Berno

Berno stolica, miasto ambasad i konsulatów, porozumieć się tutaj po angielsku na ulicy czasami bywa utrapieniem. W sklepach mówić nie chcą, na ulicy tez różnie z tym bywa, najłatwiej w hotelu albo restauracji.

Wiem ze Szwajcarzy mówią po angielsku, z jakiegoś powodu niechęć do tego języka jest większa w Bernie, bo nigdy nie miałem tego problemu w Bazylei, Zurychu czy Genewie.

Pracując zdalnie nie musiałem nawet prosić o urlop, by móc tutaj przyjechać. To jedna z niewielu zalet sytuacji epidemicznej. Wstaję rano, robię nam kawę, po czym siadam do komputera. Dookoła wszystko zdaje się być inne, od tego do czego zdążyłem przyzwyczaić się pracując w domu w Polsce. Za oknem słońce, w oddali ośnieżone szczyty Alp, na niebie raz po raz widać balony. Przy takiej pogodzie sezon na latanie balonem ma się bardzo dobrze.

Po 14 z pracy wraca M, robię sobie przerwę, by potem wrócić do zawodowych obowiązków. Wieczorem wraz z zamknięciem klapy od laptopa wychodzę z domu spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi. Odwiedzamy dobrze znane mi bary i kawiarnie, a jedyne co burzy mój dobry nastrój to widok rachunku na koniec biesiady.

K. zaprosiła mnie do siebie do domu, przygotowała obiad, siedzieliśmy na tarasie sącząc gin z tonikiem wspominając dawne czasy. Nie byłaby sobą gdyby znowu nie zaczęła namawiać mnie na wspólny wyjazd do Dubaju. Od października rusza EXPO i jestem prawie przekonany, by już teraz kupić bilet na luty.

Upały zelżały, jest słonecznie, ale z nieba nie leje się żar. Jest tak jak lubię.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

Smacznego

Przeglądając stare pendrive’y znalazłem folder ze zdjęciami i filmami, które myślałem, że w zamieszaniu przeprowadzek, pakowania kartonów bezpowrotnie straciłem.

Mój kolega, który od kilku lat mieszka w Melbourne wprosił się kiedyś, żeby przylecieć do mnie do Seulu. W podobny nieplanowy sposób spotkaliśmy się też wcześniej na Fidżi i w Perth i było tak fajnie, że ucieszyłem się, gdy rzucił ten pomysł na tapet. Byłem przyzwyczajony do podróżowania solo, całkiem dobrze odnajduję się w najbardziej egzotycznych miejscach świata, łatwo zapoznając nowych znajomych czy nawet kompanów dalszych podróży. Do tej pory nie spotkało mnie z tego powodu nic nieprzyjemnego, chociaż może kilku freaków by się znalazło, gdyby tak się głębiej zastanowić…. Wracając jednak do kolegi, drewna do lasu wozić nie potrzebuję, ale że J. widuję raz na ruski rok, podobnie jak jak pochodzi z Wrocławia, a towarzyszem podróży jest w punkt, radości nie było końca. Pamiętam, że przyleciał kilkanaście godzin przede mną, zameldował nas w hotelu, dzięki czemu lądując w Seulu o 9 rano nie musiałem czekać na pokój, wieczór wcześniej obczaił dla nas restauracje i bary w okolicy, ogarnął nawet transport publiczny i pobliskie atrakcje turystyczne więc pomoc okazał niezmierną.

Pierwszego wieczoru poszliśmy do malej knajpy niedaleko naszego hotelu w Myeongdong. Na zewnątrz obskurna, kilka plastikowych krzeseł i stołów rozłożonych przypadkiem jakby przez wiatr. Menu całe po koreańsku, za to z obrazkami więc nie musieliśmy się gimnastykować próbując złożyć zamówienie. Prócz typowo wyglądających dań wypatrzyłem zupę z jedwabników.

Na początku się wahałem, ale suma summarum wygrała ciekawość i pół godziny później wylądowała przede mną olbrzymia miska oryginalnej strawy. J. lekko mdliło na widok gdy moja łyżka nieśmiało mieszała i przelewała robaczki w tej dziwnej strawie, ale dzielnie powstrzymywał się od obrzydliwych komentarzy. Smak nie był zły, czułem jakbym jadł coś co przypomina wątróbkę, wióry drewna i papier, nie przeszkadzał mi odgłos chrupiących odwłoków ani widok małych główek. Od co po prostu coś innego. Podobno nie można ich zamówić na każdym rogu, później kolega Koreańczyk mówił mi, że głównie zamawia je starsze pokolenie i miałem szczęście, że znalazłem miejscówkę oferujące to danie.

Opublikowano podróże | Otagowano | 8 Komentarzy

Narzekam na…

…upał, bo jest nieznośny, dodatkowo się we znaki daje wysoka wilgotność powietrza. W domu pozasłaniałem wszystkie okna, nie oddalam się zbytnio od wentylatora, biegam w samych spodenkach, piję dużo wody i raz na jakiś czas chłodzę się lodowatym prysznicem, inaczej ugotowałbym się we własnym pocie. M. śmieje się ze mnie, bo to pierwsze słoneczne dni od początku lata, wcześniej ciągle padało albo było zimno. Jeśli utrzyma się to dłużej, pójdę kąpać się w lodowatej Aarze, bo to zawsze działało.

Spotkałem się dziś na lunch z W. Jedna z wielu zupełnie przypadkowych znajomości, które trwają do dziś. Połączyła nas Polska i fakt, że emigracja rzuciła nas do Szwajcarii. Przyjechała z Biel – największego dwujęzycznego miasta w Szwajcarii – w którym nota bene nigdy nie byłem, choć oddalone jest niecałe 30 minut jazdy pociągiem. Biel jest największym miastem w Szwajcarii, w którym zarówno język niemiecki, jak i fracuski są równouprawnione i w tym samym stopniu użytkowane. Tutaj można poczuć wyluzowaną atmosferę, która tworzy się właśnie w miejscu, gdzie mówi się w obu językach. Miasto jest tradycyjną metropolią zegarkową, gdzie pielęgnowana jest nadal rzemieślnicza produkcja zegarków: Swatch, Rolex, Omega, Tissot, Movado i Mikron, które mają tutaj swoje siedziby.

Poszliśmy do San Gottardo, bo to jedne z niewielu miejsc gdzie nie zamykają kuchni o 14.00. W wyglądają kwitnąco, ze swoim dziewczęcym uśmiechem i piersiami podskakującymi niczym balony, nie było faceta, który by się za nią nie popatrzył. Siedzieliśmy w moim dawnym ulubionym NordSud, którego już nie ma, zmieniła się nawet kuchnia. Opowiedziała mi o swoich wyjazdach, nieudanych relacjach, rozstaniach, depresji, nowym pracodawcy, pracy w szpitalu w okresie pandemii i zmianach, które w nim ostatnio zaszły. Definitywnie nie zamierza wracać do Polski, bo pomimo zawirowań jest jej tutaj znacznie lepiej niż w rodzinnym kraju.

5 Komentarzy

Berno

Fajnie jest wrócić na stare śmieci. Nie było mnie tutaj prawie rok a dom wydaje się nie do poznania. Wczoraj ciągle czegoś szukałem, swoich okularów, butów, świeczek zapachowych, ręczników, starych dokumentów, szklanek, deski do krojenia, garnków bo M. przearanżował wszystko nie do poznania. Na początku nawet mnie to bawiło i uśmiechałem się pod kosem, za każdym razem gdy nie odnajdowałem przedmiotów na swoich dawnych miejscach ale z czasem zacząłem delikatnie kląć na te czystki. Po powrocie z pracy M. pokazał mi na nowo co gdzie się znajduję, więc dziś rano spokojnie mogłem zrobić śniadanie bez gorączkowania się, że znowu nie mogę czegoś znaleźć.

Jest słoneczny weekend, po południu umówiłem się ze znajomymi na pogaduchy na mieście. Do tego czasu głównie się relaksuję, robię sobie prasówkę i czytam co słychać w Szwajcarii.

Szwajcarskie związki zawodowe domagają się podwyżek płac w 2022 r. we wszystkich sektorach, z większymi wzrostami dla pracowników w sektorach, które pomogły przetrwać pandemię i napędzają ożywienie gospodarcze. Ogólna korekta kosztów utrzymania wszystkich pracowników jest konieczna, aby utrzymać siłę nabywczą i wspierać konsumpcję prywatną. Podwyżki płac są również ważne, aby móc szybciej przezwyciężyć kryzys. Uważa się, że gospodarka szwajcarska jest na dobrej drodze do „energicznego ożywienia” w tym roku, a prognoza wzrostu PKB została niedawno podniesiona do 3,6%.

Związki chciałby, aby wynagrodzenia wzrosły o 1,75% w bankowości, ubezpieczeniach, technologiach informacyjnych i komunikacyjnych, farmaceutykach i chemikaliach. Wezwali do mniejszych podwyżek do 1% dla transportu lotniczego i administracji publicznej. Rekomendowane podwyżki w innych sektorach – w tym zdrowia i edukacji – wypadają pośrodku.

W 2020 r. w szczególności banki, a także branża ubezpieczeniowa i teleinformatyczna osiągnęły zyski pomimo kryzysu, podczas gdy sektory o niskich płacach odczuły spadek sprzedaży i brakujące zamówienia. Starają się zwrócić szczególną uwagę na te sektory, aby różnice w wynagrodzeniach nie pogłębiały się dalej. Związki zwróciły również uwagę na potrzebę podniesienia płac w sektorze opieki zdrowotnej, który odczuł największy ciężar pandemii w obliczu niedoboru wykwalifikowanych pracowników, oraz w sektorze detalicznym, w którym pensje od lat są chronicznie niskie. Nie zrealizowały się najgorsze scenariusze dla rynku pracy. Jednak bezrobocie jest nadal o około 35% wyższe niż przed kryzysem. Ponadto wielu pracowników musiało zrezygnować z dochodów z powodu skróconego czasu pracy. A rosnąca inflacja zagraża ich sile nabywczej.

Czasem kusi mnie, żeby tu wrócić i poszukać sobie zajęcia. Perspektywa lepszych zarobków i wyższego standardu życia nęci, ale jak widzę ceny, usłyszę charczący szwajcarski, zobaczę niektórych sąsiadów to wracają wszystkie dawne złe wspomnienia i zaraz odechciewa mi się tego pomysłu.

Otagowano | Dodaj komentarz

Mam wenę to piszę

Na lotnisku wcale pustek nie widać, bynajmniej. Do odprawy bagażowej ciągnął się niezły sznureczek kilkunastu osób, podobnie już za strefą bezpieczeństwa, w loungu tłumy a samolot do Zurychu był pełen. Wygląda jakby wszystko wróciło do normy tylko obowiązek noszenia maseczek przypomina, że wciąż żyjemy w czasie pandemii.

Miłe uczucie znowu móc pakować się i jechać na lotnisko. Wypadłem z wprawy, bo kiedyś potrafiłem spakować się w kwadrans a dziś rano guzdralem się, bo wciąż o czymś sobie przypominałem. Nie zdążyłem zjeść śniadania dlatego w loungu wsunąłem parę mini kanapek okraszając je lampką wina.

W samolocie ścisk, odzwyczaiłem się od bólu w kolanach od siedzenia w niewygodnej pozycji, w pociągu dzikie tłumy wracające z pracy i jak zwykle brak klimatyzacji, gotowaliśmy się wszyscy, bo do Szwajcarii wróciła fala upałów.

Opublikowano podróże | 2 Komentarze

13. piątek

… przesąd uznający dzień za pechowy, kiedy piątek wypadnie w trzynasty dzień danego miesiąca. Przesąd spotykany jest w wielu krajach. Tego dnia unikamy rzeczy, które zwykle przynoszą pecha, bo ich działanie jest magicznie wzmocnione. Nie przechodzimy więc pod drabiną, staramy się, aby czarne koty nie przebiegały nam drogi z prawej strony na lewą. Szczególnie czujnym należy być, jeśli dodatkowo na nasz piątunio nałoży się pełnia Księżyca.

A ja wczoraj byłem na mega fajowej imprezie która trwała do 3 ranem, rano nie bolała mnie głowa, kupiłem bilety do Tallina na wyprawę z plecakiem dookoła Estonii, wynająłem mieszkanie parze Górali zanim zorganizowałem w nim remont, dziś dzwonili do mnie z „Building a Better Working World” i zaprosili na pierwszą rozmowę, test na covid wyszedł mi negatywny, wyspałem się pomimo krótkiego snu, spakowałem, zimno z ust mi zniknęło, świeci dziś piękne słońce, orchidee kwitną jak oszalałe a teraz jestem w drodze do Szwajcarii i wieczorem zobaczę się z M. Nawet samolot nie ma opóźnienia!

Opublikowano podróże | 6 Komentarzy

pisane na bieżąco

Po wyprowadzce pani flei kilka razy przyjeżdżałem oglądać demolkę, którą po sobie zostawiła w wynajmowanym mieszkaniu, próbując po pierwsze zaakceptować zaistniałą sytuację a po drugie nastawić się do tematu zadaniowo albo jak kto woli ogarnąć jej burdel i śmietnik. Nie wiem jak kobieta potrafiła żyć w ogóle w takim syfie i rozgardiaszu i nie chcieć przejechać mokrą szmatą chociaż raz podłogi czy parapetu. W kuchni wszystko się kleiło do tego stopnia, że najłatwiej było mi po prostu wrzucić wszystkie sprzęty i naczynia do worka i wynieść na śmietnik. Na ścianach pojawiły się zadrapania, plamy, na oknach pokryta pleśnią fuga. Pralkę udało mi się doprowadzić do stanu używalności po jednym praniu w bardzo wysokiej temperaturze z dodatkiem tabletki do zmywarki i octu. Meble z salonu, wybebeszoną sofę i pogryzioną ławę oddałem do utylizacji, chemicznie wyczyściłem materac i łóżko, przez niegdyś czarną szybkę piekarnika znów można zobaczyć co piecze się w środku. Zniknął dziwny zapaszek unoszący się w pomieszczeniach, wyrzuciłem dziurawe wiadro na śmieci, połamaną suszarkę, elektryczny czajnik, talerze i inne naczynia byleby nie musieć już ich oglądać. Na allegro kupiłem parownicę dzięki, której udało mi się przywrócić faktyczną biel fugom na kaflach w łazience i na panelach na podłodze. Dokupiłem połamane szuflady do zamrażarki i doczyściłem lodówkę. Łazienka przestała wyglądać jak toitoi po nocnej studenckiej imprezie i nabrała dawnego blasku.

Ten wynajem nie zapowiadał kłopotów. Baba zapłaciła kaucję, potem co miesiąc regulowała umówioną kwotę za czynsz, wydawało się że wszystko jest w porządku. W zeszłym roku kiedy wszedłem do środka, by przedłużyć umowę wszystko wydawało się cacy, ale rok później  przeżyłem szok. Śmieci wszędzie, kuchenka, pralka, zlew lepiły się od warstwy zaschniętego tłuszczu, meble rozklekotane do tego stopnia, że nie dało się na nich usiąść. Popękane meble, witryny, umywalka, wanna wyglądała jakby nie były myte od roku, wszędzie brud, zapełniłem nim dwie torby od odkurzacza. Okruchy, sierść, puste opakowania to wszystko zmieszane z pościelą i jej rzeczami. Podłoga i ściany poplamione, w piekarniku zeschły tłuszcz. Straty na kilka tysięcy, ale jedyne co mogę zrobić, to skorzystać z kaucji, która niemal w całości została wydana na środki czystości.

Szczerze współczuję jej partnerowi, że przygruchał sobie takiego brudasa, oczami wyobraźni widzę, że bieliznę pewnie też zmieniała raz w tygodniu, przewracając ją pewnie tylko na drugą stronę.  O H Y D A.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

weekend

Opuściłem się trochę w swoim blogowaniu. Najpierw były studia i egzaminy, potem zaczęły się wyjazdy, do łask wrócił też rower i długie wycieczki za miasto, teraz dostałem nowy projekt i pojawił się problem z wynajmowanym mieszkaniem, bo ostatnia lokatorka zapuściła chatę tak, że lokal nadaje się do remontu, do tego stopnia, że bałem się że będę musiał zorganizować odrobaczanie, bo taka okazała się z niej syfiara.

Temat studiów definitywnie zamknąłem w połowie czerwca, odebrałem dyplom, w październiku mam oficjalną graduację. Wyjazd na zjazd absolwentów do Szklarskiej Poręby okazał się niewart swojej ceny, 1500 zl za 2 dni pobytu może bym przełknął, ale okazało się że z mojej grupy nikt nie chciał tarabanić się do głuszy ani wydawać takiej sumy za tak naprawdę jeden wspólny wieczór. Bez znajomych z grupy, samemu jechać mi się nie opłacało, dlatego podziękowałem za zaproszenie i odłożyłem sobie środki na ciekawszą atrakcję w przyszłości.

Dodatkowo zrobiłem kilka kursów zawodowych i certyfikatów z zarządzania projektami i ryzykiem, na fali uczenia się na studiach, łatwiej było mi przysiąść do dwóch dodatkowych egzaminów i wcale tego nie żałuję. W pracy się ze mnie śmieją, że jestem kujon i dziobak, ale mam w głowie swój plan, który próbuję zrealizować.

Po rozczarowującej rozmowie z szefem, stworzyłem nowe cv i wysłałem w parę miejsc. Na razie bez odzewu, ale szukanie pracy trwa a okres urlopowy wcale w tym nie pomaga. Nie szukam nowego zajęcia za wszelką cenę, nie mam noża na gardle, dlatego traktuję ten pomysł bardzo na luzie. Wcześniej czy później cos intratnego pojawi się na rynku pracy, a jak dostane ofertę na papierze to wtedy będę zastanawiał się czy ją przyjąć czy nie. Proste.

No rowerze śmigam regularnie, 30 kilometrów to absolutne minimum, które sobie narzuciłem i choć początkowo bolały mnie cztery litery, teraz jeżdżenie sprawia mi wyłącznie przyjemność. Praca fizyczna oczyszcza umysł, pozawala zapomnieć o zawodowych oraz życiowych obowiązkach i dylematach. Ostatnio pozbyłem się też pani do sprzątania i przypomniałem sobie jak uwielbiam prasowanie. Zbieram rzeczy przez kilka dni, żeby potem przez bite kilka godzin w pocie czoła prasować ręczniki, pościel, prześcieradła, spodnie, bieliznę, koszule by na koniec popatrzeć na starannie poukładane kupki i z dumą przyznać jaki kawał dobrej roboty wykonałem. Przy prasowaniu zawsze przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły, dlatego z taką chęcią wróciłem do tej aktywności.

Pani od sprzątania popadła w rutynę, w czym pomógł uświadomić mi sobie M. Po jednej z jej wizyt, wziął mopa, wiadro, rękawiczki, spreje i na koniec pokazał mi wszystkie braki i niedoróbki u pańci. W niedzielę rano brałem prysznic kiedy on dorwał się dodatkowo do okien wieńcząc dzieło prawdziwie czystej i wychuchanej chaty. Teraz sam zaiwaniam z wiadrem i mopem i jest mi z tym dobrze, bo odkryłem, że w nowym mieszkaniu naprawdę łatwo się sprząta.

W lipcu z wynajmowanego mieszkania wyprowadziła się lokatorka pozostawiając po sobie trudny do opisania syf: zdezelowany fotel, pogryzione meble, półki i framugi od drzwi, połamane szuflady w lodówce, wybebeszoną sofę, czarny piekarnik, tłuste blaty, plamy i kwitnącą na zielono rzeżuchę w bębnie pralki. Nie oddałem jej kaucji i pożegnałem opryskliwie, bo na posiadanie przez nią psa nigdy się nie zgodziłem a zrobiła to za moimi plecami. Po jej wyjściu odkryłem jeszcze kłaki sierści, kawał zwierzęcej kości i pleśń na fugach w oknach  – ona tam nigdy nie sprzątała. Okazało się, że jest wychowawczynią dzieci moich sąsiadów w szkole podstawowej. Spotykając ich na klatce niechcący spytałem czy mają w domu karaluchy albo inne robactwo, dzieląc się „prezentami”, które zostawiła mi ich ulubiona sąsiadka. Przypadkiem wspomniałem o tym przy ich dzieciach, co by młoda latorośl rozniosła w szkole, że ich pani to największy kocmołuch, fleja i brudas.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

Świnoujście – Poznań

Jestem potwornie pogryziony przez komary. One tutaj nie gryzą, jedzą człowieka żywcem rano, w ciągu dnia i w nocy. Winda w hotelu pełna jest krwawych śladów bo zabiciu owadów, bo jest ich tyle, że aż człowieka kusi żeby je wytłuc. Pierwszego dnia zapomniałem popsikać się aerozolem a przez następne kolejne dni nie mogłem w nocy spać tak mnie wszystko swędziało. Na nogach mam pełno czerwonych nieestetycznych bąbli, staram się nie drapać ale to nie jest takie proste. Kupiłem sobie fenistil i wcieram w rany jak oszalały, żeby pozbyć się uporczywego uczucia swędzenia.

Ze Świnoujścia wyjechaliśmy po śniadaniu, jak zwykle trochę się ociągałem, a to jeszcze dodatkowa kawka na śniadanie, a to pakowanie mi nie szło, a to szybki telefon – guzdrałem się cały poranek. Nauczeni poprzednim doświadczeniem od razu pojechaliśmy w stronę właściwej przystani promowej, korek był, ale może na góra 20 minut czekania.

Jedziemy do Poznania w odwiedziny do K. Zaprosiliśmy ją dziś na kolację na Młyńską i liczymy miło spędzić wieczór. Poznań miasto doznań. Zamiast 5 godzin tym razem do stolicy Wielkopolski dotarliśmy w niecałe 3,5. M pruł jak szalony nie zauważając na ograniczenia prędkości i fotoradary. Te ostatnio błyskały średnio co kwadrans, ale że auto nie było wypożyczone na mnie, punktów M nie dadzą, mandat może dotrze do Szwajcarii albo i nie, więc nie wtrącałem się.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Bydgoszcz – Świnoujście

Nie wszystko sobie przeanalitykowałem z tym naszym wyjazdem, bo trasa Bydgoszcz – Świnoujście zajęła nam tyle co zajęłaby trasa z Wrocławia. Nie będę jednak jak nasi polscy celebryci lansować się w korkach albo narzekać, że pada, jak świeci słońce to „kiedy w końcu spadnie deszcz”, a jak jest dobrze to będę narzekał na długą podróż. W końcu korki, remonty dróg to normalka i nic nadzwyczajnego, to nie tak że biednemu zawsze wiatr w plecy, nie bądźmy odlepieni od rzeczywistości. Te prawie 7 godzin spędziliśmy dzielnie, M. nie krytykował ale widziałem, że pod koniec był po prostu zmęczony. Mój błąd, bo pomyliliśmy przeprawy promowe dla mieszkańców z tymi dla odwiedzających Świnoujście przez co straciliśmy dodatkowo dużo czasu.

Z czystym sumieniem, bez grama złośliwości musieliśmy przyznać, że naprawdę ładne to Świnoujście. Pięknie porobione deptaki i promenady, nowoczesne hotele, bardzo dobra infrastruktura, szeroka piękna plaża, czysty piasek, morze nie tak zimne, że nie można by było do niego wejść, niepowalające nóg ceny. Pogoda dopisywała nam przez cały pobyt, przez co nie ruszaliśmy poza miasto.

Wieczorami miły spacerek w towarzystwie chmary komarów, potem smażona rybka, piwko albo winko w restauracjach obleganych głównie przez turystów z NRD.

Zdołałem zakpić tylko pierwszego dnia na plaży. Wyszliśmy z hotelu grubo po 10, na plaży były już tłumy, chcieliśmy wypożyczyć leżaki i parasol. W pierwszej budce brak, w drugiej większość połamana, w trzeciej i czwartej to samo. Kto w sezonie trzyma tylko połamany sprzęt? M. przewracał oczkami i bałem się że po tej przeprawie przyjdzie z ziemi włoskiej do polskiej i zrobi z kogoś carne in umido albo a scatti, ale na szczęście był wyrozumiały.

Parawany na plaży owszem budzą kontrowersję, ale to dzięki nim polskie plaże zamieniają się w kolorową mozaikę, to taki nasz folklor. Z poziomu morza rzędy parawanów mogą wyglądać chaotycznie, ale z Księżyca pewnie układają się w barwne wzory na podobieństwo obrazkowego pisma. Krótki spacer do brzegu morza czasami zamieniał się w kilkusetmetrowy labirynt prowadzący pomiędzy płachtami kolorowego materiału. Aha i jeszcze co 3 minuty chłopak/dziewczyna oznajmiający wszystkim na plaży, że sprzedaje piwo, kukurydze i inne rzeczy. Mimo wszystko trzeba widzieć wiadro do połowy pełne. Było super. Śmiechu co nie miara. Następnym razem chętnie znowu wybierzemy nad polskie morze, choćby na parę dni, bo nie ma co martwić się na kredyt.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze