Sobota w stolicy

Z myślą o zbliżającym się interview kupiłem sobie w Dubaju nowy garnitur, koszule i buty, ale nie wiem czy się za bardzo nie pośpieszyłem, bo telefon na razie milczy. Okazuje się być podobny do M., który plany otwarcia własnej restauracji zaczął od zamówienia drogich kieliszków i obrazów do udekorowania wnętrz. Moj plan wciąż ewoluuje, ale główne elementy tego planu pozostają bez zmian. Jeśli nie stanowisko w Warszawie, na które aplikuje zacznę szukać pracy gdzieś w okolicach Zurichu i Bazylei. Uświadomiłem sobie, że do Polski wrócić zawsze zdążę, ale wrócić do Szwajcarii już tak łatwo wcale nie jest.

Warszawa nie przestaje mnie zaskakiwać, głównie ludzie, których tutaj poznaje, mam stąd mnóstwo pozytywnych i robaczywych wspomnień, większości nie mogę nawet opisać, bo wyszedłbym na delikatnie mówiąc lekkoducha, jeśli nie na zwykłą man’s whore. Rotacja jest duża, ciągle pojawiają się nowe twarze, nowe podmioty, a efekt tych interakcji jest co najmniej satysfakcjonujący.
Poza tym odkryłem tutaj miejsca, w których dobrze się czuje i gdzie mnie już znają i dobrze mi z tym. Zdałem sobie jednak sprawę, że utrzymanie takiego stanu rzeczy zależy głównie od tego jak długo pracuje i zarabiam w Szwajcarii. Zmiana tej sytuacji szybko sprowadziłaby mnie na ziemię a moje dobre samopoczucie i pewność siebie zapewne spadłyby z poziomu mojego ego do poziomu mojego IQ.

Od jutra wracam do biura, byle wytrzymać następne 10 dni i znowu gdzieś ucieknę.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Myśli nieuczesane

GH: I have decided that whatever role i am given, I shall accept and do it well. I am drawing salary from the company so I am not deprived of. BD or PF or whoever are the lead but they are after all just human. It won’t be surprising if they had long lost their conscious in order to climb the career ladder to reach their level. Regardless of the people and environment it is important that my conscious is clear and principal is still. I believe in non-physical things because I have experienced them. There is one thing on earth that is abundant and free. It is love. And i believe there is a creator who knows everyone inside out. When the judgement day comes nothing can escape.
I love my first job as an auditor in Deloitte. Was there for 6 years and was quite reluctant to leave back then. But if i hadn’t stepped oit then i wouldn’t have known KM and you who are so wonderful.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Leżenie na plaży

Jak na razie pogoda nas rozpieszcza, codziennie praży słońce, temperatury sięgają 30 kresek i nie pada, a jeśli już to tylko w nocy. Podobno listopad i grudzień to pora deszczowa, dlatego z niepokojem wypatruję jakichkolwiek chmur dręczony traumą z Mauritiusa, kiedy lało non stop dzień i noc przez bite 4 dni urlopu.

Obijamy się, leżąc na przyhotelowej plaży i sącząc lokalnego SeyBrew z pianką albo zwykłą wodę kokosową, która podobno dobrze robi osobom narażonym na stres oraz kaca. Czytam książki, buduje zamki na piasku i nie robię nic z przymusu.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Katamaranem na wyspy ciąg dalszy

Z La Digue wróciliśmy z powrotem na Praslin, drugą największą wyspę w kraju. Najpierw zjedliśmy smaczny kreolski lunch w jednej z lokalnych restauracji by potem wrócić do Vallee de Mai Parku Narodowego wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Fanem natury nie jestem, ale skoro przewodniczka wspomniała, że tylko tutaj na świecie można znaleźć naturalnie występujące coco de mer (orzech z palmy seszelskiej w kształcie dużej dupy), bulbule, gołębie owocowe i czarne papugi to się skusiłem.

Chociaż czasy kolonializmu dawno się skończyły, to wciąż widać jego pozostałości – mówi się tutaj trzema językami urzędowymi: angielskim, francuskim i kreolskim (francusko-afrykańskim), obowiązuje ruch lewostronny, uczniowie noszą jednakowe mundurki do szkoły.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Katamaranem na wyspy

Wczesnym rankiem odebrał nas kierowca, żeby odwieźć nas na przystań skąd mieliśmy popłynąć na Praslin i La Digue. Miałem okazje już wcześniej pływać katamaranem i dlatego bylem trochę rozczarowany, że ten nasz okazał się większą jednostką zabierającą naraz ponad 200 osób. Jakoś mi się ubzdurało, że będziemy tylko w kilka osób, na małym luksusowym jachcie a nie na olbrzymiej lodzi motorowej. Luksusów nie było, opalać się nie dało, skakać do wody na środku oceanu nie było nam dane, nie nurkowaliśmy w bajecznie kolorowych zatokach archipelagu, ale może następnym razem.

Port La Passe na La Dingue na jednej z najczystszych i najmniej przekształconych przez człowieka wysp archipelagu. Wyspa „strzeżona” przez rafy kolorowe utrudniające do niej dostęp z niesamowitymi granitowymi formacjami. Jedni turyści zwiedzali wyspę pieszo, inni na rowerach albo na wozach ciągniętych przez woły… Do oglądania były głównie plantacje orzechów kokosowych oraz kopry. Plaże Petite Anse, Grand Anse czy Anse Union obfotografowaliśmy do znudzenia by potem pływać w morzu.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Z pieczątka w paszporcie w kształcie kobiecych pośladków

Widziałem wiele pięknych miejsc i wiele pięknych plaż na świecie, o których mówi się że są najpiękniejsze. Te na Seszelach prawdziwie zasługują na miano rajskich i spektakularnych. Nie mogłem wyjść z podziwu oglądając je najpierw na La Digue a potem na Praslin, wszędzie jednakowo piękne, więcej tu odcieni błękitu i zieleni niż można sobie wyobrazić.

Wykupiłem nam całodniową wycieczkę katamaranem na dwie sąsiednie wyspy. Skoro dotarliśmy na Mahe, chętnie skorzystałem z okazji żeby zobaczyć coś więcej.
Było gorąco i wilgotno, wklepywaliśmy w siebie kremy z wysokim filtrem walcząc z grubymi kroplami potu, który uchodził z każdego centymetra skóry. Pot zmieszany z olejkiem tworzył oleistą tłustą maź, która wyglądała mało zachęcająco. Ale najgorsze były komary, które wydały się być uodpornione na europejskie specyfiki.
Pod koniec pobytu bylem cały w czerwonych kropkach.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

No to jesteśmy…

Dotarłem na Seszele.
To jedno z tych miejsc na świecie, którego nazwa każdemu działa na wyobraźnię: egzotyka i luksus w najczystszej formie, palmy, bogata niespotykana nigdzie indziej roślinność, fauna, białe plaże z drobnym jak mąka piaskiem i charakterystyczne ciemno szare kamienie rozrzucone tu i owdzie. W dzieciństwie, gdy dokuczaliśmy sobie z bratem nawzajem, kto gdzie będzie spędzał wakacje jak dorośnie, ja wybierałem Seszele a jemu wyrokowałem wypoczynek pod namiotem z babcią w Ustce czy innym Otmuchowie.
Dziś i przez najbliższy tydzień grudnia byliśmy tutaj razem.

O zabójczej 5.45 rano odebrał nas kierowca z Emirates i zawiózł pod sam terminal, skąd odlatywaliśmy na Mahe. Lotnisko w Dubaju nigdy nie śpi, po 6 pełno było pasażerów spieszących się tak jak my na swój poranny lot, gdzieniegdzie ustawiały się długie kolejki do odprawy bagażowej i kontroli paszportowej, na sklepy wolnocłowe oblegały tłumy a sprzedaż szła pełną parą.
Przesiedzieliśmy ponad godzinę w loungu czekając aż ogłoszą nasz lot, brat nie próżnował pałaszując kolejne dania z bogatej oferty baru a ja za to bardziej skromnie i z kulturą: tylko mini kanapeczki i kolejne kieliszki szampana. Zwykle nie piję o 6 rano, ale darmowe bąbelki moet chandon to pokusa nie do odparcia.

Samolot do Mahe odlatywał z najdalszej części terminalu, do naszego wyjścia musieliśmy drałować 20 minut, mijając kolejne korytarze i przejścia w końcu dotarliśmy do C37. Zaparkowany był w drugiej części lotniska na pozycji zewnętrznej, więc znowu przyszło nam czekać aż przewiezie nas do niego specjalny autobus: najpierw wsiadło cargo potem osobnym busem pojechaliśmy my – pasażerowie first i business class. Razem z nami podróżowało dużo Francuzów, Włochów, Rosjan i Arabów z Emiratów.
Brat ciągle się zachwycał: a to kabiną w samolocie, a to kartą win, obsługą w hotelu czy na lotnisku, rozmiarem pokoi hotelowych i nieograniczonym dostępem do darmowych bufetów i markowych alkoholi. Tia, to standard w moim świecie przynajmniej dopóki nie wywalą mnie z roboty…
W samolocie naturalnie zacząłem skromnie od lampki szampana a ze lot się opóźniał to załapałem się i na drugą. Mój brat w tym czasie zdążył zepsuć mini ekran wyciągany z siedzenia, oblać się sokiem, rozregulować fotel i rozłożyć stolik tak, że nawet stewardessa nie potrafiła go z powrotem złożyć. Ten samolot jest chyba starszy ode mnie – skomentowała na koniec.

Międzynarodowe lotnisko w Mahe jest bardzo małe, za to urokliwie położone na skraju wschodniej części wyspy. Padało, było pochmurnie, ale wciąż panował potworny upał a wilgoć dawała nam do wiwatu. Listopad i grudzień to podobno nie najlepsza pora na odwiedzanie Seszeli, przynajmniej wg przewodnika Lonely Planet, ale liczba turystów wylewająca się z samolotów jakby tego nie potwierdzała. Nasz kierowca już czekał, po chwili ruszyliśmy w kierunku Beau Vallon i naszego hotelu Sunset Beach…

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W drodze do Dubaju

Z moim bratem trzymamy sztame, nie zawsze jest kolorowo i słodko, ale jak jest dobrze i akurat się na siebie nie wkurwiamy to jest wesoło i nigdy się nie nudzimy.
Do Polski przylatuję regularnie, ale takie spotkania na 2-3 godziny na imieninach u cioci albo na niedzielnym obiedzie u rodziców nie sprzyjają zwierzeniom. Dlatego raz w roku zabieram brata ze sobą na urlop, tydzień razem i na nowo przypominam sobie, czemu mnie wkurza i znowu obiecuję sobie, że nigdy nigdzie więcej go nie zabiorę… I tak do następnego razu. Byliśmy razem w Omanie, Argentynie, Peru, Urugwaju, Makau, Brazylii, Hongkongu, Malezji, Iranie, Singapurze nie licząc wspólnych wypadów do kilku europejskich stolic, więc jako starszy brat nie mam sobie nic do zarzucenia.
Poza tym wspólne podróżowanie zbliża nas do siebie i nawet gdy teraz mieszkam daleko wciąż czuję, że mam brata. Poza tym nasze wynaturzenia są zawsze inspirujące dla obojga: on mi o podwyżce 300 złotych i zakupach w H&M a ja o wakacyjnych dylematach: Mauritius czy Malediwy i nowych butach od Dolce.

Pomimo natłoku spraw w pracy, już w czwartek spotkaliśmy się w Warszawie. Lecieliśmy do ciepłych krajów, więc przyjechaliśmy w letnich rzeczach, co nie było najroztropniejszym pomysłem, bo wypizgało nas do tego stopnia że po mieście zdecydowaliśmy się poruszać wyłącznie taksówkami a wyjścia z hotelu ograniczyliśmy do minimum stołując się w hotelowej restauracji.
Ja dodatkowo rozgrzewałem się poza związkowo, kilkukrotnie tak, że aż szyby parowały w Radissonie. Do piątku wciąż oficjalnie pracowałem, więc do późna odpisywałem na maile i brałem udział w telekonferencjach udając zaangażowanie i zapał do pracy, podczas gdy mój brat znikał na całe noce imprezując w knajpach na Powiślu.

Na loungu w Warszawie czekając na samolot do Dubaju spotkaliśmy Thomasa Andersa wokalistę Modern Talking. Jak na 50 letniego pana wcale nie wyglądał, tylko troszeczkę za niziutki się wydawał, ale wszyscy celebryci zawsze inaczej wyglądają na żywo. 4.5 godziny w samolocie upłynęło w błogiej atmosferze ciszy i relaksu.

W Dubaju zatrzymaliśmy się w Radisson Royal na Sheik Zaid Road skad do Dubai Mall mieliśmy 5 minut taksówką. Połowę niedzieli spędziliśmy robiąc tam zakupy, z przerwą na zwiedzanie akwarium i Burj Khalifa.
Potem pojechaliśmy do Deiry, Atlantis Hotel i sztuczną wyspę Jumeirah.
Dubaj ma swój urok i może się podobać, ale na każdym kroku daje się odczuć, że w tym mieście liczy się jedno – kasa. Luksusowe auta, apartamenty, najlepsze marki, najnowocześniejsze rozwiązania, splendor. Kraj, którego mieszkańców ogranicza jedynie ludzka wyobraźnia a słowo budżet zostało zupełnie wykreślone ze słownika. Fajnie żeby zobaczyć, dotknąć, zakosztować, ale na dłuższą metę bardzo meczące, niewiele osób lubi być non stop on the top, ja na pewno do takiej kategorii się nie zaliczam.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Losy się ważą – będę latał czy wylecę

Do domu miałem wracać w czwartek wieczorem. Zaplanowałem powrót tak, żeby w piątek pojawić się jeszcze w biurze, bo od soboty planowaliśmy z M. długi weekend w Szkocji. Poza tym spodziewałem się, że firma przedstawi szczegółowy plan reorganizacji i dowiem się wreszcie czy zostaję w Szwajcarii czy może zaplanowali mi przyszłość w jakimś zapyziałem miejscu w innym końcu Europy. Zbierałem się już, żeby jechać na lotnisko, kiedy K. przysłała mi zaproszenie na telekonferencję na 21.00. Odrzuciłem, bo akurat wtedy mój samolot startował do Zurychu. W kilka sekund dostałem drugie. Odrzuciłem i napisałem, że mogę dopiero w poniedziałek. Znowu napisała: musimy porozmawiać dzisiaj.
Zadzwoniłem do niej szybko, ale jedyne, czego się dowiedziałem to, że mam przebukować bilet na jutro rano i zostać w Warszawie jeszcze jedną noc.
Taka prośba nie mogła wróżyć niczego dobrego, ton rozmowy wskazywał, że to dziś dowiem się czy będę dalej latał czy wylecę – musiałem uzbroić się w cierpliwość i poczekać.
Późnym wieczorem K. na callu nie było w ogóle, był za to nasz dyrektor… K. wyleciała, nie ma dla niej miejsca w nowej organizacji. Była w szoku, poryczała się i poszła do domu.
Dostałem stare stanowisko w Bernie, ale dorzucili mi dodatkowe regiony: Azję, Australię i obie Ameryki a do pomocy – nikogo. Żebym się kompletnie nie załamał i nie poszedł skakać z katedry Munster otrzymałem obietnicę bonusu w okolicach mlecznej drogi, ale żeby go dostać muszę, przejąć obowiązki K. i Guat Hong, przeszkolić Hindusów, potem Chińczyków tak by po 2 miesiącach od zakończenia projektu cały proces śmigał samemu.

Tak, mogliby mnie wyrzucić na zbity pysk, ale postanowili kupić moje know-how i potraktować mnie bardziej humanitarnie. To, że się zarżnę próbując ogarnąć cały ten burdel mało ich interesuje, dają bonus na otarcie łez i żeby zamknąć mi buzię.

Pierwszą połowę przyszłego roku będę dzielił między Szwajcaria, Singapurem, Stanami, Indiami i Chinami a potem nastąpi koniec i będę już zbędny. Dupa kurwa chuj.

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

U słoików w Warszawie…

W warszawskim biurze zapowiedzieli się audytorzy siejąc popłoch wśród naszych kreatywnych księgowych z Luksemburga a najbardziej chyba u naszej menadżerki polskiego biura. Zorientowała się, że nie wie gdzie trzyma faktury, które dokumenty zdążyła wysłać do biura rachunkowego a które nie, gdzie podziała stare umowy i kontrakty. Okazało się, że posiada ukryty talent do wyrzucania dokumentów ważnych, czym nie zaskarbiła sobie sympatii ani księgowej ani mojej. Zadzwoniła do mnie akurat wtedy, gdy jeszcze urabiałem Carlsona w Zurychu błagając żebym pojawił się we Warszawie, bo inaczej koledzy z Luksemburga pożrą ja żywcem.
Po jej glosie słychać było, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, że musi cała niezłe trząść się ze strachu, błagalny ton a potem nagły słowotok oznaczał panikę. Kiedyś może bym się przejął, teraz było mi wszystko jedno a panny wcale mi żal nie było, bo na głupotę lekarstwa nie ma. Powiedziałem jej, że nie da rady, bo moja szefowa na pewno się nie zgodzi.
Głupia ma jednak zawsze szczęście, bo jeden jej histeryczny mail do szefowej a ta zleciła mi delegacje do Warszawy.
No to poleciałem w środę po pracy, niechcący jeszcze wpadając na lotnisku na Carlsona i R. wracających ze szkolenia. Bylem miły, uprzejmy i szarmancki dla pań, taki aż słodko pieprzący, zabawiałem towarzystwo szafując komplementami, że na koniec R. wysłała mi wiadomość, że nikt z jej kolegów nie mógł uwierzyć, że jestem jej klientem. Nagle wszyscy chcieli obsługiwać naszą firmę…

Skoro pojawiłem się w stolicy postanowiłem trochę się zrelaksować przymierzając się a to z jednym albo drugim w zaciszu apartamentowca H15. Posucha ostatnio w stolicy pod względem atrakcji, te same gęby albo jakieś wypindrzone wymoczki albo przemądrzale super galopujące cioty…
Jak już poczułem się spełniony wpadłem do chłopaków do Sofitela na pokazową lekcję robienia koktajli.

W biurze wyjątkowo cicho i spokojnie, tylko L. jak zwykle była wkurwiająca: zadawała pytania, na które sama zaraz sobie odpowiadała, nie dając nikomu dojść do głosu i jeszcze ten jej irytujący sposób mówienia dopełniał reszty – miałem ochotę walnąć jej z liścia.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz