delegacje

Myślałem, że straszliwy upał będzie dawał mi się we znaki, ale było znośnie, a jeszcze kilka dni przed wylotem sprawdzałem pogodę i temperatury sięgały 40 kresek a już w kilka dniu później temperatura spadła do 30, w piątek nawet trochę padało, przez co powietrze od razu zrobiło się jakby bardziej rześkie. Podróż z lotniska do centrum trwała prawie godzinę, utknąłem w gigantycznym korku i czułem jak z minuty na minuty ucieka ze mnie pozytywny nastrój a górę bierze rozdrażnienie spowodowane przemęczeniem.

3 dni zupełnie wystarczyło by zrozumieć, dlaczego mówi się, że Chicago jest piękne, bo rzeczywiście jest – pod względem architektonicznym jak i atrakcji. Kiedy w XIX wieku Chicago nawiedził wielki pożar, rozpoczął się wielki boom budowlany, jakiego w Stanach Zjednoczonych do tej pory nie udało się powtórzyć. Koncentrował się on głównie na terenach Chicago.
Aby sprostać zapotrzebowaniu na dobrych architektów oraz opracować nowe rozwiązania, zdecydowano się ściągać najlepszych architektów z Nowej Anglii głównie właśnie, którym miasto zawdzięcza swój obecny kształt.
Czy Chicago jest wietrzne tego doświadczyć okazji akurat nie miałem.

Za to mój hotel strasznie mi się podobał. Nowy Radisson Aqua to perełka architektoniczna. Jakby płynące kształty nadają budynkowi świeże spojrzenie. Wieżowiec hotelowo-mieszkalny zbudowany w całości, ze stali i betonu otrzymał nagrodę w 2009 roku dla swojej unikalnej konstrukcji i funkcji przyjaznych dla środowiska. Każde z 82 pięter ma swój własny zaprojektowany falisty balkon, który nadaje bardzo dynamicznie kształt fasadzie, przez co ten sam budynek z każdej strony wydaje się wyglądać inaczej. Kształt balkonów zapewnia skuteczną ochronę przeciwsłoneczną i tym samym mniejsze zużycie energii potrzebnej do chłodzenia budynku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Chicago

M. u mamusi we Włoszech, zostałem sam w naszym domu i muszę radzić sobie ze wszystkim w pojedynkę. W takich momentach właśnie najbardziej doceniam życie we dwoje, z drugiej strony mam okazję wykazać swój talent organizacyjny i sprawdzić się uskuteczniając życie szczęśliwego singla. 2 dni zajęło mi rozpakowanie walizki po powrocie z urlopu, potem musiałem uporać się z praniem, prasowaniem, makulaturą oraz sprowadzeniem kota do domu. Na weekend wpadłem do Warszawy zabrałem K. do teatru i zagrałem jeden mecz.

Intensywnie myślę też o propozycji zawodowej, którą złożyła mi szefowa, rozmawiałem z paroma osobami, które albo tam mieszkają albo sprowadziło się stamtąd do Berna. Po ostatniej rozmowie z A o wiele łatwiej przyszło mi podjąć ostateczną decyzje. M wyjaśnię wszystko po powrocie z Chicago…
A właśnie – w Chicago wszyscy wpadają się mówić po polsku – od Ahmeda na bramce Immigration po pana z Custom Control. I jebudu 36 stopni…


Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Myśli ostatnich 48 godzin

Spełnia się wypowiedziane życzenie… K złożyła mi ofertę pracy w Singapurze. Warunek postawiła jeden – kontrakt na dwa lata. O ile rok temu natychmiast zaklaskałbym uszami, po czym bez chwili wahania zaczął pakować walizki, o tyle teraz mam mnóstwo mieszanych myśli, które bija się nieustannie i zastanawiam się, co zrobię kiedy złożą mi konkretną ofertę.. M jest we Włoszech do końca miesiąca, gdyby tu był od razu dostrzegłby moją zafrasowaną minę…
Wyjazd na 2 lata oznacza, że utracę status stałego pobytu w Szwajcarii, nie mam pewności że będę mógł w ogóle wrócić na swoje poprzednie stanowisko, utracę sporą część swoich obecnych zarobków, no i najważniejsze wiem, że M ze mną nie wyjedzie, co oznacza koniec nas jako pary. Z jednej strony rewolucja w życiu bardzo by mi się przydała, nowy kraj, nowe kultury, nowe doświadczeniem, nie mały krok w karierze – przeraża mnie zaczynanie wszystkiego od zera, brak M, organizowanie na nowo życia, brak M, szukanie nowego mieszkania, brak M, cała papierologia/logistyka związana z wyjazdem ze Szwajcarii i przeniesieniem, brak M, pierwsze miesiące w nowym miejscu są bardzo trudne i nie będzie ze mną M.
Nie wiem czy zrobiłem się miękki, czy dojrzałem, ale przed poznaniem M potrafiłem sprawniej podejmować podobne decyzje, przestać uganiać się za facetami i zająć się sobą.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 8 Komentarzy

wakacje w technikolorze

W Miami tylko spaliśmy, w hotelu na lotnisku. M próbował wyciągnąć mnie do Bal Harbour, ale nie miałem ochoty się tam tarabanić zwłaszcza, że zapadał zmrok a rano musieliśmy wcześnie wstać żeby złapać samolot dalej (czyt. bałem się, że moja karta kredytowa może nie wytrzymać wizyty w Shopping Center)

Kawa w hotelu w Ameryce od zawsze kojarzy mi się z moczopędną, wstrętną, cierpką lurą, ale od kiedy M kupił elektryczny zaparzacz do kawy zawsze wozimy go ze sobą, ciesząc się z możliwości kontynuowania naszego rytuału picia dobrego porannego espresso. Takie nasze nieszkodliwe przyzwyczajenie…

Malowniczo położony hotel Radisson wśród zielonych i stromych wzgórz, nad piękną zatoką z białym drobnym piaskiem, pełen egzotycznych palm krzewów, kwiatów i bardzo intymny jak na taki moloch. Tym razem było bardzo spokojnie i mogliśmy się relaksować do woli, nie czuliśmy ciśnienia, że za wszelką cenę musimy postarać się zwiedzić jak najwięcej – wiedzieliśmy gdzie chcemy pojechać, co zobaczyć, dokąd wrócić i ile zajmie nam to czasu.

Plaża nad zatoką Anse Marcel to miejsce gdzie spędzaliśmy kolejne dni, by późnym popołudniem przenieść się nad hotelowy basen. Oboje pięknie się opaliliśmy, M nawet bardziej niż ja. Chyba opanowałem sztukę wcierania w siebie odpowiedniej ilości kremu do opalenia, bo tym razem opaliłem się równomiernie. Tylko komary i muszki nie dawały mi spokoju – pogryzione mam całe nogi, ręce i brzuch, nie pomogły żadne repelenty a swędzi to i boli to jak diabli, nie mówiąc o brzydkich czerwonych śladach, które utrzymują się przez kilka dni. Na koniec doszło zatkane ucho, więc do domu wracałem głuchy jak pień.

Nie przegapiłem niesamowitego widowiska, jakim jest oglądanie kilkudziesięciotonowych nisko lądujących jambo-jetów nad Zatoką Simpson. Tego dnia było potwornie gorąco, zjawiliśmy się na miejscu w samo południe, gdzie temperatura sięgała 33 stopni w cieniu a piasek parzył w stopy, ale było warto dla tych niesamowitych wrażeń, ryczących nad głową silników potężnych maszyn…

Podmuch odlatujących samolotów od lat jest tutaj lokalną „atrakcją”, gdyż stwarza sztuczne fale. Choć sam wybuch stanowi rzeczywiste zagrożenie i ludzie muszą zachować ostrożność, władze lokalne umieściły nawet tablice na ogrodzeniu lotniska, z ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem wybuchu silnika odrzutowego, ale tłumnie pielgrzymujący w to miejsce turyści wydają się być tym niezrażeni, byleby tylko poczuć te niesamowite emocje.

Popołudnie spędziliśmy szwendając się po Marigot we francuskiej części wyspy. Widać, że dotarł tam kryzys, bo lepsze markowe sklepy polikwidowano a te, które pozostały towar miały delikatnie mówiąc ubogi a klientów jak na lekarstwo – zastanawiam się, z czego w ogóle żyją ich właściciele. Oprócz nich kilka galerii, mnóstwo banków, aptek, perfumerii i małych sklepów sprzedających telefony komórkowe i inną tandetę – syf, kiła i mogiła.

Holenderska część Sint Maarten ze swoimi kasynami łudząco przypomina amerykańskie Reno, ale nawet Philipsburg zmaga się z widmem kryzysu.

Na wyspie wszędzie można płacić euro i amerykańskimi dolarami, choć czasami przelicznik wydaje się nie mieć reguły. Co może denerwować to powszechna praktyka zrównywania wartości dolara do euro 1 USD = 1 EUR. M w związku z tym, że z liczeniem zawsze był na bakier z radością przyjął sposobność płacenia czymkolwiek, nie przejmując się czy płacił za coś 100 euro czy 100 dolarów. Tłumaczyłem mu to wiele razy i nawet przez chwilę wydawało mi się, że już chyba zrozumiał, ale jak udawałem, że nie patrzę to dalej robił swoje.

Na cały dzień popłynęliśmy promem na sąsiednia Anguillę, na której nie ma nic, prócz wielkich resortów, pól golfowych i bezmiaru białych plaż. Podróż promem trwała niecałe 30 minut i choć ciut kołysało podróż zniosłem dzielnie i bez sensacji żołądkowych. Na naszą prośbę taksówkarz zostawił nas w centrum stolicy wyspy The Valley, po czym po dwóch godzinach miał nas stamtąd odebrać i zawieźć z powrotem do portu. Już po kwadransie zadzwoniłem do niego i prosiłem, żeby odebrał nas jednak szybciej, bo nie był tam absolutnie nic wartego zobaczenia, ani nawet sklepów czy restauracji.

W czwartek popłynęliśmy z Oyster Pond na St Barts. Przez 40 minut wytrząsało nami zdrowo a kilka osób rzygało jak koty, ale tym razem to nie byłem ja! Wynajętym autem przejechaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz uciekając od zgiełku Gustavii. Turkusowy, intensywny kolor morza towarzyszył nam co dzień. Często bezczynnie gapiłem się w bezmiar oceanu, którego wody mienią się wszystkimi odcieniami turkusu, błękitu i granatu.

Do ilości intensywnych barw i kolorów oraz widoków wyjątkowo pięknych w tym rejonie świata plaż, gdzie piasek jest niemal śnieżnobiały, zdążyłem się przyzwyczaić, stąd chyba z trudem przychodziło mi zachwycać się urokami Grand Saline. Najlepiej zapamiętałem małe, urokliwe Corossol.

Dopiero przemieszczając się swobodnie po wyspie dostrzegłem jak bardzo dominuje tu górzysty teren a drogi są wyjątkowo kręte i wąskie. St Barts kojarzy nam się z udanymi zakupami i tym razem nie było inaczej. W Gustavii obskoczyliśmy parę butików i zaopatrzyliśmy się w nową plażową i letnią garderobę, która tutaj kosztuje relatywnie mniej niż w Stanach czy Europie.

Urodzinową kolacje zjedliśmy w Le Chanteclair w Marigot gdzie osobowość i styl właścicielki (pochodzącej z Normandii sympatycznej Francuski o wdzięcznym imieniu Mirelle) sprawił, że nawet po 2 latach od ostatniej wizyty chętnie ją wspominamy. Siedząc na tarasie restauracji przy tym samym, co zawsze stoliku nr 8, który stał się od tej pory naszym stolikiem, żartowaliśmy z M, że nie ma dla nas marzeń/planów niemożliwych.

Rok temu zdecydowaliśmy obchodzić moje urodziny w La Chanteclair i voila jesteśmy! Mirelle znowu czarowała nas swoim stylem, częstowała Moetem oraz winem, a na koniec własnoręcznie przygotowanymi owocowymi nalewkami i dodatkowo markowym koniakiem. Wyściskała i wycałowała nas na powitanie i pożegnanie, z zaplecza wyciągnęła swojego męża szefa kuchni, który zadbał o kulinarną oprawę naszego wieczoru.

Te malutkie tortellini z francuskiego miasta na R, którego nazwy nie pamiętam będą śniły mi się po nocach. Wieczór przed powrotem do Miami także spędziliśmy w tym miejscu by o 22.00 z okazji Święta Bastylii obejrzeć pokaz sztucznych ogni.

Generalnie czas mijał nam tutaj słodko pierdząco – błękitne morze, bezkresne plaże, skwar, szum palm taka była ta nasza karaibska codzienność. Największy problem każdego dnia to, którą część ciała wystawić do słońca i jaki rodzaj koktajlu zamówić, żeby nie zemdliło.

W hotelowym basenie poznaliśmy pewną branżową parę z Connecticut, o którą M był potem zazdrosny ile razy tylko rozmawiałem z przystojnym Andym albo niewinnie taplałem się z nim w jacuzzi. Strach ma wielkie oczy, bo gdyby rozumiał, o czym rozmawiamy zorientowałby się, że obaj strasznie na niego lecą. Radisson w tym roku w ogóle był bardzo branżowy, codziennie natykaliśmy się na kogoś z rodziny obrzucając się niby od niechcenia spojrzeniem od stop do głów z mniej lub bardziej jawnym zaproszeniem na tomografię odbytu. Na brak apetycznych widoków nie narzekałem, ale w żadnym rotation program udziału nie wziąłem.

Powrót do Europy – koszmar, zwłaszcza dla M. Samolot z Miami wyleciał z 2 godzinnym opóźnieniem, potem nieskończenie długa kolejka do Immigration, sprint przez 7 hal lotniska w Miami na chwilę przed zamknięciem odprawy bagażowej, ponad 9 godzinny lot do Frankfurtu i dalej Zurychu skąd M przesiadał się w pociąg do Mediolanu a potem na samolot do Brindisi. Zmordowany ale dotarł. A ja przez następne dwa tygodnie zostaję słomianym wdowcem…

***

aktualizacja – okazało się że w środę będę w Chicago…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | 1 komentarz

przystanek Miami

A dziś? Siedzimy sobie obaj na tarasie hotelu w Miami, obserwując zachód słońca, wieje wiatr. Jutro zaczynam urlop, przedostatni w tym roku, ale piąty albo szósty od początku roku, rano lecimy na St. Maarten. Moja szefowa wreszcie zauważyła, że zbyt często jestem poza biurem i wymusiła złożenie obietnicy bym niczego nowego nie planował. Moje urodziny spędzimy, więc z M leżąc na plaży (o ile nie będzie padało jak na Mauritiusie), popijając kolorowe napoje wyskokowe wsłuchując się w absolutną ciszę – czyli nudnie. Po raz pierwszy lecimy z M. w to samo miejsce i bardzo się cieszymy z tego powrotu.

Wieczór wciąż pachnie oszałamiająco rumem, cedrem i paczulą…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

w niebie

10 godzinna podróż samolotem może być koszmarem, ale nie zawsze.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

W głębokich oparach nut rumu, cedru i paczuli…

Życie nabrało iście zawrotnego tempa – dokładnie tak, jak lubię najbardziej. Nawet nie wiem, kiedy zleciał mi cały czerwiec, a lipiec i sierpień mam już gruntownie zaplanowane. W połowie czerwca po kilku latach zachwalania i podróżowania palcem po mapie wreszcie udało mi się zabrać M. do Stambułu. Jak można było się tego spodziewać M zachwycił się miastem i jego malowniczym położeniem, po mimo ponad 30 stopniowych upałów, nie szczędząc sił w ciągu 4 dni przegonił mnie po wszystkich najważniejszych atrakcjach, czego absolutnie nie miałem mu za złe, bo sam kocham się w tym mieście a co drugiemu jego mieszkańcowi mam ochotę zaproponować dmuchanko. A że szczerość nie popłaca, ile razy robiłem głośno podobne uwagi dostawałem od M. pstryczka w nos ”Ha ha bardzo śmieszne, powiem o tym kolejnemu mężowi jak będziemy wydawać twoje pieniądze”. Mój misio pysio zazdrośnisio pokazuje czasem pazurki.

Moja fascynacja iPhone’m i jego możliwościami trwa nieustająco. Zupełnie nie pojmuję jak wcześniej udawało mi się funkcjonować bez tego gadżetu i wszystkich jego bajerów. W podróży mam go zawsze przy sobie, dzięki czemu jeszcze bardziej precyzyjnie udaje mi się wszystko zaplanować i oszczędzić sobie czasu i energii. M śmieje się, że ”wpadłem”, widząc mnie wiecznie wpatrzonego w wyświetlacz. Dzięki temu wynalazkowi – oprócz kupowania biletów na pociąg, robieniu zakupów on-line, dostępu do banku, zdalnej pracy, odprawy biletowej, sprawdzania numeru wejścia do samolotu, informacji o opóźnieniach, strajkach, rezerwacjach hotelowych, lokalizacji bankomatów – coraz sprawniej mogę umawiać się na spontaniczne rozgrywki meczowe.
Z nieukrywanym smutkiem przerwałem kurs włoskiego – na szczęście tylko przez okres wakacji. Zdążyłem się już przyzwyczaić do szkolnego rytmu wczesnego wstawania, porannej kawy w kafejce przed zajęciami z V. i regularnego odrabiania zadań domowych. Podczas pożegnalnego obiadu w restauracji, w której pracuje M moja nauczycielka tymczasowo przekazała mu obowiązek uczenia mnie gramatyki i poprawiania moich nieskładnych wypowiedzi. Ciekawe, ale zauważyłem, że odkąd chodzę na te zajęcia wyrównawcze M jakby bardziej zaczął starać się mówić poprawnie i przestał zarzucać mnie dialektem.

Kilka dni temu minęło dokładnie 5 lat odkąd przyjechałem do Szwajcarii. Dostałem przedłużenie stałego pobytu i nie zanosi się, żebym wrócił do Polski. Choć ubieganie się o przedłużenia pozwolenia o pracę przypominało bardziej walkę z korporacyjną biurokracją, w końcu po prawie 2 miesiącach starań kompletowania dokumentów (outsourcing i centralizacja HR to przewał) dostałem upragniony świstek, który zaniosłem na policję. Ku zaskoczeniu ogółu naszego społeczeństwa (nie wyłączając i mnie) wyjątkowo dobrze udała się nam promocja naszego kraju i polskich miast, wśród szwajcarskich znajomych z spotkałem się z pytaniami o Wrocław i Gdańsk a nie jak do niedawana wyłącznie o Warszawę i Kraków.

Dwa weekendy z rzędu spędziłem w Polsce. W drodze do Wrocławia dostałem zaproszenie na garden party w Katowicach, z którego nie omieszkałem skorzystać licząc na zawarcie perspektywicznych znajomości z ludźmi z branży. Bankiet zorganizowany w jednym z hoteli na szczęście nie okazał się spędem brzuchatych panów z młodymi lachonkami tudzież towarzystwa wzajemnej adoracji, choć i indywiduów nie brakowało. Nie miałem zamiaru uprawiać seksu tylko seksownie wyglądać, ale wstyd przyznać zacieśnianie więzów intensyfikowałem najbardziej po bankiecie w zaciszu hotelowego pokoju zdobywając dwie bramki z katowickim zawodnikiem. Rano wróciłem skatowany do Wrocławia, ale po kilku godzinach jak się zregenerowałem, chciałem wrócić, ale znajomy nieznajomy nie odpowiada na moje zaczepki – widać te 6 godzin zupełnie nic dla niego nie znaczyły.

Po udanym weekendzie w atmosferze wrocławskiego rynku, w gronie przyjaciół ze studiów jeszcze bardziej zapragnąłem być tam znowu tydzień później podczas finałowego meczu Włochy – Hiszpania. A. skutecznie przekonała mnie do kupienia biletu za mile i spędzenia wspólnego wieczoru z nią oraz naszymi lokalnymi makaronami i choć przegraliśmy, wcale nie przeszkodziło nam to bawić się przednio.

Już ponad miesiąc temu wymusiłem na M wręczenie mi urodzinowego prezentu (pokrowca na iPhona i butelki perfum o niewiele mówiącej nazwie Straight to heaven). W związku z tym, że jest Włochem, który styl i dobry gust wyssał z mlekiem matki oba prezenty sygnowane były markami Versace i Kilian i z ręką na sercu muszę przyznać, że z tymi perfumami to M trafił w dziesiątkę, bo okazały się prawdziwie uzależniające, do tego stopnia, ze wieczorem psikam nimi sobie nadgarstki i niucham przed zaśnięciem.

Opublikowano emigracja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

powroty

Zwykle gdy wracam do domu zauważam zmiany w naszym mieszkaniu.
M albo przesuwa meble, albo kupuje cos nowego albo poprawia, ulepsza. Zauważyłem ze traktuje te jego dziwactwa z dziwnym spokojem, podobnym z jakim mój ojciec traktuje fanaberie mojej matki. Jakoś mi dziwnie mi obojętnie czy pościel pod która będę spał będzie satynowa w kolorze niebieskim czy bordowym w delikane wzorki, jak dla mnie ważne, żeby nie gryzła w plecy i nie widać było na niej plam po strzelanych golach…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 3 Komentarze

Women dont share their emotions so that men can fix them

W drodze do Bostonu a potem i Waszyngtonu oboje spaliśmy jak susły. Po pierwsze pora wyjazdu była zabójczo wczesna a po drugie maraton, który sobie zapodaliśmy w Kanadzie i Nowym Jorku sprawił, że cierpliśmy na permanentne niedospanie.

Zobaczyliśmy kampus jednego z najstarszych amerykańskich uniwersytetów – Harvarda. Malownicze Cambridge sprawiło, że parokrotnie złapałem się na myśli jak fajnie byłoby móc tu w przeszłości studiować, choć z drugiej strony presja tego miejsca, ciągła rywalizacja o status społeczny o to, kto ma ile i kim są czyiś rodzice przybiera tutaj postać ekstremalną a takie wynaturzenie wcale mnie nie kręci. Pewnie moje kompleksy…

Miłe uczucie wrócić do Bostonu po latach. Zobaczyć jak kwiat amerykańskie młodzieży dba o swój rozwój psychofizyczny. Obowiązkowo na lunch zaserwowałem sobie clam chowder, by potem leniwie spędzić czas włócząc się po Quincy Market i Freedom Trail.

Boston to brama do Nowej Anglii i mnóstwo pięknych pozytywnych wspomnień. Długo nie chciałem tam wracać w obawie, że zobaczę jak wiele rzeczy zdążyło się tam pozmieniać, z resztą tamtych ludzi i tak już nie spotkam…
Waszyngton nie przypomina innych amerykańskich miast, jest względnie mały, ma niską zabudowę i w ogóle nie widać tam ludzi.

Zwiedzać całe na piechotę jest jednak trudno, bo miasto jest odpowiednio wielkie, a odległości do pokonania między atrakcjami spore. Stolicę stanowią promieniście odchodzące szerokie arterie, które łączą się w dwóch centralnych miejscach. Jedno z nich to Biały Dom, a drugi to Kapitol. Nie ma tutaj wielkich drapaczy chmur, zgodnie z ustaleniami utrzymuje się tutaj tylko niską zabudowę.
Jeśli ktoś lubi muzea to zachwyci go kompleks Smithsonian Institution, osobiście zaliczyłem jedynie National Air and Space Museum, bo fanem muzealnym nie jestem, a taki np. Lincoln Memorial wydał mi się o niebo ciekawszy. Poza tym przez cały dzień świeciło piękne słońce, więc szkoda było mi zamykać się w starych, klimatyzowanych murach.

Wzgórze kapitolskie i zlokalizowane wokół niego Kapitol, Biblioteka Kongresu i budynek Sądu Najwyższego robią naprawdę imponujące wrażenie. Przejazd Pensylvania Avenue, która symbolicznie i faktycznie łączy wszystko, co najważniejsze w mieście całkowicie zaspokoiły moją ciekawość jako turysty.

Dwa i pół dnia biegania po Nowym Jorku, jak kot z pęcherzem. K. obrała sobie za punkt honoru zobaczenie całej metropolii a tego zrobić się nie da. To była moja szósta albo ósma wizyta w tym mieście i wciąż nie śmiem twierdzić, że znam Big Apple na wylot.

K narzuciła nam ostre tempo, z którym bym sobie poradził gdyby nie nerwowa atmosfera, dąsy fochy oraz ataki agresji, które zupełnie odbierały mi chęć i motywacje dalszego duszenia się we wspólnym towarzystwie. Dwa razy miałem ochotę wykrzyczeć w jej stronę „fuck you chica, bujaj się sama”, bo nic się nie stało, że nie zobaczyliśmy Muzeum Guggenheima czy Brooklynu. W końcu to nie wyścig…

Niewątpliwą zaletą w wymiarze finansowym podróżowania razem K było to, że nie rozbijałem się często po mieście taksówkami, przeprosiłem się z shuttle busami oraz Subwayami, McDonaldsami i innymi śmieciowymi amerykańskimi jadłodajniami. Zaledwie raz udało mi się namówić ją na lunch w TGI Friday’s, który nowojorskim „Le Cirque” nie jest, gdzie przy każdym kolejnym kawałku kurczaka i liściu sałaty popijanych Long Island Ice Tea słuchałem gadania ile moglibyśmy kupić za to kanapek albo hot-dogów.

Kilka dni spędzone ze sobą pozwoliło nam lepiej się poznać i…lekko drążnica okazała się jej maniera ciągłego wychwalania swojej rodziny, rodzeństwa i stylu życia; nieustannie torturowano mnie opowieściami o wyszukanych gustach, dobrym smaku, wynajdowaniu smaczków, luksusach, górnych półkach czy innych perełkach. Jak dla mnie ci, którzy mają klasę, nie muszą nikogo o niej przekonywać. Nasłuchałem się o siostrze, należącej samozwańczo do elitarnego londyńskiego klubu, która baluje i bryluje tylko w najlepszych klubach, mieszka w lepsiejszej dzielnicy, urlop spędza w Biarritz albo na drogich malowniczych wyspach, jeździ na snowboardzie na flagowym, drogim sprzęcie, w stroju równie niszowej bardzo ekskluzywnej marki. Żeby nie zwymiotować od tej słodko pierdzącej papki potakiwałem od czasu do czasu głową albo odwracałem jej uwagę i szybko zmieniałem temat.
Czasami zupełnie się gubię: czy chce uchodzić za snobkę, dzianą panienkę z kasą swoich dzianych rodziców, czy za ekstrawagancką pannę, co to po mimo pieniędzy lubi ubierać się w szmateksach i stołować się w tanich barach, czy pragnie przeprosić wszystkich w koło za zbyt majętnych rodziców? Jakby nie miała pomysłu na samą siebie i nie potrafiła ostatecznie zdecydować czy posiadanie pieniędzy to zaleta czy wada. W konsekwencji przekaz, który wypuszcza w świat jest zafałszowany a facet, który by się nią zainteresował będzie musiał być przypadkiem klinicznym jak ona.
K potrafi być irytująca. Nie wiem czy to desperacja i ciśnienie, by zaimponować drugiej stronie czy jakiś wrodzony kompleks, ale cała otoczka wokół siebie wcale jej nie służy – wydaje się zupełnie niepotrzebna, a ona ma z tym ewidentny problem. Wcale nie dziwi mnie już, że nie może poznać żadnego faceta. Historiami o zaliczonych randkach może karmić ubogie dzieci, a ja wcale bym się nie zdziwił gdyby okazała się 33-letnią dziewicą…

Nie znam się na kobietach, ale nauczyłem się o nich jednego: trzeba pozwolić im mówić i wystarczy byleby je słuchać, kobiety nie zwierzają się ze swoich uczuć innemu facetowi po to, żeby ten próbował je naprawić.
Nasz hotel usytuowany między 48. a 3 Ave stanowił bardzo dogodny punkt wypadowy do pieszych wycieczek po środkowym Manhattanie. Trzy przecznice do 5 Avenue, jedna do Saksa i Rockefeller Center, kilka do Empire, sześć do Grand Central Station, pięć do Times Square, dziesięć do Central Parku.

W hotelowej recepcji przeżyliśmy dziwną sytuację, trafiliśmy na recepcjonistkę z Ukrainy, która najpierw za darmo przeniosła nas do wygodniejszego i większego suitu, by zaraz potem wprawić nas w konsternacje niedwuznacznym komentarzem o Żydach. Nie wiem czemu mnie to w ogóle dotknęło – z jednej strony staram się być poprawny politycznie i jestem wyczulony na wszelkie uprzedzenia rasowe czy wobec mniejszości narodowych, ale z drugiej strony robiąc zakupy w pseudo ekskluzywnym butiku w centrum Montrealu, obsługiwanym przez siedmiu kolorowych sprzedawców nie mogąc doczekać się obsługi sam ich przeklinałem pod nosem, gdy żaden nie raczył ruszyć swojej czarnej dupy. W Ameryce obsługa klienta urosła do rangi religii i takich sytuacji rzadko się doświadcza…

Moje zdjęcie sprzed lat na dachu WTC nabrało wartości historycznej po wydarzeniach z 11. września, teraz w Nowym Jorku, co najwyżej można wjechać na Empire State. Podejścia mieliśmy dwa, ale dopiero w noc przed wyjadę znaleźliśmy czas na tę atrakcję. Rzeczywiście widoki wspaniałe i niezapomniane, centrum Manhattanu wydaje się być bardziej bezpieczne niż kiedyś, praktycznie na każdym kroku spotykaliśmy policjantów albo mijał nas przejeżdżający patrol policji. Przy budynku FOX News i NBC na olbrzymich telebimach trąbili o niefortunnej wypowiedzi Obamy o polskich obozach zagłady.

K niestrudzenie trajkotała o swojej wyjątkowości, podczas gdy ja pochłaniałem bezmiar milionów świateł rozjaśniających nocą Times Square, czułam się jak na olbrzymiej dyskotece, bo wszędzie rozbrzmiewała głośna muzyka. Tłum przelewał się ulicami, samochody stały w korkach, sklepy były ciągle otwarte, a sprzedawcy nie mogli narzekać na brak klientów, mimo iż dochodziła północ. Tu dopiero widać jak Nowy Jork żyje nocą…

Powrót do Europy wydał się niesamowicie krótki, ledwo wystartowaliśmy z JFK, obejrzałem jeden film, podano obiad, przez godzinę próbowałem zmusić się do snu a już lądowaliśmy we Frankfurcie.

W pracy zmiany. Aktualnie zaprzyjaźniam się ze służbowym urządzeniem mobilnym, dostałem iPhona i chodzę teraz na niewidzialnej smyczy. Na razie ku wielkiej uciesze M, co chwilę odkrywam jego nowe możliwości, ciesząc się przy tym jak duże dziecko. Blackberry czy służbowej komórce dosyć długo się opierałem, a teraz wygląda na to że jedyne, co sobie jeszcze odmawiam to fackbook.
We wtorek do Zurychu przyleciała moja koleżanka z działu. Bez wdawania się w szczegóły – nie przepadamy za sobą bo osobiście uważam ją za ignorantkę – ale pracować ze sobą musimy. Na spotkaniu wyznaczonym w siedzibie linii Swiss w Kloten, przyjęli nas bardzo ciepło. L opowiadała o naszym kontrakcie i wszystko byłoby w porządku gdyby podczas negocjacji nie rzuciła tekstu o francuskich, szwajcarskich i brytyjskich… dolarach. Mina dyrektora sprzedaży była bezcenna.
Kolejne zaplanowany weekend przede mną. M zadręczony moimi opowieściami o wrażeniach i wyjątkowości Stambułu w końcu uległ moim namowom i zgodził się polecieć tam w najbliższy weekend. Taki przedsmak przed lipcowym urlopem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Broadway

O Nowym Jorku napisano już chyba wszystko, dlatego zupełnie pominę ten temat.
Całkiem nieplanowanie dwa kolejne wieczory spędziłem w… teatrze. Pierwszego w „Winter Garden Theater” obejrzałem Mamma Mia – pamiętam plakaty z San Francisco sprzed lat i niesamowite pragnienie by móc kiedyś zobaczyć ten spektakl, marzenie spełniło się dopiero teraz, po prawie 12 latach wreszcie było mnie stać załatwić bilet na Broadway i zakosztować nieodkrytej przeze mnie dotąd nocnej atrakcji Nowego Jorku. Poszedłem za ciosem i na drugi dzień na ulicy kupiłem bilet na Evitę… z Rickym Martinem.

Choć zobaczenie go w musicalu było przynętą, dla której skusiłem się wydać 160 dolarów na bilet, to po wyjściu z Marquis Theatre wcale tego nie żałowałem, ba nawet bez obecności Ricky’ego musical byłby świetny. Scenografia i choreografia były wprost niesamowite. Przy okazji odkryłem, że szeroko komentowany ostatnio w mediach jego idiotyczny wąsik idol-ciacho zapuścił dla potrzeb roli Che Guevery, w którą wciela się w przedstawieniu. Widać jak bardzo jest uwielbiany wśród latynoskiej i branżowej widowni, swoim pojawieniem się na scenie wywołał gorący aplauz, by potem już tylko świetnie wyglądać, śpiewać, tańczyć i grać, w przeciwieństwie do aktorki grającej Evitę, która jak dla mnie pokazowo spieprzyła dwie znane piosenki wykonując je z drażniącą ucho manierą i skrzeczącym głosem.
Osobliwe to uczucie oglądać musical o historii, która słyszało się kilka miesięcy wcześniej w miejscu prawdziwych wydarzeń.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy