Guatape

La Piedra Del Peñol, znana również jako El Peñol, El Peñón de Guatapé lub po prostu La Piedra to ogromny monolit skalny znaleziony w pobliżu wioski Guatapé w Antioquia w Kolumbii. To jedna z atrakcji, dla której zdecydowałem się właśnie na podróż do Medellin. Wg geologów kamień ma 65 mln lat a znajduje się niecałe 2 godziny drogi od Medellin. Chociaż istniały spory o własność skały między sąsiednim miastem El Peñol, skała znajduje się w gminie Guatapé. Widać nawet dwie duże białe litery, które są częścią niedokończonego graffiti, które określa roszczenia miasta.

Miałem trochę obaw czy nie będzie dziś padało ale od rana świeciło słońce. No może lekka przesada z tym świeceniem, ale było przyjemnie ciepło i nie lało. Wstałem wcześniej, żeby zejść na śniadanie i zdążyć przez chmarą amerykańskich studentów, którzy pojawili się niedawno w hotelu.

W Kolumbii prawie nigdzie nie można palić, w El Tesoro nie ma nawet wydzielonych stref dla palaczy, co jednych może wkurzać za to mnie nawet jest to na rękę. Żeby wejść na górę trzeba pokonać ponad 650 schodów a po papierosku to byłoby u mnie cienko z kondycją. Po drodze mijałem tęgich Amerykanów którzy zawracali po przejściu 100 schodków albo w połowie, bo kolana drżały im jak galareta. Wejście niby żadne halo, ale nie da się tam tak po prostu wejść bez chwili odpoczynku i złapania oddechu. Dla wygodnych istniała opcja przelotu helikopterem, ale chętnych jakoś nie widziałem. Szczyt zdobyłem w niecałe 20 minut, płuc nie wyplułem, ale trochę się przy tym zgrzałem.

Słońce jest tutaj bardzo zdradliwe. Niby 22 stopnie, chmury a znowu się dziś przysmażyłam. Jedną z najlepszych rzeczy do zrobienia w Guatape jest wędrowanie po wąskich uliczkach i placach między tęczowymi zocalos (panelami). Przemierzając to małe miasteczko, można podziwiać miejscowych delektujących się spokojną atmosferę oraz kawą na głównym placu. Miałem tutaj mnóstwo czasu akurat aby przejść się po brukowanej Calle del Recuerdo, znanej jako najpiękniejsza ulica w Guatape, wypić spokojnie kawę na Plaza del Zocalo, najbardziej kolorowym placu w mieście. W miasteczku pełno jest kolorowych kolumbijskich tuk-tuków.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na lunch nad jeziorem Guatape-Peñol, otoczonego bujnymi zielonymi wzgórzami. To, co czyni go tak wyjątkowym, to fakt, że ten ciekawie ukształtowany zbiornik wodny jest w rzeczywistości sztuczny, bo powstał w wyniku budowy zapory wodnej na rzece w latach 70-tych. Teraz tama ta jest odpowiedzialna za dostarczanie prawie 30% energii elektrycznej dla całej Kolumbii. Nad brzegiem jeziora podbudowały się piękne wille i nowoczesne rezydencje. Po tej w której nigdyś mieszkał Escobar pozostały tylko ruiny. Podróżując po okolicy mijaliśmy wycieczki autokarowe pełne spasionych Amerykanów i Meksykanów, którzy wylewali się jak szarańcza na każdym przystanku. W pewnym momencie naliczyłem ich siedem i miejsce zmieniło się diametralnie tracąc swój sielankowy urok.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 6 Komentarzy

Medellin

Niedzielę praktycznie przespałem umęczony podróżą i zmianą czasu. W ciagu dnia łapała mnie tak potworna senność, że zasypiałem niemal na stojąco, musiałem wracać wtedy do hotelu by na moment przyłożyć głowę do poduszki. Centrum handlowe El Tesoro gdzie znajduje się mój hotel zachwyca pięknymi scenicznymi widokami zza okien i tarasów. Największym minusem Parque Comercial El Tesoro jest …jego położenie, bo cały kompleks znajduje się wysoko na wzgórzach El Poblado i nie jest to najdogodniejsza lokalizacja chyba że ktoś lubi wspinaczkę.

W poniedziałek rano lało. Solidnie. Ściana deszczu, niebo było ciemne od chmur a ja szykowałem się na miasto. Minę miałem nie tęgą na samą myśl poznawania miasta przy tak przygnębiającej aurze. Artur zadzwonił, żebyśmy poczekali z wyjazdem do 11 i miał rację…

Comuna 13 niegdyś była jednym z najniebezpieczniejszych obszarów w Medellin, ale liczne projekty społeczne i seria zewnętrznych schodów ruchomych pomogły zmienić tę biedną dzielnicę w jedną z najbardziej kolorowych gmin w mieście. Odległość od centrum w połączeniu z charakterystyką terenu, specyficzną dla Medellin (czyt. wspinaj się godzinami pod górę) drastycznie ograniczały życiowe szanse mieszkańcom 13. dzielnicy. Położenie w tym przypadku było istotnym elementem, który prowadził do pogłębiania się biedy i nierówności społecznych, ze względu na naturalną izolację od miasta.

Przez całe lata 80. i 90. Comuna 13 była uważana za jedną z najniebezpieczniejszych dzielnic na świecie. Zdominowana przez brutalne organizacje zajmujące się handlem narkotykami, które wykorzystywały biedną, rozległą dzielnicę położoną na zboczu wzgórza jako drogę tranzytową z i do miasta. Służyła jako twierdza dla partyzantów, gangów i sił paramilitarnych. Ale sytuacja zaczęła się zmieniać w 2002 roku, kiedy prezydent Uribe rozpoczął Operację Orion, nalot na Comunę 13, na czele którego stanęło kilka tysięcy żołnierzy wspieranych przez helikoptery. To był brutalny i kontrowersyjny początek. Stutysięczna społeczność znalazła się w krzyżowym ogniu, co doprowadziło do zatrzymań, zaginięć i setek obrażeń.

W ciągu następnej dekady rząd zajął się ulepszaniem gminy, przebudową murowanych domów i budową domów kultury, ale niedostępność miejsca pozostała problemem. Tak oto w 2011 roku rząd zainstalował escaleras electricas, serię zewnętrznych schodów ruchomych, które rozciągają się na prawie 400m, łącząc części niegdyś chaotycznej i odizolowanej dzielnicy na zboczu wzgórza z miastem poniżej. Był to pierwszy na świecie przypadek inwestycji w schody ruchome w celach społecznych.

Schody ruchome dały mieszkańcom odzyskaną wolność i spowodowały całkowitą zmianę ich mentalności. Dzieci znów zaczęły bawić się na ulicach, a lokalni artyści poczuli się na tyle bezpiecznie, że mogli wyjść i rozświetlić okolicę. W rezultacie powstała jedna z najbardziej kolorowych gmin w Medellín. Obszar otaczający sześć zestawów schodów ruchomych jest teraz pokryty malowidłami ściennymi i graffiti, z jasnymi kolorami i sztuką uliczną zdobiącą ściany niegdyś pełne dziur po kulach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Medellin

Tak, jak się mogłem się tego spodziewać schody zaczęły się po wylądowaniu w Meksyku. Próbowałem dowiedzieć się u załogi Luftwaffe czy mam odebrać bagaż tutaj, przejść przez cło i od razu gdzieś go znowu nadać czy może będę musiał wyjść ze strefy przylotów, wjechać gdzieś na poziom odlotów i stanąć w kolejce z innymi pasażerami udającymi się z Meksyku do Medellin. Pan podniebny kelner nie wiedział, tzn. wiedział ale w trakcie rozmowy wyszło, że nie wie gdzie jest Kolumbia ani że Avianca jest częścią Star Alliance więc postanowiłem o nic więcej już go lepiej nie pytać. To chyba pokłosie pandemii. W samolocie cała obsługa jakby z poprzedniej epoki: same srebrne lisy i Dzidzie Piernik.

Wylądowaliśmy w Mexico City. Aby odebrać bagaż musiałem przejść przez kontrolę paszportową, dostać pieczątkę, dopiero wtedy mogłem odzyskać walizkę. Doleciała, połamana i popękana, ale nie ma tragedii. Próba rozmowy z kimkolwiek na lotnisku rozbiła się o język – tutaj wszyscy mówią po hiszpańsku. Poszedłem szukać kiosku odprawy bagażowej dla pasażerów przesiadających się, szedłem wg znaków ale spotkało mnie przykre rozczarowanie. Miły starszy pan pokazał mi palcem by wyjść z hali przylotów, wjechać na górę i poszukać stanowiska lini Avianca. Znalazłem, ale odprawę otwierano dopiero za 2 godziny więc sobie postałem grzecznie w kolejce. Ludzi była cała masa. Policja chodziła między nami i pilnowała porządku, żebyśmy stali w jednym wężyku i nie blokowali wejścia do terminala. Pani na odprawie coś do mnie mówiła ale tylko po hiszpańsku, sprawdziła mi certyfikat szczepienia, wzięła bagaż, wydała kartę pokładową po czym na ponad 2,5 godziny wysłała na bardzo niewygodną ławkę, bo samolot odlatywał dopiero 40 minut po północy. Zmęczenie i niewyspanie coraz bardziej dawało mi we znaki. Nim wsiedliśmy w końcu do samolotu, który miał zabrać nas do Medellin dwa razy wołali mnie do bramki: raz przez pomyłkę bo nijaka Loretta mnie z kimś pomyliła, potem drugi raz, bo nastąpiła niespodziewana zmiana miejsc i voila posadzono mnie w jednym z pierwszych rzędów. Latając Aviancą trzeba liczyć się z koniecznością założenia maseczki, w sumie było mi już wszystko jedno, chciałem usiąść w fotelu i móc zamknąć oczy. Lecieliśmy w całkowitej ciemności i ciszy, nie podawali ani wody ani przekąsek, 200 osób w maseczkach pogrążonych we śnie, jakbym leciał w zamkniętej mogile.

W Medellin o 6 rano była mgła, 14 stopni i lekko mżyło. Wziąłem taksówkę byleby jak naszybciej dotrzeć do hotelu. Pierwsze co zobaczyłem po wejściu do pokoju na 10. piętrze hotelu to piękny widok z okna. No to zaczynam urlop!

Opublikowano podróże | Otagowano , | 9 Komentarzy

Powrót do starych zwyczajów

Po dwóch latach okresu pandemii i związanym z nim ograniczeniach w swobodnym podróżowaniu, zamknięciu krajów, konieczności robienia testów – z radością przyjąłem wiadomość, że coraz więcej krajów otwiera się na turystów, systematycznie znosi obostrzenia i znowu bez obaw można kupić bilet na samolot. Byłem tak głodny dalekich i egzotycznych wojaży, że w listopadzie kupiłem w promocji bilet do Kolumbii i ekscytowałem się jak dziecko odliczając tygodnie do wylotu. To nic że w międzyczasie Luftwaffe trzykrotnie zmieniało godziny wylotu i przylotu a nawet wymusiło na mnie zmianę daty powrotu. Z zaplanowanego na 2 tygodnie wyjazdu zrobiło się nagle 3 ale przecież to nie katastrofa.

W piątek w ostatnim dniu pracy przyszedłem do biura bardzo wcześnie, plan był następujący: doprowadzić do końca kilka spraw, pożegnać się z K, zjeść lunch w towarzystwie Sekretariatu Trzeciej Rzeszy i wrócić do domu by dokończyć pakowanie. Nastąpiła mała zmiana planów bo o 6 rano wyłączyli mi wodę w mieszkaniu, na chwilę przypomniały mi się czasy komuny po czym obleciał mnie strach, że ot zostałem skazany na mycie i golenie w butelce gazowanej Staropolanki pojemności 0,3l. Drugą opcją był karton mleka owsianego, bo przed urlopem opróżniłem całkowicie zawartość lodówki. Jak nie było wody to zatrzymało się pranie oraz stanęła zmywarka, widmo braku czystej odzieży na wyjazd stanęło mi przed oczami.. Tak oto mój poranek zaczął się lekko stresująco, ale przed 7.30 wszystko wróciło do normy a oto ja czysty i pachnący wkroczyłem dumnie do biura. Z zepsutej maszyny zrobiłem sobie kawy tzw. kaputtcino zasiadłem do maili i odprawiłem się na samolot. Sekretariat Trzeciej Rzeszy zmył mi głowę, że robię pranie na ostatnią chwilę, że pakowanie powinienem był zacząć tydzień wcześniej, że jestem zbyt lekkomyślny bo nie pozwalam matce zająć się mieszkaniem podczas mojej nieobecności, sukulenty uschną i na pewno rura pęknie, sąsiada zaleję albo on mnie, wybuchnie pożar, spięcie w kontakcie się zrobi a tu nikogo ni chu chu. Tak już mam że bardziej nie lubię gdy ktoś grzebie mi po szafkach, przestawia rzeczy, dotyka a potem nie odstawia przedmiotów na swoje miejsce, robi porządki w szafkach na swoją modłę.

Maile porobiłem, ustawiłem autorespondera, wydrukowałem wszystkie rezerwacje, bilety i vouchery. Zacząłem szykować się do wyjścia jak Luftwaffe wysłało mi wiadomość, że mój lot do Frankfurtu właśnie został anulowany. Szczęśliwie za pierwszym razem udało mi się dodzwonić do biura obsługi klienta gdzie miła pani oznajmiła mi że mają ostatnie 6 wolnych miejsc na lot o 6.30. Zgodziłem się, choć oznaczało to dla mnie bardzo krótki sen przed bardzo długą podróżą.

Dziś rano tak wiało nad Wrocławiem, że pomyślałem sobie że nigdzie już nie polecimy. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło. Dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie jaką głupotę zrobiłem godząc się na lot do Medellin z przesiadką w stolicy Meksyku. Zamiast lecieć krócej przez Bogotę będę warował po 4-5 godzin najpierw we Frankfurcie, potem w Meksyku i jeszcze bagaż nagle kazali odebrać mi w Meksyku i nadać go znowu bo to Avianca i lot odbywa się po północy jak nic 36 godzin podróży wliczając dojazd z/na lotnisko, lot i przesiadki. Przygoda goni przygodę z tym wyjazdem, bo nic z moich planów nie jest tu oczywiste.

Na lotnisku we Frankfurcie nie byłem chyba z lata świetlne, nic się nie zmieniło wciąż te przydługie korytarze i konieczność przechodzenia kilometrowymi tunelami ciągnącymi się pomiędzy terminalami. Za to nigdy nie lubiłem tego właśnie lotniska. Dziś jednak kroczyłem pokornie z tłumem innych podróżujących odgrzebując zardzewiałe wspomnienia dobrze znanych mi starych kątów. Dziś dodatkowo nie działa winda i do bramek Z trzeba było zaiwanić kilka pięter pieszo po schodach.

Jestem w połowie drogi, gdzieś nad Zatoką Meksykańską, oczy mam suche ze zmęczenia i niewyspania. Jak pomyślę że czeka mnie jeszcze ponad 10 godzin podróży robi mi się słabo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

koniec roku 2022

Ubiegły rok pełen był niespodzianek, wiele z planów nie doszło do skutku, niespodziewanie zmaterializowały się te, o których zdążyłem z biegiem lat niemal zapomnieć.

Wróciłem do podróżowania, skupiłem się na sobie, na dawaniu sobie tego czego najbardziej mi brakowało i ruszyłem do przodu, odkryłem Lupine Travel i jakbym nabrał wiatru w żagle.

Zrozumiałem, że odnajduje się w ciszy i spokoju. Z upływem czasu doszedłem do wniosku, że lepiej nie analizować spraw i rozdrapywać ran, które jeszcze się nie zagoiły, boje się że jeśli zrobię to teraz i rozłożę historie na czynniki pierwsze to wpadnę potworną melancholię a na to nie mam ochoty.

8 Komentarzy

Moje marzenie o wolności

Od kilku miesięcy bardzo dużo pracuję, uczę się, czytam, robię certyfikaty, o wiele więcej się przemieszczam. Odwiedzam stare kierunki, zwiedzam nowe miejsca, organizuję sobie czas tak byleby nie zostać za długo w domu.
Dystansuję się, stałem się małomówny, chłodny, niechętny do jakichkolwiek kontaktów.

Irytuje się, gdy znajdę się w tłumie czy to na zatłoczonym lotnisku, czy w tłoku środków komunikacji miejskiej, denerwuje mnie namolne zbyt głośne gadanie w komunikacji publicznej a nawet nadmiar spacerowiczów w miejskim parku.
Aktualnie mam potrzebę odpocząć od jakichkolwiek oczekiwań życia towarzyskiego, mam ochotę spędzić czas w jakiejś bezludnej krainie, pełnej ciągnących się bez końca pustych plaż, pastwisk, kamieni albo łąk, wiatraków i lasów, gdzie mógłbym godzinami jeździć na rowerze, uciekać od towarzystwa i samotnie kąpać się w morzu albo na basenie.

Chciałbym znaleźć miejsce albo miasto, które tętni ciszą. Tęsknię czasem za takim samotnym spędzaniem czasu, rozkoszuje się nim celebruję każdą sekundę.
Z perspektywy lat dostrzegłem, że trudno byłoby mi funkcjonować bez takiego łagodnego stanu osobności, w którym nikt ani nic nie przerywa moich myśli, nie rozprasza mojej uwagi, bo czasami mam ochotę skupić się wyłącznie na sobie i nie doświadczać nadmiaru bodźców. Z wiekiem coraz lepiej rozumiem, że na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy zawsze sami, a nie jakimś innym nigdy. Kiedy podróżuję w pojedynkę spotykam zupełnie nowych ludzi, ląduje w jakimś zupełnie nieoczekiwanym towarzystwie. Takie wyzwania lubię o ile znajduję dużą dozę autonomii indywidualnej, bo nie szukam wzajemnych zobowiązań, jakichś długów wynikających z tego, że ktoś mi w czymś pomógł.

10 Komentarzy

Czas nie czeka i świat nie czeka

Nie mam ostatnio weny na pisanie. Codzienne życie kręci się wokół pracy i spotkań ze znajomymi. Żeby zupełnie nie zgnuśnieć i cofnąć się intelektualnie funduję sobie weekendy w nieznanych miejscach tudzież chodzę do teatru czy kina. Nie dopadł mnie żaden wielki smutek po prostu nie czuję potrzeby przelewania myśli na papier. Przestałem latać do domu w Szwajcarii, ograniczyły się nasze kontakty z M. Nie cierpię i nie katuję się myślami po prostu idę dalej. Nie jestem specjalistą, nie szukałem pomocy ekspertów, w głowie mi się samo poukładało, poszedłem w interpretację pt. że to on mnie stracił a nie ja jego i zająłem się sobą. Coś się skończyło, ale też coś się zaczęło. Czas nie czeka i świat nie czeka. Najgorsze co mógłbym sobie robić to kierować się lękiem. Nie mogę pójść w interpretację pt. nie poradzę sobie, już nikogo takiego nie spotkam. Nie mam pojęcia czy już nikogo takiego nie spotkam, nie mogę przewidzieć przyszłości, to jest nielogiczne. Aktualnie skupiłem się na sobie, na dawaniu sobie tego czego najbardziej mi teraz brakuje i poszedłem do przodu. Myślę że czas zrobi swoje o ile to przepracuję.

Otagowano | Możliwość komentowania Czas nie czeka i świat nie czeka została wyłączona

weekend z 1899

Przez weekend wzięło mnie na oglądanie serialu. Żeby całego dnia nie spędzić leżąc w łóżku, przy okazji wziąłem się za drugą przyjemną w życiu rzecz czyli prasowanie. Miałem tego całą stertę, plus 16 koszul i kilkanaście ręczników. Prawdziwa uczta i blogi relaks!

A serial bardzo mnie wciągnął. 5 odcinków obejrzałem pod rząd.

Płyną sobie statkiem zapominalska ruda, Chinka udająca Japonkę, dwaj geje, z których jeden udaje księdza, Murzyn i Polak. Jest też trzeci gej, ale on się waha, bo jego mama jest religijną fanatyczką i w ogóle ma nie po kolei. I tak sobie płyną, a Polak sypie węgiel do kotła i co jakiś czas przerzuca wajchę, która się zacina. W końcu spod lady wychodzi chłopiec-niemowa i płacze. Dla miłośników piramid jest piramidka, dla fanów „Matrixa” wybór pomiędzy białym lub czarnym zastrzykiem, a dla widzów zafascynowanych serialem „Dark”, raczkowanie po ciasnych przejściach donikąd. Generalnie najpierw chodzi o to, żeby ruda sobie przypomniała, ale ostatecznie okazuje się, że nie musi, bo ma męża, a ten pamięta i ogarnia za pomocą pilota. Wszyscy się obijają po kajutach, czasem tłuką po twarzach, kłócą, płaczą, skaczą za burtę i wspominają, jak niefajnie było na lądzie. Dialogi kręcą się wokół tak fundamentalnych kwestii jak: „O co chodzi?”, „Gdzie my jesteśmy?”, „Co tu robisz?”, „Co to jest?”, „Gdzie jest kapitan?”, „To niemożliwe”, „Mylisz się, wszystko jest możliwe”, „Nie, to zdecydowanie niemożliwe”, „Przypomnij sobie”, „Nie pamiętasz?”, „No, jednak nie pamiętam” itp. Całość okraszona starymi piosenkami, które dla młodszej części widowni mogą się okazać muzycznym odkryciem.

4 Komentarze

Bejrut – dzień 5

Byblos niespełna godzinę jazdy na północ od Bejrutu. Miejsce to jest jednym z najstarszych nieprzerwanie zamieszkałych miast na świecie, zamieszkane było od czasów neolitycznych, w czasach Fenicjan stanowiło główną osadę handlową w rejonie, z której sprowadzano do Grecji między innymi papirus, od którego wzięła się nazwa miasta. Byblos słynie ze świetnie zachowanych zespołów archeologicznych pochodzących z różnych epok, od czasów neolitycznych do wczesnego średniowiecza. Stanowiska te wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kolejny punkt, który koniecznie trzeba zobaczyć odwiedzając Liban. Zamek z okresu krucjat krzyżowców przylegające do niego stanowiska archeologiczne, z ruinami świątyń i obelisków itd. itp.

A w rzeczywistości? To po prostu jedno z najpiękniejszych nadmorskich miast Libanu! Zabytki, imponująca architektura, niezliczone kościoły, restauracje, bary i plaże!  Byblos ma to wszystko! Tam było tak pięknie, że od razu poczułem się, że oto właśnie jestem na urlopie. Ekipa pozostała niezmienna, wyczuwało się luz i gołym okiem widać było jak zgraną grupą staliśmy się  przez te kilka dni. Do tego stopnia, że po powrocie do Bejrutu wieczorami wychodziliśmy jeszcze coś zjeść albo na przysłowiowego jednego drinka.

Bejrut w ciągu dnia wydaje z siebie odgłos bzyczenia wielkiego ulu, jeśli doda się do tego świadomość jak ciężko obecnie żyje się ludziom w Libanie, jak bardzo są tym faktem zmęczeni i rozgniewani to odnosi się wrażenie, że człowiek przebywa się w miejscu, które lada moment może eksplodować. Dosłownie.

Mogłoby się wydawać, że stolica jest cicha i pusta, czuć tylko zapach spalin, ale widać niekończące się korki, obłąkany ruch, słychać odgłosy klaksonów i zbyt głośno puszczanej muzyki. Dodatkowo mieszkańcy mają prąd niekiedy przez godzinę dziennie, w nocy gdzieniegdzie panują egipskie ciemności, drogie, markowe sklepy i 5* hotele są pozamykane. Często spotykany widok to także taki: lokale są otwarte lokale, ale nikt w nich nie je. Otwarte są też sklepy, ale nie ma w nich klientów. Tam gdzie jest jasno i pulsują neony stoją generatory prądu, którymi zarządzają prywatni właściciele. Ponieważ są nielegalne ich właściciele sami narzucają wysokość rachunków za prąd, mieszkańcy zmuszani są podpinać się pod nie, bo na państwowego dostawcę nie ma co liczyć. W rezultacie płacą dwa rachunki. Prądu brakuje na każdym kroku. Waluta Libanu mocno straciła na wartości prawie 100%, Paryż Bliskiego Wschodu albo Szwajcaria Bliskiego Wschodu to nieadekwatne, przestarzałe określenia kraju i jego stolicy. W skutek szalejącej inflacji wszystko podrożało o kilkaset procent, a zarobki pozostały te same.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Bejrut – dzień 4

Po śniadaniu pojechałem w kierunku doliny Nahr al-Kalb, 20 km za miasto do miejscowości Jeita odwiedzić krasowe jaskinie wapienne i libański cud natury. System jaskiń zwiedza się łodzią ponieważ przepływa przez podziemną rzekę, która dostarcza świeżą wodę pitną ponad milionowi Libańczyków. Największą atrakcją jest podziemne jezioro o pięknej, lazurowej wodzie oraz najwyższy stalaktyt świata liczący ponad 8 metrów. Na wycieczce znowu spotkałem się ze swoją ekipą i znowu było wesoło. W jaskini nie wolno robić zdjęć, pilnują tego strażnicy a dodatkowo przed wejściem aparaty oraz komórki należy oddawać do depozytu. Juan przemycił jednak swoją drugą komórkę i w ten sposób udało się nam zrobić pamiątkowe zdjęcia. W grupie raźniej.

Nie spodziewałem się, że Liban tak bardzo mi się spodoba. Poruszanie się po kraju jest bezproblemowe, czasami zatrzymywani jesteśmy przez wojsko na rogatkach kontrolnych, ale bardziej doskwiera mi wyboistość dróg. Co jakie czas wyskakujemy w powietrze, żeby później z impetem wylądować na tak nieźle poobijanych już czterech literach.

Odwiedziliśmy Tyr i Sydon. Już o 10 było tak potwornie gorąco, że stojąc w pełnym słońcu podziwiając Pałac na Wodzie marzyłem tylko o powrocie do klimatyzowanego pomieszczenia. Niby październik najlepszy miesiąc na zwiedzanie tego kraju, ale w tym roku temperatury oszalały a wilgotność jest nieznośna. Zwiedzamy bez narzekania, ale po każdym spływają olbrzymie krople potu, słuchanie opowieści przewodników jest wprost nieznośne. Kolejne starożytne miasto, kolejne ruiny, porozrzucane kamienie, nekropolie, łuki triumfalne, termy, kościoły, święte obrazy, nawiązania do Biblii, UNESCO. Poznawanie kraju wymaga poświęceń.

Karmią nas tutaj tak dobrze, że wieczorem po powrocie do hotelu nigdy nie jestem głodny i nie potrzebuje chodzić na kolacje. Tylu rodzajów shawarmy nie doświadczyłem nigdzie przedtem, na dodatek tabouleh, labneh, kafty, fattoush, sałata tymiankowa, humusy, falafele, kebaby – istne obżarstwo i prawdziwa uczta dla podniebienia.

Jedynie wieczorem leżąc w łóżku, w klimatyzowanym pokoju cieszę się, że tutaj przyjechałem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze