Vientiane

Zamknięte i górzyste Laos, zalana dżunglą, obiecujące przygody w stylu Indiany Jonesa szczególnie w odległych wioskach plemiennych i starożytnych buddyjskich jaskiniach. W Vientiane czuje się wyjątkowo kosmopolityczną atmosferę, wspomaganą kulturą kawiarnianą pozostawioną z czasów, gdy Laos stanowiło część francuskich Indochin. Rozrzucone, zacienione palmami ulice, starożytne ruiny, lśniące stupy i zgrabne kolonialne budynki – wyluzowana atmosfera i względny brak nowoczesnego rozwoju sprawiają, że Laos jest prawdopodobnie najbardziej autentycznym i nienaruszonym narodem Azji Południowo-Wschodniej …

Mój hotel w Vientian miał najlepszą lokalizację jaką mogłem sobie wymarzyć. Usytuowany nad Mekongiem, na przeciwko świątyni Vat Chanh, spacerkiem na wieczorny bazar. Żadna sieciówka, zwykły turystyczno-biznesowy hotel. Minutkę na pieszo na lokalny market. Dan zawiózł mnie na lunch do Kualao, które co później wyczytałem, okazało się najlepszą restauracją w mieście słynącą z bogatej kuchni oraz laotańskiej gościnności, stanowiących przykład dawnej francuskiej epoki kolonializmu. Kualao to miejsce, do której lokalni notable przyprowadzają swoich zagranicznych gości i głowy państw podczas ich wizyt w Laosie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kuala Lumpur – Vientiane

Ideą przylotu do Azji było odwiedzenie Laosu. Nigdy nie było mi tam po drodze, zawsze wydawało mi się że po prostu nic tam nie ma, to tylko jakiś kolejny biedny komunistyczny kraj i że kiedyś po prostu pojadę tam po drodze odwiedzając Birmę albo północną Tajlandię. Oglądałem kilka możliwych wariantów objazdu po Laosie i zawsze wydawało mi się, że góra 3 dni i można tam zobaczyć wszystko co warte jest zobaczenia. Znam kilka osób, które były w Laosie i bardzo miło wspominało swój pobyt, ale ja, taki stary wyjadacz, widziałem Wietnam, Kambodżę, Singapur, Malezję, Tajlandię więc co mogłoby mnie tam niby zaskoczyć? Bilet Air Asia kupiłem za bardzo śmieszne pieniądze, wieczór wcześniej Will zaprosił mnie jeszcze do roof baru na drinka ze swoimi znajomymi, z zaproszenia  którego chętnie skorzystałem, zwłaszcza że towarzystwo było apetycznie wyborne. Zdawałem sobie, że mój lot jest bardzo wcześnie i że powinienem się wyspać, bo zaraz po przylocie miałem zacząć zwiedzanie Vientiane, ale trudno żebym ostatni wieczór w Kuala Lumpur spędził kładąc się do łóżka o 8. wieczorem.

Spałem może z 2,5 godziny, wyrwany ze snu przez alarm budzika czułem się jak zombie obiecując sobie nadrobienie braku snu w samolocie. Nad Kuala Lumpur od 3 nad ranem szalała straszliwa burza, na zewnątrz ściana deszczu, który w ogóle nie ustępował. Poza tym ciągle się błyskało i złowieszczo grzmiało, obawiałem się że mój samolot może w ogóle nie wystartować.

W domu wydrukowałem jeszcze sobie formularz wizowy, zabrałem ze sobą zdjęcia i dolary – dzięki temu otrzymanie wizy wjazdowej na lotnisku trwało zaledwie kilka minut. Mój przewodnik czekał na mnie zaraz za kontrolą celną, zapakowaliśmy walizkę do bagażnika samochodu i rozpoczęliśmy zwiedzanie stolicy Laosu. Pierwsze zaskoczenie to mnogość kolonialnych budynków we francuskim stylu w centrum miasta. Zatrzymaliśmy się w barze na kawę i poczułem się jak w Paryżu. Bagietki wypiekane na miejscu, croissanty, pyszna kawa cappuccino, darmowe wifi – nie tego spodziewałem się po tym kraju. Zwiedzanie Vientiane rozpoczęliśmy od Pałacu Prezydenckiego, potem świątynię zrekonstruowaną w latach przez Francuzów – przykład architektury laotańskiej. Świątynia to także muzeum – zgromadzono w niej liczne posążki Buddy i inne przedmioty. Zwiedziliśmy też najstarszą zachowaną w oryginale świątynię w Vientiane – Wat Si Saket- otoczoną krużgankami na planie prostokąta z 2000 srebrnych i ceramicznych posążków Buddy. Nigdy nie pomyślałabym, że w Vientiane zobaczę łuk triumfalny – co prawda w wersji niedokończonej, ale jednak. Słońce zaczęło przypiekać niemiłosiernie, dlatego schodami wdrapałem się tylko drugie piętro podziwiać panoramę miasta i największą arterię stolicy. W Laosie jest bardzo tanio, ceny są niskie a ludzie uczciwi, można spędzić tu beztroskie chwile bez zbędnego stresu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Jednodniowa wycieczka do Melaki …

I kto by pomyślał, że mają tutaj swój Plac Czerwony?! Ponad 500 lat historii oraz wpływy portugalskie, holenderskie, brytyjskie i chińskie sprawiają, że jest tu co oglądać a zwiedzanie tego miejsca daje wyjątkowe wrażenia. Niezależnie od codziennej rutyny pełnej towarzyskich spotkań oraz bogatego nocnego życia, pozostałem sobą w kwestii jedzenia, bo jedzenie jest dla mnie czymś świętym. Mogę pominąć nocny sen albo wystrzałowy nowy zestaw markowych ubrań, ale nigdy, nigdy nie opuszczę dobrego posiłku a w Melace jest wiele miejsc z doskonałym jedzeniem.

Pierwszy raz w życiu spróbowałem wyjątkowej kuchni Nyonya (połączenie kultury chińskiej i malajskiej). Nyonya Chap Chai (gulasz warzywny), Nyonya Asam Fish i Buah Keluak Ayam są moimi osobistymi faworytami z Nandi Pandan Kukus (zielony ryż) i Chili Padi Petal Ikan Bilis na boku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kuala Lumpur

Pół dnia przespałem, wciąż dawała o sobie znać zmiana strefy czasowej.
Zapoznawanie ludzi w barze to jak pójść do sklepu spożywczego, kiedy jesteś głodny – przynosisz do domu gówno, którego w rzeczywistości nie potrzebujesz …

Nie zjadłem nawet śniadania, bo zamarzyła mi się gorąca zupa z kurczakiem w Du Viet. Z Langkawi przyleciał Chris i we dwójkę pojechaliśmy do Changkung. Wieczór skończyliśmy nazajutrz o 14, za co będę kiedyś sparzył się w piekle. Peruwiańczycy to jednak okropny naród a w połączeniu z kulturą macho tworzą mieszankę iście wybuchową.

Miałem ambitne plany pokazać mu Batu Caves, ale jedynie na planach się skończyło, pokazałem mu za to malezyjskie żarcie i pozycję nieskończoność.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bangkok – Kuala Lumpur

Mało spałem, głowa mnie rozbolała, bo zapomniałem wyłączyć na noc klimatyzację. Długo kręciłem się w łóżku, przekładając się z boku na bok, w końcu przed 7 rano zasnąłem, by spać krótkim, przerywanym snem przez następne 120 minut. Po śniadaniu wysłałem do domu zdobycz poprzedniego wieczoru, wypiłem sam cappuccino w On the Go na dole w barze i od razu poczułem przypływ energii.

Niestety na krótko. Chodzę lekko nietomny, w ciągu dnia po kilka razy zaliczam taki spadek energii i senność, że muszę wracać do hotelu i na chwilę położyć się na łóżku. Taki ze mnie obieżyświat a zaliczam amatorszczyznę.

Wieczorem do hotelu wpadli chłopacy, przynieśli ze sobą „lekki prowiant”, by przed 23 wspólnie udać się do BlueBoya. Nic się nie zmienili, za to trochę się u nich pozmieniało, że aż fajnie było tego posłuchać i pośmiać się. Atmosfera w Niebieskim Chłopcu nigdy nie należała do najwyższych lotów, ale nie spodziewaliśmy się niczego innego, kilka nowych twarzy, dużo turystów i Ray we własnej osobie machający do mnie ze stolika obok. Dostawało mi się potem za to, przez następne kilka dni.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Azja Express 3

M. nie musiał wiedzieć, że lecę biznes klasą, bo pewnie dostałoby mi się za to po głowie. 12 godzin w samolocie, non stop to mordęga i póki nie jestem rozparcelowanym ex bogaczem, zamierzam podróżować na bogato czyli komfortowo. Plan mam bogaty: Bangkok – Kuala Lumpur – Malaka – Vientiane – Luang Prabang – Bangkok i dopięty na ostatni guzik. Znajomi powiadomieni

Wylot mam o 17, do Bangkoku przylatuję ok 10 rano a stamtąd po kilku godzinach dalej do Kuala Lumpur. Lot mi się dłużył, zupełnie nie miałem co oglądać w pokładowym systemie rozrywkowym, bo wszystkie filmy były albo stare albo z serii odmóżdżających wywołujące szybko postępującą martwicę mózgu. Gdy wylądowaliśmy na lotnisku w Kuala Lumpur czułem jak cieszą mi się oczy, podnosi mi się endorfina, zmęczenie i znużenie odeszły w niepamięć. Nik – mój zaprzyjaźniony kierowca – czekał na mnie przed wyjściem z terminalu, zawiózł mnie prosto hotelu Traders, przy okazji opowiedział mi co ominęło mnie od lutego w KL, uzgodniliśmy kiedy wybierzemy się razem do Melakki. Nie wiem ile razy byłem w Kuala, chyba ponad 10, i od zawsze zatrzymuję się w tym samym hotelu. Traders ma bardzo dobrą lokalizację, pokoje z widokiem na wieże a ceny nie rujnują człowiekowi portfela. Z przykrością zauważyłem, że obok wież wyrósł ogromny budynek hotelu Four Seasons, który wysokością sięga prawie czubków wież. Trochę to smutne, bo obok stawiają kolejny budynek i jeśli równie wysoki to za kilkanaście miesięcy KLCC park pokryje cień otaczających go wysokościowców a majestatyczne srebrne wieże Petronasu znikną przytłoczone nowopowstałymi konstrukcjami.

Bolały mnie trochę plecy, czułem się połamany, marzył mi się masaż. Telepatycznie myślami przywołałem chyba Ray’a, bo niespodziewanie wpadliśmy na siebie ,a pół godziny później leżałem pod nim jak kłoda, podczas gdy on doprowadzał mnie do stanu użyteczności. Potem mój portfel uszczuplił się jeszcze o kolejne 150 zł a mój pokój przypominał dworzec autobusowy, ciągle ktoś wchodził i wychodził. Niewątpliwie pierwszy wieczór należał do bardzo udanych co wywołało zazdrosne i uszczypliwe komentarze Willa a Kareema.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bolonia 48 godzin

Po bardzo udanym wspólnie spędzonym długim weekendzie w Rzymie M. zaproponowała kolejny tym razem w Bolonii. W kwietniu byłem tam na kursie i bardzo miło wspominam zarówno tamten czas, jak i miasto dlatego powiedziałem spoko, jedźmy. W tzw. międzyczasie wiele się u mnie pozmieniało, niestety nie na lepsze, bo w czarnej dupie jak byłem tak jestem, nastroje zdołowania i przygnębienia zdarzają mi się regularnie, a mój M. zaczął trochę kręcić nosem, że wszędzie jeżdżę bez niego, że niepotrzebnie szastam kasą i że wziąłbym się za coś pożytecznego. Dlatego, żeby nie dolewać oliwy do ognia, wytłumaczyłem M. swoją sytuację i ostatecznie wycofałem się z październikowego wyjazdu. Zamiast mnie, miała polecieć z naszą wspólną koleżanką z liceum. Na kilka dni przed wyjazdem M. oczywiście nie byłby sobą, gdyby w ostatniej chwili nie zmienił zdania i praktycznie wypchnął mnie z domu. Szczęście, że znalazłem jeszcze tani bilet do Mediolanu a dziewczyny zaproponowały mi wspólne wynajęcie mieszkania przez airbnb. Przyjechałem pierwszy, odebrałem klucze od właściciela mieszkania, zrobiłem nam podstawowe zakupy a potem poszedłem odebrać z dworca dziewczyny. S. nie byłaby sobą gdyby nie zapoznała w samolocie jakiegoś smakowitego cherubinka, który obie panie z bananem na twarzy przywiózł do centrum Bolonii taksówką. Zaraz po ich przyjeździe poszliśmy na miasto oraz kolację okraszoną dużą ilością prosecco , martadeli, mozzareli i wina. Humory nam dopisywały, padało tylko raz i tylko przez chwilę, w drodze do domu S. wczołgała się nawet pod jakieś zaparkowane auto szukając swojej zguby, zaliczyliśmy po drodze też kilka barów a nazajutrz spaliśmy do późna by potem znowu cały dzień beztrosko chodzić po uliczkach Bolonii. Dziewczyny chciały się zrelaksować i chyba im się to udało.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Szybka decyzja

Znalazłem tani bilet do Bangkoku i listopadzie lecę do Laosu. Zakomunikowałem to M. podczas kolacji w Londynie tonem nieznoszącym sprzeciwu. M. pozostał niewzruszony, nawet się nie zająknął, tylko pogratulował mi pomysłu i zapytał kiedy. Poczułem wielką radość i zapał, gdy zacząłem organizować sobie ten wyjazd, jeszcze nigdzie nie wyjechałem a ja już planowałem co zobaczę, kiedy, z kim się spotkam i co będziemy robić. Jeszcze tego samego dnia kupiłem bilety do Kuala Lumpur i Laosu, skontaktowałem się z biurem podróży i palcem po mapie zacząłem wyznaczać trasę zwiedzania.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

Nicea potwornie jest rozkopana

Nicea potwornie jest rozkopana. Z powodu budowy kolejnej linii tramwajowej, masa ulic została wyłączona dla ruchu, drogi stały się jednokierunkowe a dojazd z jednego miejsca do drugiego może przyprawić człowieka o ból głowy, zwłaszcza jeśli nie zna się miasta. Nawet GPS stał się zbędny i kilka razy wariował, przez co trasy przejazdu musieliśmy szukać metodą prób i błędów.

W całym mieście widać obawy przed atakiem terrorystycznym, chodniki w centrum otoczone są wzmocnionymi słupami i solidnymi barierkami oddzielającymi ruch samochodowy od pieszego a na ulicach często spotyka się uzbrojonych w broń automatyczną żołnierzy. Wieczorem kiedy spacerowaliśmy po Promenadzie Anglików co jakiś czas oglądaliśmy się za siebie, jakby znowu miało się coś tu wydarzyć. Następstwem wydarzeń sprzed roku było mniejsze zainteresowanie turystów regionem, które ponoć już prawie wróciło do stanu przed atakiem. W końcu podobne smutne wydarzenia mogą zdarzyć się teraz w każdym miejscu na świecie.

Świeże ryby i owoce morza oraz śródziemnomorska kuchnia skusiły nas by wieczorem zasiąść w jednej z restauracji przy targu kwiatowym. Przechodząc między stolikami w oko wpadło mi szczególnie jedno miejsce, z bogatą ofertą owoców morza a serwowane na stolikach gości potrawy wyglądały bardzo apetycznie, zachęcając do spróbowania.

Przywołałem M., zająłem nam stolik a potem trochę za głośno skomentowałem, że inne miejsca wcale mi się nie podobają, bo za bardzo kojarzą mi się z „menu turistico” rodem z Piazza Navona… Właściciel restauracji, Włoch, uśmiechnął się, gdy niechcący usłyszał mój komentarz i na koniec wieczoru podarował nam mały prezent.

***

Kilka tygodni po powrocie z Nicei przyszedł do M. list z Francji. Mandat. Prawie 50euro. Oczywiście za speed na autostradzie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jeśli dziś nastąpi koniec świata to …

… przynajmniej zginiemy w pięknym miejscu – powiedział do mnie M. gdy przed 6 rano wychodziliśmy z domu, łapać pociąg na lotnisko. Niebo było bezchmurne i czyste, całkowicie rozświetlone od gwiazd, pomimo wczesnej pory na zewnątrz panowała przyjemna temperatura. Spakowałem nas wieczór wcześniej, tak aby M. po powrocie z pracy mógł po prostu rzucić się na lóżko, zasnąć i wyspać się przed czekającym nas długim dniem. W Nicei wylądowaliśmy punktualnie o 10, choć samochód zarezerwowany mieliśmy z lotniska prawie 1,5 godziny zajęło nam jego odebranie. Najpierw M. nie mógł znaleźć karty kredytowej, potem zapomniał swojego pinu a na koniec okazało się, że mamy auto, ale bez ubezpieczenia, na co kategorycznie zaprotestowałem znając z doświadczenia talent francuskich kierowców do prowadzenia pojazdów. Klucze do auta otrzymaliśmy dopiero po dotarciu na drugi termial, co też nie było najprostszą sprawą bo cały teren wokół lotniska był rozkopany z powodu remontu. Dotarłszy tam, znowu musieliśmy ustawić się w kolejce, by odebrać kontrakt a potem połapać się w korytarzach piętrowego garażu i odnaleźć właściwy punkt odbioru auta. Przygoda goniła przygodę, w dużej mierze dzięki M. któremu tylko wydaje się, że mówi po francusku…

Saint-Paul de Vence to niewielkie miasteczko na poludniu kraju, w pobliżu Nicei. Pierwszy raz odwiedzilem je kilka lat temu z K. Dzięki artystom, galeriom i pielgrzymkom turystów będących ich wielbicielami stało się artystyczną stolicą Lazurowego Wybrzeża. Niebo wydaje sie być tutaj bardziej niebieskie, cykady głośniejsze, wysokie sosny wyższe i bardziej zielone, a ciepłe powietrze jakby pachnące. Takie właśnie jest Południe Francji. Kraina zachwycająca wszystkich przybyszów urodą krajobrazu i łagodnością klimatu. Szczególnie wrażliwi na południowe uroki i przyjemności życia są artyści i nie dziwilo nas że stało się ich ojczyzną. Spacerujac po krętych uliczkach z M. łatwo przyszło nam zrozumieć doaczego artyści wszelkiej maści docenili właśnie ten kawałek Europy, przyjazny klimat, światło i wdzięk, uczynili nieustannymi motywami swoich dzieł.

Kilkanaście minut drogi od Nicei, na jednym z licznych wzgórz usadowiło się właśnie Saint-Paul de Vence – perła w koronie Lazurowego Wybrzeża. 3 tysiace mieszkańców i tysiące odwiedzajacych spragnionych spotkania ze śródziemnomorską rzeczywistością znana z obrazów Chagalla, Picassa: szaro- beżowo kamienice, wysoka wieża kosciola, wokół morze kwiatów : pelargonie, irysy, a dookoła labirynty wąskich, brukowanych uliczek, galerie sztuki i sklepy z pamiątkami prowadzące do średniowiecznej fontanny i kaplicy. Zaraz po dotarciu do tego urokliwego miasteczka poszliśmy na lunch do przypadkowo Starego Młyna, który okazał się wyrafinowaną przyjemnością łączącą urodę miejsca z bardzo dobrą kuchnią i swobodną atmosfery. Wlaścicielka mówiąca po angielsku z rozczulającym francuskim akcentem przypomniała nam Le Chanteclair w Marigot i cudowną Mirellę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz