Berno – dzień 216

W pracy wciąż coś się dzieje. odkąd pojawiłem się w firmie mój dział lepiej funkcjonuje ale daleko mu do stanu stabilności. Słusznie przypuszczałem, że moja praca będzie miała na celu ustabilizowanie procesu na tyle by w niedalekiej przyszłości móc przenieść go do Indii. Tyle że jak na razie do takiego stanu wcale się nie zbliżamy. Gdyby nie ciągłe łatanie dziur i gaszenie pożarów wiele rzeczy by nie zadziałało. Czasami zastanawiam się co powiedzieliby na taki stan rzeczy audytorzy z jakiej zewnętrznej firmy. Osobiście miałbym problem ze znalezieniem w naszym pożal się boże archiwum faktury zapłaconej w poprzednim miesiącu…

W marcu przyjeżdżają do nas Hindusi na work shadowing. Teraz role się odwracają. To ja będę tym który przekazuje wiedzę innym. Na razie jednak muszę uporać z bardziej przyziemnymi sprawami, próbuję znaleźć Hebana, który umiałby obsługiwać Outlooka i Excela i który odróżnia euro od franka szwajcarskiego. Tym szczycących się dyplomem i 6letnim doświadczeniem w księgowości, ale nieodróżniających kredytu od debetu musieliśmy podziękować.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 4 Komentarze

bo w przyrodzie nic nie ginie

w czym przejawia się włoski faszyzm
Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Festiwal balonów

Wracając po świętach samolotem do Zurychu wypatrzyłem w gazecie ze w styczniu będzie odbywać się międzynarodowy festiwal balonów w Chateau d’Oex. Napomknąłem o tym Marco ze moglibyśmy się tam wybrać w któryś weekend, popatrzeć i porobić fajne zdjęcia. Marco spodobał się pomysł w z zeszłą niedziele pojechaliśmy zobaczyć ostatni dzień festiwalu.

Już za Fryburgiem natykaliśmy się na pojedyncze balony unoszące się nad autostrada a im bliżej byliśmy południa Szwajcarii tym widok przelatującego balonu stawał się czymś powszechniejszym. Chateau d’Oex to taka mała dziura, której mieszkańcy muszą być bardzo bogaci, bo w całym mieście nie ma na co wydawać pieniędzy: ani sklepów, ani dobrych restauracji ani atrakcji. W życiu nie widziałem tylu kolorowych balonów. Największy był, który przyleciał z Rosji, ale to akurat wzbudziło u mnie tylko uśmiech, który zupełnie był niezrozumiały był dla Marco. Siedzieliśmy blisko miejsca, gdy odbywały się pokazy, piliśmy szampana i namiętnie pstrykaliśmy fotki.

Opublikowano podróże | Otagowano | 1 komentarz

Dublin

W Dublinie było już ciemno, kiedy wychodziłem z hali przylotów. Trasę do hotelu znam już na pamięć, na trasie przy każdym znanym mi punkcie czułem jak bardzo potrzebuje położyć się do łóżka. Podczas wyjazdu miałem okazje poznać osobiście koleżankę z oddziału z Berlina.

ale nie razu nie udało mi się wybrać do centrum, bo hotel był w Blanchardstown

Dzięki niej nie byłem skazany na samotne wieczory w hotelu pośrodku nikąd, w zaciszu swojego pokoju, z mini barem i filmami na adult chanel. Nie wiem, na czym polega fenomen tego ze kobiety uwielbiają mi się zwierzać. Nasłuchałem się trochę o nieudanym małżeństwie, dzieciach, drugim nieudanym związku, pracy w Berlinie. Po 3 dniach spędzonych w Paryżu z rerającymi na okrągło Francuzami była to nie lada odmiana.

Ale ani razu nie udało mi się wybrać do centrum, bo hotel był w Blanchardstown.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Paryż – Dublin

Pobyt w Paryżu śmiało mogę zaliczyć do udanych.
Jeszcze przed wyjazdem na samą myśl o moich francuskich kolegach jakoś nie tryskałem radością żeby ich poznać.
Po ilości maili, które między sobą wymieniliśmy a szczególnie ich treści, wiedziałem, że różnimy się co najmniej oczekiwaniami, że na spotkaniu wysuną listę zadań, których nie dam rady spełnić, okraszą mnóstwem uwag i narzekań aż odechce mi się pracować. No i miło się rozczarowałem.

Mariannick okazała się bardzo fair, większość wręcz sama oferowała mi swoją pomoc.
Zaliczyłem dwie kolacje służbowe, które nie były tymi z kręgu tzw. kolacji formalnych czyt. nudnych, na których każda kolejna minuta wydaje się wiecznością. Rerali jak to oni potrafią, ale bawić potrafili się nie gorzej od Włochów, wychwalając swoją narodową kuchnię i te maciupeńkie porcje.
W niedzielę po przylocie miałem fajrant, całe popołudnie i wieczór spędziłem spacerując po Montmartre, to samo w poniedziałek, bo wolne zrobiłem sobie już o 16. Starałem się zapamiętać jak najwięcej z tych chwil – przecież nie będzie nas drugi raz.

Mariannick poleciała mi hotel w centrum, stylizowany na art deco, który na pewno zasługuje na miano oryginalnego, ale jakby przygnębia swoim wystrojem.
Chętniej wolałem spędzać wolny czas łażąc bez celu, niż siedzieć sam, zamknięty w pokoju w otoczeniu tych wszystkich ciemnych, smutnych, masywnych i jakby upiornych przedmiotów.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 1 komentarz

nudny początek nowego roku

Od powrotu do Szwajcarii moje myśli często krążyły wokół terminu następnych wakacji.
W perspektywie miałem jedynie 4 miesiące intensywnej, ale jednostajnej pracy bez ani jednego dnia wolnego czy choćby krótkiej eskapady gdzieś poza miasto. Ta myśl nie dawała mi spokoju i chodziłem dziwnie podminowany, bo osobiście lubię na cos czekać, planować, liczyć dni, to cale towarzyszące temu napięcie tworzone na własny użytek. Nic nie zapowiadało większych zmian przez najbliższe pól roku i to mnie przygnębiało.
Rozmawiałem o tym z Marco, siedzieliśmy przy kieliszku brandy i przypadkiem zacząłem rozmowę na ten temat.
Wzięliśmy z kuchni kalendarz i zaczęliśmy ustalać nasze wakacyjne plany: Wielkanoc – Amsterdam potem na kilka dni Bari, kwiecień – Madryt/Nicea albo Warszawa potem na kilka dni Wrocław, czerwiec – Toskania, wrzesień – mocno egzotyczne plaże.
Dość łatwo przyszło nam ustalenie wspólnych dat, w pracy wiedziałem, że nie mam się czego obawiać, bo z takim wyprzedzeniem mogę swobodnie decydować o terminach realizacji projektów.
Marco tak skutecznie mnie nakręcił, ze od raz zaczęliśmy szukać ofert w internecie i zanim położyliśmy się do lóżka mieliśmy już zarezerwowany i opłacony pobyt w Amsterdamie, Toskanii i mój bilet do Wrocławia.
Kładąc się spać cieszyłem się zupełnie jak dziecko a rano w pracy dowiedziałem się ze przez najbliższy tydzień będę szkolił ludzi w Paryżu i w Dublinie, ze ruszamy z Hiszpania a w przyszłym kwartale ze Szwecja, Belgia, Polska i Włochami no i ze będę miał sporo pracy i ze będą mocno napięte terminy i ze mogę liczyć na pełen support z każdej strony wiec mam czego chciałem…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 3 Komentarze

Święta w domu

Na sama myśl o świętach w domu cieszyłem się na ten wyjazd. Po serii kolacji świątecznych w pracy liczyłem dni kiedy spakuje swoje walizki i wsiądę do samolotu, który zabierze mnie do domu. Tyle frajdy sprawiło mi kupowanie wszystkim prezentów, nie mogłem się wprost doczekać kiedy zobaczę miny swoich bliskich.
Samoloty z Monachium wylatywały z dużym opóźnieniem. Miałem szczęście ze mój w ogóle odleciał, bo nad Polska tego dnia panowała mgła i kilka miast zamknęło lotniska. Wśród ogólnie panującego świątecznego nastroju potęgowanego choinkami, kolorowymi wystawami i innymi świątecznymi gadżetami dało się usłyszeć swojskie ‘kurwa’ ja pierdole’ pasażerów którym odwołano loty i już wtedy poczułem się jakbym był bliżej domu.
O ile Polaka zagranicą wyróżniają latem skarpetki ubrane do sandałów o tyle Amerykanin to brzuchaty gościu w dżinsach rozmiaru XXL i koszulce polo od Ralpha Laurena i w białych sportowych butach.
W Zurychu przy odprawie spotkałem swojego byłego szefa, który pracuje w Bazylei. Okazało się, że ostatecznie wraca do Wrocławia, wyznał że jego wyjazd to była pomyłka. Nie zapytał co u mnie, bo jak sam stwierdził na pierwszy rzut oka to widać, że mam się dobrze…
We Wrocławiu byłem o 19.30, najpierw taksówka do domu, odstawić bagaże a potem pognałem do Rynku spotkać się z M.
Stare Miasto w Bernie wygląda klimatycznie o tej porze roku, ale Wrocław jak dla mnie bije je na głowę.

W rodzinnym domu panował rozgardiasz. W jednym pokoju jednocześnie z włączonej wieży stereo rozbrzmiewały kolędy Krawczyka i głośna grał telewizor, w drugim babcia klepała zdrowaśki do telewizji Trwam, w kuchni leciały kolędy z gatunku komercyjnych a u brata dudniło łubu-dubu. Rodzice musieli krzyczeć żeby się usłyszeć a ja cieszyłem się, że nie musze już tutaj mieszkać. Gdybym miał z powrotem wprowadzić się do domu rodziców przyszłoby mi to z trudem…
Dom rodziców przypomina mi skansen, głównie dzięki mamie, która niczego nie wyrzuca. Łączy poczucie smaku z chomikowaniem i kolekcjonowaniem tandetnych gadżetów otrzymanych w prezencie albo przywożonych z egzotycznych urlopów.
Matka dzwoniła do mnie kilka dni wcześniej, co ma mi kupić pod choinkę. Powiedziałem, że najlepiej będzie jak nakupi mi majtek i skarpetek, bo tego nigdy za wiele. Poprosiłem tylko, żeby kupiła je w firmowym sklepie, bo te sprzedawane na bazarku po złotówce za sztukę są jednorazowe. Obiecała że kupi mi takie porządne i…słowa nie dotrzymała. Mam wiec cudowne majtki no name, które zaczęły się pruć jak tylko mocniej naciągnąłem materiał… Za to kocham swoja mamę.

W naszym domu z Marco od kilkunastu dni kompletowaliśmy prezenty pod choinką. Z trudem przychodziło nam obu odpędzania pokusy, aby ukradkiem nie zajrzeć do środka. Tutaj przypadku nie było – rozpoznaliśmy w swoje gusta bezbłędnie. Niebawem mamy zacząć szukać nowego mieszkania koniecznie z dużym tarasem. Marco nie wie, na co się porywa prosząc mnie o pomoc. Pomogę mu to oczywiste, tylko że nic mi się nigdy nie podoba, wszędzie jest za ciasno albo niedobre sąsiedztwo albo zły widok z okna.
Tak w ogóle to w jego domu pachnie. Nawet gdy on wstaje wcześniej a ja potem próbuję wymacać go obok i nie ma go nigdzie to zwykle znajduje jakiś ślad na poduszce, cień zapachu jego perfum…
Ile razy przypomnę sobie poranek to pachną kwiaty, rogaliki, kawałki masła, kilka plastrów sera, pokrojone warzywa, jogurt, wszystko gotowe do jedzenia jak w samolocie. Na płycie stojący ekspres, zawsze sprawdzam, w środku zawsze jest kawa i woda, tylko włączyć.
Podoba mi się tak odmienny od mojego południowy sposób myślenia. Kiedy obaj mamy wolne jedyne co się wtedy liczy to przyjemności i radość z życia, dużo też jeździmy: na obiad do Vevey, na zakupy do Mediolanu, na kawę do Gruyer, na pizze do Ticino, na świąteczne jarmarki do Strasburga – ogranicza nas jedynie dystans i nieraz czas. Marco przynosi mi kawę do lóżka, pierze moje majtki i skarpetki, prasuje moje koszule, robi mi różne cuda swoim aparatem mowy, jest maniakiem porządku, więc rzeczy na półce składa w kostkę tak że mam potem wyrzuty wyciągając cokolwiek z szafy, w hali przylotów na cały glos wita mnie okrzykiem ‚amore mio’, gotuje mi włoskie dania, jest pogodny gdy jestem smutny, zamyślony, rozbity albo jak mam focha.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

koniec roku 2007

główną cechą mojego charakteru jest: potrzeba planowania
cechy, których szukam u kobiety: lojalność, kobiecość
co cenię najbardziej u przyjaciół: lojalność
moja główna wada: niesystematyczność, chęć dogodzenia wszystkim
moje ulubione zajęcie: praca, jazda na rowerze, podróże,
moje marzenie o szczęściu: jestem szczęśliwy na co dzień
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: choroba bliskich, brak pracy i perspektyw, agresja,
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: bezczynność, brak planów i perspektyw, samotność
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: …
kiedy kłamię: ostatnio coraz zadziej musze kłamać
słowa, których nadużywam: ok, sure, so, you know
ulubieni bohaterowie literaccy: …
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, kot Zero, moja szefowa
czego nie cierpię ponad wszystko: przechwalania się i napompowanych bufonów
moja dewiza: nie należy mieć marzeń. Trzeba mieć plany.
dar natury, który chciałbym posiadać: dom przy plaży z białym płotem
jak chciałbym umrzeć: nie mam czasu na umieranie
obecny stan mojego umysłu: z kieliszkiem wina, w hotelu w Paryżu, wciąż zakochany
błędy, które najłatwiej wybaczam: zabawne przejęzyczenia
największa porażka: odejście z CHP, randka z …Simon mu chyba było na imię

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

komentarze na blogu

Moj blog to listy z przeszłości pisane do samego siebie. Z perspektywy czasu dobrze jest popatrzeć na siebie sprzed lat, na sposób myślenia, postrzeganie spraw i ludzi, problemy, którymi się żyło, plany, nadzieje i błędy..
Zupełnie nie interesuje mnie wiec co myśli o mnie ktoś obcy, czytający mojego bloga, bo notki są przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, dla mnie. Wiem ile potrzeba siły, by bronić swojej tożsamości, czując się czasem w pewien sposób napiętnowanym. Potrzeba na to ogromnej pracy, kilkunastu lat życia, coraz bardziej niezależnego, samodzielnego myślenia, budowania swojego świata wspólnie z takimi, a nie innymi ludźmi, szukania swojego środowiska i poczucia energii, mocy, aby wreszcie kiedyś dotrzeć do tego, że to wszyscy inni, ci potępiający, źle oceniający, wyciągający pośpieszne wnioski, czegoś się obawiający, że to oni nie mają racji, ze są śmieszni, krzywdzący, niesprawiedliwi, często głupi.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

powroty

Po wakacjach w Hongkongu na kilka dni poleciałem do Wrocławia zobaczyć się z rodziną, przyjaciółmi, spotkać znajomych, odwiedzić swój drugi dom…
Cały mój pobyt zaplanowałem, co do godziny i w ten sposób na własne życzenie zafundowałem sobie prawdziwie wyczerpujący maraton. W ciągu kilku dni dosłownie poupychałem rodziców, brata, przyjaciół, znajomych z dawnej pracy, zakupy i czas na załatwienie spraw urzędowych. Kosztem dużego wycieńczenia, które dało się we znaki dopiero w niedzielę rano, udało mi się spotkać ze wszystkimi, których pragnąłem zobaczyć, a których brakowało mi najbardziej.

 

Do Monachium leciałem razem z M, która dzięki uprzejmości stewardesy mogła przesiąść się do klasy biznes. Jako że M. jest niezłą laską 3/4 samolotu śliniła się na jej widok i każdy zdrowy heteroseksualny facet chciałby koło niej siedzieć – niestety nie tylko ze względu na jej walory intelektualne, ale też fizyczne czego właścicielka jest zapewne świadoma.
Dla niej, znudzonej prymitywnymi macho, jakich jest wśród mężczyzn wielu, wciąż pozostaje atrakcyjny. Może mam bardziej finezyjną wyobraźnię, jestem bardziej otwarty, cieplejszy, szczery, nie daję w mordę każdemu, kto spojrzy na nią na ulicy, poza tym ona mnie kocha tak samo mocno jak ja ją.
Razem z M. siedzieliśmy więc w samolocie w pierwszym rzędzie, z kończynami rozprostowanymi do granic możliwości, rozmową zabawiała nas stewardesa, dodatkowo pstrykając zdjęcia, bo to nasze wspólne bujanie w obłokach należało uwiecznić, kto wie kiedy znowu będzie nam dane polecieć tak znowu…

Wciąż mam poczucie obciachu próbując odnaleźć się w zupełnie nowych dla siebie sytuacjach. Krępuje się opowiadając przyjaciołom co robię, co widziałem, ale jak trafnie poradziła mi M. trzeba to pierdolić.
W M. nie ma tego spojrzenia jakbym pochodził z innej planety, mogę powiedzieć jej, że w markowym sklepie nic dla mnie nie było, spokojnie zapytać się czy spodnie za całą wypłatę naprawdę dobrze wyglądają albo poradzić się w sprawach doboru odpowiednich oprawek do okularów od Prady. Ona zawsze mi doradzi, ryzykuje najwyżej nazwaniem mnie burżujem, ale wiem, że jak będzie trzeba to będzie potrafiła sprowadzić mnie na ziemię, gdy wyda jej się że woda sodowa zbytnio uderzyła mi do głowy. Z jej ust mogę usłyszeć rzeczową poradę czy na wakacje lepiej jechać na Zanzibar czy do Buenos Aires albo zwierzyć się z wątpliwości, co do pomysłu zabrania Marco na Malediwy. Ona mnie rozumie. Z większością pozostałych bliskich mi osób muszę wypracować sposób jak ich zbywać, żeby nie rozmawiać o cenach, bo powoduje to nienaturalne chwile milczenia i skrepowania a mnie wydaje się wtedy, że ktoś przelicza ile mógłby za to kupić jedzenia albo zapłacić rachunków…
Jest w tym wszystkim pewnego rodzaju maniera, ale też sporo prawdziwego życia o zdrowego rozsądku.

 

Nie spotkałem się z żadnym ze swoich byłych ‚kolegów’. Nie odbierałem telefonów ani nie odpisywałem na smsy. Nie umówiłem się też z nikim nowym, nie miałem nawet takich myśli. Ostatnio wyliczyłem, że średnio co 3-4 razy zdarza mi się przebojowy sex, a co z 7. kolega chciałbym powtórzyć spotkanie. W końcu nadszedł odpowiedni czas by powiedzieć sobie dość, przecież są młodsi, atrakcyjniejsi a ja za nie cały rok skończę 30 lat i zostanie mi tylko urok, na który coraz mniej osób będzie się nabierać.

Nieźle dał mi popalić popularny portal internetowy. Przez to że do listy kontaktów dodali mnie znajomi nie tylko z lat szkolnych powstał dziwny łańcuszek powiązań ( rzekłabym ‚to do list’) przez, który odnaleźli mnie tacy, dla których zniknąłem (miało być nieodwracalnie) dawno temu. Zaczęło się niewinnie od paru komentarzy a skończyło na mailach w stylu „pamiętasz mnie? 3 lata temu, Radisson, Volvo, chyba zgubiłeś mój numer, bo nie zadzwoniłeś już potem, chętnie dałbym ci znowu wygrać” albo „okazuje się obaj znamy tego Poznaniaka, może chciałbyś w trójkę”, „szykuje się robota dla dwóch, kolega wynajmuje hotel na weekend i organizuje ekipę, trzeba tylko przyjść – mogę liczyć na ciebie? na pewno nie pożałujesz”.
Zastosowałem więc bardzo radykalne środki, bo na nic innego wpaść nie zdołałem. Wiem, że w niczym nie zawinili moi znajomi, w końcu to ja „grałem” z tymi wszystkimi zwierzakami „w piłkę”, ale wkurza mnie w tym portalu ta ogólnodostępność do wszystkich informacji…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz