy Ogród Botaniczny i Ostrów Tumski. Chwilą wytchnienia był jedynie rejs statkiem po Odrze, ale o drzemce nie było nawet mowy, ciągle musiałem coś tłumaczyć, opowiadać, zabawiać gości anegdotami. Po cichu liczyłem, że przed kolacją w Przystani uda mi się na kilka godzin wrócic do domu, odpocząć, przebrać się, ale nie było takiej opcji. O 18 kiedy szliśmy w stronę restauracji miałem czoło, głowę, kark i obie ręce spalone słońcem, marzyłem tylko o kuflu zimnego piwa i żeby ten dzień nareszcie się skończył..

M. lekko mnie poirytował, bo przyjechał na gotowe, nie pomagał mi, nie czuł się zobowiązany partycypować w kosztach kolacji, zakupach, nie dostałem od niego żadnego urodzinowego prezentu. W związku niby przecież nie chodzi o prezenty, ale taki lekki niesmak pozostał.

Przez następne dni za to lało jak z cebra, podczas gdy ja siedziałem w biurze M. brodził po wodzie z chłopakami w strugach deszczu. Wieczorami spotykaliśmy się zawsze na wspólne kolacje w Konspirze, Bułce z Masłem albo Sakano. Kiedy w czwartek wszyscy wreszcie wyjechali odetchnąłem z ulgą, że to już koniec. Ostatnie dwa tygodnie towarzysko należały do bardzo udanych, ale gdy każdy dzień wyglada tak samo czyli: pobudka, biuro, praca, zakupy, zwiedzanie, kolacja, impreza, bar, późny powrót do domu to może to człowiekowi trochę z czasem zbrzydnąć. Wyleczyłem się z zapraszania do siebie gości na kilka następnych miesięcy.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

lotnisko

Samolot z Bazylei miał ponad pół godziny opóźnienia. Z tego co usłyszałem od K, która kilka godzin wcześniej wylatywała nim z Wrocławia, nad Bazyleą panowały delikatnie mówiąc mało sprzyjające warunki pogodowe, które przyprawiły ją o mdłości.

Te pół godziny mogłoby trwać wieczność, gdybym przypadkiem nie spotkał na lotnisku „trupa z szafy” (ze swoim nowym/starym absztyfikantem). Zamieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań. Wilk pozostanie wilkiem nawet gdy minie 20 lat, pomyślałem sobie przyglądając się jego „koledze”, który nota bene sprawiał bardzo dobre pierwsze wrażenie, ale predator nie staje się nagle przecież bezbronną owieczką, więc jak dla mnie, coś musiało być na rzeczy w tej ich relacji. Nic mi w sumie dziś do tego, choć chłopaka było mi najzwyczajniej w świecie żal. Młodzi ze słabą psychiką lgnęli do niego zawsze, a „trup” bez litości to wykorzystywał pod maską zrozumienia, niesienia pomocy, nie szczędząc przy tym czułych słówek.

M. pojawił się w drzwiach hali przylotów chwilę później. Jego widok w kolorowych butach Moschino ozdobionych twarzami myszek Mickey i Minni od razu wywołał uśmiech na mojej twarzy. Wpadliśmy sobie w ramiona i już zaczęliśmy rozglądać się gdzie podziali się nasi goście P&F, gdy M. zorientował się, że bagaż z którym wyszedł nie był jego. Zgadzały się marka, kształt i kolor, tylko zawartość walizki była obca. Próbował wrócić do sali przylotów, ale zatrzymała go straż celna. Na nic zdały się tłumaczenia na migi, próbowałem interweniować nawet ja, ale polecono nam czekać na zewnątrz. Chłopak, który przyleciał z identyczną walizką na szczęście nie opuścił jeszcze terminalu, też zorientował się że coś jest nie tak z jego bagażem i spotkaliśmy go przed stanowiskiem w punkcie rzeczy zaginionych.

P.&F. pojawili się zaraz potem, F. zniknął wypłacić pieniądze z bankomatu podczas gdy ja entuzjastycznie witałem się jeszcze z P. Chwilę później przyleciał poruszony, twierdząc, że bankomat wydał mu pieniądze nim w ogóle zdołał wprowadzić na klawiaturze swój kod PIN co wywołało ogólną mega konsternację. Okazało się, że o tym zapomniał…

Chłopaki nie chcieli jechać do Marriotta taksówką, woleli zabrać się z nami autobusem. Trafił nam się kierowca szatan, jadąc rzucało nami na prawo i lewo, walizki prześlizgiwały się z jednej strony autobusu na drugi, bo kierowcy najwidoczniej wydawało się, że wiezie worki ziemniaków. Za to śmiechu było z tego co niemiara.

 

 

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

Goście goście

Wczoraj ostatecznie pożegnałem K., po pracy zaprosiłem ją jeszcze na drinka do Papa Baru, upewniłem się że przed wyjazdem dostanie odpowiednią dawkę procentów, a kiedy trzeba było prowadzić ją pod ramię, oddałem pod opiekę D., który miał z całej tej sytuacji niezły ubaw. Żeby potem nie mówiła że w Polsce chodziła głodna i nawet raz się nie upiła.

Dziś rano pomogłem zorganizować im taksówki na lotnisko, a kiedy ostatecznie wsiedli na pokład samolotu zabrałem się za sprzątanie i zakupy, bo dziś przylatuje na tydzień Najwyższa Kontrola…

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

urodziny

W poniedziałek poszedłem wcześnie spać, czułem się senny, wskoczyłem więc do łóżka wcześniej wyciszając telefon, bo znając M. byłby pierwszy który próbował złożyć mi życzenia zaraz po północy. Myślałem, żeby poczekać i się o tym przekonać, ale oczy same mi się zamykały. Nim wybiła północ, smacznie już spałem. Rano przekonałem się, że miałem rację, M. wysłał mi wiadomość minutę po północy, gdy nastawiałem kawiarkę na poranne espresso, zadzwonił tato z życzeniami. Pojechałem do biura. Było pochmurnie. Przez cały poranek martwiłem się żeby samolot K. z Bazylei wylądował o czasie, żeby wszyscy goście zdążyli na kolację na 18, żeby trafili, by nie było za gorąco ani za chłodno, żeby wieczorem nie spadł deszcz, żebym sam o niczym nie zapomniał, żeby wszystko się udało.
Lekko przejęty zadzwoniłem nawet do Przystani usłyszeć, że wszystko jest w najlepszym porządku a stolik i tort czekają. Zwolniłem wcześniej do domu D. żeby czasem nie sprzątała mieszkania kiedy wrócę wcześniej z pracy odpicować się przed wyjściem. Przez cały dzień odbierałem wiadomości i telefony z życzeniami od rodziny, przyjaciół i znajomych. W biurze o mnie zapomnieli, ale bądź co bądź niczego innego się nie spodziewałem, w końcu pracowałem z tymi ludźmi dopiero od 2 miesięcy.
V. wysłała mi wiadomość, że wraz z A. dotrą na miejsce przed czasem a że wolałem pojawić się tam przed nimi, po 17. siedziałem już w taksówce. Zupełnie niepotrzebnie. V. się wcale nie zmieniła i przyszła spóźniona prawie pół godziny, nawet K. której samolot ostatecznie spoźnił się prawie godzinę zdołała dotrzeć na czas.

W pracy dzień jak co dzień. Nie było szału ani fajerwerków, nikt o niczym nie wiedział więc o 15 spokojnie jak gdyby nigdy nic wyszedłem do domu. O 11 zrobili nam alarm przeciwpożarowy akurat gdy lunął rzęsisty deszcz, ale to była jedyna taka atrakcja tego poranka.

W Przystani umówiliśmy się na 18, przyjechałem pierwszy, taksówką, bo chciałem dotrzeć tam na chwilę przed gośćmi, upewnić się jeszcze, że wszystko zapięte jest na ostatni guzik. K. z D. i dzieciakami pojawili się pierwsi, po chwili dołączyli V.i A. Za sprawą gromadki dzieci zrobiło się głośno w naszym kącie sali, poczułem jak tracę kontrolę nad sytuacją i… szybko włączyłem na luz, przestałem się tym przejmować, w końcu to była moja kolacja urodzinowa a dzieci są tylko dziećmi więc drzeć mordę i rzucać kredkami chyba muszą.

Dostałem prezenty i olbrzymi tort, usłyszałem Happy Birhday oraz jego odpowiedniki po niemiecku, macedońsku, francusku i rosyjsku. Jako że wśród zaproszonych nie było żadnego Polaka, musiałem obejść się bez rodzimego 100 lat, ale nie na długo, bo po kolacji zaprosiłem dziewczyny na drinka do hotelowego baru a tam zaprzyjaźnieni barmani wręczyli mi kawałek tortu ze świeczką i zrobili prawdziwie popisowe show.
Spędziliśmy naprawdę fajny wspólny wieczór, M. bylo przykro, że nie było go ze mną, ale z drugiej strony najważniejsze że nie byłem tego dnia sam. Jego 40. obchodziliśmy w Osace, moja wcale nie była gorsza.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

Jutro kończę 40 lat

Co zrobić przed 40-tką?

Z niepokojem albo wręcz strachem myślałem kiedyś o magicznej granicy 40 lat, za którą jest już z górki, przepaść, czarna odchłań przed końcem wszystkiego, nim gdy stuknie mi 50 lat i skończy się życie. Kiedyś przekonany byłem, że naprawdę żyje się do 40, bo potem życie traci barwy.
Słyszałem opinie, że po 40. doświadczenie i życiowa mądrość sprawiają, że właśnie po osiągnięciu tego wieku zaczynamy cieszyć się tym, co mamy. Zaczynamy czerpać z życia, więcej niż gdy byliśmy młodsi. Dobrze więc jest wejść w ten etap dojrzałym, ze świadomością swoich potrzeb, słabych i mocnych stron. Tak słyszałem…
Ja nie czekałem. Korzystam z życia i zdobywam doświadczenia na codzień, robię i próbuję wszystkiego na co mam ochotę żeby potem nie żałować. Starzajemy sie codzinnie, ale wciąż jesteśmy odpowiednio młodzi na coś szalonego… zależy chyba tylko czy ma się więcej pieniędzy na różnego rodzaju szaleństwa. Gdybym jutro wpadł pod samochód albo umarł we śnie mógłbym śmiało stwierdzić, że miałem klawe życie.
Przed pójściem spać skusiłem się, by spisać wszystko to co mam już za sobą. Wszystko wymienione poniżej kwestie to moje osobiste punkty, nie planuje nikogo zainspirować ani do niczego namawiać, od po prostu postanowiłem usiąść i popatrzeć w przeszłość. Powstała lista podróży, rzeczy materialnych, relacji międzyludzkich, ekscytujących doświadczeń, doświadczeń seksualnych i umiejętności które chciałem zebrać przed ukonczeniem 40 lat.

– odbyłem dwie podróże dookoła świata, udało mi się odwiedzić 90 krajów i zwidzieć najpiękniejsze miejsca na ziemi
– zakochałem się z wzajemnością
– zdobyłem przyjaciół
– wyszedłem za mąż
– w ramach rewanżu zabrałem swoją rodzinę na wspólne wakacje, zakupy i na obiad do wykwintnej restauracji
– anonimowo i bezinteresownie pomogłem nieznajomemu
– spałem z gwiazdą porno
– bez węża w kieszeni wybrałem się do restauracji posiadającej 3 gwiazdki Michelin
– sprawilem sobie niesamowitą butelkę wina za ponad 500 dolarów nie patrząc na cenę
– spałem na świeżym powietrzu
– spełniłem zachciankę i spałem w luksusowym St. Regis, Four Seasons, Bellagio i Venetian
– leciałem pierwszą klasą do San Francisco, Miami, Los Angeles, Rio de Janeiro
– leciałem helikopterem nad Kanionem Kolorado, nurkowałem na Wielkiej Rafie i w Republice Palau, przejechałem autostradą Great Ocean Road
– płynąłem katamaranem i jachtem na St Maarten, St. Barth, Seszelach i Mauritiusie.
– odszedłem z pracy
– skończyłem studia, mieszkałem i pracowałem zagranicą
– sprawiłem bliskiemu drogi i ekstrawagancki prezent
– wybrałem się w samotną podróż
– skończyłem ze złym nawykiem
– nauczyłem się czegoś nowego: otwierać kokosy
– nauczyłem się drugiego obcego języka
– nauczyłem się gotować wyśmienicie kilka potraw
– oddałem część swoich dochodów na cele charytatywne
– poszedłem na koncert artysty ikony
– wybrałem się na koncert do Opery w Sydney i na show na Broadwayu
– świętowałem święta i sylwestra w obcym mieście, na plaży (Sydney i Manila)
– przeczytałem każdą książkę ulubionego autora
– sprawiłem sobie irracjonalny prezent, który nie był mi potrzebny, ale o którym zawsze marzyłem
– sprawiłem sobie piękny uśmiech
– wystąpiłem przed ponad 100 osobową publicznością
– sprawiłem sobie ekstremalnie drogi prezent: zegarek, torbę, buty, perfumy
– pływałem nago w morzu
– drastycznie zmieniłem swój wizerunek
– nabyłem dzieło sztuki, z którego jestem dumny
– przejechałem się limuzyną i kabrioletem przez Stany (Las Vegas)
– wypiłem lampkę koniaku Louis XIII
– spędziłem dzień w SPA (Tajlandia, Borneo)
– zatrudniłem sprzątaczkę
– spałem we wszystkich hotelach jednej sieci hotelowej

Opublikowano podróże | 2 Komentarze

Czas płynie nieubłaganie

Równo dekadę temu dzień moich 30. urodzin okazał się mieć tak niesamowity finał, że do tej pory pamiętam tamten spokojny, niczego niezapowiadający poranek, a potem szalony wieczór w Grissino w gronie znajomych z pracy, wspominam kremowy tort, zimne ognie i obsługę śpiewającą Tanti auguri, potem jeszcze niesamowite ilości szampana który krążył mi potem w krwiobiegu przez następne kilkanaście godzin i ten przejmujący ból głowy nazajutrz w drodze do Avignonu. Pamiętam jak zatroskany M. wyciągał mnie z baru o północy abym zdarzył przespać choć kilka godzin nim wsiedliśmy do pociągu.

To były najlepsze nieplanowane urodzony jakie mogłem sobie wymarzyć, nie myślałem że byłbym wstanie jeszcze kiedykolwiek coś takiego przeżyć. Odkąd pracuję we Wrocławiu rzadziej bywam w Szwajcarii a tym samym rzadziej widuję się ze szwajcarskimi znajomymi. Kiedy się przenosiłem do Wrocławia każdy z nich zaklinał się, że będziemy się odwiedzać i nie powiem, miło było słuchać ich zapewnień, ale z drugiej strony rozsądek podpowiadał mi, że to tylko takie czcze gadanie, bo odległość zrobi swoje.

Dziewczyny z którymi latałem do Dubaju zsdzwoniły do mnie kilka tygodni temu, oznajmiając że przylecą świętować dzień moich okrągłych urodzin. Nie pozwolą mi spędzić takiego dnia w pojedynkę, wszystko mają już zaplanowane i porezerwowane więc będą na pewno… Żeby było weselej przylatują wraz ze swoimi rodzinami – w sumie 12 osób.

Pomysł mnie zaskoczył, ale bardzo pozytywnie. To najlepszy prezent jaki tylko mógłbym sobie wymyślić.
V. przyleciała z mężem już w niedzielę, pomogłem im zorganizować transport, przewodnika, zabrałem wieczorem do rynku na kolację i lody. Wrocław spodobał im się do tego stopnia, że postanowili niebawem tutaj wrócić, zwłaszcza że podróżowali z córką, która nie mogła wyjść z zachwytu nad ilością atrakcji, które ją tutaj spotkały.

Dziwne to uczucie oglądać ich w tym niecodziennym otoczeniu – wśród moich ulubionych miejsc i wroclawskich zakątków.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

Nie kumam swojej nowej roli

Po kilku tygodniach nic nierobienia przeplatanych szkoleniami przyszedł czas na chwilę refleksji i stwierdzam, że nie kapuję swojej nowej roli. Niby zaangażowany jestem w 2 shitowe projekty ale jeden jeszcze nawet się nie zaczął a drugi jest typową zapchajdziurą. Nie bardzo orientuję się jeszcze czego oczekują ode mnie moi przełożeni. Na razie siedzę więc sobie cicho w kącie i czekam aż nadejdzie ten straszny okres zapierdu, że nie będę wiedział w co ręce włożyć… Tak twierdzą przynajmniej wszyscy wokół.

Ludzie niechętnie dzielą się wiedzą, a jeśli nawet to podają sprzeczne informacje. Odnoszę wrazenie, że sami nie orientują się w bieżących tematach ani w rozwiązaniach technicznych, które sami ponoć zaimplementowali i wszyscy robią wszystko na czuja..
Ogólny bałagan, ale nikt nie obiecywał mi, że będzie panował tutaj ład i skład…

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

Frustracja

Zrypany i jakby wypluty przyjechałem do mieszkania a i tak nie czułem się senny, zrobiłem sobie jeszcze drinka a potem drugiego, mocniejszego nim położyłem się łóżka. Rano pojechałem do biura i praktycznie cały dzień spędziłem na instalowaniu na nowo komputera. To już trzeci raz w ciągu miesiąca, kiedy musiałem robić to od poczatku i zaczyna działać mi to na nerwy. Chciałbym napisać, że na bakier byłem tego dnia z pracą, ale przecież i tak niczego specjalnego nie robię, więc po prostu zacisnąłem zęby, siedziałem i czekałem aż minie mi dzień.

Na 40. urodziny M. obiecał mi nowy rower, ale w związku z jego lekkim podejściem do pieniędzy zapowiada się, że mógłbym doczekać się prezentu na świetego Dygdy. Dlatego sprezentowałem go sobie sam. Pewnej soboty dnia po prostu wstałem rano, pojechałem do sklepu, wybrałem taki, który podobał mi się najbardziej i od razu praktycznie mogłem cieszyć się z jego użytkowania. Wrocław tak bardzo się zmienił, powstało tyle ścieżek rowerowych, wszędzie praktycznie można dostać się rowerem a najważniejsze nareszcie zacząłem się ruszać a nie tylko praca, dom, drink i filmy na iPadzie.

Nie lubię mieć długów ani zaciągać zobowiązań, dlatego jeszcze w poniedziałek przed wylotem zrobiłem przelew do Urzędu Skarbowego żeby pozbyć się problemu. Nic nie powiedziałem o tym M. Napisałem tylko na fakturze zapłacone i odłożyłem faktury na dawne miejsce. M. obiecał mi, że pójdzie do naszego doradcy podatkowego i spróbuje dowiedzieć się skąd wzięła się tak duża rozbieżność w jego rozliczeniach za poprzednie lata. Zajęło mu to równy tydzień, a o tym że zobowiązanie już dawno jest uregulowane hrabia zorientował się dopiero w dniu kiedy szedł na spotkanie do doradcy. Zupełnie nie pojmuję jak udaje mu się spokojnie spać kiedy nad głową wisi mu niczym miecz Damoklesa rachunek na dwukrotność jego miesięcznej pensji, podczas gdy on nawet nie ma takich oszczędności. Ktoś stojący z boku mógłby mi powiedzieć, że mogłem nie pomóc, nie płacić, mogłem zostawić sprawę tak jak jest i czekać aż samo się rozwiąże i naprawdę myślałam o tym długo, spędzało mi to sen z powiek. Tylko, że za dobrze znam M. w ten sposób nic bym nie wskórał a w konsekwencji zwiększyłby się nam tylko dług a do tego doszłyby karne odsetki. Zgadzam się, że takie rzeczy się zdarzają i nie wszystko da się przewidzieć, ale jego podejście zupełnie mnie rozwala. Na dodatek na koniec usłyszałem kiedy pojedziemy na wakacje zaplanowane we wrześniu i czy nadal będę partycypował w kosztach wynajmu mieszkania w Bernie i wtedy miałem ochotę wykrzyczeć mu, że chyba oszalał bo skąd niby mam na to wszystko brać pieniądze. Wszystko mi się wali, misternie ułożony plan runął jak domek z kart.
Nie cierpię jego rodziny, która ciągle tylko woła o kasę i jego naiwności.
Nie wiem kiedy znowu pojadę do Szwajcarii, pewnie nie prędko bo nie mam nawet za co zapłacić za bilet na samolot.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 2 i 3

Ze zdziwieniem zauważyłem, że nie ma znaczenia czy aktualnie mieszkam w Bernie czy Wrocławiu, kiedy spotykam się z K. odnoszę wrażenie jakbyśmy widzieli się raptem wczoraj.

Przyjemnie było znów spać we własnym łóżku a rano dostać do łóżka filiżankę kawy. Pomimo paru zmian tak naprawdę niewiele zdążyło się tutaj zmienić. M. poupychał w dziwnych miejscach kilka moich rzeczy, niektóre powyrzucał albo zgubił, ale kto by się czymś takim w ogóle przejmował. Po typowym śniadaniu w postaci jogurtu z owocami zrobiłem sobie gorącej kawy i zasiadłem do stosu papierów i formularzy do wypełnienia.
Przed południem pojechaliśmy do Lucerny. Ze wszystkich miast to moje ulubione, dlatego postanowiłem skorzystać z okazji pobytu w Szwajcarii . Było bardzo ciepło, wręcz upalnie, w słońcu czuć było nieznośny żar, który mocno piekł skórę..
Siedzieliśmy na tarasie hotelu Balance leniwie połykając kawałki pizzy, pijąc piwo, beztrosko patrząc na rzekę i przelewające się masy turystów, których nigdy tutaj nie brakowało.
W nocy dał o sobie znać bolący ząb i prawie już biłem się z myślami ile będzie kosztowała mnie tutaj wizyta u dentysty i czy moje ubezpieczenie pokryje ją choć w ułamku. Na szczęście samo minęło, ale na wszelki wypadek upewniłem się, że mam pod ręką coś przeciwbólowego.

Plan był taki, że miałem zostać tutaj do wtorku i pracować z domu z Berna, niestety w niedzielę okazało się że nie działa mi komputer, nie mogłem połączyć się VPNem z żadną ze stron ani ściągnąć maili. Próbowałem jeszcze w poniedziałek ale bez skutku. O 14 miałem umówione spotkanie w banku, po którym zdecydowałem się zmienić bilet i wrócić wcześniej do Polski. Na jeden dzień mogłem zniknąć z biura, ale po dwóch ktoś nabrałaby pewnie podejrzeń zwłaszcza, że we wtorek miałem coś prezentować.
M. nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, liczył że spędzimy te kilka dni razem, ale z drugiej strony rozumiał że to siła wyższa. Następnym razem obiecałem mu przylecieć tutaj od piątku do poniedziałku aby jak najmniej przejmować się pracą.

Lot odwołał mi samolot, przerzucili mnie na Lufthansę a potem jeszcze mieliśmy opóźniony lot do Monachium, w którym samolot do Wrocławia też nie wyleciał o czasie. W domu byłem po 1 w nocy zmęczony i rozwalony całą tą sytuacją.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , , | Dodaj komentarz