Dziś

Powinienem coś napisać, jakąś notkę bo obecny czas jest ważny, tyle się wydarzyło. Nie chcę o tym zapomnieć, żeby móc przeczytać te wszystkie myśli, które teraz kłębią się w mojej głowie, za rok.

Czuję ulgę, smutek, rozczarowanie, złość, sentyment, pustkę, strach, rozczarowanie, pogodzenie się z tym co zaszło. Bardzo mieszane uczucia. Nie wiem czy to jest początek końca czy może chwilowe załamanie. Nie płaczę, choć chciałbym bo płacz pomaga pozbyć się wszystkich złych myśli i negatywnych emocji. Nie knuję, nie kalkuluję, nie mam oczekiwań, nie spodziewam się niczego, czuję się jakby wyłączony. Smutne. Smutne jak bardzo odporny się stałem.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Interview

Kolejne dni minęły mi na zaplanowanych interview z członkami zespołów. Musiałem się trochę nagimnastykować, żeby zorganizować nam sale do spotkań, catering, nawet odpowiednie ustawienie stołów i krzeseł, bo znowu wypłynął temat pandemii i niezrozumiały dla mnie strach ludzi przed pojawieniem się w biurze.

Pierwszy raz od lat znajdowałem się po drugiej stronie barykady, tym razem to ja reprezentowałem niskokosztowy kraj i organizację, miałem wrażenie że traktuje się mnie jak przygłupa i szpiega, który tylko czycha, aby wykraść wrażliwe dane i zameldować je swoim przełożonym we wrogim obozie.

Przy okazji usłyszałem wprost, że centra usług wspólnych to porażka, zatrudnieni ludzie pozbawieni są funkcji racjonalnego myślenia, że zmuszani są do pracy, kobiety żeby zająć w ciąże muszą mieć zgodę przełożonego, że dyrekcja choć z tytułem VP woli wozić się 600 km służbowym autem niż wsiąść wygodnie w samolot, że oni są tu a my jesteśmy gdzieś tam, pełni kompleksów, braków, oderwani jakby od rzeczywistości, często malujący trawę na zielono i podkolorowujący rzeczywistość.

Największa wpadka? Zaproszenie na rozmowę zespołu, w którym jedna osoba okazała się głucha.

Opublikowano podróże | 4 Komentarze

Townhall

Zorganizowanie spotkania całego niemieckiego zespołu, do którego zostałem oddelegowany na dwa dni przed wielkim big bang, na początku wydawało mi się przedsięwzięciem nie tyle co trudnym co bardzo niewdzięcznym. Przez chwile myślałem, że to kara wrocławskiego Sekretariatu Trzeciej Rzeszy za moje niewybredne i nieprzemyślane komentarze na jej temat. Nie dostałem nikogo na miejscu do pomocy, siedziałem w zaciszu domowym 600 km od głównego biura, do kogokolwiek próbowałem pisać zderzyłem się ze spychologią i większą lub mniejsza niechęcią. Lokalne asystentki pochłonięte były pakowaniem i przenoszeniem kartonów z zawartością wyposażania biur swoich szefów, inne na urlopach, każdy przy zdrowych zmysłach próbował wymigać się od dodatkowego zadania, byleby nie brać na swoje plecy dodatkowego garba. Asystentka CFO nie mogła odmówić mi wprost, ale znalazła sposób by dać mi do zrozumienia, że teleportować się przecież nie zdoła, jej czas pracy też nie jest z gumy cokolwiek wydaje się jej pracodawcy.

Na moje szczęście pomogła mi zarezerwować zdalnie największą salę, co w dobie pandemii graniczyło z cudem, ale resztą musiałem zająć się sam. Reszta logistyki wydała mi się o wiele prostsza, po mimo mało zachęcającego komentarza wysokiej dyrekcji, że urwie mi jaja jak coś pójdzie nie tak. Do Frankfurtu poleciałem w poniedziałek rano, we wtorek przed spotkaniem pojawiłem się w biurze praktycznie w tym momencie kiedy swoje podwoje otwierała recepcja. Testy, próby mikrofonu, oświetlenia, testy audiowizualne, akustyka – sprawdziłem wszystko po kilka razy. Wymusiłem nawet na IT, żeby oddelegowali mi kogoś do pomocy przynajmniej póki nie rozpoczniemy konferencji.

Jak to bywa komputer odpalał się tego dnia ponad kwadrans, system audi-video trzeba było restartować dwukrotnie, zawieruszył się jakiś kabel czy inny adapter. Kolejne techniczne niespodzianki przyjmowałem ze stoickim spokojem choć w środku wewnętrzny głos wołał „ja prdle co za szajs”.

Wszyscy świeci pojawili się na kwadrans przed rozpoczęciem spotkania, agendę i treść ich przemówień znałem na pamięć, bo sam je pisałem, przygotowany byłem jednak że niespodzianki w naszej firmie to standard. Nadprogramowo do zabrania głosu została poproszona SVP o twarzy psychopatycznej męczennicy, której wystąpienia moja agenda nie uwzględniała, a której przemowa najprawdopodniej układana w myślach stojąc w porannych korkach, była całkowicie z przypadku. Gdybym mógł, zabrałbym jej mikrofon i wbił na czole pieczątkę dożywotniego zakazu publicznych wystąpień. Pan z Rady Pracowniczej pojawił znienacka, ale jego wyskok zdołałem akurat przewidzieć.

Townhall poszedł jak z płatka, za to technicznie posypał się kick-off odbywający się 30 minut po pierwszym spotkaniu, ale idealnie przecież być nie mogło.

Koledzy i koleżanki przybyli na spotkanie miny mieli nie tęgie. Nikt nie lubi zmian i reorganizacji zwłaszcza takich ogłaszanych z dni na dzień. Zaproszenie na Townhall, które zgotowałem im na dzień wcześniej na pewno spędziło im sen z powiek. Myślę że spora część obawiała się najgorszego, że stracą pracę a większość pracuje w naszej firmie od 18 do 25 lat.

Czego siw nauczyłem? Że zorganizowanie 50 krzeseł w naszej firmie może być nie lada wyzwaniem.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

Ostatnie dni

Pierwszy raz poleciałem w zagraniczną delegację nie znając długości swojej nieobecności w biurze. Może 3, może 5 a może 9 dni, bilet na swój samolot kupiłem dzień wcześniej, hotel zarezerwowałem tylko na kilka pierwszy dni, bo do końca łudziłem się, że może nigdzie tak naprawdę nie polecę i cały projekt będziemy mogli poprowadzić zdalnie. Z tego samego powodu całkiem miło zaplanowałem sobie weekend, bo ostatnie dwa tygodnie były bardzo pracowite: wczesne pobudki, ogólne niedosypianie, zrywanie się z łóżka w środku nocy, żeby dokończyć jakieś slajdy albo inne pierdolety. W tym czasie kilkakrotnie odwiedziłem ulubiony bary i restauracje, na całego korzystając z ostatnich słonecznych dni tegorocznego lata.

Lotniska i latanie samolotem przestały mnie ekscytować, uciążliwe środki ostrożności, pustki w sklepach i jakiś ogólny panujący w branży lotniczo hotelarskiej marazm raz po raz przypominają mi o sobie tak silnie, że odechciewa mi się planowania jakichkolwiek podróży, choćby nawet palcem po mapie. Podróże kojarzą mi się głównie teraz ze skomplikowaną logistyką, pełną nakazów i zakazów przez co zanika we mnie dawna radość.

Od poniedziałku urzęduje w Bad Homburg. Nie pojechałem do biura, bo połowa zespołu pracuje tylko zdalnie z domu, dodatkowo moja firma z związku z remontami naszego budynku jest w trakcie przeprowadzki do innej tymczasowej lokalizacji. Burdel na kółkach, nikogo nie ma, nic nie działa jak powinno, więc po co się narażać.

Opublikowano podróże | 1 komentarz

Masochizm na fali euforii

Masochizm na fali euforii wciąż trwa. Praktycznie codziennie ktoś mnie przeczołguje, zbieram mniej lub bardziej zasłużone słowne chłosty, otrzepuję się, spinam się i robię swoje, próbując ugasić pożar, pozamykać wszystkie palące tematy, wykonać zadania, ogarnąć wszystko jeszcze lepiej, jeszcze sprawniej, jeszcze skuteczniej. Póki co nie brakuje mi zapału i energii, dopisuje zdrowie i humor więc brnę do przodu choć czasem pod wiatr. Przypominają mi się dawne sytuacje, osoby i myślę sobie wtedy: przecież to już było, pamiętam to, widziałem, to tak właśnie jest, powinienem się tego spodziewać.

Mój szef mi pomaga i chwała mu za to. Ostatnio coraz częściej spotykamy się w piątki w naszym gronie i bawimy się przednio do samego rana zostawiając za sobą cały ten tygodniowy bajzel i śmiejąc się do rozpuku z tego co wydarzyło się przez ostatnie kilka dni. Okazuje się, że choć jesteśmy różni, to pomysł na traktowania naszej wysokiej dyrekcji mamy zadziwiająco zgodny.

Najbliższe dni zapowiadają się bardzo pracowicie, ale i niepewnie. Nie wiem czy pojadę do Niemiec, czy spacyfikuję niemieckich kolegów i przekonam ich do tego co nieuniknione. Z nimi czy bez wprowadzimy zmiany a oni mogą się jedynie dostosować albo dostaną bilet w jedną stronę i krzyżyk na drogę.

Nie szukam konfrontacji, wolę szukać kompromisów a przede wszystkim rozmawiać, bo dialog zawsze liczył się dla mnie najbardziej. Czy sprawdzi się to i tym razem? Nie wiem, może moja strategia okaże się błędna i trzeba będzie sięgnąć po bardziej zdecydowane środki.

Leżę sobie w wannie i rozmyślam, próbując uporządkować myśli, raz po raz uśmiecham się do siebie albo marszczę czoło, bo nie wiem jak ugryźć temat. Tak, zdecydowanie znów czuję adrenalinę, znowu jestem w centrum wydarzeń próbując okiełznać korporacyjny bajzel, przypomina mi się eB i uśmiecham się w myślach bo czuję że żyję.

Opublikowano podróże | Otagowano | 3 Komentarze

układanie się

Miniony urlop jest już tylko datą w kalendarzu a resztki opalenizny przypominają mi o czasie spędzonym w słonecznej Italii. Mój powrót z wakacji zbiegł się z urlopem mojego szefa, co było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo jak wiadomo urlop szefa jest przedłużeniem twojego urlopu. Powrót do biura nie był ani ciężki ani stresujący, na tapecie wciąż te same tematy, ale przynajmniej nikt nie poganiał mnie by nie móc dokończyć w moim tempie. Do biura chodzę nieregularnie, pracodawca wciąż nie może się określić czy mam pracować z domu czy lepiej pojawiać się na korporacyjnych korytarzach, by co jakiś czas sprawdzać czy aby mam co robić. Robię swoje i nie oglądam się na innych, szykuje mi się nowy projekt, więc zakasałem rękawy żeby uporać się z poprzednim. Nie lubię jak ciągną się za mną niedokończone tematy, wolę skoncentrować się na nowych rzeczach niż wracać do tego co było. Niektórzy zauważyli, że łatwiej odpuszczam, nie szukam konfrontacji byleby tylko dopiąć sprawy do końca, nie staram się już forsować swoich pomysłów za wszelką cenę, bo skoro nie udało mi się przekonać niektórych przez kilkanaście ostatnich miesięcy nie będę walczył z wiatrakami. Wóz albo przewóz, tak lub nie, teraz nie ma już opcji „później” niech martwią się ci „na górze”, że przez cały czas mało ich interesowało co dzieje się na poziomie korporacyjnego planktonu.

Nabrałem ochoty na dalszą naukę. Kolega niechcący podsunął mi pomysł studiów podyplomowych i podszedłem do tematu zadaniowo. Zebrałem oferty paru uczelni, porównałem warunki, pogadałem z przyjaciółmi co myślą o tym pomyśle, rozważyłem za i przeciw i za kilka dni planuję złożyć wymagane papiery. O moich planach przypadkiem dowiedział się mój pracodawca zaskoczony że nie poprosiłem o dofinansowanie. Kilka razy prosiłem o to i owo, zawsze słyszałem negatywną odpowiedź, więc postanowiłem sam udźwignąć ciężar kosztów dokształcania. Na zaczepki dyra odparłem, że przywykłem do roli pracownika niskokosztowego co chyba go ubodło, bo zrobił wielkie oczy, zaczął coś tam nieśmiało przebąkiwać, że w budżecie ma dla mnie kilka tysięcy na zagospodarowanie jeszcze w tym roku.  Nie to spędza mi jednak sen z powiek, bardziej martwię się o to czy otworzą mój kierunek w tym roku, czy powstanie w ogóle grupa, czy się zakwalifikuję, czy podołam pracować i studiować weekendowo a kasa zawsze się znajdzie.

Rozmowa z VP potwierdziła tylko, że jestem jedynym łosiem, któremu jeszcze coś się chce w tej firmie, bo nie grymaszę, nie migam się, nie przebieram, nie stawiam warunków, tylko pytam na kiedy ma być to dostarczone. Widząc niektóre miny, rozpływam się jedynie w bezmiarze satysfakcji i samouwielbienia a walić głową w mur z bezsilności pewnie będę dopiero za jakiś czas jak nikt nie będzie patrzył. Masochizm, ale w moim odczuciu kontrolowany.

Opublikowano praca | Możliwość komentowania układanie się została wyłączona

Tour dell’Italia – Tivoli – Sirmione

Dzień wcześniej od rana miała być plaża, dlatego wstaliśmy wcześniej żeby spokojnie napić się kawy, zjeść lekko słodkie pieczywo drożdżowe i bez pośpiechu dojechać do San Foca zanim pojawią się tam spragnione słońca tłumy turystów. Niestety wyjątkowo tego dnia popsuła się pogoda, było ciepło ale byle jak, całe niebo zachmurzone, wiało, co jakiś czas nawet kropił deszcz. Zdecydowanie nie był to dzień na beztroskie plażowanie.

Droga do Tivoli zajęła nam dobre 5 godzin, z krótką przerwą na kawę i focaccię na autostradzie. Nie wiem jak Włosi to robią, ale ich jedzenie smakuje mi nawet na przy-autostradowych parkingach, wszystko świeże, chrupiące, apetycznie wyglądające i smaczne. Oczami jadłem wszystko na widok wszystkich tych smakołyków.

Villę Hadriana odwiedziliśmy jeszcze tego samego popołudnia, słońce mocno przypiekało, pomimo tego zwiedzanie starożytnych ruin nie było męczarnią. To samo następnego dnia w Villi d’este. Niby 30 kresek a przechadzanie się wśród tych wszystkich ogrodów i fontann było przyjemnością. Poza tym znów nie było tłumów, na terenie renesansowego pałacu byliśmy praktycznie sami co we Włoszech o tej porze roku było sytuacją prawdziwie niecodzienną.

Razem z M. zakochaliśmy się w Sirmione. Wakacje nad jeziorem Garda zawsze kojarzyły mi się z masową turystką, namiotem albo przyczepą kempingową, tłumami Rosjan i Niemców oraz bylejakością. Takie drugie Rimini albo inne Cesenatico. Nie wiem skąd wzięła się u mnie ta opinia, ale tkwiła we mnie na tyle długo, że jak ognia unikałem tego regionu Włoch, nie chcąc narażać się na przykre doświadczenia.

Wjazd samochodem do centrum starego miasta był przygodą samą w sobie, wąskie jednokierunkowe ulice, manewrowanie olbrzymim autem pomiędzy witrynami sklepów oraz tłumami przechodniów i turystów, których tutaj akurat nie brakowało. Zona a Traffico Limitato dała nam do wiwatu. M najpierw się śmiał, potem widziałem jak rzędnie mu mina, zaczął przeklinać pod nosem a gdy w końcu udało nam się zaparkować auto przy hotelowym garażu, zarzekał się, że był to pierwszy i ostatni raz kiedy zgodził się przedzierać przez uliczki tego miasteczka.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Możliwość komentowania Tour dell’Italia – Tivoli – Sirmione została wyłączona

Tour dell’Italia – Tivoli

Tym razem o hotel zadbałem ja. Znalazłem piękny B&B tuż obok Villi Adriana, którego właścicielom był bardzo sympatyczny pan mieszkający z rodziną w pałacu zamku obok. Do wejścia prowadziły malownicza droga, wzdłuż której rosły gigantyczne cyprysy, nasz pokój znajdował się na ostatnim pietrze wysoko położnej klatki schodowej niby wieży, do której wchodziło się wąskim korytarzem i krętymi schodkami. Nie dalibyśmy rady wejść tutaj z naszymi bagażami, dlatego wypakowaliśmy z M tylko najpotrzebniejsze przedmioty. Nasz ponad stuletni budynek wyglądał imponująco na zewnątrz jak i w środku. Właściciel odremontował każde pomieszczenie, tak aby funkcjonalnie nie odbiegało od standardów rozwiązań na miarę XXI wieku. Jedynie co mogło rzucać się w oczy to liczne kamienne stopnie, których nie brakowało ani w naszym pokoju ani w łazience.


Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Tour dell’Italia – Lecce – Tivoli

Od wczoraj chodzę struty, nie chce mi się rozmawiać, M co jakiś czas pyta mnie czy wszystko w porządku a ja mam ochotę wybuchnąć. Przerabiałem z nim to tyle razy, że jestem wstanie przewidzieć odpowiedź i argumenty, wiem że gdy ja będę krytykował, on będzie zawzięcie bronił swojej rodziny, więc nawet nie zaczynam tej dyskusji. Na końcu i tak usłyszałbym, że powinienem zdobyć się na większy szacunek dla jego rodziny i kultury. Tyle tylko, że wiążąc się za M. nie myślałem, że podpisuję pakt z jego cholerną rodzinką.

4 dni w Lecce i 3 bite dni spędzone z całą hordą zwaną familią, od śniadania po kolacje, mam wrażenie, że na wakacjach faktycznie są tutaj oni a nie my, bo wszystko kręci się wokół nich i ich zachcianek, bo im się należy. Wczoraj nie przebierałam zbytnio w myślach rzucając epitetami: złodzieje, lenie patentowane, moczymordy, byleby się na krzywy ryj załapać.

Chcemy iść rano na plażę – super pomysł, bratowa idzie z nami, jedźmy rano, zająć lepsze miejsca – nie, bo siostrzenica śpi do 10, potrzebujemy zrobić zakupy – nie ma sprawy, brat pojedzie z nami, bratanicy przydałby się buty i komputer, kolacja wieczorem – jasne, będą wszyscy i oni wybiorą miejsce…

Na plaże pojechaliśmy naszym autem, znowu przez godzinę było szukanie odpowiedniego miejsca, bo morze wszędzie było nie takie. Wynająłem dla nas obu dwa leżaki i parasol, pod którym w ostateczności wylądowało 6 osób, bo nie chciałem wyskoczyć z dodatkowych 100 euro, więc było taniej za to niewygodnie.

Poniedziałek spędziliśmy ze sobą cały dzień na plaży, potem była kolacja sponsorowana przez nas a dziś przy śniadaniu M powiedział, że zanim wyruszymy do Tivoli wpadniemy jeszcze na szybko pożegnać się ze wszystkimi. Udawałem, że mi to obojętne, ale w myślach zastanawiałem się ile można się do cholery żegnać. Wczoraj, przedwczoraj, przed przedwczoraj a dziś mieliśmy wyjechać wcześnie, bo czekała nas 6 godzin drogi a tak to bratowa, brat, siostrzenica, kawa, spacer, obiad, potem matka, kawa, brat, kawa, spacer więc do 15. stąd nie wyjedziemy, nie wspominając już, że nie mamy o czym z nimi wszystkimi rozmawiać.

Nienawidzę tej jego rodzinki, zawsze podnoszą mi ciśnienie, że prawie pęka mi żyłka na czole – w głowie mi się nie mieści jak można się tak dawać wykorzystywać przez bliskich.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Tour dell’Italia – Lecce c.d.

Późnym wieczorem, zaraz po urodzinach F. poszliśmy jeszcze we dwójkę przejść się bez celu po starym mieście. M objadł się niemożliwie i ostatnie o czym marzył, to żeby położyć się spać o pełnym żołądku. Mnie jak na razie, udaje się utrzymać w ryzach swój wilczy apetyt i choć przysmaki kuchni włoskiej kuszą na każdym kroku, nie opycham się. W Lecce nie widać mnóstwa turystów, zdecydowanie jest ich mniej niż w poprzednich latach, ulice i skwery które znam zwykle były okupowane ale w tym sezonie pustki. Przyjemniej spaceruje się po starym mieście w nocy, kiedy brak jest dzikich tłumów, wszędzie można wejść nie narażając się na ścisk albo brak wolnego miejsca. Odkryłem parę ciekawych galerii, obkupiłem się w rzeczy do domu i chyba będę musiał wracać do Polski z dwoma bagażami.

Część spożywki udało mi się wysłać stąd w paczce. W Polsce kryzysu nie ma, w sklepach dostać można teraz prawie wszystko, ale niektórych past, serów, rodzajów kawy, biszkoptów, kasz, wędlin z Nursji czy oliwy dostać się nie da, więc zakupy robiłem codziennie, po czym wszystko zapakowałem w olbrzymi 23 kilogramowy karton i wysłałem kurierem do domu.

F. choć za uszami swoje ma i potrafi jak nikt, podnieść człowiekowi ciśnienie w kilka sekund, to trzeba mu przyznać ma facet gest i dba o najbliższych i o rodzinę. Zaprosił nas wszystkich na kolację do Lu Casale w San Cesario – sympatycznej, niewielkiej knajpki jakich we Włoszech nie brak. Wydaje mi się, że byliśmy już tutaj przy innej okazji, ale nie kojarzę kiedy. Pizzę pamiętam mieli dobrą i tanią. Czasem buzuje we mnie, gdy rozmawiają między sobą w dialekcie, bo za nic w świecie ich nie rozumiem, ale zmęczyło mnie upominanie się żeby w mojej obecności posługiwali się włoskim standardowym. Czasami jak przysłuchuję się ich rozmowom, problemom z czapy albo plotkom, to chyba wolę nie wiedzieć, przewracam tylko oczami i śmieję się w myślach. G ciągle użala się że nie mają pieniędzy, że S musiał zamknąć sklep, że nie mają na rachunki, że rachunki ich zaskakują, że auto się psuje, że wszędzie drożyzna, ale jednocześnie do pracy sama nie pójdzie, praktycznie nie gotuje, na śniadania chodzi do baru… Kiedyś zasugerowałem coś wprost na jej bolączki, trochę niegrzecznie i M kopnął mnie wtedy pod stołem w nogę, że potem dwa dni kulałem. Idź kobieto do pracy, rób coś, pomóż mężowi w sklepie, owoce układaj na półkach, dwie ręce masz, zdrowa jesteś, szyć i sprzątać też potrafisz, więc przestań narzekać. G lubi rzucać niby od niechcenia komentarz jaki to wstyd że M pracuje ponad 10 lat w Szwajcarii a bratu pracy jak dotąd żadnej nie załatwił. Ja reaguję zawsze tak samo – przeładowuję broń, wizualizując sobie jak strzelam z armaty w sam środek jej pustej głowy.

Ja się chyba nigdy z nimi nie dogadam, tyle nas różni, że czasami opadają mi ręce.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze