Gdy wszedłem do biura zobaczyłem Faziego z Sharon rozmawiających w salce konferencyjnej. Domyśliłem, że musiał powiedzieć jej o GH, bo sprawiała wrażenie bardzo skupionej.
Gdy wyszli zastali mnie z L., paplających o niczym, udawaliśmy że rozmawiamy o pracy kiedy poprosił mnie o rozmowę.
Sukinsyn pierdolił takie farmazony, że miałem ochotę wbić mu ołówek w te jego małe fałszywe arabskie oczka, przebić twarz i dostać się do mózgu. Wszystko okraszone korporacyjną gadką, o wyższej konieczności. Bylem profesjonalny i musiałem dokończyć robienie mu laski słuchając nieprzerwanie tłumaczeń o tym, że GH nie pasowała do jego wizji i modelu organizacyjnego, jednocześnie patrząc mi prosto w oczy, z szerokim uśmiechem ukazującym garnitur białych zębów zapewnił mnie, że moje stanowisko nie jest zagrożone. Sraka padaka myślałem, że jebnę z krzesła. Wyszło na to, że nie dość, że musiałem mu zrobić laskę to jeszcze przeleciał mnie jak burą sukę.
L. zorganizowała nam spotkanie z Risk Management Teamem. Fajnie jest spotkać się twarzą w twarz z kimś, z kim od 8 lat wymieniało się tylko maile. Dziewczyny żartowały, czy skoro w tytule mam teraz „global” czy nie dałbym rady zabronić ludziom wypożyczania aut.
Nasz kampus robi wrażenie, codziennie odwiedzam Cafe 17, Starbucks’a i automat z produktami Apple’a. Razem z Sharon udając się na lunch mamy do wyboru kuchnie: japońską, chińską, hinduską, włoską czy meksykańską, zajmujemy stolik na zewnątrz, siadamy potem na ławeczce pod parasolem i prażymy się w kalifornijskim słońcu.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.