Sanhattan

Przez różnicę czasu rozregulował mi się apetyt. Wczoraj niby o 18 zjedliśmy kolacje a o 6 rano zbudziłem się z żołądkiem zaciśniętym z głodu w trąbkę.

Nasz przewodnik Juan okazał się potomkiem włoskich emigrantów mieszkających w Ameryce Południowej od 2 pokoleń, dzięki szczęśliwemu zbiegu okoliczności nie musiałem się wcale produkować dla M podczas zwiedzania miasta.
Po przejażdżce po finansowym centrum Santiago ( o wdzięcznej nazwie Sanhattan) pełnego strzelistych wysokościowców, siedzib międzynarodowych koncernów, banków, hoteli jak i apartamentowców mieszkalnych z szerokimi tarasami z pięknie wkomponowanymi w nie kompozycjami z kwiatów i roślin zapuściliśmy się w dalsze dzielnice Santiago. Niektóre domy i rezydencje to prawdziwe architektoniczne perełki, nie wiem na ile to prawda, ale z tego co opowiadał Juan ich cena wcale nie powala jeśli porównać je do realiów szwajcarskich. Nasze zainteresowanie wzbudziły niewielki wille przerobione na butiki luksusowych marek. Z dzielnic względnego bogactwa i luksusu pojechaliśmy na Plaza d’Armes głównego placu miasta. Stare dzielnice choć wyglądały na zaniedbane miały swój urok, mieliśmy sporo wolnego czasu żeby pokręcić się samodzielnie i zajrzeć w każde interesujące nas miejsce. Główny plac bardzo przypominał główny plac, który widziałem w kwietniu w Limie: katedra, poczta, palmy, pomnik z kimś ważnym na koniu i olbrzymi łopoczący na wietrze maszt z flaga państwa.
W porze lunchu dotarliśmy do Boheme pełnego kolorowych murali, galerii, klubów i restauracji. M przekonał mnie, byśmy nie wracali wraz z przewodnikiem do hotelu tylko żeby odłączyć się i kontynuować poznawanie Santiago na własną rękę.
2 kolejki pisco sour później i przebyciu nie wiem ilu kilometrów poczułem się naprawdę zmęczony, w hotelu czekała na nas mila niespodzianka od dyrektora hotelu – butelka czerwonego wina. Jedna lampka zadziałała bardzo szybko, dosłownie padliśmy na lóżko i zaraz potem usnęliśmy.
Było już koło 21 kiedy wyszliśmy jeszcze na wieczorny spacer przed pójściem spać. W ciągu dnia mamy szczęście do pogody, jest sucho i stosunkowo ciepło tylko wieczorami robi się przeszywająco zimno i mokro.

Rano musimy bardzo wcześnie wstać by zdążyć na poranny samolot do Calamy. Następne 3 dni spędzimy w San Pedro de Atacama…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

17 godzin lotu

12 godzin z Zurichu do Sao Paulo nie zmęczyło nas nic a nic, bo wystarczyło trochę mojej magii i obaj lecieliśmy w biznes klasie. M zupełnie by już zapomniał co to znaczy lecieć w klasie eko, gdyby nie przesiadka w Brazylii na dalszy lot do Chile. Po krótkiej 60 minutowej przerwie w podróży, kontynuowaliśmy lot przez następne bite 4 godziny. M fiksował w samolocie: dostaliśmy miejsca na samym samiusieńkim końcu samolotu do czego on nie jest zupełnie przyzwyczajony, w rzędzie z 4 fotelami tak ze biedny siedział skulony z nogami prawie pod broda, nie podawali ani szampana ani innego alkoholu, jedzenie było paskudne a M dodatkowo nie mógł nawet pooglądać sobie żadnych filmów bo wszystkie były albo po angielsku, hiszpańsku albo portugalsku.
Uważam ze dobrze nam to zrobiło, bo czasem żyjemy trochę oderwani od rzeczywistości a to wcale nie pomaga w codziennym zyciu.

W sobotę po południu wpadli do nas G z R, zabrać do siebie sierściucha. Zdobyłem się na dobry uczynek i zrobiłem prezent R która razem z nami leciała wieczorem do Brazylii tyle ze w ramach swoich studiów.

Te 4 godziny ostatniego odcinka lotu zmęczyły nas najbardziej, na dodatek gdzieś nad Andami nieźle zaczęło nami rzucać i chciałem już tylko wylądować.

W drodze z lotniska do hotelu próżno szukałem romantycznej mgły nad Andami, nie widziałem tez smogu, który jest podobna zmora tej 5 milionowej metropolii. Widoki pięknie biało ośnieżonych szczytów Andów robią wrażenie i przypominają obrazki znane nam ze Szwajcarii.
Mieszkamy w eleganckiej dzielnicy Las Condes pełnej ambasad, strzelistych nowoczesnych architektonicznie wieżowców, galerii handlowych i ciekawie pomalowanych ulicznych ławek. Na pierwszy punkt zwiedzania M obrał… galerie Costanere ze swoimi sklepami i butikami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bożenarodzeniowy prezent dla M

Na zeszłoroczną gwiazdkę pod choinką M znalazł butelkę chilijskiego wina z dwoma biletami lotniczymi włożonymi miedzy kartki przewodnika po Chile. Oznaczało to jedno, ze wakacje spędzi w Ameryce Południowej. M nie krył radości ( takiego faceta jak ja darmo szukać) obaj zdecydowaliśmy że najlepszy na wyjazd będzie początek września.
Kilka miesięcy temu uzgodniliśmy plan podróży, zarezerwowałem hotele, przejazdy wewnętrzne i zorganizowałem przewodników a już dziś wieczór zaczynamy wprowadzać nasz plan w życie. Lecimy przez Sao Paolo do dalekiego Santiago…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Alkohol w pracy się leje czyli słodko pierdząca delegacja

Koleżanka z mojego zespołu na zaproszenie Air France przyleciała na kilka dni do Paryża spotkać się z naszymi dostawcami. Nie mamy ostatnio okazji spotkać się ani w Stanach ani w Europie żeby sobie pogadać, dlatego za zgodą szefowej dołączyłem do niej w stolicy Francji. Popołudniem przyleciałem z Zurichu skąd razem z R zabrałem się taksówką do hotelu do Louvre. Na miejscu okazało się, że nasz zaprzyjaźniony hotel zmienił właściciela, którym od niedawna oficjalnie stała się sieć Hyatt a w dodatku całkiem przypadkiem dyrektor sprzedaży tej sieci mocno przyjaźni się z L z którą to przyleciały razem z San Francisco. I tak dzięki swoim koneksjom L załatwiła mi upgrade do pięknego pokoju z widokiem na Luwr, którym w sumie nie było mi dane za długo się nacieszyć, bo zaraz wychodziliśmy na kolacje. Apero w hotelowym barze zaczęliśmy od lampki różowego szampana, potem przespacerowaliśmy się w kierunku starej giełdy, by zasiąść do kolacji w jednej z wielu znajdujących się tam restauracji… i znowu zaczęliśmy od toastu szampanem. Z Ch. Amerykanką austriackiego pochodzenia urodzona Kitzbuehel szybko odnalazłem wspólny język, gdy przyznałem się że spędzałem z rodzicami wakacje w jej rodzinnej miejscowości. Potem gdy okazało się że lubimy te same wina, znamy te same restauracje i oboje lubimy dobrze zjeść stałem się jej oczkiem w głowie, niechcąco wkupiłem się w jej łaski a ona przez cały wieczór bez przerwy mnie komplementowała aż mnie to zawstydzało. Podczas kolacji dyskutując w milej atmosferze nawet nie zauważyliśmy, gdy „pękło” kilka butelek wina. W hotelu po kolejnych 2 lampkach Taittingera zamknęliśmy bar a ja lekko chwiejnym krokiem wróciłem do pokoju. Obfita kolacja i niezliczona ilość bąbelków tego wieczoru dały mi w nocy do wiwatu. Na spotkaniu z linią lotniczą miałem pojawić się rześki świeży z otwartym umysłem gotowym do rozmów i negocjacji ale jeszcze kilka godzin przed nic na to nie wskazywało a ja jechałem do Rygi z głową zanurzoną w klozecie…
Ledwo co doszedłem do siebie i zszedłem na śniadanie Ch. znów zaproponowała szampana… Ble, miałem dość i zauważyła to nawet R że coś ze mną nie tak…
W czasie spotkania z Air France poznałem dyrektor sprzedaży piękną dojrzałą elegancką kobietę pól Francuzkę pól Australijkę urodzoną w Canberrze która nie wiadomo czemu strasznie przypominała mi księżniczkę D. Kiedy opowiedziała mi że wyszła za mąż za Włocha uwielbiającego gotować wiedziałem że z tą babką na pewno się dogadam. Dla niej chyba nawet przekonam się do latania z Air France…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

nowy początek

Dzisiaj minęło równo 6 lat odkąd spotkałem się pierwszy raz z M, w Bernie wieczorem pod hotelem Bellevue Palace, poszliśmy na drinka do restauracji obok, on pił sok a ja piwo. Śmiał się potem ze mnie za to piwo i za nieudolny włoski. Byłem wtedy świeżo po upadku z roweru, więc ręce wciąż miałem w bandażach i plastrach, twarz pokiereszowana, ale on wcale tego nie zauważył.

V po powrocie z Barbadosu ogłosiła, że spodziewają się z A. dziecka!

Otagowano | Dodaj komentarz

Bali

W poniedziałek skoro świt wyruszyłem taksówką spod hotelu Traders na KLIA. Wieczór wcześniej poszwendałem się jeszcze trochę bez celu po sklepach, zjadłem lekką kolacje w Dome i przy okazji dowiedziałem się, że obchodzony jest ramadan. Głupi pól dnia zastanawiałem się dlaczego w niektórych moich ulubionych miejscach nie serwują wina albo robią to tak niechętnie a obsługa zamiast powiedzieć wprost, że mają ramadan wolała kręcić i to w dość nieporadny sposób…

Podróż samolotem na Bali trwała 3 godziny, ale niewiele pamiętam, bo głównie spałem. Dwa wieczory z rzędu spędziłem dość intensywnie na towarzyskich igrzyskach z reprezentantami Malezji a w połączeniu ze zmianą czasu nic nie było wstanie powstrzymać potrzeby snu…

W Denpasar budują nowe lotnisko, które swym kształtem bardzo przypomina typową architekturę całej wyspy. Wiele się zmieniło, od kiedy byłem tu z M tylko uliczne korki i ludzie na motorach wożący kurczaki pozostali ci sami…
Na Bali powietrze wydawało się bardziej gorące, aż parzyło, gdy wychodziłem z sali przylotów szukając dogodnego i taniego transportu do hotelu. Chociaż w Kuala pogoda nigdy nie należała do najprzyjemniejszych to udawało mi się wychodzić poza klimatyzowane pomieszczenia i tunele bez kropli potu spływających mi po ciele czy plecach… Ba jednego dnia tak przemarzłem w centrum handlowym, że do hotelu wracałem w pełnym popołudniowym upale popijając raz po raz gorące cappuccino…

Na Bali otworzono nowy hotel W Retreat Spa, który przyciąga turystów poszukujących luksusu i odpoczynku w bardzo nowoczesnym otoczeniu. Jak zwykle efektem ubocznym stworzenia takiego miejsca jest mnogość chłopaków z branży, którzy ochoczo prężyli przy hotelowym basenie swoje muskularne i wytatuowane ciała, rano wyciskali siódme poty w siłowni, a wieczorami pikietowali na plaży i w okolicznych barach, dyskotekach oraz restauracjach. Jedyne, co mnie ubodło to podstarzale pomarszczone pary przesiadujące w towarzystwie lokalnych cuties, którzy za obietnice odrobiny gotówki widać szybko zapominali, że mają do czynienia z geriatrycznie zaawansowanym towarzystwem.
Chłopaków oferujących seks albo masaż z tzw. niespodzianką są tutaj dzikie tłumy. Chwilami miałem wrażenie, że wszyscy młodzi uskuteczniają tutaj niepisaną regułę gay for pay. Podróżujący samotnie facet nie ma problemu żeby kogoś wyhaczyc i nie ważne czy ocieka testosteronem, zalewistością czy tylko tłuszczykiem. Dziennie odrzucałem kilkanaście propozycji a niektóre naprawdę wyglądały na kuszące i bardzo smakowite…

A propos tatuaży… Ich widok od zawsze mnie mierzi, bo to ohyda i paskudztwo, ludzie robią sobie sami krzywdę i się szpecą na cale życie. Najgorsze, że znaleźć obecnie faceta bez nawet najmniejszego tatuażu jest zadaniem niezmiernie trudnym, bo moda na dziary trwa nieustannie podtrzymywana przez kolorowe pisma. Póki jest się młodym albo ma się ładne ciało jakoś to wygląda, ale z czasem wygląda się już tylko żałośniej. W moim zyciu trafiały mi się różne ciekawe przypadki chłopaków z tatuażami: na plecach, łydkach, ramionach, smoki, wzorki i słoneczka. Ostatni z Warszawy… Ten to wytatuował sobie słowo ‚slut’ na szyi. Z trudem było mi się pogodzić z widokiem jego wydziaranej ręki, ale był dobrym rozgrywającym podczas naszych wspólnych meczy co znacząco rekompensowało mi ten nieestetyczny widok. Przeżyłbym może i kolejny obrazek krasnali posuwających śpiąca królewnę na jego piersi, ale ‚dziwka’ zupełnie mnie zniesmaczyła. Za wrażliwy jestem…

Hotel położony w Seminyak jest obecnie jednym z najbardziej pożądanych hoteli na Bali ze względu na swój wystrój, obsługę i atmosferę.
Lobby jest przestronne i bardzo nowoczesne, połączone z ekskluzywnym barem, w którym oferuje się egzotyczne i wyrafinowane koktajle a wieczorem ma deser można zawrzeć znajomość z lokalnym toy-boyem…

Dostałem pokój na ostatnim, szóstym piętrze z widokiem na basen i morze. W pokoju na wejściu powitała mnie muzyka elektroniczna, która potem towarzyszyła mnie przez kolejne dni mojego pobytu. DJ-ów sprowadzają tutaj aż z Londynu Dubaju i Hawajów! Piękne stylowe dodatki, ogromne lóżko, telewizor plazmowy ukryty za lustrem, mega przestronna jasna łazienka z prysznicami, wanna oraz odsuwany dach gdybym miał ochotę podziwiać gwiazdy relaksując się podczas aromatycznych kąpieli. Wszędzie mnóstwo punktowego oświetlenia i naprawdę ciężko mi się stamtąd wychodziło…

Bite dwa dni byczyłem się na plaży raz po raz okupując bar albo hotelową restauracje, nic ani nikt nie był wstanie wyrwać mnie z tej oazy luksusu, co najwyżej mógł dotrzymać mi towarzystwa.

Z Bali przeniosłem się na kolejne dwa dni do stolicy Indonezji – Dżakarty. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć od znajomych mało jest w Dżakarcie ładnych rzeczy do obejrzenia, bo jest to ogromny moloch z milionami biednej ludności, pełen brudnych ulic, zapyziałych, rozwalających się budynków i brudnych kanałów. Naturę mam jednak taką, że sam muszę wszystkiego spróbować i samemu zobaczyć żeby się przekonać. Niestety znajomi mieli rację… Prócz muzeum, pozostałości po holenderskich kolonialistach i Taman mini parku, który stanowi raczej pułapkę dla turystów niż atrakcję, stolica Indonezji nie ma wiele do zaoferowania.
W hotelu, w którym spałem zatrzymał się kiedyś Obama i ta informacja była atrakcją samą w sobie, bo wspominało mi o tym kilka nowopoznanych osób.

Krótki postój w Dżakarcie nie mógł obyć się bez bliższego zapoznania lokalnych osobników.

USA ogłosiło niespodziewanie zagrożenie atakiem terrorystycznym i zamknęło wszystkie swoje zagraniczne placówki. Pech chciał, że wracałem wtedy z Dżakarty i na każdym lotnisku w Kuala Bangkoku czy Frankfurcie panowała wzmożona kontrola, która nie jest niczym przyjemnym, jeśli leci się skądś od kilkunastu godzin. Miałem ochotę strzelić każdemu napotykanemu Amerykanowi w papę a pod koniec skłonny byłem nawet zgodzić się żeby dosięgła nas jakaś bomba zamachowca bylebym tylko odzyskał spokój i pozwolono mi niezmącenie zasnąć..

 

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Moje Kuala

Ostatnim razem, gdy leciałem do Malezji podróżowałem z M i byłem opuchnięty niczym po nastrzykiwaniu botoksem, a z powodu bólu i przyjmowanych antybiotyków nie byłem wstanie normalnie przyjmować żadnego pokarmu. Nie mowie, że nie próbowałem, ale każde takie podejście kończyło się w wc na wysokości 10 tys. metrów a to już mało przyjemne doznanie…

Aby uniknąć jet legu starałem się nie zasnąć w samolocie do Bangkoku i prawie mi się udało, bo spałem góra 2-3 godziny. Po przesiadce do Kuala Lumpur wiedziałem, że musze jeszcze wytrzymać tylko 2 godziny i będę mógł wskoczyć do lóżka i spać ile wlezie, bo w KL będzie akurat wieczór.

Pamiętam moment startu samolotu z Bangkoku i że zamawiałem szklankę wody.. Niesamowite, bo gdy się obudziłem byliśmy w…. Bangkoku. Myślałem, że mam zmam halucynacje a potem, że może się rozbiliśmy i że nie żyję a to teraz to tylko zwidy.
Dopiero po chwili okazało się, że nasz samolot już na starcie został zawrócony z powodu usterki silnika. Naprawa na lotnisku w stolicy Tajlandii trwała blisko 2 godziny, podczas gdy ja smacznie spałem…

Kuala Lumpur nie dość, że ma cudownie egzotycznie brzmiącą nazwę i pachnie milionami zapachów to ma w sobie jakiś nieokreślony urok, uwielbiam tu wracać i za każdym razem czuję, że kocham tę stolicę jeszcze bardziej.

A dziś od rana biegałem po centrum handlowym Suria robiąc zakupy, obkupiłem się za wszystkie czasy i z nieukrywaną dumą wracałem obładowany siatami do hotelu Traders.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

moje kolejne urodziny

10. lipca skończyłem 35 lat, choć nadal wyglądam i czuję się tak samo dobrze tego akurat dnia wpadłem w raczej podły nastrój, ciągle przypominało mi się, że bliżej mi teraz do czterdziestki niż trzydziestki.
Mój M. zaskoczył mnie już w wieczór przed urodzinami. Jak co dzień wrócił z pracy ok. 23.30, chwilę pogadaliśmy, napiliśmy się wspólnie lampki wina, po czym on udał się do łazienki wziąć prysznic a ja wskoczyłem do łóżka. Nie rozmawialiśmy o moich wypadających następnego dnia urodzinach, w końcu to taki sam dzień jak każdy inny, poza tym nie miałem ochoty psuć mu ewentualnej niespodzianki. I tak właśnie o północy nieoczekiwanie wszedł do sypialni z talerzem słodkich kolorowych ciastek makaroników (przypominających polskie bezy) ułożonych w kształcie urodzinowego tortu piramidy z symboliczną jedną świeczką na samym czubku. Auguri amore…

Dzień urodzin przypadał na środek tygodnia, dlatego po pracy późno wychodząc z biura zabrałem samą tylko V. na symboliczną lampkę szampana. Gdy urobiłem się już szampanem i spojrzałem na swój wiek z innej strony odkryłem pozytywną rzecz – tylko w wieku 35 lat stać mnie na lampkę różowego szampana za 25 franków w barze 5 gwiazdkowego hotelu Schweizerhof.

Od momentu, gdy po latach dzieciństwa odwiedziłem na nowo Trójmiasto bardzo zapragnąłem móc wrócić tutaj kiedyś razem M. Na początku roku planując gdzie spędzimy moje urodziny przypomniałem sobie o tym pomyśle i przekonałem M. by spędzić kilka dni nad polskim morzem.

Na ten przedłużony weekend nad Bałtykiem zabraliśmy ze sobą P i F. Nie przez przypadek mówi się, że jeśli chce się kogoś lepiej poznać trzeba z nim gdzieś wyjechać, zobaczyć jak zachowuje się w nieznanym sobie środowisku, bo wychodzą wtedy wszystkie przywary i cechy charakteru. Bardzo lubimy chłopaków i wcześniej mieliśmy kilka okazji wyjeżdżać razem, ale nigdy na tak długo.
Spotkaliśmy się w Monachium w samolocie do Gdańska. Obaj z M. przylecieliśmy właśnie z Zurichu a chłopacy kilka godzin wcześniej z Bazylei. Udało mi się zorganizować nam upgrade do biznes klasy, co było atrakcją samą w sobie, bo oprócz nas i odwróconego stewarda w tak komfortowych warunkach podróżowała tylko nasza czwórka. Chłopacy zaledwie co weszli na pokład samolotu od razu zaczęli swój francuski zwyczaj czułego cmokania się na powitanie wzbudzając zniesmaczenie pozostałych polskich podróżnych.
P. odstawił szopkę, kiedy w hotelu próbował zabajerować nieśmiałego recepcjonistę urokiem a’la młody William Baldwin, który niestety przeminął 20 lat temu. Przez następne kilka dni było tylko gorzej: komentował każdego byle dobrze wyglądającego faceta, chodząc po ulicach próbował ściągnąć każdego wzrokiem, gapiąc się na niektórych tak natrętnie, że bałem się, że dostanie od któregoś w mordę. Nieustannie ślinił się jak niewyżyty i nieźle napalony satyr, zamęczał nas szczegółami a wolałbym żeby pozostał dla nas tajemnicą…
Przy śniadaniu opowiadał, kogo by wziął albo komu czochrał babola, na statku wycieczkowym na Westerplatte nawet wyrwał jednego podróżującego w pojedynkę po Polsce Turka, który łaził później za nami jak pies. Nie do wytrzymania było jeszcze co innego – wszystkim napotykanym facetom pstrykał zdjęcia z ukrycia a w nocy przed pójściem spać pewnie laszczył nad nimi pytonga.
I jak można się było tego spodziewać, któregoś wieczoru wyszedł samotnie o północy na Długi Targ w poszukiwaniu nocnych atrakcji i robiąc niedyskretnie jakiemuś przypadkowemu kafarowi zdjęcie dostał od niego w dziób. Kozaczyć można, tylko trzeba mieć czym a 47-letni przygarbiony pan z brzuszkiem to raczej smutny widok niż interesujący zawodnik.

Ucieszyłem się, bo przynajmniej nie siało stypą przez ten weekend.

Zaliczyliśmy kilka dobrych restauracji, w których M. z nieukrywanym wdziękiem zamawiał swój ulubiony zestaw ‘’polekamy’’. Wypożyczonym autem pojechaliśmy do Malborka, gdzie P i F wzbudzili współczucie personelu pewnej galerii godzinami przymierzając biżuterie z bursztynu by na końcu i tak nic nie kupić. Dzięki nieznajomości polskiego i kierując się tylko wskazówkami GPSu dotarliśmy do serwisu opon, bo chłopakom wydawało się, że wulkanizacja to miejsce gdzie można w Polsce podziwiać pozostałości po wybuchu wulkanów…
Znokautowany P. nie ustępował dostarczając nam coraz to nowych atrakcji, w końcu przypomniał mu się temat dyżurny i zaczął narzekać na swoje zbędne kilogramy… Przez te kilka dni zdążyłem zaobserwować że P tak naprawdę spożywa tylko jeden posiłek dziennie, bo zaczyna rano i kończy wieczorem.
W poniedziałek mieliśmy już dość swojego towarzystwa, co udzieliło się zwłaszcza w drodze na lotnisko, głównie milczeliśmy niż rozmawialiśmy. Gdy rozpoczęto boarding M. zorientował się będąc już w samolocie, że przez nieuwagę zostawił na krześle przy barze swoją torbę z dokumentami i portfelem. Gdy pasazerowie wciąż jeszcze wchodzili do samolotu, obaj z M próbowaliśmy się z niego wydostać. Z pomocą przyszedł nam pilot, który połączył się z obsługą bramki prosząc ich o pomoc. W czasie gdy M. wyraźnie odpływała z twarzy krew chłopacy uprawiali czarnowidztwo wzdrygając i ciągle łapiąc się za głowę raz po raz wykrzykując po cichu ‘’o mon dieu’’ co to będzie jak M ukradziono torbę z dokumentami. W pewnym momencie jakby w ataku przerażenia zaczęli wykrzykiwać o konieczności blokady kart i konta bankowego, podczas gdy razem z M jeszcze wciąż oczekiwaliśmy dobrej wiadomości od personelu lotniska, że torba jednak się odnalazła. W pewnym momencie pozwolono nam wyjść z samolotu (nam bo przekonałem panią z Luftwafe że wypuszczając tylko M na niewiele się to zda jeśli nie mówi on ani po polsku ani po niemiecku ani po angielsku). Po za tym przysłuchując się naszej rozmowie zrozumiała, że jesteśmy indywiduami i tylko we dwójkę poradzimy sobie najlepiej:
– M jak wyglądała twoja torba? Czarna kwadratowa z paskiem? Versace? Co nie?
M obruszył się lekko i po chwili całym sobą odnalazł się w sytuacji a ja myślałem wtedy, że parsknę wiedząc, że mówi to na poważnie:
– Nie niebieska, tylko atramentowa, albo raczej bardziej głęboki błękit, prostokątna w drobne, delikatne, poziome i pionowe cieniusieńkie linie, na czarnym, materiałowym pasku z logo Kalvin Klein.

Znalazła się.

Gdy myśleliśmy, że wyczerpaliśmy limit przegród jak na jedną podróż samolotem rozlałem sobie na spodnie i siedzenie całą butelkę wody. Głupia stewardesa nie dość, że żałowała mi serwetek żebym mógł się osuszyć to nie pozwoliła mi przesiąść się na jedynie wolny i suchy fotel w biznes klasie, bo miałem przecież miejsce wykupione w ekonomicznej…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Matka totalnie mnie rozwala…

O rodzicach nie powinno się źle ani mówić ani pisać, nie wypada ich tak samo bezpośrednio krytykować, bo należy im się Szacunek, bo ma się starych tylko jednych poza tym rodziców się nie wybiera. Ala czasami człowiek musi, inaczej się udusi…

W moim wrocławskim mieszkaniu zepsuł się kran doprowadzający wodę do pralki. Byłem akurat z M. we Wrocławiu, pojechaliśmy tam więc razem, potem zadzwoniłem do rodziców zapytać czy nie znają przypadkiem jakiegoś hydraulika – usłyszałem żebym sobie zobaczył w gazecie…
Jakbym obuchem w głowę dostał, ale bez wchodzenia w szczegóły, zdecydowałem się przebukować bilet i zostać we Wrocławiu dzień dłużej i samemu dopilnować całej naprawy. Odwiozłem M. na lotnisko a na wieczór zorganizowałem wizytę hydraulika. O kosztach całej operacji nie wspomnę, bo niby na biednego nie trafiło…

Matka na każdym kroku powtarza, że traktuje mnie i mojego młodszego brata na równi, stara się utrzymać tą równowagę od lat. Jeśli pomagali mi finansowo na studiach, pomagali i jemu, jeśli dołożyli mi się do wkładu przy kupnie własnego M2 zrobili to samo dla mojego brata.

Ostatnio jednak przestaje mi się coś ta cała sytuacja podobać. Najpierw w czasie świąt przy wigilijnym stole matka wspomniała coś ukradkiem, że mógłbym dać bratu z 50 albo 100 tysięcy by zmniejszyć mu miesięczną ratę kredytu, bo jestem starszy, lepiej zarabiam i winien jestem się z nim wszystkim dzielić i pomagać mu żeby miał łatwiej i lepiej. Tak się akurat składa, że jej siostra ma 3 domy, ale jakoś żadnego jej nie odstąpiła, ale o tym już rozmawiać ze mną nie chciała, nie było z nią w ogóle dyskusji na argumenty, więc szybko ucięliśmy temat.
Niedawno z ojcem poprosili mnie o pożyczkę, na kupno nowego auta. Obiecałem i pożyczyłem, nie musieli dołożyć nawet złotówki, auto nabili za gotówkę. Chociaż wiem, że mają własne oszczędności i na nowe auto ich stać, nie chcieli ruszać zaskórniaków żeby nie stracić odsetek. Ja swoje straciłem, ale rodzicom żałować nie będę.
Teraz matka zadzwoniła do mnie, że jednak swojego starego auta nie sprzeda tylko odda go młodszemu bratu, bo on jest taki biedny jeżdżąc komunikacją miejską. Brat prezent przyjął bez wahania, zobowiązując się do samodzielnego utrzymywania auta, ale jak na razie za benzynę, przegląd rejestrację i ubezpieczenia bulą rodzice…
Gdy mi o tym wszystkim opowiedziała przez telefon szlag mnie trafił, ale się powstrzymałem. W końcu to ich auto i mogą z nim zrobić, co zechcą, nic mi do tego, mogą go sprzedać, spalić albo oddać bezdomnemu albo i bratu. Wzburzyłem się tylko jak usłyszałem po raz kolejny, że obaj jesteśmy dla nich ważni i obu nas starali się zawsze równo wspierać… Nie skomentowałem całej tej sytuacji.

W dniu, kiedy po raz pierwszy mój brat samodzielnie pojechał zarejestrować auto, w drodze powrotnej do domu rozbił samochód, w rezultacie, czego trzeba teraz zapłacić za jego naprawę. Matka zadzwoniła do mnie, że musimy mu przecież pomóc, bo on jest biedny i nie ma, z czego zapłacić i ile chcę dołożyć się razem z nią do tej naprawy.
Rzuciłem telefonem.
Oddzwoniła do mnie w chwilę później twierdząc, że chyba coś nas rozłączyło… – Nie mamo, ja rzuciłem przed chwilą słuchawką…

Mam skończone 35 lat, mój brat 28 – zastanawiam się ile lat potrzebuje mieć człowiek, żeby wreszcie samodzielnie wkroczyć w dorosłe życie? W sumie powinienem mieć to w dupie, nie wtrącać się, zająć się swoimi sprawami i ogólnie powinno mnie to wszystko ani ziębić ani grzać, ale tak nie jest…

Myślę, że obaj z bratem mieliśmy dużo szczęścia, że mogliśmy zawsze liczyć na naszych rodziców, że obojgu nam pomagali zaczynać samodzielne życie, urządzić mieszkanie, z drugiej strony uważam, że dali nam równy dostęp do edukacji, wszelakich możliwości kursów językowych i wyjazdów, wspierali mniej lub bardziej w życiowych decyzjach, ale w końcu trzeba kiedyś umieć powiedzieć dosyć. Obaj z bratem jesteśmy już na tyle dorośli, że mamy własne prace, obowiązki, podejmujemy samodzielnie decyzje, żyjemy własnym życiem. Mój brat wciąż jakby jednak nie waha się przyjmować od moich rodziców pomocy w postaci bardzo drogich prezentów (remontu kuchni, zakupu owego laptopa, robienia codziennych zakupów, a teraz to auto). Ja też się dołożyłem na początku do jego mieszkania: kupiłem mu meble do dużego pokoju, teraz rok w rok funduję mu egzotyczne wyjazdy od Azji po Amerykę Południową, ale chyba gdzieś po drodze zatraciliśmy umiar, w konsekwencji zaczęliśmy popełniać jeden błąd za drugim i niechcący wyhodowaliśmy sobie pasożyta.
A może tylko ja źle to wszystko widzę i kutas ze mnie a nie brat, bo rodzice mają prawo pomagać dzieciom tak długo jak chcą i ile chcą, bo mają do tego prawo, taka ich rola a ja powonieniem siedzieć cicho, przejść z tym do porządku dziennego i zamknąć dziób. Ostatnie, czego chcę to kłócić się z rodzicami o pieniądze.
Z drugiej strony znam siebie – jeśli kiedyś ich zabraknie ja z bratem cackać się nie zamierzam, póki będzie miał dach nad głową i nie będzie głodował pomagać mu nie zamierzam…

Dodaj komentarz

Wrocław po raz pierwszy

W czerwcu udało mi się porwać M na kilka dni do Wrocławia i wreszcie przedstawić go A, która po jednym tylko wspólnie spędzonym wieczorze obdarzyła go sympatią mocno odwzajemnioną proponując nam obu niespodziewanie wspólną niedzielną wycieczkę za miasto do poniemieckiej sztolni Włodarz.
To był nasz trzeci wspólny pobyt w moim rodzinnym mieście, ale tym razem nie planowaliśmy wiele wizyt i rewizyt, bo najzwyczajniej w świecie chcieliśmy się zrelaksować.
Na kolacji w Przystani spotkaliśmy się z A i jej chłopakiem z odzysku, (którego nota bene zostawiła 3 dni później) a wcześniej tylko z moim bratem, który zaprosił nas do swojego domu. Koniecznie musiałem zaliczyć z M. Papa Bar, co by pokazać panu barmanowi, że mam się dobrze a nawet bardzo. Po kolacji powędrowaliśmy jeszcze do Sofitelu na sesję fotograficzną przy barze gdzie M. podzielił moją fascynację whisky sour.

Przebywając z A, którą znam od lat, po raz pierwszy poczułem jak M naprawdę zagląda do mojej przeszłości, poznaje dawne życie, znajomych, których zostawiłem podejmując pracę w Szwajcarii. Pierwszy raz ktoś bliski potrafił opowiedzieć M. dawne historie i to w jego ojczystym języku i nie byłem to ja. Bariera językowa jest zwykle nie do przeskoczenia, bo większość moich znajomych mówi tylko po angielsku albo po niemiecku. M. ochocza słuchał wszystkich niechlubnych wydarzeń z mojej przeszłości, niektóre przed nim ukrywałem, a ja na nowo przypominałem sobie minione i dawno pogrzebane w pamięci przygody, próbując potem przedstawić je w nieco lżejszej wersji widząc jak M ze zdziwienia rozdziewa usta i szeroko otwiera oczy.

Z M. jesteśmy razem prawie 6 lat i okazywanie uczuć przychodzi nam bardzo łatwo i nie jesteśmy raczej zachowawczy. Jednak maszerując wrocławskim rynkiem chroniąc się przed deszczem pod wspólnym parasolem i jednocześnie objęci czułem wyostrzone jakby zwielokrotnione spojrzenia ludzi wokół. M niczego nie zauważył zajęty opowiadaniem mi jakiejś historii, podczas gdy ja udając, że go słucham bacznie obserwowałem otoczenie jakby spodziewając się ataku albo przejawu agresji. Otuchy dodawał mi jedynie fakt, że rozmawialiśmy w obcym języku, przez co czułem się spokojniejszy. Choć droga z Rynku do Galerii zajęła nam niecałe 10 minut, to były to jedne z najdłuższych 10 minut w moim zyciu. Niby wystarczyło poprosić M żeby puścił moje ramie z drugiej strony niby dlaczego, w końcu niczego złego nie robiliśmy…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 2 Komentarze