W Luang Prabang powiedziano mi, że będzie chłodniej, bo niby z dala od morza, w górach itp. Nie żebym nie spodziewał się wysokich temperatur w Laosie, ale to co mnie zastało lekko mnie przerosło. W dodatku w samochodzie nie działała sprawnie klimatyzacja wiec podróżowanie autem było raczej udręką. W restauracji Tamarind gdzie zatrzymałem się na lunch posadzili mnie przy stoliku na tarasie, całkiem zgrabnym tudzież ładniutkim tyle że w pełnym słońcu żebym się prażył jak orzeszek, a jak przynieśli mi gorący talerz zupy bambusowej to choć smacznie wyglądała, na jej widok mnie odrzuciło. To jakby grochówkę wcinać na plaży w Ustce w 40 stopniowym upale. Czułem jak
kropelki potu zalewają mi cztery litery. Za to kiełbaska Luang Prabang, jeow bong, khai pene i kurczak w trawie cytrynowej po prostu palce lizać!
Przy okazji wylałem w siebie całą butlę Beerlao i podirytowanie samo minęło, przeszedłem w stan błogiego zadowolenia. A gdy na koniec wylądował przede mną okazały talerz egzotycznych owoców i laotańska kawa odechciało mi się dalszego zwiedzania choć dopiero co tutaj przyjechałem.
Górując nad centrum miasta, wzgórze Phousi wyróżnia się charakterystyczną sylwetką na tle panoramy Luang Prabang. wzniesienie jest popularne i znane jako miejsce, w którym można podziwiać wschody i zachody słońca nad rzeką Mekong. Ze szczytu roznosi się malowniczy widok na miasto i liczne świątynie. Nim się tam jednak dotrze trzeba pokonać najpierw 328 stopni schodów co jednak nikogo nie odstrasza. Jedyne co, to że przy wielkim upale na górę dociera się bardzo spoconym…

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.