Medellin

Tak, jak się mogłem się tego spodziewać schody zaczęły się po wylądowaniu w Meksyku. Próbowałem dowiedzieć się u załogi Luftwaffe czy mam odebrać bagaż tutaj, przejść przez cło i od razu gdzieś go znowu nadać czy może będę musiał wyjść ze strefy przylotów, wjechać gdzieś na poziom odlotów i stanąć w kolejce z innymi pasażerami udającymi się z Meksyku do Medellin. Pan podniebny kelner nie wiedział, tzn. wiedział ale w trakcie rozmowy wyszło, że nie wie gdzie jest Kolumbia ani że Avianca jest częścią Star Alliance więc postanowiłem o nic więcej już go lepiej nie pytać. To chyba pokłosie pandemii. W samolocie cała obsługa jakby z poprzedniej epoki: same srebrne lisy i Dzidzie Piernik.

Wylądowaliśmy w Mexico City. Aby odebrać bagaż musiałem przejść przez kontrolę paszportową, dostać pieczątkę, dopiero wtedy mogłem odzyskać walizkę. Doleciała, połamana i popękana, ale nie ma tragedii. Próba rozmowy z kimkolwiek na lotnisku rozbiła się o język – tutaj wszyscy mówią po hiszpańsku. Poszedłem szukać kiosku odprawy bagażowej dla pasażerów przesiadających się, szedłem wg znaków ale spotkało mnie przykre rozczarowanie. Miły starszy pan pokazał mi palcem by wyjść z hali przylotów, wjechać na górę i poszukać stanowiska lini Avianca. Znalazłem, ale odprawę otwierano dopiero za 2 godziny więc sobie postałem grzecznie w kolejce. Ludzi była cała masa. Policja chodziła między nami i pilnowała porządku, żebyśmy stali w jednym wężyku i nie blokowali wejścia do terminala. Pani na odprawie coś do mnie mówiła ale tylko po hiszpańsku, sprawdziła mi certyfikat szczepienia, wzięła bagaż, wydała kartę pokładową po czym na ponad 2,5 godziny wysłała na bardzo niewygodną ławkę, bo samolot odlatywał dopiero 40 minut po północy. Zmęczenie i niewyspanie coraz bardziej dawało mi we znaki. Nim wsiedliśmy w końcu do samolotu, który miał zabrać nas do Medellin dwa razy wołali mnie do bramki: raz przez pomyłkę bo nijaka Loretta mnie z kimś pomyliła, potem drugi raz, bo nastąpiła niespodziewana zmiana miejsc i voila posadzono mnie w jednym z pierwszych rzędów. Latając Aviancą trzeba liczyć się z koniecznością założenia maseczki, w sumie było mi już wszystko jedno, chciałem usiąść w fotelu i móc zamknąć oczy. Lecieliśmy w całkowitej ciemności i ciszy, nie podawali ani wody ani przekąsek, 200 osób w maseczkach pogrążonych we śnie, jakbym leciał w zamkniętej mogile.

W Medellin o 6 rano była mgła, 14 stopni i lekko mżyło. Wziąłem taksówkę byleby jak naszybciej dotrzeć do hotelu. Pierwsze co zobaczyłem po wejściu do pokoju na 10. piętrze hotelu to piękny widok z okna. No to zaczynam urlop!

Opublikowano podróże | Otagowano , | 9 Komentarzy

Powrót do starych zwyczajów

Po dwóch latach okresu pandemii i związanym z nim ograniczeniach w swobodnym podróżowaniu, zamknięciu krajów, konieczności robienia testów – z radością przyjąłem wiadomość, że coraz więcej krajów otwiera się na turystów, systematycznie znosi obostrzenia i znowu bez obaw można kupić bilet na samolot. Byłem tak głodny dalekich i egzotycznych wojaży, że w listopadzie kupiłem w promocji bilet do Kolumbii i ekscytowałem się jak dziecko odliczając tygodnie do wylotu. To nic że w międzyczasie Luftwaffe trzykrotnie zmieniało godziny wylotu i przylotu a nawet wymusiło na mnie zmianę daty powrotu. Z zaplanowanego na 2 tygodnie wyjazdu zrobiło się nagle 3 ale przecież to nie katastrofa.

W piątek w ostatnim dniu pracy przyszedłem do biura bardzo wcześnie, plan był następujący: doprowadzić do końca kilka spraw, pożegnać się z K, zjeść lunch w towarzystwie Sekretariatu Trzeciej Rzeszy i wrócić do domu by dokończyć pakowanie. Nastąpiła mała zmiana planów bo o 6 rano wyłączyli mi wodę w mieszkaniu, na chwilę przypomniały mi się czasy komuny po czym obleciał mnie strach, że ot zostałem skazany na mycie i golenie w butelce gazowanej Staropolanki pojemności 0,3l. Drugą opcją był karton mleka owsianego, bo przed urlopem opróżniłem całkowicie zawartość lodówki. Jak nie było wody to zatrzymało się pranie oraz stanęła zmywarka, widmo braku czystej odzieży na wyjazd stanęło mi przed oczami.. Tak oto mój poranek zaczął się lekko stresująco, ale przed 7.30 wszystko wróciło do normy a oto ja czysty i pachnący wkroczyłem dumnie do biura. Z zepsutej maszyny zrobiłem sobie kawy tzw. kaputtcino zasiadłem do maili i odprawiłem się na samolot. Sekretariat Trzeciej Rzeszy zmył mi głowę, że robię pranie na ostatnią chwilę, że pakowanie powinienem był zacząć tydzień wcześniej, że jestem zbyt lekkomyślny bo nie pozwalam matce zająć się mieszkaniem podczas mojej nieobecności, sukulenty uschną i na pewno rura pęknie, sąsiada zaleję albo on mnie, wybuchnie pożar, spięcie w kontakcie się zrobi a tu nikogo ni chu chu. Tak już mam że bardziej nie lubię gdy ktoś grzebie mi po szafkach, przestawia rzeczy, dotyka a potem nie odstawia przedmiotów na swoje miejsce, robi porządki w szafkach na swoją modłę.

Maile porobiłem, ustawiłem autorespondera, wydrukowałem wszystkie rezerwacje, bilety i vouchery. Zacząłem szykować się do wyjścia jak Luftwaffe wysłało mi wiadomość, że mój lot do Frankfurtu właśnie został anulowany. Szczęśliwie za pierwszym razem udało mi się dodzwonić do biura obsługi klienta gdzie miła pani oznajmiła mi że mają ostatnie 6 wolnych miejsc na lot o 6.30. Zgodziłem się, choć oznaczało to dla mnie bardzo krótki sen przed bardzo długą podróżą.

Dziś rano tak wiało nad Wrocławiem, że pomyślałem sobie że nigdzie już nie polecimy. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło. Dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie jaką głupotę zrobiłem godząc się na lot do Medellin z przesiadką w stolicy Meksyku. Zamiast lecieć krócej przez Bogotę będę warował po 4-5 godzin najpierw we Frankfurcie, potem w Meksyku i jeszcze bagaż nagle kazali odebrać mi w Meksyku i nadać go znowu bo to Avianca i lot odbywa się po północy jak nic 36 godzin podróży wliczając dojazd z/na lotnisko, lot i przesiadki. Przygoda goni przygodę z tym wyjazdem, bo nic z moich planów nie jest tu oczywiste.

Na lotnisku we Frankfurcie nie byłem chyba z lata świetlne, nic się nie zmieniło wciąż te przydługie korytarze i konieczność przechodzenia kilometrowymi tunelami ciągnącymi się pomiędzy terminalami. Za to nigdy nie lubiłem tego właśnie lotniska. Dziś jednak kroczyłem pokornie z tłumem innych podróżujących odgrzebując zardzewiałe wspomnienia dobrze znanych mi starych kątów. Dziś dodatkowo nie działa winda i do bramek Z trzeba było zaiwanić kilka pięter pieszo po schodach.

Jestem w połowie drogi, gdzieś nad Zatoką Meksykańską, oczy mam suche ze zmęczenia i niewyspania. Jak pomyślę że czeka mnie jeszcze ponad 10 godzin podróży robi mi się słabo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

koniec roku 2022

Ubiegły rok pełen był niespodzianek, wiele z planów nie doszło do skutku, niespodziewanie zmaterializowały się te, o których zdążyłem z biegiem lat niemal zapomnieć.

Wróciłem do podróżowania, skupiłem się na sobie, na dawaniu sobie tego czego najbardziej mi brakowało i ruszyłem do przodu, odkryłem Lupine Travel i jakbym nabrał wiatru w żagle.

Zrozumiałem, że odnajduje się w ciszy i spokoju. Z upływem czasu doszedłem do wniosku, że lepiej nie analizować spraw i rozdrapywać ran, które jeszcze się nie zagoiły, boje się że jeśli zrobię to teraz i rozłożę historie na czynniki pierwsze to wpadnę potworną melancholię a na to nie mam ochoty.

8 Komentarzy

Moje marzenie o wolności

Od kilku miesięcy bardzo dużo pracuję, uczę się, czytam, robię certyfikaty, o wiele więcej się przemieszczam. Odwiedzam stare kierunki, zwiedzam nowe miejsca, organizuję sobie czas tak byleby nie zostać za długo w domu.
Dystansuję się, stałem się małomówny, chłodny, niechętny do jakichkolwiek kontaktów.

Irytuje się, gdy znajdę się w tłumie czy to na zatłoczonym lotnisku, czy w tłoku środków komunikacji miejskiej, denerwuje mnie namolne zbyt głośne gadanie w komunikacji publicznej a nawet nadmiar spacerowiczów w miejskim parku.
Aktualnie mam potrzebę odpocząć od jakichkolwiek oczekiwań życia towarzyskiego, mam ochotę spędzić czas w jakiejś bezludnej krainie, pełnej ciągnących się bez końca pustych plaż, pastwisk, kamieni albo łąk, wiatraków i lasów, gdzie mógłbym godzinami jeździć na rowerze, uciekać od towarzystwa i samotnie kąpać się w morzu albo na basenie.

Chciałbym znaleźć miejsce albo miasto, które tętni ciszą. Tęsknię czasem za takim samotnym spędzaniem czasu, rozkoszuje się nim celebruję każdą sekundę.
Z perspektywy lat dostrzegłem, że trudno byłoby mi funkcjonować bez takiego łagodnego stanu osobności, w którym nikt ani nic nie przerywa moich myśli, nie rozprasza mojej uwagi, bo czasami mam ochotę skupić się wyłącznie na sobie i nie doświadczać nadmiaru bodźców. Z wiekiem coraz lepiej rozumiem, że na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy zawsze sami, a nie jakimś innym nigdy. Kiedy podróżuję w pojedynkę spotykam zupełnie nowych ludzi, ląduje w jakimś zupełnie nieoczekiwanym towarzystwie. Takie wyzwania lubię o ile znajduję dużą dozę autonomii indywidualnej, bo nie szukam wzajemnych zobowiązań, jakichś długów wynikających z tego, że ktoś mi w czymś pomógł.

10 Komentarzy

Czas nie czeka i świat nie czeka

Nie mam ostatnio weny na pisanie. Codzienne życie kręci się wokół pracy i spotkań ze znajomymi. Żeby zupełnie nie zgnuśnieć i cofnąć się intelektualnie funduję sobie weekendy w nieznanych miejscach tudzież chodzę do teatru czy kina. Nie dopadł mnie żaden wielki smutek po prostu nie czuję potrzeby przelewania myśli na papier. Przestałem latać do domu w Szwajcarii, ograniczyły się nasze kontakty z M. Nie cierpię i nie katuję się myślami po prostu idę dalej. Nie jestem specjalistą, nie szukałem pomocy ekspertów, w głowie mi się samo poukładało, poszedłem w interpretację pt. że to on mnie stracił a nie ja jego i zająłem się sobą. Coś się skończyło, ale też coś się zaczęło. Czas nie czeka i świat nie czeka. Najgorsze co mógłbym sobie robić to kierować się lękiem. Nie mogę pójść w interpretację pt. nie poradzę sobie, już nikogo takiego nie spotkam. Nie mam pojęcia czy już nikogo takiego nie spotkam, nie mogę przewidzieć przyszłości, to jest nielogiczne. Aktualnie skupiłem się na sobie, na dawaniu sobie tego czego najbardziej mi teraz brakuje i poszedłem do przodu. Myślę że czas zrobi swoje o ile to przepracuję.

Otagowano | Możliwość komentowania Czas nie czeka i świat nie czeka została wyłączona

weekend z 1899

Przez weekend wzięło mnie na oglądanie serialu. Żeby całego dnia nie spędzić leżąc w łóżku, przy okazji wziąłem się za drugą przyjemną w życiu rzecz czyli prasowanie. Miałem tego całą stertę, plus 16 koszul i kilkanaście ręczników. Prawdziwa uczta i blogi relaks!

A serial bardzo mnie wciągnął. 5 odcinków obejrzałem pod rząd.

Płyną sobie statkiem zapominalska ruda, Chinka udająca Japonkę, dwaj geje, z których jeden udaje księdza, Murzyn i Polak. Jest też trzeci gej, ale on się waha, bo jego mama jest religijną fanatyczką i w ogóle ma nie po kolei. I tak sobie płyną, a Polak sypie węgiel do kotła i co jakiś czas przerzuca wajchę, która się zacina. W końcu spod lady wychodzi chłopiec-niemowa i płacze. Dla miłośników piramid jest piramidka, dla fanów „Matrixa” wybór pomiędzy białym lub czarnym zastrzykiem, a dla widzów zafascynowanych serialem „Dark”, raczkowanie po ciasnych przejściach donikąd. Generalnie najpierw chodzi o to, żeby ruda sobie przypomniała, ale ostatecznie okazuje się, że nie musi, bo ma męża, a ten pamięta i ogarnia za pomocą pilota. Wszyscy się obijają po kajutach, czasem tłuką po twarzach, kłócą, płaczą, skaczą za burtę i wspominają, jak niefajnie było na lądzie. Dialogi kręcą się wokół tak fundamentalnych kwestii jak: „O co chodzi?”, „Gdzie my jesteśmy?”, „Co tu robisz?”, „Co to jest?”, „Gdzie jest kapitan?”, „To niemożliwe”, „Mylisz się, wszystko jest możliwe”, „Nie, to zdecydowanie niemożliwe”, „Przypomnij sobie”, „Nie pamiętasz?”, „No, jednak nie pamiętam” itp. Całość okraszona starymi piosenkami, które dla młodszej części widowni mogą się okazać muzycznym odkryciem.

4 Komentarze

Bejrut – dzień 5

Byblos niespełna godzinę jazdy na północ od Bejrutu. Miejsce to jest jednym z najstarszych nieprzerwanie zamieszkałych miast na świecie, zamieszkane było od czasów neolitycznych, w czasach Fenicjan stanowiło główną osadę handlową w rejonie, z której sprowadzano do Grecji między innymi papirus, od którego wzięła się nazwa miasta. Byblos słynie ze świetnie zachowanych zespołów archeologicznych pochodzących z różnych epok, od czasów neolitycznych do wczesnego średniowiecza. Stanowiska te wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kolejny punkt, który koniecznie trzeba zobaczyć odwiedzając Liban. Zamek z okresu krucjat krzyżowców przylegające do niego stanowiska archeologiczne, z ruinami świątyń i obelisków itd. itp.

A w rzeczywistości? To po prostu jedno z najpiękniejszych nadmorskich miast Libanu! Zabytki, imponująca architektura, niezliczone kościoły, restauracje, bary i plaże!  Byblos ma to wszystko! Tam było tak pięknie, że od razu poczułem się, że oto właśnie jestem na urlopie. Ekipa pozostała niezmienna, wyczuwało się luz i gołym okiem widać było jak zgraną grupą staliśmy się  przez te kilka dni. Do tego stopnia, że po powrocie do Bejrutu wieczorami wychodziliśmy jeszcze coś zjeść albo na przysłowiowego jednego drinka.

Bejrut w ciągu dnia wydaje z siebie odgłos bzyczenia wielkiego ulu, jeśli doda się do tego świadomość jak ciężko obecnie żyje się ludziom w Libanie, jak bardzo są tym faktem zmęczeni i rozgniewani to odnosi się wrażenie, że człowiek przebywa się w miejscu, które lada moment może eksplodować. Dosłownie.

Mogłoby się wydawać, że stolica jest cicha i pusta, czuć tylko zapach spalin, ale widać niekończące się korki, obłąkany ruch, słychać odgłosy klaksonów i zbyt głośno puszczanej muzyki. Dodatkowo mieszkańcy mają prąd niekiedy przez godzinę dziennie, w nocy gdzieniegdzie panują egipskie ciemności, drogie, markowe sklepy i 5* hotele są pozamykane. Często spotykany widok to także taki: lokale są otwarte lokale, ale nikt w nich nie je. Otwarte są też sklepy, ale nie ma w nich klientów. Tam gdzie jest jasno i pulsują neony stoją generatory prądu, którymi zarządzają prywatni właściciele. Ponieważ są nielegalne ich właściciele sami narzucają wysokość rachunków za prąd, mieszkańcy zmuszani są podpinać się pod nie, bo na państwowego dostawcę nie ma co liczyć. W rezultacie płacą dwa rachunki. Prądu brakuje na każdym kroku. Waluta Libanu mocno straciła na wartości prawie 100%, Paryż Bliskiego Wschodu albo Szwajcaria Bliskiego Wschodu to nieadekwatne, przestarzałe określenia kraju i jego stolicy. W skutek szalejącej inflacji wszystko podrożało o kilkaset procent, a zarobki pozostały te same.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Bejrut – dzień 4

Po śniadaniu pojechałem w kierunku doliny Nahr al-Kalb, 20 km za miasto do miejscowości Jeita odwiedzić krasowe jaskinie wapienne i libański cud natury. System jaskiń zwiedza się łodzią ponieważ przepływa przez podziemną rzekę, która dostarcza świeżą wodę pitną ponad milionowi Libańczyków. Największą atrakcją jest podziemne jezioro o pięknej, lazurowej wodzie oraz najwyższy stalaktyt świata liczący ponad 8 metrów. Na wycieczce znowu spotkałem się ze swoją ekipą i znowu było wesoło. W jaskini nie wolno robić zdjęć, pilnują tego strażnicy a dodatkowo przed wejściem aparaty oraz komórki należy oddawać do depozytu. Juan przemycił jednak swoją drugą komórkę i w ten sposób udało się nam zrobić pamiątkowe zdjęcia. W grupie raźniej.

Nie spodziewałem się, że Liban tak bardzo mi się spodoba. Poruszanie się po kraju jest bezproblemowe, czasami zatrzymywani jesteśmy przez wojsko na rogatkach kontrolnych, ale bardziej doskwiera mi wyboistość dróg. Co jakie czas wyskakujemy w powietrze, żeby później z impetem wylądować na tak nieźle poobijanych już czterech literach.

Odwiedziliśmy Tyr i Sydon. Już o 10 było tak potwornie gorąco, że stojąc w pełnym słońcu podziwiając Pałac na Wodzie marzyłem tylko o powrocie do klimatyzowanego pomieszczenia. Niby październik najlepszy miesiąc na zwiedzanie tego kraju, ale w tym roku temperatury oszalały a wilgotność jest nieznośna. Zwiedzamy bez narzekania, ale po każdym spływają olbrzymie krople potu, słuchanie opowieści przewodników jest wprost nieznośne. Kolejne starożytne miasto, kolejne ruiny, porozrzucane kamienie, nekropolie, łuki triumfalne, termy, kościoły, święte obrazy, nawiązania do Biblii, UNESCO. Poznawanie kraju wymaga poświęceń.

Karmią nas tutaj tak dobrze, że wieczorem po powrocie do hotelu nigdy nie jestem głodny i nie potrzebuje chodzić na kolacje. Tylu rodzajów shawarmy nie doświadczyłem nigdzie przedtem, na dodatek tabouleh, labneh, kafty, fattoush, sałata tymiankowa, humusy, falafele, kebaby – istne obżarstwo i prawdziwa uczta dla podniebienia.

Jedynie wieczorem leżąc w łóżku, w klimatyzowanym pokoju cieszę się, że tutaj przyjechałem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

W drodze do Tyr

Amerykanie lubią rozwodzić się nad tym skąd pochodzą, skąd przyjechali ich przodkowie by spełnić swój Amerykański Sen, jakie mieszanki krwi i ras determinują ich istnienie. W Libanie w drodze do Tyr poznałem jedną, która upajała się faktem iż w 1/4 jest Meksykanką, w 1/4 Hiszpanką, 1/4 Filipinką i w 1/4 Libanką. Gdy przewodnik zapytała ją o nazwisko odpowiedziała: Hadat. To podobne bardzo znane i zacne nazwisko w Libanie, wywołała tym faktem poruszenie wśród wszystkich Libańczyków. Oczy jej się świeciły jak o tym mówiła a twarz promieniała, bo wzbudzała ciekawość. – Mój tato był w połowie Libańczykiem – ferowała. Nie mówiła niestety słowa po arabsku ani po tagalsku co nie przeszkadzało jej utożsamiać się z oboma narodami. – Nazywam się Marissa Hadad Mahuja.

Nie popsułem jej humoru…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Bejrut – dzień drugi

W wieczór przed wyjazdem dowiedziałem się, że w niedzielę rano pojadę do Baalbek – miasta w północno-wschodnim Libanie, czwartego co do wielkości miasta w Libanie. Lokalne biuro, z którym organizowałem pobyt zmieniło kolejność odwiedzanych miejsc. W sumie nie robiło mi to różnicy. Punkt 8.25 pod hotel podjechał minivan a bardzo uprzejmy pilot odebrał mnie z hotelowego lobby. Wśród podróżujących prawie sami panowie: 2 Niemców, Argentyńczyk, Meksykanin, Amerykanin i jedna mieszkająca w Irlandii Rumunka. Bardzo szybko wszyscy się między sobą zakumplowaliśmy.  Nie było żadnych zgrzytów, niedomowień, irytacji, nigdy nie musieliśmy na nikogo czekać. Przypadkowo zebrana garstka osób okazała się świetnymi kompanami podróży. Wszyscy mówili doskonale po angielsku, potem jeszcze kilkakrotnie spotkaliśmy się na innych wycieczkach, czasami nawet razem umawialiśmy się wieczorem na drinki czy kolacje. Musze przyznać pierwszy raz ucieszyłem się, że nie ma ze mną M. bo musiałbym jak zwykle wszystko tłumaczyć a o wspólnych wyjściach mógłbym zapomnieć. Trasa do Baalbek ciągnęła się niemiłosiernie długo, trochę nami trzęsło na nierównych drogach, ale ile razy nasze auto wyskakiwało w górę wybuchaliśmy gromkim śmiechem.

Okazało się, ze z Bejrutu do Damaszku w Syrii jest nie całe 120km. Niektórzy, z nowo poznanych znajomych w ramach wizyty w Libanie planowali tam podróż pod eskortą lokalnych przewodników. Dowiedziałem się, że z Bejrutu organizowane są takie wyjazdy na 4-9 dni, pośrednik pomagał w zdobyciu wizy, załatwiał transport, hotele i ochronę. Niektórzy mieli już takie wyjazdy za sobą i im dłużej ich słuchałem, tym bardziej dojrzewała we mnie chęć wybrania się na tak niecodzienną wyprawę.

Baalbek był jednym z najważniejszych punktów podróży po Libanie a to ze względu na starożytny kompleks świątynny, który – jako najlepiej zachowany tego typu obiekt na Bliskim Wschodzie wpisano na listę UNESCO. Miasto położone jest niecałe 20 km od granicy z Syrią, obecnie sytuacja pozwala na swobodne podróżowanie po tej części Libanu. Sam Baalbek to typowo muzułmańskie miasto, gdzie łatwo dostrzec silne wpływy Hezbollahu. Nieustannie ktoś próbował sprzedać nam koszulki, propagandowe DVD, flagi i inne memorabilia związane z szyicką partią wspieraną przez Iran.

MSZ na swojej stronie odradza podróże do Doliny Beki o ile nie jest to konieczne. Osobiście nie widziałem jakiś zagrożeń na trasie. Ok czuć tam bardziej muzułmańską stronę Libanu, a przez ostatnie kilkanaście kilometrów towarzyszyły nam flagi Hezbollahu oraz zdjęcia ichniejszych przywódców, bohaterów i męczenników.

Po drodze zatrzymaliśmy w meczecie Sayyida Khawla córki imama, religijnej atrakcji turystycznej Baalbek. Tylko panowie zdecydowali się zwiedzić kompleks. Przed wejściem do meczetu musieliśmy zdjąć buty. Dwóch panów okazało się być parą, a zdradziły ich tęczowe skarpetki. Będąc w środku meczetu zagadałem ich, że są bardzo odważni paradując i manifestując kolory tęczy. Jeden popatrzył na mnie, uśmiechnął się i skwitował, że podobnie podziwia mnie wchodzącego do meczetu w koszulce z olbrzymim nadrukiem Unabomber…

   

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze