Makau

Na promie do Makau tak potwornie kołysało, że podróż była prawdziwą udręką. Niby płynie się tylko godzinę, ale co chwile patrzyłem na zegarek ile jeszcze, kątem oka starając się nie stracić z pola widzenia linii horyzontu, bo inaczej byłby pawik.

Na w pół zielono-niebieski wysiadałem w porcie, patrząc na innych turystów nie wyglądałem gorzej. Bez żadnych problemów przeszedłem odprawę, a mój paszport wzbogacił się o kolejne kilka stempli. I znowu moja fotografia wywołała delikatny uśmiech na twarzy celnika.

Makau jest inne, zupełnie nie czułem się jakbym wyjeżdżał z Europy, tylko nazwy ulic i te paskudne kraty w oknach (z resztą to jakaś domena Chin) oraz te wszystkie szmaty wywieszone na zewnątrz przypominały, ze to bardziej nieuporządkowana część świata.

Poza tym wszędzie cisza, spokój, egzotyczna roślinność a dookoła tylko morze i słońce.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Hongkong – Macau – dzień 2

Druga w nocy, krzyki, łomot i bieganina na korytarzu, nagle rozlega się walenie do moich drzwi. Wstaję, okrywam się cały kołdrą, otwieram. W drzwiach stoi policjant. Wylegitymowali mnie, obejrzeli mój paszport kilka razy zatrzymując się szczególnie na stronie ze zdjęciem, na której mam grzywę włosów, zadali parę rutynowych pytań i pozwolili spać dalej.

W zwykłych hotelach takich atrakcji nie zapewniają. Wiedziałem co robię zatrzymując się w Chungking Mansion…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Hongkong – dzien 1 c.d.

Nie spałem, bo się nie dało, dopiero nad ranem zrobiłem się jakiś senny i chwilę pokimałem. Poszedłem do swojej mini łazienki w swoim mini pokoju by wziąć prysznic a tu dupa. Bateria jest, termostat jest ale, brodzika za to nie dali. A za pokój zapłaciłem już wczoraj…

Ochlapałem się wiec trochę, wskoczyłem w czyste ciuchy i już brałem się do wyjścia z zamiarem ‚upolowania’ czegoś na śniadanie jak się okazało, że nie wyjdę, bo na korytarzu nie ma jak przejść, wszędzie śpią tutaj jacyś ludzie i nawet jakbym się postarał to przecież nie przelecę… Musiałem poczekać aż korytarz opustoszeje, żeby dostać się do windy. Na dole czekał już na mnie zupełnie inny świat. Poszedłem w kierunku portu, zobaczyć Aleję Gwiazd, na której jedyne kogo rozpoznałem to Bruce’a Lee i Jackie Chana. Usiadłem przy promenadzie, zamówiłem kawę i muffina i tak najzwyczajniej w świecie siedziałem obserwując, co dzieje się wokół.

Zrobiłem sobie wycieczkę do Muzeum Sztuki, potem zakupy w Tsim Sha Tsui, na lunch wybrałem Delcacatessen gdzie zamówiłem na Wiener sznycla z frytkami i dobre niemieckie piwo. Nie przychodzi mi łatwo zdecydować się na lokalna kuchnie, oglądając martwe, grillowane kurczaki i kaczki, na dodatek z głowami robi mi się niedobrze i jeszcze te wydobywające się z kuchni śmierdząco pachnące opary. Przepłynąłem zatokę z myślą, że zdążę jeszcze załapać się na pokaz iluminacji świetlnych.

Nie wiem skąd wziął się u mnie magnetyzm do tego miejsca, że akurat tutaj mnie przywiodło, zawsze chciałem zobaczyć te metropolię na własne oczy, sama nazwa miasta, kiedy się ja wymawiam wydają się być mocno egzotyczna. Mam już plan na następne dni, chcę zobaczyć tyle na ile starczy mi czasu i sił..

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Hongkong – dzień 1

Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem.
Mój pokój w hostelu ma 3 na 3 metry. Pierwszy, który mi pokazali był jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej obskurny, ale jest klimatyzacja, lodówka, ciepła woda no i internet!
Z Zurichu jak wylatywałem było po 23., 10 godzinny lot prawie przespałem a jak przyleciałem tutaj był już wieczór i zupełnie nie chce mi się spać.

Ulice są zatłoczone jak Manhattan w godzinie szczytu. Jadąc taksówką z lotniska do Kowoloon patrzyłem na charakterystyczne czerwone taksówki ze srebrnymi dachami i myślałem sobie – naprawdę jestem w Hongkongu.

Widziałem już Peninsula Hotel i budynek Bank of China. Rano wyjdę na miasto.

Najbardziej ekscytuje mnie to, że za każdym rogiem niemal czeka mnie przygoda, nikogo tu nie znam, nie wiem jak się poruszać, wszystko jest inne i nieznane, nawet na ulicy inaczej pachnie…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 126

Marco po raz drugi zapytał mnie czy nie chciałbym z nim zamieszkać. Za pierwszym razem zbyłem go żartem, za drugim razem wyczuł odpowiedni moment i zapytał wprost. Na moją odpowiedź, że mam wątpliwości, czy to nie za wcześnie usłyszałem, że życie jest za krótkie, żeby tyle o tym myśleć i analizować i że nie będziemy wiedzieć dopóki nie spróbujemy i że w nowej sytuacji obaj ryzykujemy tyle samo.
Odwołał się nawet do drzemiącego we mnie homo oeconomicus i kazał policzyć ile dzięki temu zaoszczędzę pieniędzy. 2/3 tego co wydaję teraz zostanie mi w portfelu i standard będę miał lepszy i TV Polonie mi obiecał w abonamencie, bylebym tylko się zgodził.

– Ach dziękuję Ci uszatku za pyszne śniadanie…
– Ach puchatku, to nic takiego, czy ci smakowało…
– Oczywiście że mi smakowało, te rogaliki są takie chrupiące gdzie je kupiłeś?
– W sklepiku za rogiem hahahaha…
– Hahaha odpowiadam cienkim głosem. A co będziemy dziś robili uszatku, mój uszatku słodki ty?
– A chciałabym po sklepach pochodzić żeby urządzić nasze gniazdko. Mebelków więcej bym chciał, mój puchatku, tak tu jest pusto, jakieś może obrusiki, serwetki, narzutki, makatki, kilimki, zaludnić tu trochę, zagospodarować, co byś na to powiedział puchatku?
– A powiedziałbym z miłą chęcią. Mój uszatku ptysiu misiu, a jak już wszystko makatkami zaludnimy to co?
– Oj to będzie cudownie, mój puchatku misiu pysiu drogi…

– I co wtedy będziemy w tym cudownym gniazdu robili, brykali będziemy?
– Oj tak, brykali, ciućkali się, noskami sobie robili, nosio nosio eskimosio…

…Pomyślał we mnie mały chłopiec, schowany, łudzi się, nadzieję mając płonną..

Marco jak widzi, że się zastanawiam albo coś mnie dręczy słyszę: everything allrigt baby? – to jedyne co potrafi sklecić po angielsku.
Dobrze – odparłem – odłóżmy to na po powrocie z Chin.. Wyjeżdżam.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 125

Po kilku intensywnych delegacjach wyleczyłem się na jakiś czas z chęci nowych wyjazdów służbowych. Wiem jak wyglądają i jak potrafią człowieka zmęczyć. Na propozycje Paryż nie reaguję już z takim entuzjazmem jak jeszcze parę miesięcy temu. Dzisiaj zaskoczyłem Debbie pytaniem czy nie mógłbym tego załatwić przez telekonferencje…

W piątek chce wyjść wcześniej z biura, zrobić parę ostatnich zakupów, spakować się, zacząć powoli oswajać się z myślą, ze mogę nie myśleć o pracy, mailach i spotkaniach, a ostatni wieczór i noc przed wyjazdem spędzić z Marco.
Od soboty zaczynam spełniać marzenia małego chłopca.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Turyn – dzień 2

Rano obudził się pierwszy, wstał, rozsunął wielkie okiennice. Do pokoju wpadły promienie słońca i rozniosły się dźwięki ulicy. Jak zauważył że pól śnięty otwieram jedne oko z radosną miną ryknął ‚Nessun dorma’ w wykonaniu którego nie sposób zapomnieć. Na sam jego śpiew wzdrygnęło mi ciało, w myślach przeszły mi ‚kurwa ja pierdole’ a potem zdzieliłem go przez głowę. Zaaranżowaliśmy potem sesje pod tytułem Wódz Długa Dzida wraca z polowania z ubitym łososiem na ramieniu i wita się ze swoją squaw.

Kocham Włochy za sklepy otwarte w niedziele!!! Nie udało mi się pozbyć mojego nawyku przeliczania wszystkiego: koszulka polo – pól pensji, buty z wytłoczonym logo – pensja, pensja czyli miesiąc pracy, marynarka w kratę – kilka miesięcy, kurtka – poł roku albo roczna emerytura mojej babci, ale ile tak można, w końcu kiedyś się przyzwyczaję. Włosi są najlepiej ubranym narodem w Europie, wyglądają jakby lans mieli wpajany od maleńkości, który potem zostaje w nich bez względu na wiek.

Jego zwyczaj śpiewania arii z oper, podczas prowadzenia auta, kiedy ja podziwiam widoki, próbując się zrelaksować, czasem mnie rozwala, nie wiem, jak mu to powiedzieć, żeby jednak przestał, im bardziej to w sobie tłumię, tym bardziej mnie to jego śpiewanie denerwuje, nic jednak nie mowie, nie chce go tym dotknąć czy zranić, śpiewanie jest dowodem ze on akurat ma dobry humor. Na razie nie ma miedzy nami dąsów, fum, unikania spojrzenia, wszystko pokryte jest skorupa grzeczności.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Turyn – dzień 1

Pomysł na wyjazd rzucił on, chciał pokazać mi swoje Włochy a że ograniczyć musieliśmy się do wyjazdu w weekend, padło na Turyn. Wspólny wyjazd, był dla nas sprawdzianem i okazją by się ‚po dotykać’ i poobserwować w mniej codziennych sytuacjach. Przez krótką chwilę bałem się, że w pewnym momencie mogą skończyć się nam wspólne tematy albo nie będziemy się rozumieli i popsuje się nastrój. Po włoskiej stronie granicy świeciło słońce. Wciąż czuję ten dreszcz zadowolenia, że wystarczy wyjechać 3 godziny drogi autem za miasto, żeby znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu. Kiedy ja podziwiałem w milczeniu widoki, on odśpiewał cały album Renato Zero. Wczuł się w rolę przewodnika opowiadając mi wszystkie ciekawostki, jakie tylko znał o Turynie. Przy okazji wyszło, że mieszkał tam przez kilka lat i był policjantem. Jak pokazał mi potem zdjęcie z tamtych czasów, w mundurze, z tymi jego kruczoczarnym włosami, dwudniowym zarostem i rozbrajającym uśmiechem to miałem ochotę go schrupać.

Marco zalewał mnie informacjami o miejscach, które oglądaliśmy. W kościele opowiadał mi o czymś, czego nazwy nie rozumiałem, ale miało to być coś bardzo ważnego. Gdy wszystkie metody zawiodły przemówił do mnie w bardziej prostym języku, że to taka ‚święta sukienka’ i wtedy od razu zaskoczyłem, że chodzi mu o całun turyński. Niechcąco zbyt głośno skomentowałem, że to falsyfikat na co zostałem ostrzelany wrogim spojrzeniem klepiących zdrowaśki babć i wyklęty głośnym kkkkszszszszsz.

Gdyby opowiadał o innych dziwnych rzeczach, pomyślałbym, że jest nieźle wkręcony, że długo z nim nie wytrzymam. Na szczęście wciąż mamy dobry seks każdej nocy. Dość szybko zablokował sobie hormon wstydu albo może ma odpowiednie gruczoły wycięte, że od razu zgodził się na wszystkie moje propozycje. Z sukcesem wykonujmy nawet pozycję nieskończoność, co świadczy o tym że jest dobrze rozciągnięty…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 108

Przez ostatnie kilka dni myślę tylko o tym, kiedy skończy się ten miesiąc i wreszcie pójdę na urlop. Sama myśl o tym, że wyłączę laptopa, nie będę musiał wstawać rano, potem siedzieć w biurze, patrzeć na szefowa i słuchać jej „nowatorskich pomysłów”, że zamknę mieszkanie, spakuje walizkę i całkowicie zmienię otoczenie powoduje, że od razu uśmiecham się w myślach. Potrzebuję się zresetować i całkowicie odciąć od codziennych spraw. Ostatnio w związku z projektem więcej podróżuję. Od znajomych słyszę, że mam fajnie, bo „sobie odpocznę” i przy okazji „pozwiedzam”. Z biura, wychodzę o 17., taksówka do hotelu, wracam do pokoju, żeby zaraz usiąść do zaległych maili, bo nic nie zwalnia mnie z tego obowiązku, zza okna widzę tylko oświetlone znane z pocztówek miejsca tłumnie odwiedzanych przez turystów, potem zwykle jakieś jedzenie i spacer przed snem. Przyjemnie jest móc zatrzymać się w dobrym hotelu, wziąć kąpiel w przestrzennej łazience, siedzieć na klozecie i odbierać telefony od szefowej, spać w wielkim łóżku w ze smakiem urządzonym pokoju, pic piwo, chrupać orzeszki i oglądać tv. Zawsze tak chciałem zakosztować życia w beznadziejnym luksusie, żeby zobaczyć, jak to jest. Kiedyś myślałem, żeby poznać jakiegoś księcia z bajki, który by mnie ze sobą wszędzie zabierał, pokazując świat i uroki takiego stylu życia. Jest trochę inaczej niż w mojej bajce, ale przeszło mi przez myśl, że może mógłbym wziąć sprawy w swoje ręce i sprawić komuś drugiemu tą samą radość. Dlatego w sobotę zabieram Marco do Turynu. Będziemy mieszkać w prawdziwym zamku i przez cale 2 dni cieszyć się sobą…

Otagowano , , | 4 Komentarze

Berno – dzień 102

Odkąd zostałem pozostawiony sam sobie w pracy jakby zrobiło się luźniej, nikt prawie niczego ode mnie nie wymaga, spokojnie mogę odpowiedzieć ludziom, że zrobię coś „zaraz”, nie mam chorych terminów i mam czas na to by spokojnie wypić kawę albo pójść na lunch na miasto. Nawet pogoda wciąż tu dopisuje więc korzystam…
Mniej jakby ekscytują mnie wyjazdy, ale wciąż niezmiennie udaje mi się wygospodarować czas by „zanurzyć się” w klimacie odwiedzanych miejsc i chłonąć wszystkie towarzyszące temu emocje.
Delegacje na trasach Berno – Paryż – Zurich – Luxemburg – Wiedeń traktuje teraz na równi z trasami Leszno – Łomża – Suwałki.
Praktycznie do końca roku mam już wszystko zaplanowane. Dziwne uczucie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz