Wciąż czujemy niedosyt tym krajem, codziennie coś nowego odkrywamy i nie przestajemy fascynować się innością Japonii. Razem z M. planujemy już kiedy byłoby najlepiej wyskoczyć razem do Tokio i zaliczyć Mt Fuji tudzież okolice. Niestety pojutrze wracamy już do Szwajcarii i to będzie koniec naszych wakacji. M. jedzie jeszcze do Parmy na międzynarodowy konkurs w wypiekaniu pizzy a ja wracam na ostatnie 4 tygodnie do biura. Tyle co z K. lecę na weekend do Belgradu, ale tak to już jestem na miejscu.
Dziś w pociągu do Nary M. zafascynowany grał w SimCity podczas gdy ja wtulony w jego ramię odsypiałem niedospaną noc. Kolejny dzień a ja nie przestawiłem się na tutejszą strefę czasową.
Nara jest niewielka a wszystkie turystyczne atrakcje zdają się być skondensowane w bliskiej okolicy, wszędzie chodzimy pieszo, odległości są naprawdę niewielkie poza tym jest piękna pogoda świeci słońce, ale nie ma upału. Obok świątyni M. znalazł plik banknotów, jako że w około nie było nikogo (prócz wszędobylskich sarenek) szybkim ruchem ręki podniósł zwitek papieru i schował do kieszeni spodni.
– Ile znalazłeś – próbowałem go dopytać.
Zaśmiał się tylko i odpowiedział zgodnie z prawdą, że nie ma zielnego pojęcia. Kierując w kierunku dworca kolejowego zastanawialiśmy się jak spożytkujemy ten nasz majątek. Planowaliśmy zjeść dobry lunch, jakąś część oddać biednym (szczęście trzeba podać dalej) a za resztę zrobić zakupy. Okazało się że fortuny tam nie było, raptem 4000 jenów: starczyło na dobry lunch oraz bilet powrotny do Osaki a 1/3 oddaliśmy jakiemuś mnichowi stojącemu przy wejściu do stacji.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.