Anegdotki

Dwa tygodnie po wypadku na twarzy praktycznie nie ma śladu zadrapań, to co zostało udaje mi się ukryć więc na ulice tudzież do ludzi, śmiało mogę wychodzić. Lekko zacząłem utyskiwać na lewą stopę, coś tam spuchło w kostce dlatego umówiłem się na wizytę u ortopedy. W tygodniu albo nie było wolnych miejsc albo byłem mocno zajęty, dlatego bezpiecznie wybrałem termin na sobotę rano. Wizytę umówiłem i potwierdziłem przez aplikację, dlatego sobota punkt 9:45 zjawiłem się w wybranej placówce. Miła pani w rejestracji spoglądając na mój dowód tożsamości nagle oznajmiła, że wizyta jednak się nie odbędzie: – Pan doktor nie będzie mógł Pana dziś przyjąć, przepraszam, nie zdążyłam do Pana zadzwonić ani wysłać maila. Przepraszam to stało się tak nagle… Obruszyłem się trochę, bo specjalnie fatygowałem się na drugi koniec miasta podporządkowując sobotni poranek właśnie tej wizycie. – Pan doktor źle się poczuł, odwołał wizyty – kontynuowała. – A nie ma innego ortopedy, który ma dziś dyżur? – próbowałem znaleźć rozwiązanie. W tym czasie podeszła jej koleżanka, z równie zafrapowana miną. – Przepraszamy, naprawdę to wyszło tak niespodziewanie, nie zdążyliśmy, nie ma nikogo innego kto mógłby przejąć pacjentów pana doktora. Możemy umówić Pana na inny termin? Obie panie zaczęły wić się jak węgorz na zmianę przepraszając i próbując przekonać mnie do innego terminu wizyty. – Nie ma dziś innego ortopedy, nawet w innej placówce? – nie dawałem za wygraną. – Pan doktor zasłabł dziś w czasie dyżuru, leży w ambulatorium, przepraszamy, naprawdę mamy związane ręce, nie ma nikogo kto mógłby go zastąpić… Poddałem się, na koniec próbowałem załagodzić całą sytuację. – …ok rozumiem, zdarza się, złośliwość rzeczy martwych… – i w tym momencie zobaczyłem bardzo zdziwioną minę recepcjonistki, kopara jej opadła. Złapałem się w myślach co palnąłem. – To ja już lepiej się zamknę i nic nie będę mówił – skwitowałem. Pani próbowała obrócić to w żart: – Ja wiem co Pan ma myśli. Wyszedłem z budynku śmiejąc się z siebie jaki z człowieka czasami jest debil.…

3 Komentarze

37/75

Na fali chęci bycia nie tylko zabawnym, przystojnym i szlachetnym mężczyzną, ale także ambitnym w nieustannym podnoszeniu własnych zawodowych kwalifikacji tudzież chęci powrotu do szkolnej ławy, spowodowanych głównie przedłużająca się pandemią i koniecznością pracowania z domu, podjąłem się studiów podyplomowych. W tzw. międzyczasie wykładów na uczelni wyższej w Sopocie i dodatkowo wziąłem się jeszcze za szkolenia kończące się otrzymaniem międzynarodowych eksperckich certyfikatów. Po co angażować się w jedną rzecz, jak można przecież dokoptować sobie kilka naraz i mieć z tego na koniec cudowną masakrę… Ten, kto kiedykolwiek interesował tematem certyfikatów wie, że certyfikowanie się to cała szopka, wymaga kursów, studiowania, a na koniec zdania akredytowanego egzaminu i dodatkowo wyzbycia się sporych pieniędzy, żeby taki papier otrzymać. Mój poprzedni pracodawca, choć bardzo niezorganizowany, na doszkalanie akurat nigdy funduszy nie żałował. Zanim od niego odszedłem wycisnąłem z niego połowę czesnego na studia MBA oraz dwa akredytowane szkolenia po kilka tysięcy złotych każde. W zeszłym roku skończyłem studia, zdałem Prince‘a a na fali entuzjazmu, że tak dobrze sobie poradziłem na dokładkę rozpocząłem kurs z zarządzania ryzkiem. Kurs ten ukończyłem, gorzej było z przystąpieniem do egzaminu, bo niespodziewanie skończył mi się zapał, ale na zdanie jego miałem całe dwanaście miesięcy. Przed nowym rokiem na lodówce, wielkimi literami zapisałem sobie MoR i codziennie popijając poranną kawę patrzyłem i planowałem w głowie, od którego tygodnia przysiądę, aby podejść do egzaminu. I tak w błogim stanie planowania zeszło mi całe 51 tygodni. 20 lipca mijał ostatni dzień, kiedy mogłem przystąpić do egzaminu, inaczej musiałbym rozpocząć cały kurs od początku i tym razem już z własnej kieszeni wyłożyć kolejnych parę tysięcy. W zeszły piątek zapisałem się na egzamin, termin wtorek wieczór, akurat na dzień przed utratą ważności kursu. Przez weekend przysiadłem do materiałów, notatek i zamiast wyjść na rower, czytać ciekawsze książki albo eksplorować Netflixa przez kilka dnia raczyłem się specjalistyczną terminologią skutecznego zarzadzania ryzkiem, tolerancją na ryzyko, pryncypiami, metodologią, diagramami przyczynowo skutkowymi w kroku Identyfikuj Ryzyko a na deser modelami probabilistycznymi i drzewkami prawdopodobieństwa. Dwa dni wyciągnięte z życia na zgłębianie straszliwych nikomu niepotrzebnych i mało interesujących pierdół. Wczoraj, kilka minut przed 19. zalogowałem się na portal egzaminacyjny. Cała administracja egzaminu odbywała się w języku angielskim, należało potwierdzić tożsamość oraz spełnić podstawowe wymagania techniczne pt. sieć, kamera i mikrofon. Miły pan egzaminator oznajmił mi, że ma za słaby streaming w kamerze, więc niestety nie będę mógł jednak przystąpić do testu. Próbowaliśmy jeszcze sprawdzić dostęp przez inne urządzania, ale dupa blada nic nie działało. Wykurzyłam się, ale później stwierdziłem, że chyba sobie jednak odpuszczę, w końcu miałem na to cały rok i tak mi się szczerze nie chciało, że na grzyba mi kolejna laurka, lepiej będzie jak się zrelaksuję. Próbowałem nawet skombinować inny laptop od kogoś ze znajomych, ale jak na złość wszyscy na wyjazdach albo nie mają. Poddałem się i na chwilę zapomniałem o wszystkim. Przed pójściem spać jednak coś mnie tknęło, zacząłem grzebać w ustawieniach swojego laptopa, usuwać niektóre programy zabezpieczające, reinstalować sterowniki kamerki internetowej, suma summarum naprawiłem. Było grubo po północy jak zapisałem się na egzamin o 6 rano. Spałem krótko, obudził mnie przeraźliwy dźwięk budzika, zwlokłem się z lóżka przypominając zombie, zrobiłem sobie kawy, włożyłem byle jaki ciuch i punktualnie 5:50 zalogowałem się do portalu egzaminacyjnego. Pani już na mnie czekała, wyjaśniła mi reguły: egzamin testowy, złożony z 75 pytań w tym 5 pytań niewpływających na wynik egzaminu, czas trwania godzina, próg zaliczenia 35 poprawnych odpowiedzi, no i rzecz jasna brak pomocy dydaktycznych. Zrobiłem wcześniej 2 inne testy, wiedziałem jak skonstruowane są pytania i mniej więcej czego się spodziewać. Zaskoczyli mnie. Po 30 minutach byłem na 22. pytaniu i naszło mnie zwątpienie, czy aby na pewno to był dobry pomysł, żeby się tego podejmować. Zaczęły mi się mieszać pojęcia, po kilka razy musiałem czytać pytania, bo ich konstrukcja zdawała się niejednoznaczna, parę razy złapałem się za głowę pukając się w czoło ”ale o co chodzi?”. Na 10 minut przed końcem czasu byłem raptem na 50 pytaniu. Przejrzałem tylko na szybko ostatnie 25 pytań i zacząłem zgadywać odpowiedzi. Czas upłynął. Egzamin dobiegł końca. Wyniki pojawiły się po krótkiej chwili. 37/75
20 Komentarzy

ciało czyli pojazd, którym podróżuję przez życie

Wydarzenia ostatnich tygodni dają mi do wiwatu i regularnie spędzają sen z powiek. W całej sytuacji pozytywne jest to, że w końcu nadeszła refleksja jak bardzo chciałbym by moje ciało, mówiąc metaforycznie, dopasowane było do tych wszystkich widoków jak na wakacyjnej pocztówce. Zaniedbałem się. Większość życia spędziłem w nie do końca dobrej komitywie z samym sobą, teraz mam wrażenie jestem bardziej kompatybilny, wyżej zawiesiłem sobie poprzeczkę, a raczej z pewnością wyżej niż kiedyś. Dieta zawsze była dla mnie pewnego rodzaju utrapieniem, teraz robienie czegoś dobrego dla siebie na dobre funkcjonuje w mojej głowie. Zawsze dbałem głównie o głowę, bo tam snują się plany i marzenia, w myślach ochrzaniam siebie, rozmawiam ze sobą. Do tej pory ciało tylko omiatałem wzrokiem. Muszę przyznać, że i tak moje umęczone ciało dało radę przez te wszystkie lata, funkcjonowało dobrze po mimo tego czemu było poddawane przez ponad 35 lat. Nie katuję się jednak i nie żyłuję.

Okrutnie spadła mi odporność, często czułem się zmęczony, chory i rozbity, notorycznie łapałem jakieś wirusy, źle sypiałem, przybrało mi się na wadze, twarz zrobiła się ulana i opuchnięta. Od maja regularnie chodzę po lekarzach specjalistach, robię badania. Widoczne efekty dwuletniego okresu pracy z domu zmusiły mnie, aby zmienić nawyki żywieniowe, ograniczyć napoje wyskokowe i więcej się ruszać.

Pechowo, ostatnie urodziny w efekcie wypadku zamiast w Estonii, spędziłem na SORze, a zaplanowany urlop zamieniłem na L4. Dziś wróciłem do pracy, ale niespodziewanie odezwała się kontuzja stopy i znowu muszę do lekarza. Dziadzieje i zaczynam się sypać – jakąś masakrę zaliczam ogólnie.

3 Komentarze

Anegdotki ostatnich dni

Z sąsiadami z zasady żyję w zgodzie, jednakże nie fratelizuję się, nie odwiedzam i nie wpadam pożyczać soli, jajek, zapałek czy przysłowiowej szklanki cukru. Zawsze mówię tudzież odpowiadam na dzień dobry. Czasami odbieramy za siebie paczki od kuriera, ale to bardzo rzadki wyjątek. Ci bardziej charakterystyczni zawsze mają u mnie jakieś przezwiska: pani Burkowa – bo ma psa Burka, Baryłkowie – bo cała rodzina jest w rozmiarze xxl, Ciapciusie – bo są niegramotni, Denis Penis – bo rym sam ciska się na myśl, pan Jebadełko – bo wiecznie nachodzi żonę w łazience. Mam też sąsiada, mieszka z żoną oraz dzieckiem piętro nade mną. Wysoki, atrakcyjny z wyglądu, wysportowana sylwetka, lekko cichociemny, nie wiem czy kala się jakąkolwiek pracą, bo nigdy nie widziałem, aby gdzieś rano wychodził, lubi styl sportowy, spodenki, t-shirty, słoneczne okulary i klapki. W tych klapakach widuje go nieustannie od wiosny do jesieni, nic więc dziwnego, że nazwałem go pieszczotliwe Pan Klapek. Ostatnio na inspekcje wpadła do mnie rodzicielka. Niespodziewanie ktoś zadzwonił do drzwi, bylem zajęty, poprosiłem ją żeby otworzyła drzwi: „Piotruniu, Pan sąsiad Pan Klapek do ciebie”. Musiałem się tłumaczyć, że matka pomyliła go z kimś innym.

9 Komentarzy

Z wizytą w kościele

W niedzielę rano odbyło się bierzmowanie młodej. Wśród wszystkich równolatków przystępujących do tego kościelnego sakramentu siostrzenica M. odznaczała się dojrzałością, strojem, wzrostem no i bezsprzecznie wagą. Pomimo nieznośnej temperatury panującej na zewnątrz wbiłem się tego dnia w spodnie i koszulę. Pod kościół podjechaliśmy lekko spóźnieni, bo trudno było znaleźć nam miejsce do parkowania. Mama M. dotarła dużo przed nami i święta kobieta była już po spowiedzi, koronkach i różańcu, zapewne wymodliła zbawienie na kilka pokoleń naprzód. Pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć we mszy w kościele we Włoszech. Parę rzeczy rzuciło mi się w oczy. Na ławkach przed  uczestnikami mszy leżały porozkładane klucze, komórki i papierosy. Jeden osobnik nawet stał dumnie w drzwiach do kościoła i swobodnie zaciągał dymka a papierosowy opar roznosił się po zgromadzonych wiernych. Poza tym, najbardziej rzucające się w oczy – czarnoskóry ksiądz. W kościele nie klęczało się na początku modlitwy kiedy prosi się, aby chleb i wino stały się ciałem i krwią. Podobnie w czasie śpiewu „o baranku”. Osoby starsze owszem klęczały, ale większość zgromadzonych nie. Rozmawiałem później o tym ze szwagierką, odpowiedziała mi osobliwie, że młodsze pokolenie nie klęczy, bo nie są fanatykami religii. Uroczysty obiad nie odbiegał za to od podobnych wydarzeń w polskich rodzinach: przegrom jedzenia i długie przesiadywanie przy stole. B. z wrodzonym i bardzo przewidywalnym wdziękiem otwierała kolejne prezenty: kręciła nosem na widok medalika, bransoletki i książek o poszukiwaniu drogi i wiary a oczka zapalały jej się tylko na widok kasy i modnych gadżetów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 13 Komentarzy

rodzinne przepychanki

Tydzień we Włoszech i poczułem się jak na widokówce ze słonecznej Italii. Zapomniałem o blogu…

Urodziny M. obchodziliśmy w tym roku z lekkim poślizgiem, M. uparł się że wyprawi je jednak we Włoszech. Nie protestowałem wszak to jego urodziny, cieszyłem się, że na kolację pójdziemy gdzieś w Lecce, bo kuchnia włoska smakuje najlepiej we Włoszech. La Dogana we Lecce stanie się naszym stałym punktem odwiedzin podczas każdego naszego pobytu na południu. Odkąd M. poznał właścicieli, bardzo się polubili, miejscówka jest fantastyczna a jakość serwowanych dań nie ma sobie równych. Poza tym właściciel od lat zaopatruje lokalne restauracje w świeży towar, jadając u niego oszczędzamy na marży, którą naliczają sobie inne, podobne miejsca w okolicy. Na kolacji były ostrygi, małże, krewetki, przegrzebki, omułki, kałamarnice i ośmiornice, jeżowce i inne skorupiaki, mięczaki oraz głowonogi, których po polsku nazwać nie potrafię. M. pokusił się nawet o biały kawior na spróbowanie, co sprawiło że jeszcze bardziej się rozpłynąłem, ale prawda jest taka, że pod względem kulinarnych smaczków zawsze mogę liczyć właśnie na niego.

Cała rodzina chciała wybrać się z nami na plażę. Nie protestowałem, niechcąco zasugerowałem żeby wzięli swoje leżaki i parasol, bo ceny w każdym lido są obecnie mocno wygórowane, mieszkając nad morzem na pewno dysponują własnym sprzętem. Początkowo kręcili nosem, że leżaki upchali gdzieś na strychu, że trudno się do nich dostać. Nie przekonywałem i nie zniechęcałem. Zostawiłem im wolny wybór, podkreślając, że mnie osobiście szkoda byłoby 60 eur na zwykły wypad na plażę. Zobowiązaliśmy się odebrać ich rano i razem spędzić upalny dzień nad morzem. M. przejrzał mój podstęp, ale zapewnił mnie, że to nie zadziała. Rano przyszedł sms, że jednak się nie zabiorą z nami i życzą nam udanego dnia. Cudownie! Wieczorem z radości zaprosiłem ich na lody, co suma summarum i tak wyszło o niebo taniej.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Nareszcie spokój

Pół dnia trwała moja podróż do Lecce. Najpierw samolotem o zabójczej 5.30 do Monachium, tam czekanie na lot do Bari, z lotniska pociągiem do Bari Centrale a stamtąd dopiero do Lecce. M. przyleciał bezpośrednio do Brindisi a ja tego luksusu nie mialem, bo po mimo sezonu nic bezpośrednio z Wrocławia do Brindisi nie lata. M. zdążył wcześniej odebrać nasz samochód i dotrzeć na stację akurat gdy mój pociąg wjeżdżał na peron. We włoskich pociągach jak i niemieckiej Lufthansie wciąż obowiązują maseczki, byłem świadkiem jak jedna pochodząca z Polaki parka kłóciła wykłócała się o niego z ochroną. Przez chwilę chciałem nawet pomóc, spróbować załagodzić sytuację, ale słysząc kokofonię słów zaczynających się na k, ch, p, j wycofałem się pomysłu. Głupota musi czasem boleć albo kosztować…

Przyjechałem głodny jak wilk, odkąd nie jem kanapek, pizzy, makaronów, mięsa, cukru, produktów smażonych moje menu mocno się ograniczyło. Wystarczyło tylko hasło, krótkie spojrzenie i po kwadransie siedzieliśmy już w La Dogana przy olbrzymich talerzach antipasti składających się ze świeżych surowych ostryg, ricci, krewetek, ośmiornic, małż i kałamarnic. Tak, w takich momentach kocham Salento miłością największą, najszczerszą i prawdziwie bezkresną..

Brat M dzwonił do nas jeszcze dwa razy, za każdym razem pytając, gdzie się spotykamy. Akurat to myślałem że mamy ustalone, sam wybrał rano miejsce, ale chyba zapomniał, bo rezerwacji dla 7 osób nigdzie nie zrobił. Do Uemé dotarliśmy praktycznie w tym samym momencie, zdążyłem położyć się na moment w hotelu bo do 22.30 bym nie dotrwał. Dużo było uścisków, buziaków i obejmowania się, wymiany uprzejmości. Uskuteczniałem rodzinne, sielankowe pogaduchy: „Pietro nareszcie, ile to już minęło? 2 lata? Dzwoniłam, ale chyba mam zły numer?!” – naprawdę?! No co ty, serio, nie, no pudło, zmieniłem numer a dodatkowo cie zablokowałem i zagroziłem M. że jeśli poda wam mój nowy numer to się z nim rozwiodę – ale powiedzieć oficjalnie tego nie mogłem. Grzecznie za to wyjaśniłem że pewnie dzwoniąc do mnie nie używali prefiksu +48.

B. znowu urosła, poszła zarówno w górę jak i w szerz z tym że w szerz bardziej, wciąż jestem od niej kilka centymetrów wyższy, dla potrzeb bierzmowania zgoliła też wąsy charakterek i temperamentność za to pozostały niezmienne. Każdy zamówił po pizzy, my z M wzięliśmy jedną na pół do tego po piwie, reszta się nie ograniczała jakby nie jedli co najmniej przez tydzień. Usłyszeliśmy o nowych restauracjach, które otworzyły się w mieście i że moglibyśmy tam wpaść na jakiś obiad albo kolację, naturalnie padła też propozycja żebyśmy wybrali się tam wszyscy bez precyzowania kto kogo zaprasza. W Uemé nie siedzieliśmy na szczęście długo, po północy zaczęły zamykać mi się oczy a jaszcze trzeba było odwieźć mamę. Wtedy nastąpił punkt kulminacyjny wieczoru – płacenie. Kelner przyniósł rachunek, położył na środku stolika, bo nikt nie wyciągnął po niego ręki. W tej rodzinie pasuje niepisana reguła: wyciągasz pierwszy rękę po rachunek, znaczy że go regulujesz w całości. Rachunek leżał sobie dobry kwadrans, M raz tylko prawie po niego sięgnął, ale się zreflektował jak sprzedałem mu kopa pod stołem. W końcu sięgnąłem po niego ja, zgromadzeni wokół jakby odetchnęli z wyraźną ulgą. Popatrzyłem na rachunek opiewający na ponad 200 eur. Wyciągnąłem z portfela 50 eur i włożyłem do etui. – Tutaj jest za nas, za mamę płacimy my – ogłosiłem. Nastąpiła chwila konsternacji. Tylko B. ośmieliła się głośno zapytać kto zapłaci za nią. – Jak skończysz 80 lat jak twoja babcia, też będziesz jadła za darmo.

Brat M. uregulował resztę rachunku. Myślałem że przyjął to z godnością. Dziś od rana wydzwania do M., myślimy że czeka na odpowiedni moment zapytać kto jutro płaci za obiad w restauracji po bierzmowaniu. Biedak zaprosił ponad dwadzieścia osób a w tej sytuacji może będzie musiał rozważyć sprzedaż auta albo nerki…

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Znowu we Włoszech..

Siostrzenica M. ma w tym roku bierzmowanie. Z tej okazji wszyscy zostaliśmy zaproszeni do Lecce by wziąć udział w tej rodzinnej uroczystości. Kolejna okazja, żeby spotkać się z moją włoską rodziną. Poza tym to czerwiec, gwarancja pięknej pogody, dodatkowo bliskość morza i plaży, przepyszna kuchnia i urokliwe miejsca regionu – nic tylko się cieszyć i odliczać dni do wyjazdu.

Ten kto mnie bardzo dobrze zna albo uważnie czyta, wie że z rodziną M nie zawsze jest mi po drodze. To prości ludzie, typowi przedstawiciele południa Italii, posługujący się na codzień dialektem, gościnni, mili i na pozór kulturalni, bo potrafią być delikatnie mówiąc irytujący. Jeszcze nie wsiadłem do samolotu jak zdążyliśmy się ściąć o pieniądze i prezent dla B. Rodzice chcieli kasy w kopercie, za którą sami chcieli zrobić jej prezent bo B. zażyczyła sobie nowego iPhone’a. Wykalkulowali, że wychodzi po 150 eur od osoby! Mój M wyłożył pieniądze od razu, ja się wstrzymałem, bo uważam że dwa razy tyle to za dużo jak na prezent od nas. Jakoś nie potrafiłem też wyobrazić sobie swojej teściowej, która ma 650 eur renty i lekką ręką oddaje prawie 1/4 na prezent dla wnuczki. M. uznał że wydziwiam i żałuję dziecku. Akurat ostatnie co można o 15-letniej B powiedzieć, to że wygląda jak dziecko. Ma 1.75m wzrostu, waży ponad 85 kilo, ma wąsy, oraz owłosione ręce i nogi, dojrzewała góra do 5 roku życia, bo teraz tylko rośnie, dziewczęcej lekkości i subtelności trochę jej brakuje, na dodatek bije w szkole chłopaków a na śniadanie wcina talerz pasty. Chciałbym móc powiedzieć o niej piękna, mądra, wykształcona ale ile razy ją widzę zastanawiam się co stało się z tą małą, słodką i śliczną dziewczynką, którą braliśmy kiedyś na kolana. Kiedy krzyczy do mnie co jej przywiozłem za każdym razem walczę ze sobą, żeby nie powiedzieć, że karnet na siłownię i krem depilujący. No, ale ogólnie wyszło na to że dziecku żałuję, mam węża w kieszeni, chytry ze mnie polski wujek.

Obiad w restauracji w dniu bierzmowania okazało się, że też zarezerwowany nie jest, bo przecież mamy czas, wujek M przyleci to się tym zajmie, zorganizuje no i pewnie zapłaci, skoro od lat spłaca też ich inne długi.

Dziś zaprosili nas na kolację, o 22 w pizzerii gdzieś za miastem. Próbuję się wyluzować przed tym spotkaniem, nie podburzyć niepotrzebnie M., ale łatwo nie będzie. Oby starczyło mi cierpliwości…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 6 Komentarzy

Euforie i rozczarowania

Odkąd mam dla siebie więcej czasu, wróciła we mnie entuzjazm i pozytywna energia, mam chęć wyjść gdzieś po pracy, spotkać się ze znajomymi, pójść na lody do parku, rower, nawet robienie zakupów sprawia mi przyjemność. Teraz dopiero dostrzegam jak bardzo było stłamszony i udupiony przez te ostatnie kilka miesięcy. Istniała tylko praca i sen przeplatane zmaganiami w „gaszeniu pożarów” bo przecież zawsze dodatkowo musiałem coś na szybko załatwić, kupić, zorganizować, gdzieś pójść, coś zjeść co wydawało się dodatkowym ciężarem, bo brakowało mi zapału i chęci, czułem się zmęczony, niewyspany i zestresowany. Nałożyła się na to jeszcze niezdrowa atmosfera w zespole, nieogarnięty i chaotyczny szef, nierealne terminy oraz absolutny brak komunikacji. Znajomi wokoło komentowali, że to cena dobrze płatnej pracy i że musze się przemęczyć z rok a dopiero później poszukać nowego zajęcia. Początkowo się buntowałem, wściekałem się sam na siebie, co mi strzeliło do głowy, żeby zmieniać prace, dostawałem za swoje i było mi z tym nie do śmiechu. Z czasem postanowiłem zacisnąć zęby i dotrwać do końca roku by potem rzucić w pieruny taka robotę. Jak było bardzo ciężko i robiło się nieznośnie brałem chorobowe albo urlop na żądanie i trwałem od weekendu do weekendu. Szczęśliwie nadszedł maj, stary klient się na nas wypiął a nowy przyjął mnie z otwartymi ramionami wprowadzając nowy standard pracy. Ludzie są mili, profesjonalni, chętni do pomocy, moja szefowa cierpliwie tłumaczy, nie zbywa pytań, dba o dobrą atmosferę w zespole, szanuje swój czas jak i innych, wymaga ale niczego nie narzuca. Rozumie i przestrzega równowagi między życiem zawodowym i prywatnym, wie że codzienne nadgodziny, zarywanie nocy i praca w weekendy to nie jest droga do sukcesu. W efekcie odzyskałem dobre samopoczucie i satysfakcję z tego co robię. Nie myślałem, że sytuacja może się tak diametralnie zmienić.
Regularnie zacząłem pojawiać się w biurze, spodobało mi się wczesne wstawianie, poranne cappuccino z A. w firmowej kuchni i mnóstwo śmiechu, bo przy całej sympatii dla nowego pracodawcy – każda duża organizacja to pole do popisu dla absurdów i niezliczonych anegdot.

Obserwuję jak powoli wypala się euforia niesienia pomocy uchodźcom zza wschodniej granicy. Nie nazwałbym tego jeszcze niechęcią czy ksenofobią, ale ewidentnie dostrzegam pierwsze oznaki wypalenia wolontariatem. Dziś fala uchodźcza opadła, ale wojna trwa a obywatele Ukrainy są wśród nas. Widzimy ich nie tylko na dworcach, w kolejkach po PESEL, punktach wsparcia, lecz także w szkołach, przychodniach, sklepach. Pojawiły się też pytania, jak długo jeszcze mamy im pomagać. Kończy się „miesiąc miodowy” i przychodzi rozczarowanie codziennością. Wojna się nie skończyła, co rozczarowuje, do o tego dochodzi to, że uchodźcy, których mamy u siebie lub których mijamy, nie zachowują się tak, jak zakładaliśmy. Mieliśmy w głowie ich obraz i oczekiwania z nimi związane, tymczasem to żywi ludzie z emocjami, własnym, czasem odbiegającym od naszych wyobrażeń pomysłem na życie. Są inni niż myśleliśmy. Mieszkanie u wolontariuszy było rozwiązaniem tymczasowym. Taka pomoc też nie może trwać wiecznie. Emocje, które na początku uskrzydlały, powoli opadają. Pomagający tracą siły i sami być może wkrótce będą wymagali pomocy. Kilku znajomych z osiedla znalazło się w takiej sytuacji, użyczyli mieszkań przeznaczonych na wynajem a teraz mają garb w postaci kilkuosobowej osobowej rodziny na utrzymaniu, bo ci nie pracują a samo wspieranie ich nie interesuje, bo liczą na finansową pomoc. Sam też się „znieczuliłem”, mieszkanie mogę wynająć, ale nie oddać za darmo. W pracy ile razy ktoś przesyła mi maila z prośbą o datek, od razu kasuje. W pracy nie biorę udziału w akcjach kupowania „cegiełki” w postaci kawałka ciasta za dychę i drażni mnie kiedy ktoś dyskutuje, że odmawiam bo przecież mnie stać. Nie przygarniam też kotów, psów, chomików i papug przywiezionych ze wschodu.

Opublikowano praca | Otagowano | 17 Komentarzy

porządki

M. odwiedził mnie we Wrocławiu, mieliśmy bardzo ambitne plany weekendowe, które pokrzyżowała moja niedyspozycja. Miał być Kraków albo Gdańsk a ostatecznie zostaliśmy na miejscu biegając po lekarzach. Z przykrością muszę stwierdzić że zaczynam się „sypać”, twarz też mam jakaś ulaną i wiecznie spoconą, cherlawy i wątły jestem, styty, ospały i ciągle obolały, wyniki nie pozostawiają złudzeń i są pokłosiem zaniedbań z okresu pandemii kiedy nieustannie pracowałem z domu, mało się ruszałem, nadużywałem wysokoprocentowych trunków i jadłem na bogato. Nie są już w stanie pomóc mi żadne okłady z kostek lodu, korektory, złote nici, algi, masaże i peelingi, bo niestety świecąca napuchnięta gęba odkrywa wszystkie zaniedbania ostatnich miesięcy. Kiedyś cieszyłem się na lato, wyjazdy, imprezy, kluby, pełnię życia a teraz najchętniej pojechałbym do sanatorium. Odkąd zacząłem chodzić regularnie do biura wziąłem się za siebie, jem normalnie i zdrowo, ograniczyłem alkohol, kawę, mięso, węglowodany i cukier, mam czas na rower albo inne aktywności fizyczne. Już po kilku dniach odczułem nie małą różnicę, a staram się osiągnąć tylko efekt najlepszej wersji siebie, bo wieku starczego niestety już nie przeskoczę. Jak to powiedział pewien mędrzec: w życiu wszystko odchodzi: przyjaciele, pieniądze, młodość, ale bebzol zawsze będzie z tobą, bebzol tak po prostu nie odejdzie. Rezultaty i efekty przysiadów widzę też w biurze, kręcą się koło mnie fajne, ładne dziewczyny, kokietują, zagadują, czasami proszą o pomoc a ja chętnie uczestniczę w tym tańcu godowym, do czasu kiedy zorientują się, że przystawiają drabinę do złej ściany.
M. w domu to prawdziwie szczęście, to los wygrany na loterii. Mieszkanie lśni i pachnie, okna widać że są czyste z 4. czwartego piętra, na podłogach ani śladu kurzu, można robić operacje na otwartym sercu, nie obyło się jednakże bez przemeblowania, prania i pozbywania się starych gratów, ale ostatecznie było warto. Dodatkowo obiad jak w restauracji i magiczne słowa: ty sobie usiądź, odpocznij, ja to zrobię. Po prostu nirvana. A ja naiwnie dotąd myślałem, że mężczyźni którzy są w stanie mnie uszczęśliwić to barmani.
Moja mama, która gotuje najlepiej na świecie, pracuje, sprząta, dba o dom, dodatkowo mega dobrze wygląda i ma zawsze wszystko zorganizowane na tip top, a testu „białej rękawiczki” uczyła się zaraz po urodzeniu przyznała się, że moja bratowa w porównaniu z moim M. to przepaść kilku lat świetlnych. Tak, właśnie, bo nie wolno w życiu przechodzić obok szansy, która może się nie powtórzyć.

Opublikowano praca | Otagowano | 11 Komentarzy