Obserwacje

Siedząc w przedziale silent zone, w którym obowiązuje całkowity zakaz rozmów, słuchania muzyki i telefonowania oprócz mnie było jeszcze kilka innych osób: starsza pani i czarnoskóra matka z niemowlakiem, które spało. Wszyscy zachowywali się tak, jak wymagało tego miejsce tzn. zero rozmów, hałasu i niepotrzebnych dźwięków, nawet ja czytając książkę za każdym razem gdy przewracałem kartkę uważałem żeby robić to jak najciszej, niemal bezszelestnie. Paranoja, ale taka właśnie jest Szwajcaria.
Na wysokości Olten wsiadła do nas jakaś kobieta, cudzoziemka z dzieckiem, które zaczęło płakać jak tylko pociąg ruszył w kierunku Zurychu. Starsza pani zareagowała niemal od razu każąc młodej matce znaleźć sobie inny przedział, bo w tym obowiązuje całkowita cisza. Prośbę powtórzyła jeszcze raz kategorycznie po angielsku i francusku, gdy zorientowała się, że kobieta nie mówi po niemiecku. Gdy prośba nie poskutkowała wezwała konduktora, który zaproponował matce z dzieckiem pomoc w znalezieniu innego miejsca w sąsiednim wagonie. O dziwo przy okazji dostało się też tej drugiej kobiecie podróżującej z niemowlakiem. Także jej konduktor zasugerował zmianę przedziału, ale ta odmówiła tłumacząc się, że jej dziecko śpi. Wtedy do rozmowy włączyła się rezolutna babcia najwidoczniej ośmielona wygraną pierwszą bitwą, głośno komentując, że dziecko w każdej chwili może się obudzić i zakłócić spokój innych pasażerów. Murzynka nie przyjmowała tego argumentu do chwili, gdy jej dziecko obudziło się wrzeszcząc. Gdy konduktor przenosił bagaże obu kobiet do innego wagonu starsza pani triumfalnie zatarła ręce komentując pod nosem coś o braku szacunku dla zasad i przepisów panujących w tym kraju…
Jestem w drodze do Londynu, niewyspany, bo we znaki wciąż daje mi jet leg, czuję jak buzuje we mnie napięcie, jak bardzo nie pasuje do tych realiów i jak nigdy wcześniej mam wielką ochotę wrócić do domu.

Opublikowano emigracja, Szwajcaria | Otagowano , | 12 Komentarzy

dim sum i sok z awokado są pycha

Planując podróż po Azji pod koniec stycznia zupełnie przypadkiem załapałem się na obchody Chińskiego Nowego Roku, którego sylwester przypadał wczoraj. W tym roku to już trzeci mój Sylwester biorąc pod uwagę że w styczniu w Dubaju obchodziłem ten prawosławny wraz z K i V.
Chińska mniejszość narodowa w Malezji czy Singapurze jednakowo przygotowywała się do tego wydarzenia, widać było to zwłaszcza w ulicznych dekoracjach, licznych kolorowych lampionach i różnej maści symbolach królików, które nawiązywały do rozpoczynającego się roku Królika. Wczoraj przed moim hotelem w Hongkongu policja zamknęła całą ulicę przed zaplanowaną na wieczór uroczystą paradą z kolorowymi platformami, smokiem i wielkimi kolorowymi balonami, które unosiły się wysoko nad głowami licznie zgromadzonych mieszkańców i turystów. Stojąc ściśnięty w tłumie przechodniów współczułem kurduplowatym Azjatom, którzy z trudem przeciskali się między sobą, krzycząc przy tym niezrozumiale, podczas gdy Europejczycy spokojnie obserwowali świętowanie na ulicach miasta, gdzie w towarzystwie muzyki, eksplozji petard oraz fajerwerków odbywały się tradycyjne tańce lwów i nie mając przy tym żadnych problemów z uchwyceniem odpowiednich momentów do robieniem zdjęć. W dawnych czasach wierzono, że w trakcie Nowego Roku należy koniecznie odstraszyć bestię Nian, dlatego dziś w Macao na każdym kroku widać było multum czerwonego koloru, którego ponoć obawiają się wszystkie demony oraz słychać mnóstwo huku, wystrzałów petard i irytującej chińskiej muzycznej rąbanki. Punkt 20 nad portem wystrzeliły fajerwerki, których pokaz przyciągnął tłumy i znowu spowodował paraliż miasta.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Niezły Sajgon nad Kambodżą

W samolocie do Hongkongu spotkał mnie koszmar. W rzędzie przede mną usadowił się jakiś Chińczyk z wystrzępionymi włosami, wystającymi zębami i niemowlakiem na ręku, które darło się w niebogłosy przez bite 3 i pół godziny lotu z Malezji. Na dodatek, gdy narobiło w pieluchę rezolutny tatuś nie omieszkał zademonstrować współpasażerom jak ją zmienia wraz z całą gamą efektów organoleptycznych.
Gdyby tego było jeszcze mało pewna wychudzona panna w rzędzie obok niespodziewania po stracie dostała tak silnych torsji, że za każdym razem, gdy brało ją na wymioty jej fotel niebezpiecznie się napinał wydając mocno podejrzane dźwięki a nią targało niemal w każdą stron – biedne stewardesy nie nadążały z donoszeniem papierowych torebek. Bezczelna zaczęła się ‘’uzewnętrzniać’’ dokładnie w momencie, kiedy zaczęto serwować pokładowy posiłek, co skutecznie odebrało mi poczucie jakiegokolwiek apetytu.
Tak, to nie był film.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Ściana deszczu

Zmęczeni nieznośną lepkością bytu w Kuala polecieliśmy na jeden dzień do Singapuru. Bilety lotnicze w Azji są śmiesznie tanie a odległości wydają się przy tym żadne, stąd decyzje podjęliśmy szybko. Nie przewidzieliśmy tylko jednego, że Singapur powita nas ścianą deszczu. Lało niemiłosiernie, (choć to nie pora deszczowa) co utrudniało nam trochę eksploracje miasta.
W singapurskich barach serwuje się nowy wynalazek: wodę z marchewką. Do wysokiej karafki wlewa się niegazowaną wodę, do której wrzuca się przekrojoną na pół oskrobaną świeżą marchewkę i liście mięty. Tak przyrządzony eliksir cudo zapodaje się klientom na stół, co może i wygląda dziwnie, ale smakuje bardzo odkrywczo i świeżo. Kiedy wylądowało to na naszym stoliku nie bardzo wiedziałem, co mam z tym zrobić, myślałem że może to jakiś rodzaj ziemnej zupy tudzież inny lokalny specjał, ale klienci którzy siedzieli przy innych stolikach szybko wyprowadzili mnie z błędu. Zahaczyliśmy też o Clinic Bar gdzie wózki inwalidzkie i kozetki służą za siedzenia, stoły operacyjne za stoliki, zamiast zwykłego oświetlenia po oczach dają bardzo mocne lampy, których używa się podczas zabiegów operacyjnych, dokoła kroplówki, strzykawki, bandaże i jak przystało na Singapur wszędzie sterylnie czysto.
Singapur to także centra handlowe gdzie radośnie, nieskrepowanie i beztrosko kwitnie towarzyskie życie branżowe. Faceci są jakby mniej zblazowani i zdają się dostrzegać flirt. Z nikim się nie przespałem ani nie spotkałem, ale lubieżnie przymierzyłem pare podmiotów. Gdybym został tam, choć jeden dzień dłużej na pewno miałbym, co wspominać.
Z czasem nawet deszcz przestał mnie irytować. Stojąc w jego strugach pod Raffles Center, czekając na taksówkę rozmarzony przyglądałem się eleganckim mężczyznom wokół – gdyby to był francuski film pewnie zaraz bym się z którymś zaręczył…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Jesli dziś jest piątek to jestem w Kuala Lumpur

Ostatnie dni w pracy stawały się prawdziwie nieznośne, każdy cos chciał, o cos pytał a jeden prusak uczepił się mnie tak bardzo, ze zacząłem go unikać. Dlatego nawet ucieszyłem się kiedy w sobotę dostałem 40 stopniowej gorączki i zaniemogłem na tyle by potem przez 2 dni leżeć w lóżku plackiem. M obchodził się ze mną jak z jajkiem, robił okłady i wtykał termometr pod język co by sprawdzić czy gorączka ustąpiła. Nie mając zaufania do szwajcarskich znachorów i ceniąc sobie liczbę zer na swoim szwajcarskim koncie nie udałem się zasięgnąć porady lekarskiej. Dzięki niespodziewanej chorobie tylko jeden dzień pojawiłem się w pracy by przez inne pracować z domu z poziomu własnego wygodnego lóżka.
W piątek nie pojawiłem się w biurze nawet na chwile, rano zacząłem się spokojnie pakować by zdążyć na późno popołudniowy samolot do Frankfurtu. Jako ze jestem dobrym starszym bratem w podróż do Kuala Lumpur zabrałem swojego młodszego brata, w przypływie dobrego nastroju opłaciłem mu przelot oraz pobyt i wszystkie lokalne atrakcje. Moj brat który na ogol szydzi z pieniędzy i konformizmu szybko zapomniał o swych zasadach kiedy zamiast usiąść z tłumem w klasie cargo zasiadł wygodnie w ogromnym fotelu klasy biznes a stara podniebne kelnerka (Lufthansa stawia na stare i doświadczone lampucery) podała mu pod nos lampkę szampana.
Najpierw wylądowaliśmy w Bangkoku by po godzinie wyruszyć do stolicy Malezji. 14 godzin lotu odbiło się na moim organizmie, bo choć spałem wygodnie w samolocie po wejściu do hotelu i zachłyśnięciu się widokiem Petronas Tower za oknem, padłem jak kawka i spałem do samego rana. Krótki spacer spod Shangri-la sprawił tylko ze zrobiło mi się mokro (dosłownie) i zamarzyłem by znowu wrócić do klimatyzowanego pomieszczenia.
Pogoda w Kuala jest nieznośna: gorąco, wilgotno, parno i pada – nigdy nie wiem czy jestem spocony czy mokry od deszczu.
Rano przyjechał po nas nasz przewodnik, który pól dnia obwoził nas po centrum pokazując, co ciekawsze atrakcje miasta. Mieliśmy zostać tu 2 dni, ale w związku z tym, ze dość sprawnie nam to wszystko poszło i zdążyliśmy tez poczynić udane zakupy jutro zabieram brata na kilka godzin do Singapuru.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Gościnnie w Berlinie

Niedzielne popołudnie spędziłem leniwie w domu w Szwajcarii, wyciągnąłem M na spacer, bo ładnie świeciło słońce i było względnie ciepło.
Nie miałem ochoty włączać komputera bojąc się, że zaleje mnie masa zaległych maili a dzień stracę próbując się z nimi uporać. Obejrzałem durnowaty serial w TV, ugotowaliśmy z M paste, kilka razy w ciągu dnia ucinałem sobie drzemkę pozwalając organizmowi na nowo przestawić się do naszej strefy czasowej. W poniedziałek rano poleciałem do Berlina, ale postanowiłem nie iść do biura tylko pracować zdalnie z hotelu. Jakoś tylko ciężko było mi się skoncentrować, dlatego zorganizowałem ‘’zajęcia wyrównawcze’’ z atletycznym murzynem. Nie było romantycznie, ale jak ktoś kiedyś słusznie zauważył faceci w końcu z trudem werbalizują uczucia…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Kobieta vs mężczyzna

W przeciwieństwie do K szukam facetów metodologicznie, jakbym szukał pracy a moje spostrzeżenia, co do zachowania K dowodziły, że wyznawała ona jednoznacznie teorię chaosu. W klubie kilku facetów przypomniało mi o tym, czego mieć nie mogę, ale było to tylko chwilowe, bo do akcji wkroczyła K i musiałem jej pilnować. O 3 nad ranem wisiała już praktycznie wszystkim na szyjach, kilka panienek poparzyła w tańcu niechcąco papierosem a mnie niespodziewanie wepchała do gardła swój język i próbowała zgwałcić na parkiecie. Rano niczego nie pamiętała a ja mam traumę…
Widok roznegliżowanej K w sukience powiewnej niczym lekka, biała beza z olbrzymim dekoltem siał postrach w Marinie, wokoło słychać było komentarze i niesmak wśród bardziej ortodoksyjnej miejscowej ludności. Nikt na szczęście nie rzucał w nią kamieniami, ale dało się wyczuć, że paru facetów miałoby na to ochotę. K jak zwykle pewna siebie, miała to głęboko gdzieś, podobnie jak nasze komentarze i niczym się nie przejmując paradowała ostentacyjnie wzdłuż promenady, podczas gdy ja z V wstrzymywaliśmy oddech przy każdym byle najlżejszym podmuchu wiatru, który odkryłby jej figi (tudzież ich brak).
K trzymając się swojej zasady, że szybciej naje się piachu niż da Arabowi zapoznała Serba – pilota linii Emirates, z którym odbyła serię udanych startów i lądowań w hotelowym pokoju, doprowadzając V do takiej furii, że ta zniesmaczona postanowiła wyprowadzić się ze wspólnie wynajmowanego pokoju do osobnej jedynki. Tylko niektórzy po mimo ukończenia 30. roku życia z rozrzewnieniem wspominają lata studenckie, gnieżdżenie się w małych pokojach po 3 czy 4 osoby i nie przejmowanie się ekscesami współlokatorów.
W wieczór przed wylotem do Szwajcarii pojechaliśmy na drinka do klubu jachtowego, gdzie panował wystrój iście wyspiarski, goście z akcentem, a gdzieniegdzie jak zawsze nieskazitelnie czyści, ubrani od stóp do głów w białe szaty Arabowie. Spojrzenia arabskie bywają dużym przeżyciem. Jak dla mnie, co drugi Arab to biseptol, religia nie pozwala im na randki z kobietami, więc pomagają sobie spotykając się z panami.

Opublikowano Mądrości, podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Dubai non stop

Jeszcze 40 lat temu Emiraty to były pustkowiem, teraz widać palmy, złote wnętrza i portrety szejka.
Skala bogactwa, jaką widziałem nie była mi obca, ale konkurowanie z lokalnymi krezusami z góry skazane byłoby na porażkę. Wszystko jest jak z Baśni tysiąca i jednej nocy tylko współcześnie: białe wille z basenami, jachty, sportowe auta, centra zakupowe z dziesiątkami sklepów, butików najdroższych firm, cala Europa ma chyba tyle Guccich co jeden Dubaj.
Właściwie wszystko, co na świecie największe, najnowocześniejsze, najdroższe i najpiękniejsze znajduje się w Dubaju i ja w to wierzę. Dzięki petrodolarom dokonał się tutaj niewyobrażalny postęp. Dubaj jest symbolem tego, co wydawało się niemożliwe, dlatego tak bardzo mi się podoba i na dodatek daleko mu do kiczowatego amerykańskiego Las Vegas. Niewiele lat temu była tam tylko pustynia, a w ciągu zaledwie jednego pokolenia dokonały się tak wielkie zmiany.
Punkt o 13.00 dumnie wkroczyliśmy do Dubai Mall gdzie zgodnie z programem mieliśmy spędzić czas do wieczora. Lunchem u Libańczyka zainaugurowaliśmy szał zakupowy, który trwał nieprzerwanie do wyczerpania zakładanego limitu. Centra handlowe mają tutaj najlepsze jakie widziałem, największe, najlepiej urządzone, z największą liczbą atrakcji, największymi fontannami, rzeźbami, akwariami. D&G, Versace, Armani, Ferre, Trussardi, Tom Ford, M Jacobs, Burberry wszystkie salony w jednym miejscu, po kilkanaście, na wyciągniecie ręki, po których płynnie można się przemieszczać

Nieplanowane wyjazdy mają to do siebie, że niewiele można przewidzieć i z reguły wiele rzeczy choćby chciałoby się zrobić albo zobaczyć okazuje się, że nie starcza na nie czasu i trzeba je odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dubaj będzie kojarzył mi się głównie z życiem nocnym, zakupami u Armaniego i imponującym budynkiem Burj Khalifa.
Na tarasie klubu Trilogy urządziliśmy prawdziwie sylwestrową imprezę. Życie nocne Dubaju toczy się wokół hoteli, w ciągu jednego wieczoru potrafiliśmy zaliczyć od 3-5 miejsc. Niestety wieczór ‘’dla Panów’’ odbywał się wyłącznie w poniedziałki, więc nie miałem szans na znalezienie godnego siebie repertuaru uciech nocnych. Za to w piątek w hotelu Westin załapaliśmy się na ‘’ladies night’’ i obecność podstarzałego playboya Hugh Granta.
Lądując w Bottom Rock wśród pijanej brytyjskiej klienteli osiągnęliśmy jak dla mnie dno totalne, dlatego resztkami sił wczołgałem się do taksówki i wróciłem sam do hotelu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dekadencko i z polotem

Weekendu w Dubaju z dziewczynami a zwłaszcza z K. nie zakwalifikowałbym do kategorii zwykłego wypadu za miasto. Osobliwość i nieprzewidywalność tego wyjazdu wyszła na jaw zaraz po wejściu do pociągu – przed nami, na stoliku ku zdziwieniu znudzonych i zblazowanych Szwajcarów wylądowała butelka szampana przytaszczona osobiście przez K. która niczym rosyjska księżniczka, w futrze chyba z norek wcale nie przejmując się zazdrosnymi oczami, które niby to niechcąco przychodziły popatrzeć jak o 9 rano bawi się nowobogacki Ost Block, ochoczo rozlewała do plastikowych kieliszków złoty trunek z bąbelkami. Przyznaje – trochę w siermiężnym guście, ale z drugiej strony jakże wielkie urozmaicenie od nudnych, powściągliwych i zawsze przewidywalnych Szwajcarów – dlatego przełamałem się i z ochotą uczestniczyłem w tej szopce i pokazie próżności. K. uspokoiła mnie mądrościami Wschodu twierdząc, że skoro w pociągach sprzedawane jest piwo, nasz szampan nie ma prawa nikomu przeszkadzać. Na pytanie czy nie boi się aktywistów PETY i paradowania po ulicy w futrze z niegdyś żywych zwierząt oznajmiła że musiała najpierw paru takich ‘’zwierzaków’’ przelecieć by móc sobie na nie pozwolić. Ot, co kobiecy punkt widzenia… Przy K. moje poglądy wydają się niemal wiktoriańskie.
W samolocie zaocznie zostałem wybrany na głównego dostawce buteleczek czerwonego wina by znowu uskuteczniać dobrą zabawę. Dziewczyny miały ubaw za każdym razem gdy stewardesy próbowały wymówić moje nazwisko albo gdy testowałem na nich heteroseksualne sztuczki.
Na lotnisku w Dubaju straciliśmy ponad godzinę nim zrobili mi skan oka i spokojnie mogłem wyjść przed terminal przylotów. Otaczająca zewsząd rzeczywistość nie do powtórzenia: taksówki tylko dla bab, jawna dyskryminacja kobiet przez lokalnych mężczyzn. Gdy K paliła papierosa podszedł do mnie Arab prosząc o ogień. K podała mi swoją zapalniczkę, po czym pan dziękując oddał ją mnie zupełnie ignorując przy tym K. Potem jeszcze kilkakrotnie zdarzało się im być traktowanym jak powietrze, co tylko podnosiło poziom frustracji. Osobiście polubiłem Emiraty bo miło było popatrzeć jak dziewczynom uciera się nosa, nawet jeśli za mój komentarz, że to wspaniały kraj który uczy kobiety szacunku dla mężczyzn dostałem po głowie.
Hotel w Media City nie rzucał na kolana, ale tak mało spędzaliśmy w nim czasu, że nie miało to większego znaczenia. Jeszcze tej samej nocy zaliczyliśmy najlepszy z najlepszych barów Dubaju 2010 roku. Barasti w Le Meridien znajdowało się dwa bloki od naszego hotelu, ale dotarcie tam zajęło nam 20 minut, bo przejście na drugą stronę ulicy w tym mieście nie jest sprawą najprostszą. Dubaj przypomina wielki plac budowy, wszystko jest rozgrzebane, wszędzie pełno piachu i barierek. Po pierwszej tego typie przygodzie nauczyliśmy się wszędzie poruszać taksówkami – najtańszymi z możliwych. Dubaj to także miasto expatów takich jak my w Szwajcarii. W barze z zapoznaniem kogokolwiek nie było najmniejszego problemu, zaraz nawiązaliśmy kontakt z dwoma nowojorczykami zasięgając porad gdzie najlepiej się tutaj bawić.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Znak

Chodzę zmęczony i niewyspany, ale prawdziwą miarą mojego zmęczenia są myśli które tłoczą się w głowie. Wychodząc późno z biura myślałem tylko o tym by zatrzasnąć za sobą drzwi i czym prędzej wrócić do swoich czterech ścian, pozwolić by wreszcie skończył się dzisiejszy dzien. W tramwaju przypomniałem sobie o tym, że jutro lecimy do Emiratów i myśl nasunęła się sama: o k..a jak mi się nie chce.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze