Niepewność

…mną targa. Żyję w zawieszeniu od kilku dni, bo okazało się, że może nie będę mógł zostać w Szwajacarii, Urząd Emigracyjny- Fremdenpolizei z miejsca cofnął mój wniosek o przedłużenie pobytu i zażądał tak wielu dodatkowych dokumentów że aż złapałem się za głowę. Gybyby nie pieniądze z ubezpieczenia myślę, że byłoby łatwiej, ale że dostaję tyle forsy za nic, kłuje to innych po oczach. Napisałem odwołanie, ale nie wiem czym przyniesie to zamierzony skutek.
Rozmowy się toczą, choć przyznam trwa to długo i jest opornie. Czuję się jakby zawieszony, bo na żadną z decyzji nie mam wpływu, próbuję wpłynać na innych, ale przecież mam swoją dumę i honor, niektóre rzeczy nie przejdą mi przecież przez gardło. Na dodatek za tydzień wszyscy wyjaltują do Indii, ja będę nadal trwał w zawieszeniu i chyba zwariuję z tej niepewności.

Opublikowano emigracja, praca | Dodaj komentarz

niezwykły dzień

Rano wstaliśmy w bardzo dobrych nastrojach. Zrobiłem nam kawy i przyniosłem ją M do łóżka. Za kilka godzin mieliśmy być w ratuszu, ale wszystko mieliśmy już zaplanowane, jeszcze wczoraj rezerwowaliśmy taksówkę na konkretną godzinę, żeby nie mieć żadnych niespodzianek.

M przyznał mi rację, że dobrze zrobiliśmy rezerwując dla nas olbrzymi apartament z dwoma łazienkami, myślę, że inaczej byśmy się powściekali blokując sobie nawzajem miejsce nad umywalką. Słońce świeciło mocnymi promieniami, było ciepło ale nie upalnie. Nie wiem ile talku w siebie wklepałem, żeby w jednym z najważniejszych momentów w życiu się nie spocić jak świnia, żeby wyglądać świeżo, elegancko i czuć się po prostu komfortowo. Goliłem się 10 minut, żeby tylko się czasem nie podrażnić sobie skóry, bo chciałem wyglądać w punkt. M pomógł zapiąć mi muchę, przed wyjściem po raz ostatni popatrzyliśmy po sobie czy aby na pewno wszystko leży i wygląda jak należy, nie zapomnieliśmy o dokumentach ani o kwiatach w butonierce. Czarnym, eleganckim mercedesem podjechaliśmy pod Urząd Stanu Cywilnego w Lugano na widok, którego ucieszyłem się jak dziecko. Musieliśmy trochę poczekać, bo okazało się że nas ślub był pierwszą uroczystością tego dnia a przygotowania do ceremonii jeszcze trwały. Trudno nazwać to ślubem z pompą, w końcu z naszej rodziny nikt nie przyjechał, ale zupełnie się tym nie przejmowaliśmy, bo dzisiaj liczyliśmy się tylko my. Jak dla mnie moglibyśmy zorganizować tę uroczystość tylko dla nas, bez obecności świadków, w zwykłych strojach, choćby klapkach i spodenkach, nasmarowani olejkiem do opalania, gdzieś na plaży w tropikach.

Otagowano , | Dodaj komentarz

wieczór przed wielkim dniem

Szczerze, miałem nadzieję, że ostatni wieczór będzie należał tylko do nas, w końcu czekał nas wielki dzień, ale oczekiwania okazały się trochę na wyrost, bo M. zdecydował inaczej, na wspólną kolację zaprosił D & M. I może wszystko byłoby w porządku, gdybym tylko nie miał takiej alergii na D. a on nie był takim cholernym egocentrykiem zachowującym się jak pępek świata, za co najchętniej walnąłbym go prosto w łeb. Nie chciałem się kłócić ani psuć nam humorów, zagryzłem zęby z mocnym postanowieniem, że nie dam się wyprowadzić z równowagi. 

Może jestem zbyt wymagający i powinienem był się bardziej wyluzować, ale w moim przeświadczeniu dzień wesela należy do nas i wszystko i wszyscy powinni kręcić się wyłączenie wokół nas, nikt nie ma prawa skraść nam tych chwil… chociaż mam wrażenie, że nawet niektórzy najbliżsi o tym zapomnieli.

Po przyjeździe do Lugano poszliśmy z M. na spacer, świeciło słońce, nad jeziorem spacerowało mnóstwo osób, rodzin z dziećmi, par i turystów. Po drodze, w pobliżu Hotelu Dante znaleźliśmy przyjemną restaurację, gdzie na wieczór zarezerwowaliśmy nam stolik. Ceny w Lugano są jakie są, miasto do najtańszych nie należy, w końcu to cały czas Szwajcaria, dlatego przez wzgląd na D. i M. wybraliśmy coś mniej horrendalnie drogiego, tak aby nie czuli się skrępowani.
Z czasem emocje opadły, w końcu każdy Włoch ma swojego migliore amico i nic tego nie zmieni. Prawie przestałem z tym walczyć, kiedy D. zadzwonił zapytać czy moglibyśmy dziś i jutro odebrać ich z Airbnb, bo parkingi w centrum Lugano są drogie. M. jeszcze rozmawiał z nim przez telefon, kiedy we mnie zaczęło kipieć, kazałem ruszyć mu swoje cztery litery i wziąć taksówkę albo jechać autobusem. Na samą myśl, że w dniu ślubu M. miałby jechać odebrać go z hotelu i wieźć do ratusza, bo tamten jest leniem patentowanym, prawie strzeliła mi żyłka na czole. Już sobie wyobrażałem jak M. wypacykowany, wypichcony, wymuskany i wypachniony zostawia mnie, bo w dniu naszego wesele jedzie odebrać tłustą gwiazdę Bari, by zawieźć ją na nasz ślub. Na szczęście M. się w porę opamiętał, wybrał dobrze i odmówił.
Na naszą kolację D. spóźnił się ponad pół godziny, na dodatek z oddali piszczał jak popieprzony a mój M. mu wtórował, bo niestety, gdy ci dwaj się spotkają, zawsze dostają małpiego rozumu.
Stolik prawie nam przepadł, na szczęście goście, którzy go zajęli zgodzili się nam go oddać. Potem było już tylko miło, lało się dużo wina, jedzenie było wyśmienite. Schody zaczęły się dopiero, gdy przyszło do płacenia. Od początku było mówione, że dziś każdy płaci za siebie, ba była nawet mowa, że to D. zaprasza nas na tę kolację, ale obaj z M. zgodnie stwierdziliśmy, że byłaby to lekka przesada. Tyle że D. nagle zapomniał gotówki, przestała działać mu karta, jedna, druga i już prawie M. miał zaproponować, że zapłacimy za nich kiedy zmroziłem M. wzrokiem: zapłać za tego bałwana teraz a jutro w ratuszu mnie nie zobaczysz – powiedziałem w myślach. Jeśli jeszcze raz usłyszę, że D. to wielki dyrektor banku, to chyba wbiję mu widelec w czoło. Dusigrosz, mitoman i kłamczuch.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Na dobę przed Wielkim Dniem…

Wstałem rano i zrobiłem nam kawy. Od wczoraj boli mnie gardło, niby nałykałem się pastylek strepsils, ale wciąż czuję jakby coś piłowało mnie w gardle. Co chwilę muszę odchrząkiwać, bo inaczej mówię z dziwną chrypką. Mam tylko nadzieję, że w najważniejszym momencie nie stracę nagle głosu – pomyślałem i szybko odgoniłem tę myśl, po czym na pół jeszcze zaspany poczłapałem w kierunku kuchni. M. zszedł po samochód kiedy pośpiesznie wrzucałem nasze rzeczy to walizki. Kupiony w Rzymie elegancki garnitur od kilku dni dumnie wisiał na framudze drzwi przypominając, że to wielki dzień wydarzy się już niedługo. W Szwajcarii czwartek był dniem wolnym od pracy, dlatego wyjeżdżając zbyt późno ryzykowaliśmy, że utkniemy w wielokilometrowym korku przy wjedzie do Tunelu Świętego Gotarda.

Ostatecznie nie było źle, w korku utknęliśmy jedynie w okolicach Lucerny, a potem droga minęła już prawie bez przeszkód.

Novotel Paradiso sprawił nam miłą niespodziankę, przydzielając nam olbrzymi suit z widokiem na Lugano. Pomyślałem, że nawet dobrze się składa, bo posiadanie dwóch osobnych łazienek, dwóch pokoi i większej przestrzeni sprawi, że przynajmniej nie będziemy na siebie ciągle wpadali, wzajemnie pośpieszali czy jakkolwiek działali sobie na nerwy.

Ticino przywitało nas słoneczną pogodą, było przyjemnie ciepło ale wcale nie duszno.

Nie czuję stresu, ale każdą chwilę mam wrażenie przeżywać intensywniej, staram się zwracać uwagę na szczegóły żeby jak najwięcej zapamiętać z tego dnia. W drodze do Lugano odebraliśmy kwiaty do butonierki podarowane nam przez A.

Nawet przez moment nie żałowałem, że wybraliśmy na tę wyjątkową okazję właśnie to miejsce. Ticino i jezioro Como wydają się najbardziej trafnym miejscem do spędzenia tak wyjątkowego dla nas dnia. Piękne szwajcarskie widoki, niesamowita sceneria, gwarancja pogody, bliskość Włoch.

Przez chwilę planowałem zaszyć się w jakimś spa ale nic nierobienie może wykończyć. W spa czuję się jak w psychiatryku, tylko z leżakami w sztucznym świetle i szlafrokami zamiast kaftanów. Nie, to byłby chybiony pomysł.

Zawsze miałem szczęście do płytkich, nieodpowiedzialnych i niedojrzałych facetów. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek zdecyduje się na ślub, ale od miesięcy niezmiennie uważam to za najlepszą życiową decyzję. Miałem dużo związków, długotrwałych lub mniej, zawsze byłem pewien, że to ten jedyny. Ale później zrozumiałem, że nie ma czegoś takiego jak jedyna miłość. Ciągle poznajemy kogoś nowego, ludzie nas fascynują, M. jest czasami  nieodpowiedzialnym facetem, a ja temperamentnym facetem. Kochamy się, ale czasami dochodzi do sytuacji, że wsiadam w samolot i na cztery dni lecę gdzieś nad morze. Myślę, że tak już zostanie i wcale mnie to nie odstrasza.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wychodzę za mąż

Długo uważałem, że papierek do niczego nie jest nam potrzebny. Nic nie jest wstanie scementować związku między dwoma osobami, zatrzymać uczucia, przywiązania nie zmieni jakiś papier. Prawo także nie sprawi, że będziemy kochać się ani bardziej ani dłużej.
Jestem w szczęśliwym i stabilnym związku od 10 lat, mieszkam i pracuję w Szwajcarii, tutaj społeczeństwo akceptuje nieformalne związki bez większych problemów, więc nie wzbudzamy niezdrowych emocji. Z czasem jednak zaczęło okazywać się, że choć mieszkamy i żyjemy ze sobą od lat, to wciąż traktowani jesteśmy jako tzw. niezależne osoby fizyczne: osobno płacimy podatki, osobno ubezpieczenie, w kilku przypadkach okazało się nawet, że płacimy za niektóre rzeczy podwójnie albo że nie możemy skorzystać ze zniżek bo te zarezerwowane są dla par, nie możemy posiadać razem konta w banku, bo formalnie jesteśmy dla siebie obcy. Pamiętam jak koleżanka z pracy zapytała mnie kiedyś czy nie planowaliśmy z M. sformalizować naszego związku. Szczerze, nie myślałem wcześniej o tym, ale po tamtej rozmowie zacząłem o tym intensywniej myśleć. Odezwała się we mnie natura „sknery i liczydła” i kiedy policzyłem ile na tym obaj tracimy, pierwszy raz zapaliła mi się w głowie lampka, że może warto byłoby się nad tym poważniej zastanowić.
Ludzie kochają się, mieszkają ze sobą, dzielą ze sobą życie, inwestują razem w dom, mieszkania, samochód, psa, kota, lepsze życie i najpierw wydaje się że wszystko jest wspólne, ale potem wychodzi że jednak de facto nie, bo brak jest papierka. Z papierkiem jest łatwiej, taniej, bez tłumaczeń bez zbędnych stresów. W Szwajcarii papierek często czyni cuda i otwiera drzwi możliwości.

Poza tym – rozważałem –  kiedy człowiek osiąga coś w życiu, dorabia się tzw. majątku, chce wiedzieć, że ma wybór komu to wszystko potem zostawić. Do tego dochodzi odpowiedzialność za drugą osobę: gdyby mnie zabrakło to co zrobi M. ? Z czym zostanie? Moja rodzina pewnie dostanie wszystko a on, który ze mną na to wszystko pracował nie dostanie nic?
Na samym końcu pojawił się też problem z lekarzem, szpitalem i dostępem do informacji o zdrowiu pacjenta. Wtedy zrozumiałem, że nie dopuszczę do takiej sytuacji, nie chcę dodatkowego stresu i niepotrzebnych negatywnych emocji.
Decyzję podjęliśmy wspólnie, ktoś może powiedzieć, że była to czysta kalkulacja i pragmatyzm, ktoś inny że dojrzałość i odpowiedzialność za drugą osobę. Nieważne.

Urząd Stanu Cywilnego Zivilstandskreis w Bernie przedstawił nam listę dokumentów, które należało przedłożyć celem otrzymania zgody na zawarcie związku partnerskiego w Szwajcarii. By móc w ogóle zarejestrować związek cywilny, jeden z partnerów musiał tutaj mieszkać czyli posiadać pozwolenie na pobyt, do tego paszporty (mój polski, jego włoski), wypełnione i podpisane wnioseki, kopie pełnego aktu urodzenia oraz zaświadczenie o stanie cywilnym z kraju pochodzenia, przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego (szwajcarskiego nie polskiego) na jeden z obowiązujących w Szwajcarii języków.

Otrzymanie dokumentów z Włoch nie stanowiło żadnego problemu, wystarczył jeden telefon do konsulatu.
Z polską stroną sprawa wyglądała inaczej. Po pierwsze USC podobno wydaje zaświadczenia o możliwości zawarcia związki małżeńskiego, w rubryce dla mężczyzny napisane jest z panią…. więc nie można otrzymać dokumentu, że pan taki i taki może zawrzeć związek małżeński z panem takim i takim.
Skontaktowałem się z polskim konsulatem w Szwajcarii i okazało się, że oni takie zaświadczenie mi wydadzą (o stanie cywilnym a nie o możliwości zawarcia związku małżeńskiego) ale liczyli sobie za to bardzo słono i mogło to trochę potrwać.

Akurat wybierałem się do Polski postanowiłem spróbować więc przez USC we Wrocławiu. Rok wcześniej mój kolega, Polak, potrzebował takiego zaświadczenia i na hasło związek partnerki pani najpierw odmówiła przyjęcia wniosku a potem (w związku że nalegał że wniosek mają obowiązek przyjąć) listownie otrzymał odpowiedź odmowną. Ryzykować nie było więc sensu.
Ku mojemu zaskoczeniu zaświadczenie mi wydali, ale chcieli wiedzieć w jakim celu. Pokoloryzowałem trochę, użyłem swojego uroku osobistego, powiedziałem że potrzebuje dla kilku celów: chcę zmienić obywatelstwo plus potrzebuje zaświadczenia dla banku, by wziąć kredyt za granicą i dostałem dokument od ręki.

Z kompletem dokumentów wróciliśmy do USC w Szwajcarii, niecały tydzień czekaliśmy na wydanie zgody i mogliśmy już ustalać termin uroczystości oraz jej formę, do wyboru: zwykła przysięga czy większa bardziej wyrafinowana uroczystość z wymianą obrączek, harfistkami, występem Lizy Minnelli, płatkami róż, bukietami kwiatów, koszami z których z jednego wylatywałoby np. stado białych gołębi a z drugiego tysiące egzotycznych motyli.
Pamiętam, że sposób zadawania wszystkich pytań przez urzędnika był oschły i mechaniczny, entuzjazmu próżno było szukać a najbardziej zapamiętałem kiedy na koniec beznamiętnie zapytała o formę płatności: gotówka czy plastik?… – bardzo romantyczne.

Po otrzymaniu zgody właściwego dla miejsca zameldowania USC mogliśmy wybrać też Urząd, w którym chcieliśmy żeby odbyła się ceremonia. Wybraliśmy Lugano, bo to włoska cześć Szwajcarii, obaj w tym język mówimy (jeżeli chcielibyśmy pobrać się w kantonie niemieckojęzycznym a jedno z nas nie mówiłoby w tym języku, musielibyśmy wynająć tłumacza). Obaj byliśmy zgodni, że ceremonia po szwajcarsko-niemiecku albo niemiecku nie wchodzi w grę, bo to mało ładne języki, poza tym nasi goście mówili w innych językach (włoski, angielski, polski, francuski) więc musieliśmy zastanowić się nad całą logistyką. Ticino w Szwajcarii jest bardzo malownicze, zwykle słoneczne i leży blisko Włoch. Ceremonia odbędzie się w Pałacu Ślubów w Lugano, a wesele w restauracji w Como.

***
Pisane po czasie…
Formalnie niczego nie musiałem zgłaszać do Urzędu w Polsce. Takie związki nie są u nas uznawane (czytałem nawet o tzw. czarnej liście).
Jest na pewno jedna dobra strona takiej sytuacji. Mając polskie obywatelstwo, będąc w związku z partnerskim w Szwajcarii mogę np. przepisać majątek na partnera, podjąć pracę w Polsce i nie mam obowiązku zgłaszania niczego polskiemu fiskusowi bo wg litery prawa mój mąż/partner mieszkający zagranicą jest dla nich osobą obcą, więc de facto nie ukrywam majątku za granicą. A za 2-3 lata mogę starać się o włoskie obywatelstwo tyle tylko żartujemy czy my ze sobą wytrzymamy w ogóle tyle czasu?

We Włoszech, gdzie od niedawna takie związki są uznawane, wcale nie obyło się bez komplikacji. Ostatnio mój partner próbując odnowić swój włoski dowód osobisty usłyszał, że owszem związki są akceptowane, ale we wniosku wydaniu nowego dowodu w rubryce stan cywilny, nie ma rubryki partner/ partnerka tylko kawaler, żonaty, wdowiec albo rozwiedziony i dowodu nie dostał. Musiał czekać aż konsulat skontaktuje się z urzędem w jego prowincji, potwierdzi zmianę stanu cywilnego i dopiero po ponad 2 miesiącach dostał nowy dowód.

Za to karty do głosowania dostaje na podwójne nazwisko: swoje i moje i biedak ostatnio uczył się jak się to moje okropnie skomplikowane nazwisko literuje.

Opublikowano emigracja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dopóki starczy sił…

… ile razy otrzymuję negatywną odpowiedź w sprawie pracy, powtarzam sobie niczym mantrę, że nie ma sensu żałować naszych życiowych wyborów, bo w momencie kiedy je podejmujemy, to wydają się najlepszymi decyzjami, a przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć ich konsekwencji.

Tkwię w stereotypach nie ważne czy siedzę bezczynnie w domu, pracuję, chodzę w garniturku, podróżuję, szukam pracy, robię zakupy czy planuję. życie stało się gonitwą. Ciągle szukam czegoś więcej i to przeraża. Ani pieniądze, ani kolejne mieszkania, złote karty, piękne przedmioty, ani kariera wcale nie przyniosły mi szczęścia ani spełnienia. Może za wyjątkiem podróży i M… Na początku wszystkiemu temu towarzyszyło bardzo przyjemne uczucie, ale im wyżej wchodzi się po drabinie, tym większy stres i tym mniej życia w życiu. Dawne przemyślenia dopadają mnie na nowo i jakby z większą intensywnością – zmienił się tylko powód.

Staram się trzymać z dala od ludzi głupich złośliwych, zazdrosnych i małostkowych. Z upływem ostatnich miesięcy przestałem być odporny na komentarze i głupio mądre porady od „go ahead be tough zwizualizuj swoją przyszłość” osób z portali społecznościowych, imprez towarzyskich, wszystkich pseudo znajomych, którzy na wszystko mają gotową receptę, pozjadali wszystkie rozumy i prowadzą „very cool” życie, nie mają żadnych wątpliwości, zakrętów w życiu, minimalnych zawirowań czy gorszych okresów, ślepych uliczek i jakichkolwiek traum, mogą gardzić każdym komu nie idzie zbyt dobrze, bo przecież sam jest sobie winien. Sypią jak z rękawa pomysłami i głupio mądrymi poradami: jak się podnieść z depresji, wiadomo, trzeba wziąć się w garść. Nie masz pracy, znajdź nową. Jak wyjść z długów? Też wiadomo, trzeba wziąć się do roboty. Jak nie czuć się samotnym? Ha, wiadomo, trzeba po prostu kogoś poznać. Ich ego i przekonanie o własnej nieomylności jest, niestety wprost proporcjonalna do prezentowanej ignorancji.

Odkąd moje życie zawodowe przestało być kolorowe, powróciło czarnowidztwo najbardziej w świecie boję się oceny i wyroków ferowanych przez takie właśnie okrutne, pozbawionych empatii ludzi.

Dopiero gdy wszystko się ułoży nie będę nawet pamiętał, że mogłem przejmować się zdaniem takich osób. Fachowo nazywa się to chyba syndromem ofiary: człowiek liczy się z tym, co ludzie gadają. Wstydzi się i kłamie na potęgę.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Campionato mondiale della pizza 2017

Był to pierwszy raz kiedy w związku z jego pracą, robiliśmy coś naprawdę wspólnie i muszę przyznać, bardzo mi się to doświadczenie podobało. Ostatni raz w gastronomii pracowałem chyba na studiach w Stanach i wspominam ten okres z sentymentem. Praca fizyczna czasem bardzo uszlachetnia. Pamiętam tylko, jak buntowało się moje ego, gdy zakładałem białą koszulkę z napisem pomocnik pizzaiolo… Z drugiej strony przecież tylko do tego, ograniczała się tutaj moja rola, przede wszystkim chodziło by pomóc M, dopingować go i o ogólną dobrą zabawę. Dumę pokornie schowałem więc do kieszeni.

Konkurencja była spora, prawie 1000 uczestników w samej tylko kategorii pizza classica. Wśród pozostałych kategorii można było wziąć udział jeszcze w stile libero, pizza senza glutine, in teglia, napoletana, in pala, pizza piu larga, a due i pare innych.

Przez cały dzień otoczeni byliśmy włoskimi smakołykami oraz tłumem ludzi przygotowujących swoje konkursowe dzieła, rozkładających na specjalnie ustawionych, długich stołach swoje produkty albo wcześniej przygotowane specjały, w wolnych chwilach podglądających pokazy innych mistrzów – pierwszy raz widziałem z bliska targi tej branży i naprawdę wszystko robiło niesamowite wrażenie.

M. przydzielony został numer 744 i tak naprawdę swój pokaz zaczynał dopiero za dwie 3 h. Jak zwykle był bardzo dobrze zorganizowany, przygotował wszystkie składniki już w domu a ja miałem za zadanie pilnować jak oka w głowie naszej przenośnej lodówki.

Z zaciekawieniem przyglądałem się naszej konkurencji i muszę przyznać, że niektóre pizzę wyglądały naprawdę apetycznie, czasem denerwowała tylko cała forma prezentacji i nienaturalny przesyt. Niektórzy, moim zdaniem, przesadzili z formą nad treścią. Wypieczone pizze otoczone były np. całą kupą owoców, sushi, mięsa albo warzyw. Inni stawiali na bardzo oryginalne formy prezentacji typu pizza podawana na taczce, otoczona szyszkami i gałęziami albo szopka bożonarodzeniowa z figurkami. Nie wiem tylko czy jezusek był na pewno jadalny.

Gdy wreszcie wywoływano nasz numer sprawy potoczyły się bardzo szybko. M. zaczął przygotowywać swoją pizzę i tłumaczyć pierwszemu sędziemu z jakich składników się składa, jakich użył produktów do zrobienia ciasta a ja na ten czas dostałem bojowe zadanie, by upewnić się, że jego kieliszek wina nie jest pusty. Gdy pizza była gotowa i wyciągnięta z pieca podeszliśmy do następnej grupy sędziów zaprezentować im nasze małe dzieło. Pamiętam tylko, że widziałem swoją twarz w olbrzymim telebimie jakby z profilu i próbowałem ustalić jak mam się odpowiednio ustawić i gdzie patrzeć, żeby dobrze wypaść w telewizji i na zdjęciach.

Potem musieliśmy podejść do kolejnego stolika i pozwolić ostatniej czwórce sędziów na degustację a ja w tym czasie miałem polewać im do pełna. Niby taka prosta rzecz, ale oczywiście zacząłem od pana sędziego zamiast od jedynej kobiety w tym gronie za co M. zrugał mnie spojrzeniem.

Ostatecznie zdobyliśmy 740 punktów i uplasowaliśmy się w pierwszej światowej 30. a w Szwajcarii w pierwszej trójce!

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Powrót do słonecznej Italii

Brakowało mi jego uśmiechu. M. cieszył się jak dziecko, gdy zobaczył mnie w drzwiach naszego mieszkania, dwa tygodnie może to żaden szmat czasu, ale zdążyliśmy się za sobą stęsknić. Nie było mi tylko dane długo cieszyć się Bernem, bo raptem po dwóch dniach pojechaliśmy razem do Mediolanu. Kilka miesięcy wcześniej udało mi się dostać bilety na Ostatnią Wieczerzę DaVinci. M. opowiedział mi, że dotarcie tam wymaga nieco zachodu – rezerwacja z dużym wyprzedzeniem, przechadzka z dala od pozostałych atrakcji miasta, zwiedzanie zaledwie przez kwadrans a jednak uważam, że było warto. Ten fresk ma swój urok mimo zniszczeń, nawet może dobrze, że jest taki osobny, bo można go kontemplować bez rozpraszania uwagi na inne pobliskie dzieła sztuki.

W zeszłym roku M. po raz pierwszy wziął udział w Międzynarodowym Konkursie na Najlepszą Pizzę organizowanym rokrocznie w Parmie. Wtedy pojechał tam sam, nie obiecując sobie zbyt wiele, chciał zobaczyć jak wygląda taki konkurs, jego organizację, sposób oceniania przez jurorów oraz podejrzeć konkurencję.

Widząc jego entuzjazm po powrocie i słuchając opowieści o swoich wrażeniach obiecałem, że w przyszłym roku powinniśmy pojechać tam razem. M. przypomniał mi złożoną rok wcześniej obietnicę i wyciągnął – potrzebował pomocnika a ja akurat znakomicie się do tego nadawałem. Dostałem bojowe zadanie nie przeszkadzać mu podczas konkursu i prezentacji, nie odzywać się bez pytania ani niczego nie dotykać – miałem ładnie wyglądać, uśmiechać się, nalewać jurorom wina, nosić talerze, kieliszki i roztaczać miłą i sielską aurę. Pestka.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Modena – sam ze sobą

Od zawsze uważałem się za osobę rozsądną i rozważną, która potrafi przewidzieć konsekwencje swoich zawodowych decyzji. Miałem instynkt a czasem po prostu pomagało mi zwykłe szczęście, tak czy owak uchroniło mnie to przed złymi decyzjami i niepotrzebnymi zawirowaniami.

Od najmłodszych lat wiedziałem, że jeśli kiedyś dojdę do większych pieniędzy będę potrafił nimi gospodarować, dorastałem w przekonaniu, że duże pieniądze to przede wszystkim odpowiedzialność. Wierzyłem, że nie zatracę się w hulaszczym życiu, używkach, nie uderzy mi sodówka, przyjaciele będą mogli liczyć na moją pomoc, będę potrafię dzielić się sukcesem. Nie będę chciał się od nikogo odgradzać ani afiszować odmiennym stylem życia. Nie czułem się  też niewolnikiem drogich, luksusowych przedmiotów na utrzymanie, których mnie nie stać. Daleko mi do typowego ciułacza odkładającego każdy zarobiony grosz, potrafię cieszyć się zbytkiem, podróżami i wygodnym życiem tyle że nigdy nie zapominam o rodzinie i przyjaciołach.. Osobiście nie znoszę tylko pozerstwa, choć z drugiej strony nic mi do tego kto jak wydaje swoje pieniądze.
Doprawdy nie wiem skład wziął się we mnie ten swoisty naturalny kręgosłup.

Latami obserwowałem tych, którym udało się osiągnąć wysoki status społeczny i dobra materialne. Dzięki wypadkowej pracy, talentu, układów i szczęściu, zaszli imponująco daleko na szczeblach zawodowej kariery by potem nagle spaść z piedestału. Im wyższy zajmowali stołek, tym upadek z niego był bardziej bolesny. Milkły telefony, odsuwali się znajomi, ograniczały się wpływy. A ci, którzy do tej pory się podlizywali, przestali to robić. Obserwując ich próbowałem samemu przygotować się na taki scenariusz. Wydawało mi się, że wystarczy mieć plan, wierzyć w siebie, poświęcić odpowiednią ilość czasu, siły, zapału i energii, wykorzystać zdobywane latami doświadczenie i znajomości, by wdrapać się na szczyt, powtórzyć dawny sukces i przywrócić niegdysiejszy stan rzeczy. A dziś spacerując po Modenie, niczym fale morski brzeg atakują mnie wątpliwości, zaczyna brakować mi sił, zatracam się ścigając przeszłość, powoli zaczyna docierać do mnie, że moje 5 minut trwało 10 lat i chyba czas pogodzić się z myślą, że tamto minęło już bezpowrotnie. Czas otrzepać poszarpane piórka i zastanowić się co mógłbym robić w życiu innego, ostatecznie zamykając za sobą dawny rozdział.

Tak, brak pracy jest zawsze okazją do zastanowienia się nad dotychczasowym życiem i przyszłością…
Taka sytuacja, która upokarza i niszczy, przede wszystkim płaszczyznę zaufania do samego siebie i do własnych sprawności.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Bolonia dzień za dniem

Codzienny spacer z domu do szkoly i z powrotem, kawa z ciastkiem na Piazza Santo Stefano, poranna wymiana uprzejmości z zaprzyjaźnioną właścicielką baru, lunch albo aperitivo na mieście zacząły na dobre wyznaczać rytm mojej codzienności, przeplatany paroma krótkimi wypadami do Rzymu, Rimini i San Marino. Polubiłem to miasto, swoją szkołę, grupę i nauczycieli, czas podczas zajęć zawsze mijał mi bardzo szybko i momentami żałowałem, że nie zdecydowałem się przyjechać tutaj na dłużej. Limit wszelakich kursów językowych w tym roku wyczerpałem, ale kto wie co wymyślę na jesień albo po nowym roku. Bolonia na pewno na długo utkwi mi w pamięci i chętnie kiedyś znowu tutaj wrócę.

W ostatni wieczór przed wyjazdem zaprosiłem swoich gospodarzy do restauracji. Początkowo się wzbraniali, proponując kolację w domu, ale że na samą myśl o kolejnych zielonych liściach sałaty, ryżu i szklance wody robiło mi się słabo, w końcu udało mi się ich przekonać – taki byłem zdeterminowany. Dzień wcześniej, niedaleko szkoły, przypadkiem natrafiłem na bardzo fajną neapolitańską restaurację serwującą owoce morza. Z ciekawości wstąpiłem tam na lunch, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo zamówiłem nie tylko danie główne, ale i deser i przystawki, bo wszystko wyglądało kusząco i smakowało przepysznie. Wracając z przedostatnich zajęć zamówiłem więc nam na wieczór stolik. Oboje Fernanda i Franco pracowali w czwartki do późna, niespodzianką okazało się, gdy na kolację przyszedł także ich syn i wspólnie spędziliśmy wyjątkowo udany wieczór. W ramach rewanżu Franco zabrał nas jeszcze do baru na drinka a potem do jeszcze innego i jeszcze innego i tak oto do domu wróciliśmy przeszło po 2. w nocy, lekko kiwając się, za to w szampańskich humorach. Muszę przyznać, że po tym wieczorze oboje bardzo zyskali w moich oczach a wszystkie wpadki poszły w niepamięć… Tylko poranek był już prawdziwym dniem świstaka… Zaspałem na zajęcia, pędząc do szkoły nie wiem jak o możliwe, ale pomyliłem ulice (cholerne arkady), nie zdążyłem zjeść śniadania w swoim ulubionym barze, na dodatek po drodze wszystkie bankomaty były nieczynne więc podczas zajęć burczało mi w brzuchu a jak biegłem do szkoły to okazało się, że zapomniałem wziąć kluczy od domu a Fernanda z Frankiem o 14. lecieli do córki do Paryża. Musiałem więc wyrwać się wcześniej z zajęć, biec do domu na łeb na szyję, w konsekwencji nie pożegnałam się ani ze swoją grupą, ani z nauczycielami, ani nawet nie odebrałem dyplomu. Do domu wpadłem z wywieszonym językiem, w ostatniej chwili kiedy moi gospodarze wyjeżdżali już na lotnisko. Buziaki przesłane w przelocie, pakowanie walizki i sam zaraz musiałem biec na dworzec, łapać pociąg do Ferrary. Niestety powrót do szkoły nie wchodził w grę, pieszo było z 30 minut a z walizką zajęłoby mi to z pewnie godzinę dlatego podarowałem to sobie i trochę było mi z tego powodu przykro, bo wyszedłem z kursu tak jakoś mało elegancko.

Ferrara okazała się bardzo inna od Bolonii, ale równie klimatyczna, wieczorem skutecznie się zrelaksowałem w brazylijskich rytmach i tak oto mój dzień dobiegł końca.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz