W stronę słońca

W pracy bez zmian, ostatnio ogólnie zlewka, niewiele nowego dowiedziałem się o swojej przyszłej roli. Fakt, były święta, zamkniecie roku, wszyscy skupieni byli głównie na tym. Przed Bożym Narodzeniem rozeszła się plotka, że w tym roku nie będzie bonusa, bo nawet nie zaksięgowano rezerwy. Zwykle robi to Inc. i trochę wszystkich dziwiło, że aż tak z tym zwlekają. Na szczęście rezerwa pokazała się 3 dni przed końcem roku, więc teraz wszyscy czekamy do 21.01 na publiczne ogłoszenie wyników finansowych za 4. kwartał i decyzję o wypłaceniu bonusu i jego wysokości. Z bonusem czy bez na wakacje lecimy z M. na Seszele – to już postanowione.

Po powrocie z Azji mam lecieć na kilka dni do San Jose, mają tam być mój nowy szef, Kristi, Laura, Guat Hong i mamy rozmawiać o przyszłości. Oboje z Guat Hong szczerze wierzymy, że do tego czasu znajdzie się ktoś, kto nas kupi albo coś się zmieni w planach restrukturyzacji i nie będziemy musieli lecieć na drugi koniec świata dywagować o niczym.
Guat Hong uświadomiła mi, że gdyby kupili nas Chińczycy musiałbym przerobić swoje imię na bardziej chińskie, podobnie jak wszyscy Azjaci dodają sobie bardziej zachodnio brzmiące imiona w kontaktach z Europejczykami czy Amerykanami.
Moje sugestie: Sudoku, Dim Sum, Toyota albo Mao.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Koniec roku 2014

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności, chęć zobaczenia wszystkiego i bycie wszędzie jednocześnie
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo na dobre i na złe, uroda, i ciało
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić, że mogę rozmawiać na każdy temat
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czasami oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, lenistwo w uczeniu się włoskiego i niemieckiego
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie prezentów bliskim.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy, zdrowie i samowystarczalność
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, choroba, ubezwłasnowolnienie,
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: nie kłamię, ja koloryzuję, mówię wtedy po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: ja pierdole, o kurwa
ulubieni bohaterowie literaccy: brak
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, Paolo i Fabien, Mauerhofer, Ramon, Alicja
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: szybko i nagle, ale jeszcze nie teraz
obecny stan mojego umysłu: lekkie zamroczenie po lampce czerwonego wina
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: brak

Dodaj komentarz

Przy wigilijnym stole

Przy wigilijnym stole wszyscy składali sobie życzenia, podsłuchałem czego życzyli sobie rodzice, rodzice bratu, babcia rodzicom i bratu: zdrowia, pieniędzy, szybkiego spłacenia kredytu mieszkaniowego, dalekich podróży i szczęścia w miłości.

No i właśnie mnie nikt nie życzył pieniędzy…

To dość naturalne – myśleć o dobrze zarabiających specjalistach, dyrektorach i lekarzach „bogacze”. Skoro dużo zarabiasz, jesteś bogaty i masz kasy jak lodu.

A prawda jest taka, że po odcięciu źródła dochodów nie pozostanie mi za wiele.

W Polsce kwestia zarobków jest jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic każdej rodziny i każdego pracodawcy – to nie przypadek, że na zachodzie otwarcie podaje się proponowane wynagrodzenie już przy publikowaniu ogłoszenia o pracę, a u nas jest magiczne, zawsze powtarzające się pytanie „jaki poziom zarobków byłby dla Pana/Pani satysfakcjonujący?”. Klauzula o niejawności zarobków to kolejne potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Skoro informacje o zarobkach są ściśle tajne, to wyrobiliśmy sobie inny sposób na zaglądanie ludziom do portfeli, co było jednym z ulubionych sportów niektórych moich ex przyjaciół a obecnie tylko mojej rodziny, której niestety się nie wybiera.

Cała „kultura” konsumpcjonizmu, inflacja stylu życia, wychowywanie nas na reklamach, życie na kredyt i ciągłe kreowanie fałszywych potrzeb opiera się na jednej podstawowej zasadzie: najlepiej, jeśli wydasz wszystko, co zarobisz. A w idealnej sytuacji jeszcze więcej – oczywiście na kredyt.

Dla mnie to pewien standard, który w obecnym momencie życia uważam za odpowiedni dla mnie, z ta różnicą ze nie biorę i nie mam żadnych kredytów. W określeniu poziomu „bogactwa” najważniejsze, bowiem nie jest to, ile zarabiam, ale ile oszczędzam.

Dodaj komentarz

Choroba mnie dopadła

O ile pobyt w Porto mogłem streścić w kilku zdaniach pomijając szczegóły o brazylijskich emigrantach, o tyle pobyt w Bilbao sprowadzał się głównie do jednego – leżenia w wannie.
Przyjechałem chory, lub mi pękał, było późno w nocy, ale jak zobaczyłem swoją hotelową łazienkę to jakby siły mi wróciły. Zwykle nie korzystam z hotelowych wannie, bo uważam je za mało higieniczne, kto wie, co ktoś przede mną w niej robił i czy zostało to zdezynfekowane. Zdarzają się jednak wyjątki tak jak w tym przypadku, kiedy oniemiałem na widok wielkiej, podłużnej, głębokiej wanny na podwyższanej podłodze z drewnianych palet. Godzinka i bylem jak nowonarodzony.

Wybrałem się znajdującego się po drugiej stronie ulicy Muzeum Guggenheima, ale nie wytrzymałem tam długo z powodu zażycia przed wyjściem coldrexu – mokry się czułem i na dodatek wciąż leciało mi z nosa.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Latanie nie zawsze jest cool

Z Porto do Bilbao leciałem portugalskim TAPem przez Lizbonę. Martwiłem się trochę, bo na przesiadkę miałem raptem 40 minut a o TAPie nie słyszałem raczej dobrych opinii, ale nie chciałem się uprzedzać.
Wstałem o 5 rano, bo samolot miałem o 7.40, taksówkarz odebrał mnie spod hotelu o 6.00. Nadałem bagaż, zjadłem śniadanie, nawet punktualnie rozpoczęli boarding. Ciepło i miło mi się zrobiło w samolocie, niedobór snu zwyciężył i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziłem się pół godziny później i okazało się, że wciąż stoimy na pasie. No i wtedy przestraszyłem się nie na żarty, że na samolot do Bilbao już nie zdążę. Wyciągnąłem telefon i zacząłem szukać następnych połączeń z Lizbony do Bilbao, ale okazało się, że istnieje tylko jedno bezpośrednie połączenie między tymi miastami i w najlepszym razie z Lizbony będę musiał lecieć z przesiadką w Madrycie albo Barcelonie. Szczęście w nieszczęściu samolot z Lizbony do Bilbao też miał opóźnienie, więc istniała nadzieja, że zdążę. Ledwo zdążyłem ucieszyć się tą myślą, gdy pilot ogłosił gotowość do startu a w 10minut później byliśmy już wysoko w chmurach. Lot planowo trwa około 30 minut i właśnie w tym momencie stewardesa podniosła raban wzywając przez głośnik doktora albo sanitariusza, bo w biznes klasie ktoś potrzebował pomocy. Od razu zerwało się kilku panów gotowych nieść pomoc potrzebującemu.
Zza kotary oddzielającej klasę biznes od strefy cargo dostrzegłem młodą kobietę, która wpadła w prawdziwą rozpacz nad kilkuletnim chłopcem, który leżał nieruchomo w objęciach jakiegoś mężczyzny. Sytuacja nie wyglądała dobrze, w kółko wszyscy nachylali się nad chłopcem, stewardesy podawały tlen, nawet jeden z pilotów wyszedł na moment zorientować się w sytuacji. Podczas gdy większość pasażerów próbowała zobaczyć, co się dzieje zauważyłem jak przestaje widzieć słońce z lewej strony samolotu a powoli wyłania się ono z prawej. Pilot postanowił długim łukiem wykonać manewr zwrotu tak żeby nikt niczego nie poczuł i po chwili zaczęliśmy lecieć powrotem w kierunku lotniska w Porto, na którym po wylądowaniu czekała już karetka. Myślałem, że zabiorą chłopca i zaraz wystartujemy, ale postój w podróży zaczął się przedłużać: kwadrans, pół godziny, godzina. Pilot podawał komunikaty po portugalsku i za każdym razem, gdy zaczął kaleczyć angielski podnosił się gwar rozmów i komentarzy wśród wzburzonych współpasażerów, wściekałem się, bo nigdy nie mogłem usłyszeć ani zrozumieć, co się dzieje. Zdołałem jedynie zrozumieć, że nie wylecimy wcześniej niż za 2-3 godziny i że nie możemy wysiąść, więc musimy czekać w samolocie. Zajebiście.
Znowu włączyłem telefon i sprawdziłem, o której dotrę do Bilbao: najbardziej optymistyczny wariant podawał 22.00 a najbardziej pesymistyczny 7 rano następnego dnia – oba z dwoma przesiadkami w Lizbonie i gdzieś w Hiszpanii. Średnio mi się to wszystko podobało, nie uśmiechało mi się czekać 3 godziny w samolocie żebym może późno w nocy dotarł do Bilbao. No i wtedy stał się cud, dostałem maila, że mój samolot z Lizbony do Bilbao został anulowany a mnie przebukowano na rejs o 15.
Jeszcze raz sprawdziłem połączenia z Porto i okazało się, że gdybym poczekał do 17.00 mógłbym lecieć stad do Madrytu a stamtąd dalej do Bilbao.
Zatrzymałem stewardesę i zapytałem czy pozwolą mi wysiąść, odpowiedziała, że tak upewniając się że rozumiem, że oznacza to rezygnację z podróży. Nie chciało mi się jej tłumaczyć z mojego planu, dlatego pokiwałem tylko głową, potwierdzając, że na pewno chce wysiąść najszybciej jak się da. Pasażerowie wszczęli już niezły raban, bo wielu zrozumiało że przez opóźnienie stracą połączenia do Stanów czy Brazylii a obsługa próbowała łagodzić napięcie rozdając darmową wodę i suche bułki…
Pół godziny potem byłem z powrotem na terminalu, ale bez bagażu, który mieli mi szybko wyładować i dostarczyć do hali przylotów. I tutaj zaczęły się schody, bo po pół godzinie bagażu nadal nie było, panie w punkcie obsługi Lost & Found wzruszyły tylko ramionami, że w końcu samolot nie odleciał a pani na informacji kazała czekać, bo kiedyś bagaż przyjedzie…
Po godzinie oczekiwania wkurwiłem się, że tyle im to zajmuje aż w końcu jeden pan wyznał mi, że chyba mój bagaż gdzieś się zgubił bo z samolotu został wyładowany ale nie potrafią go nigdzie zlokalizować. W końcu jest! 95 minut nerwów i przekleństw.
Z bagażem poszedłem do stanowiska obsługi pasażerów linii TAP i tam bez problemów udało mi się przebukować bilet za darmo na lot o 17 przez Madryt.
Dostałem voucher na 14 euro na lunch i 6 długich godzin czekania. Najgorsze że właśnie zaczęło boleć mnie gardło, z nosa siąpić katar i ogólnie czułem się źle. 6 godzin bezczynności wydawało się być poza moje siły, powrót do miasta też nie wchodził w grę bo coraz gorzej się czułem i wyglądałem. Myślałem już nawet żeby porzucić cały ten plan, stracić pieniacze i po prostu wrócić do Szwajcarii. Niestety nim na to wpadłem właśnie odleciały samoloty do Zurychu, Genewy i Frankfurtu. Kręciłem się po lotnisku jak duch nie wiedząc, co ze sobą począć. Z nudów bylem dwa razy na kawie, śniadaniu, brunchu, lunchu a potem i wczesnej kolacji, aż dziw, że się później nie porzygałem.
W Madrycie kolejne opóźnienie i kolejne 30 minut czekania, relaksowałem się w barze wypijając mieszankę whisky i paracetamolu, która o dziwo pomogła mi zbić gorączkę i powstrzymać katar. Gdy dotarłem do hotelu Silken wybiła już prawie północ.
Oby nigdy więcej takich dni.

Opublikowano podróże | Otagowano | 1 komentarz

Porto

W czwartek ostatni raz w tym roku poszedłem do biura, wyszedłem wcześnie rano i do 12 uwinąłem się ze wszystkim.
W tym roku do domu na święta lecę przez Porto i Bilbao, bo po co siedzieć 5 dni w zimnym Wrocławiu, po co się narażać, że rodzinka popsuje mi humor.

Porto choć bardziej słoneczne też jest zimne i w dodatku wietrzne a duża wilgotność sprawia że ziąb jest mocniej odczuwalny i chwilami nie do zniesienia.
W hotelu, w którym spałem mieścił się dawniej teatr, po pożarze przez pewien okres budynek stał pusty póki ktoś nie wpadł na pomysł przerobienia go na designerską oazę luksusu. Wielka, ciężka, mosiężna brama – wejście zupełnie nie przypominało wejścia do hotelu, w środku ciemno, przygaszone oświetlenie, wszędzie dużo ciemnego drewna, metalu i luster. Drzwi do pokoju przypominały wejście do garderoby, na korytarzu panował półmrok, gdzieniegdzie tylko rozstawione były światła reflektorów, wieszaki na stroje elementy dawnych inscenizacji. Ktoś bardzo umiejętnie zbudował nastrój tego miejsca za pomocą światła, wydobył poszczególne elementy, zimne i cieple kolory przeplatywały się na wzajem. Przez ciężka wysoko zawieszona kurtynę wchodziło się do łazienki skrywającą masywne umywalki w kolorze złota i kolorystycznie dopasowana armaturę. Wanna oddzielona była od reszty pokoju olbrzymią przezroczystą szybą.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berlin – Zurich – Belgrad

Zafundowałem rodzince wypad do Berlina, taki jeszcze przed świętami, akurat trwają bożenarodzeniowe jarmarki, jest kolorowo i świątecznie, pomyślałem będzie miło spędzić wspólnie weekend całą czwórką. Niewiele mamy okazji jeździć gdzieś razem a przez krótkie 2 dni akurat nie zdążymy się pozabijać.
Sam przyleciałem już w piątek, sprawdzić miękkość materaca, nie pomijając przedtem sofy i fotela, z odpornymi na wstrząsy i wibracje oparciami. Sprzęt spisał się na medal, ściany nie zachowały śladu zacieków a ja odniosłem spektakularny sukces wygrywając w biegu długodystansowym z Rosja. Niestety jak na moje oko był to nasz ostatni raz w tym składzie.

W sobotę przed południem umówiony byłem jeszcze na biznesowy lunch, ale cały czas miałem na oku telefon gdyby familia zjawiła się wcześniej.
Zajechali w samo południe, dumnie zaparkowali centralnie pod głównym wejściem, tym razem przyjechali bez wałówki za to z dwoma przaśnymi siatkami, w których upchali swoje ubrania. Torba czy siatka kwestia gustu, nie będę się czepiał.

Mamuśce spodobał się pokój, który im zorganizowałem, zwłaszcza zawartość łazienki, która w kwadrans po wejściu do pokoju opustoszała z mydełek, szamponów, balsamów do ciała i odżywek do włosów. Oszczędziła ręczniki, suszarkę i baterie. Narzekała tylko na brak czajnika, bo nie miała w czym sobie zaparzać ziółek i gorących kubków.

Ojczulek mówił do obsługi wyłącznie po polsku, każąc im zgadywać, o czym do nich rozmawia, bo dumny jest, że jest Polakiem, a obsługa no cóż ni chuchu go nie rozumiała próbując zagaić rozmowę po angielsku, niemiecku i francusku – bez skutku.

Całą czwórką pojechaliśmy taksówką do Neues Museum. Tatuś rzucił dumnie parę zwrotów, których nauczył się zapewne zgłębiając niemiecką kinematografię „heute geschlossen” „jawohl my fuhrer” „ja gut” ficken machen”.
A mamuśka mu wtórowała powtarzając kierowcy, po raz enty, że jesteśmy z Polski a ona nie była w Berlinie od upadku muru, co można było łatwo zgadnąć bo pytała w kółko czy to już RFN czy jeszcze DDR…

Mało mi się uśmiechało błądzenie po mieście w poszukiwaniu miejsca idealnego, zaspokającego gusta i cennik mojej matki, dlatego nauczony doświadczeniami zaprosiłem wszystkich na kolację w hotelu.
Stolik zarezerwowałem nam na 20, ale w ciągu dnia usłyszałem, że oni późno nie jedzą więc zmieniłem rezerwację na 19, potem dowiedziałem się, że 19 to też już raczej nie ta pora więc skończyło się na 18. Tak naprawdę to chcieli zjeść kolację o 17 tylko ani ta ani żadna inna szanująca się restauracja nie otwierała kuchni przed 18.
Stolik dostaliśmy najładniejszy, najwygodniejszy, najlepszy najcentralniej położony i w ogóle za co z moim dostawcą powinienem co najmniej polecieć w ślinę z języczkiem i dać się zmacać, ale powstrzymują mnie wysoka kultura osobista i resztki dobrego wychowania.
Początek był bardzo trudny, mamuśka po zapoznaniu się z cennikiem w menu ogłosiła wszem i wobec, że niczego tutaj nie zje, bo jest za drogo, a dania są zbyt nouveau niechcąco za wszystko oberwało się kelnerce.
Mamusia udała się w przerwie między posiłkami do toalety, niby to przypudrować nosek a w rzeczywistości wynosząc kolejne partie mydła i balsamów do rąk. Oszczędziła rolkę papieru toaletowego, bo nie miała jak jej przemycić na salę.

Matka miała ewidentnego focha, który eksplodował w okolicach deseru. Nie potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać, więcej warczała niż mówiła, szkoda w ogóle o tym pisać. Jestem twardy, nie daję po sobie poznać smutku, nigdy nie płaczę, ale znowu przekonałem się, że najbardziej i najdotkliwiej potrafią ranić nas najbliżsi. Jebłem focha, zamknąłem się w kiblu na kilka minut i stwierdziłem, że to pierdole i to wystarczyło, żebym się pozbierał i wrócił do swoich gości. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby ich tutaj ściągać, życie głupiej torby niczego nie nauczyło, ewidentny masochista ze mnie, że w ogóle ich gdziekolwiek zapraszam. Rodziców i dzieci się nie wybiera, ale widzę jak z biegiem lat coraz bardziej działamy sobie na nerwy.
Obiecałem sobie, że następnego razu tak szybko nie będzie. Bo tak. Bo mam focha i mogę się zachowywać nieracjonalnie i histerycznie. Bardzo wszystko upraszczam i jestem niesprawiedliwy, wszystko wciąż jest też jeszcze świeże, ale jak pomyślę że ona za rok przechodzi na emeryturę to mam strach w oczach.
Zniesmaczony i rozbity wróciłem do Szwajcarii, nie musiałem jechać do Berna, bo z M. zostaliśmy na noc w Zurychu. Był po ostatniej części egzaminu i jakoś mu poszło, więc teraz obaj czekamy na wyniki. Wieczorem umówieni byliśmy z E&E na kolację w przytulnej restauracyjce Positano i dowiedzieliśmy się, że spodziewają się dziecka.

W poniedziałek M. wcześnie rano poleciał do Włoch a ja w kilka godzin później – w eskorcie chmary chińskich delegatów – do Belgradu, zedrzeć sobie kolana, usta i brodę.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

BABA

GH: Recently I purchased many things from BABA market place. It is really good, very good. Can get anything under the sun there, and at reasonable price. Be happy if we become BABA one day. He is into ranks of tech millionaires like Microsoft and Bill Gates. And many of his employees become instant millionaires as BABA had given stock to staff.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Walka ego

Walka ego trwa. Dziś dowiedziałem się, że nie będziemy podlegać pod Controllership tylko równolegle raportować do wspólnego VP. Nie spodoba się to jednej czarownicy i pewnie niedługo ucieknie przecierając drogę do promocji amerykańskiemu dzieciorobowi.

Wracając z firmowej kolacji zahaczyłem przypadkiem o bar w Schweizerhoffie. Zza szyby rozpoznałem członków naszego obecnego zarządu, wszystkich globalnych VP i całą tą zbotoksowaną klikę, czerwoną na twarzy i naprutą jak świnie.

W całym tym bałaganie znajduje się na samym końcu łańcucha pokarmowego, bliżej dupy jak to stwierdziłem dziś przy swoim węgierskim koledze, który bardzo trafnie mi odpowiedział: you are simply on the wrong side of a dick…

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

zgaduj zgadula

PS: You want believe what happened today. Jackie was working at her desk when suddenly she started screaming for like 5 sec s then she hit her laptop. She got irritated with something. Everyone just freeze on our floor…she looked like she lost control on her emotions… Looked scary… She seems to be on the edge of some kind of a breakdown. I have never seen her so much distracted and angry…
GH: She must be really stressed out . . . When she was in SG she was already trying hard to keep her eyes open.
PS: She is on the edge…
GH: Last week, I heard from GL Manager that Jackie asked about me because she was concern that i was all alone in another row away from SSC. The GL Mgr conveyed the message that Jackie said I can always go to her if I have anything. Peter and Jackie might be feeling weird as i have been silence all this while, no question asked at all.
PS: Oh i didn’t tell you. Peter asked me to move my desk from 1st to 2nd floor where all ESS sit. He asked me second time via email. And eventually i moved today. So i am with AP and GL
GH: Hahahh. Do u like this seat?
PS: Nope. But now in EB its not about what u like or dislike. U just follow the orders
GH: Preciously so I remain silence.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz