Amerykanie lubią rozwodzić się nad tym skąd pochodzą, skąd przyjechali ich przodkowie by spełnić swój Amerykański Sen, jakie mieszanki krwi i ras determinują ich istnienie. W Libanie w drodze do Tyr poznałem jedną, która upajała się faktem iż w 1/4 jest Meksykanką, w 1/4 Hiszpanką, 1/4 Filipinką i w 1/4 Libanką. Gdy przewodnik zapytała ją o nazwisko odpowiedziała: Hadat. To podobne bardzo znane i zacne nazwisko w Libanie, wywołała tym faktem poruszenie wśród wszystkich Libańczyków. Oczy jej się świeciły jak o tym mówiła a twarz promieniała, bo wzbudzała ciekawość. – Mój tato był w połowie Libańczykiem – ferowała. Nie mówiła niestety słowa po arabsku ani po tagalsku co nie przeszkadzało jej utożsamiać się z oboma narodami. – Nazywam się Marissa Hadad Mahuja.
W wieczór przed wyjazdem dowiedziałem się, że w niedzielę rano pojadę do Baalbek – miasta w północno-wschodnim Libanie, czwartego co do wielkości miasta w Libanie. Lokalne biuro, z którym organizowałem pobyt zmieniło kolejność odwiedzanych miejsc. W sumie nie robiło mi to różnicy. Punkt 8.25 pod hotel podjechał minivan a bardzo uprzejmy pilot odebrał mnie z hotelowego lobby. Wśród podróżujących prawie sami panowie: 2 Niemców, Argentyńczyk, Meksykanin, Amerykanin i jedna mieszkająca w Irlandii Rumunka. Bardzo szybko wszyscy się między sobą zakumplowaliśmy. Nie było żadnych zgrzytów, niedomowień, irytacji, nigdy nie musieliśmy na nikogo czekać. Przypadkowo zebrana garstka osób okazała się świetnymi kompanami podróży. Wszyscy mówili doskonale po angielsku, potem jeszcze kilkakrotnie spotkaliśmy się na innych wycieczkach, czasami nawet razem umawialiśmy się wieczorem na drinki czy kolacje. Musze przyznać pierwszy raz ucieszyłem się, że nie ma ze mną M. bo musiałbym jak zwykle wszystko tłumaczyć a o wspólnych wyjściach mógłbym zapomnieć. Trasa do Baalbek ciągnęła się niemiłosiernie długo, trochę nami trzęsło na nierównych drogach, ale ile razy nasze auto wyskakiwało w górę wybuchaliśmy gromkim śmiechem.
Okazało się, ze z Bejrutu do Damaszku w Syrii jest nie całe 120km. Niektórzy, z nowo poznanych znajomych w ramach wizyty w Libanie planowali tam podróż pod eskortą lokalnych przewodników. Dowiedziałem się, że z Bejrutu organizowane są takie wyjazdy na 4-9 dni, pośrednik pomagał w zdobyciu wizy, załatwiał transport, hotele i ochronę. Niektórzy mieli już takie wyjazdy za sobą i im dłużej ich słuchałem, tym bardziej dojrzewała we mnie chęć wybrania się na tak niecodzienną wyprawę.
Baalbek był jednym z najważniejszych punktów podróży po Libanie a to ze względu na starożytny kompleks świątynny, który – jako najlepiej zachowany tego typu obiekt na Bliskim Wschodzie wpisano na listę UNESCO. Miasto położone jest niecałe 20 km od granicy z Syrią, obecnie sytuacja pozwala na swobodne podróżowanie po tej części Libanu. Sam Baalbek to typowo muzułmańskie miasto, gdzie łatwo dostrzec silne wpływy Hezbollahu. Nieustannie ktoś próbował sprzedać nam koszulki, propagandowe DVD, flagi i inne memorabilia związane z szyicką partią wspieraną przez Iran.
MSZ na swojej stronie odradza podróże do Doliny Beki o ile nie jest to konieczne. Osobiście nie widziałem jakiś zagrożeń na trasie. Ok czuć tam bardziej muzułmańską stronę Libanu, a przez ostatnie kilkanaście kilometrów towarzyszyły nam flagi Hezbollahu oraz zdjęcia ichniejszych przywódców, bohaterów i męczenników.
Po drodze zatrzymaliśmy w meczecie Sayyida Khawla córki imama, religijnej atrakcji turystycznej Baalbek. Tylko panowie zdecydowali się zwiedzić kompleks. Przed wejściem do meczetu musieliśmy zdjąć buty. Dwóch panów okazało się być parą, a zdradziły ich tęczowe skarpetki. Będąc w środku meczetu zagadałem ich, że są bardzo odważni paradując i manifestując kolory tęczy. Jeden popatrzył na mnie, uśmiechnął się i skwitował, że podobnie podziwia mnie wchodzącego do meczetu w koszulce z olbrzymim nadrukiem Unabomber…
Hotel w którym się zatrzymałem w dzielnicy Hamra nie wyglądał zachęcająco na zewnątrz, bowiem znajdował się w tak samo obskurnym i odrapanym bloku jak inne sąsiadujące z nim budynki. W środku za to było już całkiem znośnie, zakurzony, wyblakły luksus który pamiętał lata 80., z rozklekotaną windą za to z zamontowanym czytnikiem na kartę. Pokój, który dostałem na najwyższym piętrze, posiadał wszystko czego potrzebowałem: wygodne łóżko, klimatyzację, sprawnie działające wi-fi, czystą łazienkę, ba miał nawet zaplecze kuchenne. W ciągu dnia w całym budynku zdarzały się przerwy w dostawie prądu, ale nie były nawet zbytnio uciążliwe, powiedziałbym, że dodawały temu miejscu swoistego uroku.
Kazano mi zabrać ze sobą szampon, mydło i papier toaletowy. Ponoć w Libanie panuje taki kryzys, że nieustająco brakuje podstawowych towarów. Nie było aż tak źle, pani sprzątająca codziennie wymieniała mi ręczniki, przynosiła butelkę wody, bo ta z kranu nie nadawała się do niczego, a podstawowych artykułów higienicznych choć nie najżywiej jakości nigdy nie brakowało.
W środku nocy poszedłem na spacer, prawie zgubiłem się pośród zawiłych i częściowo nieoświetlonych ulic. Hamra, jest jedną z głównych dzielnic handlowych Bejrutu, Obszar ten znany jest z tętniącego życiem życia nocnego. W sąsiedztwie znajdują się American University of Beirut. Hamra była niegdyś jednym z głównych miejsc spotkań i współpracy arabskich poetów, pisarzy, myślicieli i filozofów, dzięki czemu stała się ważnym ośrodkiem kulturalnym Bejrutu. Do dziś na ścianach budynków widać wiele ruin z czasów libańskiej wojny domowej. Choć może nie jest już tak tętniąca życiem kulturalnym i artystycznym jak kiedyś, nadal jest to ulica bogata w życie i sztukę. Graffiti stało się wielką formą artystycznej ekspresji, którą można znaleźć na ścianach budynków wzdłuż centralnego bulwaru. Nie mogąc odnaleźć drogi powrotnej do hotelu walczyłem z myślami, żeby na moment nie włączyć google map w telefonie i narazić się na wysokie koszty reomingu. Tym razem odnalazłem właściwą drogę, ale nazajutrz kupiłem lokalną kartę sim, żeby nie narażać się już na podobne sytuacje.
Cała okolica przypominała typowe obrazy znane mi z filmów o Bliskim Wschodzie. Zniszczone budynki, ślady po kulach, straszące upiorne pustostany tak jak Holiday Inn, w którym podczas wojny domowej przebiegała linia frontu. Pośród tego wszystkiego toczyło się całkiem normalne życie, otwarte bary, kawiarnie, hotele, sklepy z ciuchami, kwiaciarnie, sklepy, mnóstwo zapuszczonych, żebrzących Syryjczyków, głównie kobiet i dzieci, o dziwo w nocy na ulicy paliły się tutaj latarnie. Na ulicach brudno, wszędzie walały się śmieci, pety, papiery, plastikowe butelki, pełne kontenery śmieci nie opróżnione od kilku dni, wszędzie mnóstwo kotów, czasami można było dojrzeć grasujące szczury, które miały prawdziwy raj w tych warunkach. Mimo tego nie zrażałem się. Wręcz przeciwnie za każdym razem czułem dreszczyk emocji poruszając się po tych nieznanych terenach.
W nocy zaaplikowałem sobie maraton filmowy: Hotel Bombay i No Escape – w ramach historii z dreszczykiem.
Rano załapałem się na śniadanie. Serwowano typową lokalną kuchnię, były nawet plastry jakieś wędliny i żółty ser. Wśród gości hotelowych usłyszałem grupę Polaków, narzekali, jak ubogie są te serwowane im śniadania, że kawa jest podła, że klimatyzacja za mocno pracuje, bo im wieje, że ser za słony, że pieczywo nie takie, że nie mają co jeść. Niektórzy przynosili własne konserwy, paprykarz i pasztety prochowicki. Nie przyznawałem się że jestem z Polski, nie przyjechałem tutaj szukać Polaków.
Za anulowane wczasy w Egipcie biuro zwróciło mi środki stosunkowo szybko. Naturalnie potrącili 15% kosztów rezygnacji, ale umówmy się, mogło być znacznie gorzej.
M. zupełnie się nie poczuwał w całej tej sytuacji, bo jak zwykle to nie jego pieniądze miałyby przepaść. Byłem wściekły na jego bezceremonialność i tumiwisizm, ale w tamtym momencie nie było nawet czasu, żeby próbować zmyć mu za to głowę. Tamtego dnia musiałem zdążyć z wysłaniem formalnego wniosku o anulowanie wyjazdu, nim potrąciliby mi z kosztów jeszcze więcej. Udało się.
Nie zmieniło to natomiast faktu, że z dnia na dzień zostałem z urlopem i bez pomysłu jak go spędzić. Nie widziałem się nigdzie na plaży jak na widokówce ani w domu na kanapie przed telewizorem. Wykombinowałem Bejrut: LOT miał bilety w promocyjnych cenach, okres na zwiedzanie był bardzo dobry, dni lotów też mi odpowiadały, poza tym nigdy tam nie byłem. Z pomocą lokalnego biura podróży w ciągu następnych 48 godzin sfinalizowałem szczegóły pobytu, transport, noclegi oraz zwiedzanie, zapłaciłem i odtąd mogłem już tylko cieszyć się zbliżającym wyjazdem.
Czemu tam? Liban kojarzy się jako pełen fascynującej historii, niesamowitych cudów natury kraj tętniącym życiem restauracji i życia nocnego. Od kilku lat Bejrut szybko zaczyna zdobywać popularność wśród podróżników, którzy preferują przygodę i względny luksus bez tłumów turystów. W dużej mierze postępowe miasto w niczym nie przypomina swoich bliskowschodnich sąsiadów. Bejrut to wyjątkowe miejsce, w którym można znaleźć klub nocny obok meczetu, zbombardowany budynek obok butiku Chanel, miejsce, w którym chrześcijaństwo i islam spotykają się obok siebie i dzielą miskę hummusu.
Dla mnie jest jednym z najciekawszych miast, po których można po prostu spacerować. Mieszanka nowoczesnych budynków i powojennych ruin zmieszana ze sztuką uliczną i modnymi sklepami oznacza, że mogę kontynuować zwiedzanie w nieskończoność.
Śpię w dzielnicy Hamra. Ulica będąca centrum intelektualnej aktywności Bejrutu w latach 60., nazywała się Polami Elizejskimi miasta. Jest to popularne miejsce zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców, którzy gromadzą się tutaj, aby spróbować wchłonąć pozostałości intelektualnego miasta. Hamra jest domem dla kilku księgarni, trzech uniwersytetów (w tym American University of Beirut) i bardzo bogatego życia nocnego.
Już na pierwszy rzut oka Liban wydaje się być jednym z najbardziej niedocenianych krajów, w jakich kiedykolwiek byłem. Zwłaszcza dla kogoś kto lubi odkrywać miejsca, zanim staną się zbyt fajne.
Do Rzymu poleciałem sam. Ominął mnie wprawdzie koncert Renato Zero, ale ostatecznie nie miałem na to wpływu. Udało mi się tak zmienić daty wylotu, tak że w Rzymie spędziłem praktycznie dwa pełne dni a byle jaki hotel zastąpiłem bardziej zbytkowym pokojem w butikowym Rome Life. We Wrocławiu zaczyna się jesień a w stolicy Lacjum 25-27 stopni, piękne słońce i Orawie bezchmurne niebo. Chodziłem na bardzo długie, samotne spacery odwiedzając znajome miejsca, bez końca włócząc się pomiędzy Koloseum, Panteonem, Piazza Navona, Watykanem i Piazza di Spagna. Zaglądałem do ulubionych sklepów, galerii i restauracji. Jadałem rzadko, za to serfowałem sobie frykasy, których w Polsce bym nie uraczył: saltimbocca (eskalopki cielęce), trippa alla Romana (włoskie flaki), buffala, pasta z homarem, prawdziwe włoskie lody. Chętnie powtórzyłbym taki wyjazd znowu, niby intensywne 48 godzin w Wiecznym Mieście, a wróciłem do Wrocławia wciąż pełen energii, która rozpierała mnie przez następne dwa dni i dwie noce.
W pracy od końca lipca trwa zastój, ale obiecują nam, że za tydzień lub dwa znowu nie będziemy wiedzieli w co ręce włożyć, że obecny stan to cisza przed burzą. Kolejny pracodawca ogłasza podział w wewnątrz organizacji a to oznacza bardzo dużo napięć, stresu, niewiadomych, ale i możliwości na zmianę. Nadchodzi bardzo intensywny okres pracy, który zdaje się potrwa kilkanaście dobrych miesięcy, co o dziwo w ogóle nie spędza mi snu z powiek. Na przekór doświadczeniom z przeszłości i zawodowym zobowiązaniom zaplanowałem sobie trzytygodniowy urlop w marcu, kupiłem bilet do Medellin by w marcu zjechać Kolumbię i dodatkowo w towarzyskie flamingów odpocząć kilka dni na plażach Aruby.
Od kilku lat miałem zwyczaj zapisywania na kuchennym kalendarzu wszystkich planowanych wyjazdów zarówno tych bliższych jak i dalszych. Łatwiej było mi ogarnąć terminy, zaplanować swoje wydatki, odwiedziny znajomych, wiedziałem kiedy jestem a kiedy na pewno nie ma mnie w domu. Nie inaczej było w tym roku. Pierwsza połowa roku minęła zgodnie z planem, ale od lipca rozpiska zaczęła się sypać.
Wpierw przez wypadek wypadł mi Tallin, potem niespodzianie Szwajcaria, ni stąd ni zowąd Rzym, w ostatnim momencie M nieoczekiwanie odwołał nasz urlop w Egipcie. Dziwnym trafem wszystko potoczyło się zaskakująco szybko, w wyniku czego nie miałem czasu na refleksję, że oto wszystko wali się jak domek z kart. Zostałem sam jak palec z przedpłaconymi rezerwacjami hotelowymi i biletami na samolot, których nie można było odwołać, z uzgodnionym z pracodawcą terminem urlopu, ale bez konkretnych planów. Momentalnie zagotowałam się, zdając sobie sprawę ile utopiłem pieniędzy, których nie będzie można odzyskać. Zamiast jątrzyć i wściekać się na M. minimalizowałem starty, pośpiesznie próbując zmienić daty wyjazdów albo odzyskać choć część z pięniędzy za hotele czy samolot.
Na pewno nie chciałem lecieć do Egiptu sam. Znajomi, których pytałem, nie mieli urlopu albo funduszy. Siedzenie w domu przez dwa tygodnie także nie przyprawiało mnie optymizmem.
Ostanie kilka weekendów to maraton fajnych spotkań, wyjazdów, wizyt, rewizyt i imprez.
Najpierw do Wrocławia zaprosiłem swoja siostrzenicę, która w lipcu dostała się do szkoły średniej. Jako dobry wujek uczestniczący trochę w podejmowaniu przez nią tego ważnego wyboru obiecałem zaprosić ja na kilka dni do siebie, żeby odstresowała się po trudach egzaminów ośmioklasisty. Jej mama dwoiła się i troiła, żeby jedynaczka jak najlepiej przygotowała się do egzaminów, zorganizowała liczne korepetycje i zajęcia dodatkowe, byleby tylko jej pociecha jak najlepiej zdała egzaminy i dostała wymaganą liczbę punktów. Nie rozumiem rodziców, którzy mają dla swoich dzieci zaplanowaną ścieżkę kariery na 30 lat wprzód, więc próbowałem przemycić w tych dyskusjach trochę własnego punktu widzenia, bo 15latka nie może wiedzieć, czy chce być lekarzem, prawniczką, dentystką, kosmonautką czy może influenserką albo żoną i matką piątki dzieci. W piątek po pracy odebrałem ją z dworca, zaciągnąłem do galerii zrobić zakupy ciuchowe w modnych sklepach, zaciągnąłem na kolację ze znajomymi. Żeby nie było, że jest tylko łatwo i przyjemnie znajomi mówili tylko po angielsku, więc jeśli chciała brać udział w rozmowach musiała ćwiczyć rozmówki inaczej zostałoby jej tylko trzepotanie sztucznymi rzęsami i epatowanie młodością. Dla dziewczynki, która chce być traktowana jak kobieta była to ciekawa lekcja odnalezienia się w międzynarodowym tłumie i muszę przyznać świetnie dała sobie z tym radę. Początkowo była nieśmiała, ale moi znajomi skracali ten dystans z każdą minutą, chętnie zadając jej masę pytań o cokolwiek, byleby tylko przełamała się i zaczęła rozmawiać. L. zachwycona była miejscem, które wybraliśmy na nasze wyjście, podobała jej się atmosfera, moi znajomi, zachwycała się słysząc różne języki i łatwość z jaką przechodziliśmy z angielskiego na polski, włoski i hiszpański. Dziewczyny komplementowały ją za figurę, sukienkę i naturalność, zaprzyjaźnieni koledzy Włosi nie szczędzili komplementów a ona czuła się częścią naszej ekipy. Nazajutrz pokazałem jej Wrocław, zabrałem na przejażdżkę katamaranem, interaktywną, multisensoryczną wystawę o van Goghu, kino 4D, wyciągnąłem na modne wśród młodzieży sushi, pokazałem parę fajnych miejsc w moim rodzinnym mieście. Na śniadanie zabrałem do najlepszej wrocławskiej śniadaniowni, gdzie nie wiedziała, czy najpierw robić zdjęcia wnętrzom, strzelać selfie, fotografować jedzenie czy obserwować elegancko ubranych ludzi siedzących przy innych stolikach. Zafundowałem prawdziwy ostrzał wrażeń.
Tak jej się ten pobyt spodobał, że po powrocie do domu nie mogła przestać opowiadać o atrakcjach, które zapewnił jej dobry (a od teraz ukochany i najulubieńszy) wujek. Obiecałem, że przed rozpoczęciem roku szkolonego zaproszę ją znowu i słowa dotrzymałem. Podczas gdy ona szykowała się na weekend w stolicy Dolnego Śląska, zorganizowałem jej dwudniowy wypad do Krakowa. Akurat przypomniałem sobie, że otworzyli tam nowy elegancki hotel i bardzo zależało mi, aby go jak najszybciej odwiedzić. Hotel zrobił piorunujące wrażenie na mnie – nie mówiąc o 15latce. Na dole w hotelu znajdował się piękny marmurowy basen ze strefą SPA a pokój mieliśmy tak ładny, że aż żal było nam go opuszczać. Podarowałem jej wizytę na Wawelu, maraton po muzeach czy wizycie w krypcie byłego prezydenta, w zamian za to zabrałem na przejażdżkę balonem, relaks przy basenie i kolację na Kazimierzu. Ostateczny efekt był piorunujący.
Długi weekend spędzam w stolicy Rumunii. Planowałem polecieć kilka tygodni temu, ale wypadek wymusił na mnie zmianę planów. Żeby zupełnie nie przepadł mi bilet i hotel zmieniłem rezerwacje na połowę sierpnia. Samolot wyleciał o zabójcze wczesnej porze 5 rano, kilka godzin przemęczyłem się w Warszawie by w południe wylądować na lotnisku Otopeni. Mój stary kierowca ucieszył się widząc mnie tutaj znowu, od lat wysyła mi życzenia na święta, śmiejąc się że ciagle zmieniam numer telefonu i już nie nadąża który jest aktualny. Miasto się zmieniło, niektóre znane miejsca przestały istnieć inne zmieniły właścicieli, charakterystyczna architektura kamienic wciąż cieszy oko tak samo jak widok młodych Katarczyków wystających przed kasynem i prowadzącymi się z prostytutkami.
Gdzieś kiedyś usłyszałem że stolica Rumunii to laboratorium architektonicznych zbrodni. Przewodnicy oprowadzający zagranicznych gości po Bukareszcie zawsze mają ten dylemat: pokazać Lipscănię czy nie? To w końcu ichniejsza starówka, ale czy ruina może mieć jakąkolwiek wartość turystyczną? Stan większości międzywojennych budynków jest zatrważający. Wielu nie da się oglądać, gdyż służą za stelaże ogromnych billboardów. Większość interesujących obiektów oznaczono czerwonymi tabliczkami informującymi o pierwszym stopniu zagrożenia sejsmicznego. Nasuwa się pytanie czy cokolwiek wartościowego tu jeszcze pozostanie? Bukareszt to taka hybryda złożona z porozrzucanych fragmentów kilku różnych miast. Zawieszony kulturowo pomiędzy Stambułem, szczyptą Paryża i głęboką komuną Bukareszt ma cechy zarówno zachodnioeuropejskiej metropolii, jak i chaotycznego tureckiego miasta.
Nie zapomnę kiedy pierwszy raz zobaczyłem co się tutaj wyprawia, kiedy grupa młodych Arabów przylatuje z Kataru na weekend. Wszedłem któregoś dnia do hotelu gdzie w lobby tłoczyła się cała grupa młodych mężczyzn, dziwnie przaśnie ubranych za to w same markowe ciuchy, głośno się zachowywali żeby nie powiedzieć, że jak jakieś bydło przyjechało. Nagle do lobby weszła piękna, bardzo atrakcyjna blondynka, elegancko ubrana, pachnąca, pokiwała porozumiewawczo a panowie jak jeden mąż rzucili się w jej stronę. Rozdawała im jakieś karteczki, pomyślałem że to ktoś sławny oferuje fanom autografy.
Pani z recepcji odwróciła się do mnie, przeprosiła za zamieszanie, skomentowałem, że rozumiem fanów, czasem każdy wariuje jak spotyka swojego idola znaną aktorkę albo celebrytę. Pani uśmiechnęła się, puściła mi oczko i skomentowała: – tak, to nasza „lokalna” celebrytka…
Agencje towarzyskie mają się bardzo dobrze w Bukareszcie, zwłaszcza gdy pojawiają się naiwni wygłodniali bliskości za to bardzo bogaci młodzi panowie z Bliskiego Wschodu.
Wielkie korporacje, na których z jednej strony wiesza się wszystkie wyzwiska, odmawiając humanizmu albo krytykuje się za twory niezdolne do wykorzystania ludzkiego potencjału i kreatywności. Mocno zhierarchizowane, bezduszne, z rozbudowanymi procedurami, zasadami i regulaminem na wszystko, wykorzystujące kapitał ludzki do cna.
Wiele osób ucieka z tego systemu w poczuciu bezsilności, sfrustrowania, zmęczenia, zagubienia i wyssania energii. Odchodzą szukając autonomii, pragnąc przestrzeni dla własnej indywidualności jak najbardziej optymalnej dla siebie.
Korporacje tworzą ludzie, oni w nich pracują. Z korporacji pochodzą dobre rozwiązania i praktyki, które stają się trendem i wzorem. To korporacje mogą eksperymentować z nowymi ideami, bo mają do tego zasoby: ludzi i pieniądze. Mniejszych organizacje nie stać na ponoszenie ryzyka. Łatwiej jest im zawsze naśladować sprawdzone rozwiązania.
Sam jestem człowiekiem korpo. Czytam o bezdusznych korporacyjnych o stereotypach i zwykle to po mnie spływa. Male firmy nieustannie dążą, by do korporacji wbić się ze współpracą. Jasne, że tak bo korporacje są wypłacalne i mogą dużo zapłacić. Kontrakty zawsze są tłuste.
Szkoły zarządzania uczą biznesu opisując praktyki korporacyjne. Sprawdzone w boju. Odwrotnie to nie działa. Nikt na uczelniach nie wymyśla zarabiania. Nie tam powstają firmy.
Istnieje druga strona wielkich firm: praktyki dobrego działania, skuteczności, ryzyka w innowacjach, stabilności finansowe i całej rzeszy super mądrych fantastycznych ludzi, którzy spełniają się, mają frajdę z pracy w takiej strukturze. To oni tworzą mikrospołeczności w ramach całej skomplikowanej struktury. Hierarchia struktury ma wady, jest upierdliwa, ale zapewnia przewidywalność i stabilność, eliminując błędy. Od każdego człowieka zależy ile życzliwości wniesie w swoją pracę. I bardzo często wnosi. Bo żaden system nie wymaga wprost, aby być bezwzględnym i nieludzkim.
W pracy kolejne zmiany. Szefostwo programu postanowiło przyjrzeć się zespołom i ludziom które w nich pracują i na początku lipca ogłosiło że niedługo zaproponują zmiany. Tak się i stało, wywalili mojego turbana z Indii, który od początku uprzykrzał mi życie telefonami o dziwnych porach i jeszcze dwóch innych Hindusów. Turban od razu po ogłoszeniu zmian zadzwonił do mnie, żalił się, próbując wybadać jak się czuję i co my teraz zrobimy. My? No u mnie nic się nie zmienia, dostałem nową rolę i dodatkowe obowiązki. Widząc że nie trafił na podatny grunt do wylewania gorzkich żali szybko zakończył naszą rozmowę i się rozłączył. Z Hindusami nikt nie chce u nas w programie pracować, komunikacja z nimi nigdy nie należy do prostych i lekkich, bo człowiek zawsze musi główkować co Rawindra Kumar czy inny Radżundrip chce powiedzieć bo oni nie potrafią normalnie zapytać albo poprosić zawsze musi to być okraszone przedziwnym słownictwem i wyrażeniami: revert back, prepone, it’s raining outside, doing the needful, what time do you close your shop today? – ile razy słyszę lub czytam podobne wyrażenia wiem że nadawca pochodzi z Indii. Dziwnie rozumieją opisywane problemy, jakoś tak interpretują inaczej. Że ja o jednym, oni niby o tym samym, ale jednak obok i ich rozwiązania są na zasadzie obchodzenia problemu, co jednak nie jest rozwiązaniem
Regularnie pojawiam się w biurze, bo praca w upały najlepiej wychodzi mi w pomieszczeniu klimatyzowanym. Dziś ostatni dzień przed weekendem. Byle do 16.30…
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.