potrzeba zmian i tęsknota

Myślę o powrocie do Polski, rozmyślam dużo o jakiejkolwiek zmianie w swoim życiu i gdyby nie M. pewnie szybciej bym się zdecydował.
Wciąż ciężko pracuję, choć tak naprawdę nie muszę. Codziennie ‘’buduję’’ coś nowego, codziennie coś nowego odkrywam i czegoś nowego się uczę. Poznaje też niesamowitych ludzi. Realizuje swoje małe i większe marzenia i to mnie najbardziej inspiruje.
Może trzeba pomyśleć o spłacie długu, który dał mi los? Jeżeli ktoś miał szanse i z niej skorzystał, to później ma niejako obowiązek zaszczepienia wśród innych wartości, które posłużą rozwojowi ich samych – to byłaby spłata mojego długu. Nie wiem, pewnie przesadzam, bo co ja komu niby jestem winny…
Przeczytałem ostatnio, że poziom frustracji i nieszczęścia w narodzie przelewa się na forach, blogach i w anonimowych komentarzach w sieci, ale najczęściej to ich twórcy sami są winni swojej beznadziei. Każdy człowiek – pod warunkiem, że jest zdrowy na umyśle, ma dwie ręce, dwie nogi i głowę – jest w życiu dokładnie tam, gdzie chce być. Gdybyś się urodził w Korei Północnej, gdzie nie możesz nawet wyjechać z kraju, to rzeczywiście jesteś w kompletnej dupie, jesteś ubezwłasnowolniony. Ale w Polsce, Austrii czy Stanach? Możesz zmienić wszystko : pracę, żonę, poglądy, nawet płeć – by stać się szczęśliwszym człowiekiem. Dlaczego zatem tak rzadko korzystamy ze swoich przywilejów?
W Szwajcarii alienuje się od Polaków, ich jadu, małostkowości i zawziętości, ale z drugiej strony brak mi naszej kultury i obyczajowości, brak mi Polski, bo w niej da się żyć jeśli ma się pieniądze i można liczyć na rodzinę i przyjaciół. A że czasem ktoś przebije mi w aucie opony albo napluje na maskę auta no cóż – taki już urok tego bagienka…

Opublikowano Mądrości, Szwajcaria | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Cycki mnie podeszły czyli jak zdobyć wizę w 48 godzin

Przyjrzałem się swoim wyciągom z kont i kart kredytowych i po ich analizie obiecałem sobie, że kończę z hulaszczym życiem, niespodziewanymi wypadami na weekend do Warszawy, Krakowa i Wrocławia, bo takowe zawsze wiążą się z zakupami w sklepach wolnocłowych (prezenty), kolacjami w restauracjach, barami, impulsywnymi zakupami oraz często drogimi noclegami w hotelach. Oszczędności pięknie prezentowały się na papierze, bo wystarczyło, że w biurze koleżanki nazwały mnie stetryczałym facetem, którego nie stać już na spontaniczność, zabawę i czerpanie radości z życia. Tak mnie sprytnie podeszły, że zgodziłem się polecieć z nimi w środę do Dubaju.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Prosta filozofia świata i życia czyli amerykanski punkt widzenia

Gdyby na świecie panowały wyraźne reguły: kto więcej posiada, kto wstaje wcześniej rano i jest bardziej pracowity, kto jest zdolniejszy, kto jest sprytniejszy, kto urodził się bogatszy, ten powinien mieć lepiej i więcej posiadać. W Ameryce pot pachnie potem, perfumy luksusem, na które trzeba ciężko zapracować. Lepsi mają mieć lepiej, lepsi z urodzenia, lepsi z pochodzenia, lepsi z własnej pracy, także ci lepsi tylko przez konstelacje szczęścia lub przez przeznaczenie. To jest sprawiedliwe i nie interesuje nikogo zupełnie, że jakiś biedny chłopiec z wiochy zabitej dechami pisze lepsze wiersze niż Czesław Miłosz czy Szymborska, ale nie ma pieniędzy na znaczek żeby je wysłać wraz z podaniem na uniwersytet. Niech wpadnie w końcu na pomysł, aby pójść pieszo pod budynek tego uniwersytetu, ‘’niech wiec podniesie wreszcie swoją dupe, pomoże trochę swojemu przeznaczeniu i ruszy w drogę. Niech wyruszy choćby miał tylko jedną nogę’’
Bycie biednym jest przykre, ale ma jedną zaletę, której rzadko, kiedy doświadczają bogaci. Biedni ludzie są przeważnie obdarowani czasem, gdyby czas można było sprzedawać, to bardzo szybko biedni byliby bogaci, ale nie można i biedni go marnotrawią.

Opublikowano Mądrości | Otagowano , | Dodaj komentarz

prawda o Polakach

Mierzi mnie typowe polskie myślenie, że wymaga się od dorosłego człowieka określonych zachowań, spinania się, bycia poważnym z racji wieku. Dostrzegam jak wartości chrześcijańskie uwłaczają ludzkiej godności, obrażają moją inteligencję, gdy wszędzie doszukujemy się boskiego planu, umierania za grzechy, „czegoś za coś”.
Kościół i politycy podsycają typowo polskie lęki, według tych ludzi zawsze ktoś chce nas okraść, ograbić, napaść na nas. Kolejne rozbiory, wojna, Rosjanie, a jak nie Rosjanie, to Niemcy, a jak nie Niemcy, to Żydzi i homoseksualiści rozsadzający nasz kraj od środka… Nienawidzę tego! Tej polskiej małostkowości, tych pierdolonych kompleksów wyssanych z piersi matki.

Politycy i Kościół pielęgnują nasze zacietrzewienie, naszą ksenofobię, tę okropną martyrologię. Udowadnianie sobie, że jesteśmy potęgą, że nie damy sobie pluć w twarz, jest absurdalne. Jesteśmy małym pieskiem, który szczeka na dużo potężniejszych i często mądrzejszych sąsiadów.

W Kościele przetrwała nasza tożsamość narodowa więc mamy to w genach, ale czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają. Im bardziej cywilizowany kraj, tym mniej ludzi w kościołach. Pozycja Kościoła jest najsilniejsza w Afryce i Ameryce Południowej, czyli tam, gdzie ludzie nie mają niczego oprócz kilku szmat i paru kartonów. Nie mają w życiu doczesnym żadnej przyszłości, więc żyją iluzją tego, co zdarzy się później. Dziwisz się, że podczas zaborów, gdy Polak był na swojej własnej ziemi człowiekiem drugiej kategorii, ludzie zwracali się właśnie w kierunku wiary, która tę ich psią doczesność negowała? To przecież naturalne. Dlatego w krajach, gdzie ludzie są wykształceni i zamożni, gdzie mają olbrzymi potencjał i potrafią go realizować, religia odchodzi powoli w zapomnienie.

Polacy myślą schematami i trudno ich za to winić. Tak zostali wychowani, tym karmi ich telewizja, w ogóle nie słuchają tego, co się mówi do nich w telewizji. Widzą twarz, która jest ładnie upudrowana, i już, magia działa, nieważne, co próbujesz powiedzieć. Dlatego 95% tego, co pojawia się w mediach, to jakieś gówno, ochłapy rzucane ludziom, bezwartościowe strzępy informacji. Chodzi tylko o hasła, o to, żeby migotało, żeby było kolorowo i bogato.
Nie potrzebujemy meczetów, bo mamy centra handlowe – to są nasze nowe świątynie. Plastikowe i równie iluzoryczne, ale dostosowane do naszych potrzeb…

Opublikowano Mądrości | Otagowano | Dodaj komentarz

koniec roku 2010

główną cechą mojego charakteru jest: potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie mimo wszystko, i że rozumieją gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: niedosyt, seksoholizm, spontaniczne zakupy i nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zblazowanie bo coraz trudniej jest mnie zaskoczyć
moje ulubione zajęcie: surfowanie po internecie, planowanie wyjazdów, spełnianie marzeń, sex turystyka
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko co warte jest do zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, brutalna agresja i niedostępność
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: cavolo, ja pierdole
ulubieni bohaterowie literaccy: Michael Nyqvist – nie przepuści nawet automatycznej sekretarce
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Lucia, Vasilka, Kateryna, pazza i Mauerchofer
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu
jak chciałbym umrzeć: jeszcze nie teraz, ale szybko i nagle
obecny stan mojego umysłu: relaks – sam w domu, M w pracy a ja oglądam „Seks w wielkim mieście”
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: rozrzutność, weekend w Krakowie z H, wpadka i Klacid

3 Komentarze

jadąc do domu na święta

Okres przedświąteczny w działach finansowych należy do najgorętszych. Praktycznie nie wychodziłem z biura a jeśli już to tylko na szybki lunch albo żeby przez kilka godzin przespać się w domu, rzadko udawało mi się wyjść przed 19. Jak na złość niektórym przypominały się sprawy o których ja zdążyłem już dawno zapomnieć. I jeszcze ta pogoda, śnieg przez który odwołano loty, zamknięto lotniska – z ulgą odetchnąłem dopiero gdy zdążyłem na swój samolot do Stambułu a oczy zaświeciły mi się z radości gdy po wylądowaniu przywitało mnie +16 stopni i święty spokój.
Do tego miasta mógłbym przyjeżdżać nieskończenie wiele razy, prawie o każdej porze roku.

130-137

Znowu zatrzymałem się w Taksim, w swoim ulubionym hotelu Marmara, w pokoju z bajecznym widokiem na Bosfor, w miejscu w którym wszyscy mnie już znają i bez problemu wymawiają moje nazwisko. Hotel od grudnia przechodzi metamorfozę i podobno nie poznam wnętrz, gdy przyjadę tu w kwietniu.
Zamiast wyłącznie tkwić i pracować korzystałem z pogody, wygospodarowałem sobie trochę czasu na zwykły popołudniowy spacer bez celu i lunch w pojedynkę. Wieczorem zorganizowałem sobie towarzystwo nieskomplikowanego muskularnego kolegi o wyglądzie modela co pozwoliło mi się do reszty odprężyć i spokojnie wrócić do zaległej pracy.
Drugi wieczór w Stambule spędziłem równie sympatycznie i pracowicie, z pewnym przypadkowo poznanym podmiotem. Nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw, ale po pierwszej wspólnej ”rozgrywce” okazało się że łączy nas więcej niż tylko temperament – i tak oto na prędce zorganizowane jednorazowe spotkanie zamieniło się w kolację przy świecach, z butelką wina, dyskusją o Japonii połączoną z oglądaniem zdjęć. Trafił mi się znawca win, erudyta, poliglota… albo przedstawiał siebie w jak najkorzystniejszych barwach, tylko po to żebym przeleciał go dwa razy tego samego wieczora.
Rzadko spotykam kogoś dla kogo tracę głowę i ulegam fascynacji, z drugiej strony nauczyłem się nie mieć złudzeń co do tego typu relacji i znajomości więc już nazajutrz w Monachium dałem sobie spokój, dla bezpieczeństwa postanowiłem zachować tylko dobre wspomnienia poprzedniego wieczora a pomogła mi w tym inna, nowopoznana pochodząca z Czech fascynacja, dla odmiany nie skazana głębszą myślą, która nie bawiła się w podchody ani konwenanse a na rzeczy znała się jak mało kto. Poza tym Le Meridien poraz drugi przyniósł mi szczęście.

W Wigilię dotarłem do Wrocławia i zamiast w hotelu postanowiłem zatrzymać się u brata. Odkąd młodszy brat kupił mieszkanie w sposobach oszczędzania upodobniał się do mnie samego sprzed lat: pozakręcane ogrzewanie, zimno w pokojach, w lodówce światło, reglamentacja żywności, zakazy i dziwne przyzwyczajenia.
Przed tym marazmem uciekałem w spotkania ze znajomymi byle jak najmniej czasu spędzać w jego iglo. Odkryłem na nowo bar w Sofitelu który był jedynym miejscem otwartym w pierwszy dzień świąt, do którego wyciągnąłem najpierw M, potem W wkupując się w łaski sympatycznej barmanki.
Na urodzinach S. spotkałem się z dziewczynami z dawnego wrocławskiego Beverly Hills, ich mężami i dziećmi. Niecodzienny to widok popatrzeć jak innym układa się w życiu, ucieszyłem się że pomimo tych wszystkich zmian wypracowaliśmy sposób spotykania się w niezmienionym gronie. Mężów mają udanych, zaradnych i czułych którzy nijak mają się do ich dawnych chłopaków playboyów z którymi kiedyś się zadawały.
W drugi dzień świąt przeniosłem się do Radissona gdzie panie z obsługi sprzątającej wprawiły mnie w osłupienie.
Ile razy zatrzymuje się w hotelu zwykle zostawiam napiwek, kilka miłych slow napisanych na kartce a czasem dodatkowo pudełko szwajcarskich czekoladek które zwykle wożę ze sobą. I tak wychodząc z pokoju zastąpiła mi drogę kobieta, przywitała się i powiedziała że cieszy się że znowu jestem ich gościem i że wszystkie dziewczyny ”walczą”o to która będzie sprzątać mój pokój. Hm niecodzienny to komplement albo to się nazywa mieć dobry PR…

Wracając do Zurychu byłem dziwnie podminowany że przestałem odbierać telefony od matki, świadomie zacząłem bojkotować znajomych i przyjaciół a ten dziwny stan trwa do dziś.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 2 Komentarze

nasze święta

Spadł śnieg, mnóstwo śniegu, chwycił tęgi mróz, a my jak co roku zorganizowaliśmy naszą podchoinkową podlogową świąteczną kolację we dwoje. Bo związkach chodzi o rytuały i ich pielęgnowanie, takie chwile się pamięta na zawsze.

Otagowano | 5 Komentarzy

Tęsknota za cywilizacją

Nie byłbym sobą gdybym nie postarał się połączyć przyjemnego z pożytecznym, podróży służbowej ze zwiedzaniem. Skoro szefowa tak bardzo nalegała na wyjazd jeszcze przed końcem roku zgodziłem się, ale pod warunkiem, że będę mógł zostać w Indiach dodatkowo kilka dni dłużej. K. nie widziała w tym żadnego problemu, dlatego z łatwością przystała na moją propozycję.
Gdybym mógł wybrać się gdziekolwiek w Indiach, poleciałbym do Kaszmiru, ale z powodu niestabilnej sytuacji politycznej w regionie konsul stanowczo odradzał mi podróży w tamte rejony…
Miałem niewiele czasu żeby odwiedzić wszystkie inne ciekawe miejsca, dlatego wybrałem wariant najbardziej optymalny, popularny i najprostszy do zrealizowania Złoty Trójkąt: Delhi – Agra – Jaipur.Po całym tygodniu spędzonym w Hyderabadzie, Delhi wydało mi się miłą odmianą: bardziej przyjazne, zeuropeizowane, lepiej zorganizowane, czystsze, choć obok pozostałości brytyjskiej koloni istniała typowa hinduska rzeczywistość. Lokalne biuro podróży, przez które wykupiłem wyjazd zorganizowało mi lokalnego, pochodzącego z Radżastanu, przewodnika lat 20, który z nieukrywaną nonszalancją typową dla młodego wieku oprowadził mnie po stolicy, tłumacząc historię Indii, niuanse kulturowe wplatając przy tym zabawne anegdoty z własnego życia.
Lokalne ceny alkoholu powaliły mnie na kolana, fakt że spałem głównie w 5 gwiazdkowych hotelach nie usprawiedliwiało ceny 45 euro za miniaturkę Johnego Walkera. W porę ostrzeżony przez K zakupiłem butelkę na lotnisku we Frankfurcie, by na miejscu po każdym posiłku aplikować sobie wstrzemiennego na lepsze trawienie.
Jaipur – stolica Radżastanu przyciąga bogactwem magicznych i urokliwych miejsc wmieszanych w tłum i gwar codziennego życia jego mieszkańców. Podobały mi się tutejsze ciężarówki, kolorowo udekorowane, małe dzieła sztuki, podkreślające indywidualność ich kierowców i właścicieli. Z 4 dniowej podróży najbardziej zapamiętałem Taj Mahal – jest cudem świata, majestatyczny, zjawiskowy i cokolwiek by o nim nie powiedzieć żadne słowa nie są w stanie opisać uroku tego pałacu. W Taj spędziłem kilka godzin i na koniec wciąż czułem niedosyt.W Agrze trafiłem na najbardziej zachłannego i pazernego na pieniądze przewodnika, który nie dość że mnie na każdym kroku kiwał to jeszcze kilka razy wpakował mnie na minę, która kończyła się uszczupleniem mojego portfela o kilkadziesiąt dolarów a na koniec bezczelnie wyciągnął rękę po napiwek. Po tym dniu miałem dosyć Indii i zapragnąłem powrotu do normalności.
Zmęczyły mnie panoszący się tutaj bród i skrajne ubóstwo, brzydota widoczna na każdym kroku, przykre zapachy, niechlujstwo, tony śmieci, obrzydliwy zwyczaj plucia i głośnego charkania, dłubanie w nosie, wszechobecna nędza, widok brudnych rąk wyciąganych w moim kierunku po jałmużnę, ludzi załatwiających swoje potrzeby na ulicach, kalectwo, zezwięrzęcenie, codzienna wegetacja z dnia na dzień, w skrajnie prymitywnych warunkach. Zmęczyło mnie ciągłe odpędzanie się od natrętnych sprzedawców, kalekich, bezdomnych, żebrzących kobiet i dzieci oraz widok wszechobecnych puszczanych samowolnie krów. Czułem się przytłoczony i przybity doświadczając takich widoków, z drugiej strony doceniłem ile szczęścia miałem, że się tutaj nie urodziłem.
W ten sposób po 3 dniach pobyty na północy Indii zatęskniłem za normalnością, porządkiem, ciszą, stałymi cenami towarów i usług, nawet śniegiem i niskimi temperaturami. Cieszę się, że już wyjeżdżam z tego zapyziałego kraju pełnego krętaczy i oszustów. Przez ostatnie kilka dnia bardzo dało mi we znaki ciągle kontrolowanie czy ktoś mnie nie oszukuje, trzymanie się na baczności by nie wpaść w ręce ulicznego sprzedawcy.
Jutro rano czeka mnie -15 i śnieg, ale co tam, nic nie jest w stanie popsuć mi teraz radości powrotu do Europy, przez te kilka dni będę cieszył się srogą zimą, bo we wtorek lecę do Stambułu.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 4 Komentarze

świat w języku Telugu

Pierwsze wrażenie z Hyderabadu nie było tak sielankowe, zwłaszcza nocą miasto nie zachęcało do dalszej jego eksploracji. Ciemno, brudno, zapyziale, niewielkie kilkupiętrowe budynki wydawały się opuszczone, brak jakiegokolwiek oświetlenia nadawał temu miejscu jeszcze bardziej ponurego nastroju. Starałem się nie wyrabiać sobie opinii o Indiach tylko na postawie jednego miejsca, ale to co widziałem: bieda, skrajna nędza, bród, chaos, hałas rozklekotane riksze obok bogactwa i przesytu – wszystko potwierdzało moje wyobrażenie o tym kraju.
Co zdziwiło mnie od razu to że przy każdym wjedzie na teren hotelu nasze auto było dokładnie kontrolowane a przy wejściu skanowano wszystkie bagaże i torby, które wnoszono na teren budynku. Po zamachach terrorystycznych cała ta uciążliwa procedura stała się nieodłącznym elementem codzienności.
Niedzielny poranek i popołudnie spędziłem jeżdżąc bez większego celu po mieście. Na okres pobytu dostałem auto z prywatnym kierowcą, co miało niewątpliwie swoje zalety, jak i wady… Wystarczyła chwila nieuwagi, by wylądować w sklepie z perłami i biżuterią, do którego mnie zawiózł w pierwszej kolejności licząc na to, że ze zrobionych przeze mnie zakupów właściciel odpali mu prowizje. Na naszyjnik z pereł ostatecznie nie dałem się namówić, ale trudno było tak po prostu powiedzieć ”nie, dziękuję” i wyjść, bo sprzedawcy wydawali się nie akceptować odmowy tylko jeszcze bardziej zawzięcie próbowali mi coś sprzedać. Gdy wreszcie udało mi się wydostać z tej niezręcznej sytuacji rzuciłem groźnym spojrzeniem na mojego Hindusa, który chyba zrozumiał, bo później już nigdy więcej nie próbował na mnie podobnej sztuczki. 
Oprócz fortu i pałacu niewiele jest tam do oglądania. Bardziej zachwycałem się typowo lokalno-ulicznymi obrazami i scenami, które od szkoły podstawowej kojarzyły mi się z Indiami: święte krowy, jakby brak reguł ruchu drogowego, dziesiątki rikszarzy, kobiety w barwnych sari, mężczyźni w turbanach, ludzie chodzący boso, kaleki, żebracy na ulicach wyciągający ręce po pieniądze albo pukające w szybę mojego auta bezdomni i głodni. Starałem się nie zwracać na nich uwagi i nie patrzeć im w oczy, ale sama świadomość tego mało była komfortowa zwłaszcza, gdy patrzyło się na własny dostatek.
Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że moja praca nie będzie odbywała się od 9 do 17 ale od 12 do 21 chyba że zażądałbym zmiany grafiku pracy całego zespołu, co wydawało mi się życzeniem absurdalnym, ale gdy pomyślałem o Debbie i jej podejściu klient nasz pan wcale się nie uznałem tego pytania za dziwne. Zmianę zaakceptowałem i dzięki temu mogłem spać spokojnie do 10 by dzień w biurze zaczynać od lunchu.
Moi Hinduscy koledzy bardzo się starali, dbali by niczego mi nie brakowało, a uprzejmość i gościnność mieli opanowane do perfekcji, wcale nie wydając się przy tym sztucznym: idąc do windy zawsze ktoś mnie wyprzedzał, żeby nacisnąć przycisk, w drzwiach zawsze wpuszczano mnie pierwszego, przysuwano krzesło żebym mógł usiąść, regularnie proponowanego kawę i wodę, gdy o coś poprosiłem, życzenia spełniane były natychmiast a gdy musiałem poczekać, regularnie informowano mnie o zakresie jego wykonania, niemal kajając się, że muszę czekać. Trochę onieśmielało mnie cała ta szopka i czołobitność wokół mojej osoby, ale z drugiej strony nie wykorzystywałem tej sytuacji.
Seksualność Hindusów zbadałem kilkakrotnie empirycznie i na pewno nie można odmówić im bezpośredniości a i do pruderyjnych jest im daleko. Podobnie do Turków są otwarci jak sklep całodobowy. Jak dla mnie są ekstra, ale może ja się nie znam… Przekonałem się, że dobry seks może się wydarzyć z kimś, kogo nie lubisz albo nie pamiętasz.
Przypadkiem poznałem pewnego Irlandczyka, który okazał sie taką samą dziwką z paszportem jak ja. Jednego wieczoru odpacykowany (wcale nie mając zamiaru uprawiać seksu tylko seksownie wyglądać), pojechałem do sąsiedniego hotelu Taj na drinka i milą pogawędkę. Niespodziewanie wieczór w jego towarzystwie skończył się na lubieżnym eksponowaniu wachlarzu własnych potrzeb i popisie naszych możliwości przy użyciu wspomagaczy typu viagra.
Do biura miałem na 12, ale i tak do auta wsiadałem skatowany, usta mnie bolały od robienia tego w każdy możliwy sposób…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 3 Komentarze

My life is a blur of rich men, designed clothes and luxury hotels

Ledwo spadło trochę więcej śniegu, odwołano parę lotów, przestały kursować pociągi, kilka ważnych osób utknęło na europejskich lotniskach a moja praca z dnia na dzień z łatwej i przyjemnej zmieniła się w absorbujące, wielogodzinne i niewdzięczne zadanie, odbierając wiarę w ludzką wrażliwość i dobroć. Beztroskie wieczory i noce po powrocie do domu zamieniły się w nieustającą pracę w nadgodzinach, kiedy tak naprawdę sprawy zawodowe powinno przestać dla mnie istnieć.

W przeciwieństwie do innych podróżujących, zła pogoda nie powstrzymała mnie przed wyjazdem do Indii. W ostatniej chwili musiałem zmienić tylko godzinę wylotu na wcześniejszą by na wypadek opóźnienia samolotu z Zurychu mieć wystarczający zapas czasu na następne połączenie. Wczesno poranny lot do Frankfurtu wiązał się z koniecznością noclegu w hotelu na lotnisku, co w całym ferworze wyjazdu stanowiło dodatkową atrakcją, jako że hotel, to wiadomo okazje gonią okazje i człowiek nie może spać…
Nie miałem zamiaru uprawiać seksu tylko seksownie wyglądać, ale przypadkowo spotkany apetyczny Afrykańczyk sprawił, że nabrałem ochoty na czekoladę, zapomniałem o dobrych manierach i zamiast kolacji i kina odbyły się zajęcia wyrównawcze oraz tomografia odbytu. Zostanę kiedyś przeklęty za seks na pierwszej randce…
W samolocie głównie spałem, mój towarzysz podróży okazał się wyjątkowo mało towarzyskim typem, który przez 8 godzin lotu nie zdobył się choćby na cień rozmowy.

Hyderabad to miasto kraju trzeciego świata, na szczęście hotel nie przyniósł większych niespodzianek, jedyne do czego nie mogę wciąż przywyknąć to dziwny zapaszek unoszący sie w pokoju. Poza tym odkąd naoglądałem się filmów o wężach wszędzie widzę kobry albo inne jadowite paskudztwa, których w tym kraju akurat nie brakuje.
Przez pierwsze dwa dnia na śniadania i posiłki schodziłem z pewną nutką nieśmiałości, szukając czegoś bez ryzyka rozstroju żołądka. Model automatu do kawy wyglądał zachęcająco, choć wydobywał niepokojące dźwięki i pamiętał czasy lat 90tych wciąż wydawał się sprawny. Konsystencja i aromat parzonej kawy także by uszły gdyby nie końcowy chlupot i odgłos wpadającego do filiżanki gluta, który powodował rozprysk w promieniu kilkudziesięciu centymetrów i skutecznie odbierał resztkę chęci na poranną filiżankę mocnej kawy.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 1 komentarz