Zadzwonił Colin i powiedział ze mam nie lecieć do Anglii.
A ja mam już i bilet i hotel i rzeczy zacząłem przygotowywać, flaszki, fajki na całe 4 tygodnie, ustawiłem się na imprezkę w Londynie, nawet już w myślach kasę wydałem, co na wyjeździe mam niby zarobić a tu dupa blada…
W ogóle cała organizację naszego projektu to o kant dupy rozbić. Szefowa obiecywała suport, bo to niby taki ważny klient. W rzeczywistości nie dają ani laptoków, ani telefonów, w jednym z hoteli nie ma internetu, klient udostępnia nam sale konferencyjne ale tylko z siecią wewnętrzną, nie mam nawet pen-drive’a czy dysku zewnętrznego, ale dokumentacje to chcą żeby im przygotowywać na bieżąco, ze screenshotami, co dzień robić feedback wypełniając jebane tabelki dla Quality i jeszcze siedzieć co wieczór przez godzinę na call’u…
Tak… do pracy dadzą długopis i kartkę a ja im to będę wysyłał gołębiem pocztowym i będą mieli szczęście jeśli takiego jednego z drugim nie dopadnie po drodze ptasia grypa.
Pracujemy w koncernie IT, od pół roku trąbią, że projekt to mega deal a tu paranoja goni paranoję…
Wkurwiłem się na taką dezorganizację i wyszedłem wcześniej z pracy. Razem z ojcem poszliśmy na obiad a wieczorem wpadł do mnie na chwile kolega z pracy i skończyliśmy o 2 w nocy…

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.