Tallin – Paldiski

Odkąd ogarnąłem temat szczepionki podróżowanie znów stało się prostsze. Na lotnisku muszę nosić maskę, ale odpadły mi wszystkie formalności związane z robieniem testów, szukaniem laboratoriów, płacenia czasem horrendalnych sum za papierek, którego i tak nikt nie sprawdza.

Na lotnisku spotkałem swojego byłego szefa. Zdziwił się widząc mnie w nieformalnym stroju, w trekkingowych spodniach i polo zamiast koszuli, za to z dwoma lampkami białego wina o 11 rano…

Tallin przetarł nas chmurami, choć to dopiero połowa września wcześnie robi się tutaj chłodno. Na zewnątrz 7-10 stopni, mocno wieje, pierwszego dnia po przyjeździe sprawiłem sobie szalik i rękawiczki, bo inaczej byłoby ze mną kiepsko. Na starym mieście wszystkie restauracje zostały wyposażone w pledy i ogrzewacze ogrodowe, bez nich chyba żaden turysta nie zdecydowałby się na siedzenie wieczorami na zewnątrz.

Sierota przypadkiem wysadziłem korki w pokoju. W konsekwencji najpierw nie mieliśmy światła w całym lokum, a wezwany elektryk który pojawił się u nas w grubo po północy naprawił tylko światło w częściej głównej pomieszczenia, za to w łazience pozostała zupełna ciemność. Odkryłem to dopiero po jego wyjściu, tak więc przez weekend nauczyłem się brać prysznic, golić, myć zęby, kremować, zakładać i ściągać soczewki w zupełnym półmroku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Znowu robię sobie wolne

Mój misternie uknuty plan spalił na panewce, oferty pracy nie dostałem, więc po powrocie z urlopu wrócę grzecznie do biura i wezmę się za nadrabianie zaległości oraz za nowy projekt na Filipinach, niestety tylko zdalny, bo o dalekich podróżach do Azji na razie muszę zapomnieć. Choć ogarnąłem temat covidovego paszportu, granice do większości dalekich destynacji pozostają zamknięte.

Przekonałem B na wyjazd do Estonii i dziś wylatuję zostawiając za sobą pracę kręcidołek, syf, stres i nieludzkie terminy. Wczoraj pracowałem jeszcze do późna, w poczuciu odpowiedzialności dziś rano zerwałem się przed 5. byleby powysyłać ostatnie maile. Laptoka nie biorę, firma nie padnie, a nie chcę być wodzony na pokuszenie żeby sprawdzać służbową skrzynkę mailową. Ogarnianiem bałaganu zajmę się po powrocie.

Mam ambitny plan zjechania z plecakiem całej Estonii wzdłuż i wszerz, odwiedzenia Helsinek i Turku, żadnych zbędnych luksusów, o ile można tak to nazwać podróżując z kartą kredytową w portfelu. Potrzebuję twardego resetu by mieć siłę na walkę z wiatrakami po powrocie.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Zwątpienie

…mnie dopadło. Moja rozmowa o pracę okaże się jak randka z transwestytą: najpierw wymiana komplementów i grzeczności, potem nosio-nosio-eskimosio, fiku-miku, kiziu-miziu i niby wszystko cacy a tu nagle ch..j.

Pomimo dużej pewności siebie, świadomości jak działa każde corpo i że każda zmiana z natury jest dobra (choć wciąż dobrze pamiętam przygodę pt. praca w banku) zaczynam mieć różnego rodzaju wątpliwości.

Z jednej strony, że jak zmienię ją teraz, to może okazać się że na gorsze, że nie podołam, że za wcześnie rzucam się na głęboką wodę, że mam teraz u siebie tak miło, ciepło i spokojnie więc po co i na co mi taka rewolucja. Niepokój przed nowymi obowiązkami i brakiem doświadczenia narasta.

Oczekiwanie na wyniki rozmowy kwalifikacyjnej jest stresujące. Chodzę skwaszony, zgasły, przejęty, czuję jednocześnie jakby ucisk i przestrach, jakby za moment miała mi pęknąć jakaś żyłka na czole a ja detonować.

Co chwilę zerkam na ekran komórki, sprawdzam czy nie dostałem maila, czy telefon nie jest czasem wyciszony. O tyle dobrze, że nikogo z bliskich nie wtajemniczyłem w swój plan, bo ewentualną porażkę zawsze łatwiej jest znieść w samotności.

Snuję czarne myśli, choć wiem, że klęska nie będzie przecież żadną katastrofą, nie mam noża na gardle, mam pracę, zwyczajnie mi się nie uda, bo przestrzeliłem się z oczekiwaniami. Wewnętrzny głos nieustannie przypomina mi, że jestem bardzo dobry w tym co robię, że jak nie teraz, to później, że nie ma presji.

Otagowano | 5 Komentarzy

sielanka

Ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem imprez, kolacyjek i spotkań.

Najpierw K. stwierdziła, że jedno spotkanie to za mało, dlatego kolejny raz zaprosiła mnie do siebie do Wabern. Do późna uskutecznialiśmy rozmowy przy ginie z tonikiem i było tak przyjemnie, że prawie zapomnieliśmy, że następnego dnia musieliśmy pracować.

W środę wieczór razem z M. wybraliśmy się na kolację do Azzurro. Wypadało, bo nie było mnie tam rok a odkąd przyjechałem do Berna wszyscy dopytywali się kiedy wreszcie przyjedziemy. Nie mogliśmy postąpić, więc inaczej jak tylko zaplanować jeden wieczór na wizytę w restauracji. Specjalnie przez cały dzień się głodziłem, pamiętając że z Azzurro głodnym na pewno nie wyjdę i tak było. Najpierw Lucy przywitała nas Franciacortą, potem na stół wjechało czekadełko w rozmiarze xxl od szefa kuchni, potem foccacia, a dopiero później nasza przystawka i moje ulubione antipasto – talerz świeżych owoców morza a na główne danie małże i pasta ravioli z okoniem. Po takiej obfitej kolacji nie zostało nam nic innego jak wracać do domu pieszo na co obaj przystaliśmy z ochotą.

Azzurro ma się dobrze, klientów nie brakowało choć wszyscy siedzieli głównie na tarasie. Kryzys ostatnich miesięcy wydał się już tylko odległym wspomnieniem choć o kolejnej fali zaczyna mówić się też i tam. F nie planuje zamknąć interesu, finansowo widać że mu się powodzi.

W piątek spotkaliśmy się ze znajomymi na kolacji w Brasserie przy Bärengraben. Było dużo wina i foie gras, rösti, tatar i łosoś a na koniec wizyta w Rosengarten i znowu późny powrót do domu. Sobota miała być tylko dla nas, dlatego postawiłem zabrać M na wycieczkę statkiem po jeziorze z Lucerny do Flüelen i z powrotem. Akurat było bardzo przyjemnie, mieliśmy wygodne miejsca na górnym pokładzie, skąd rozciągały się piękne widoki na kolorowe miasteczka, wille i pałace położone wzdłuż lini brzegowej Jeziora Czterech Kantonów.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano | 11 Komentarzy

Bazylea

W tym tygodniu każdy dzień rozpoczynam nie wcześniej niż przed 10. Wyjątkowo dobrze mi się tutaj śpi, czuję się jak w domu, wokoło jest bardzo cicho a na dodatek od środy M. ma wolne, więc nawet nie silimy się nastawiać budzików. Trochę się przez to rozleniwiam, wypadam z rytmu, ale z drugiej strony są wakacje, sezon urlopowy w pełni, co będę ludzi stresował. W mojej pracy wszystko jakby utknęło, większość na urlopach albo zaraz przed, moje sprawy też nie posuwają się zbytnio do przodu, bo szef uskutecznia mikromenadżment i blokuje niektóre decyzje. Za to na wspólnych cotygodniowych naradach snuje wizje nowych projektów, o których słyszymy od początku roku, ale prócz wielkich obietnic nic się z tym nie wiąże, prócz może jednego, że kolejni ludzie tracą cierpliwość i odchodzą. Nie przeszkadza mi taki stan, bynajmniej, odkąd sam zostałem zaproszony na kolejny etap rozmowy o pracę. Miało być dziś, ale przeniosłem na poniedziałek, żeby nie burzyć sobie planów w związanych z pobytem w Szwajcarii. Nie orgazmuję jeszcze, w ogóle staram się nie myśleć o takim scenariuszu, ale jeśli przyjdzie mi złożyć wypowiedzenie pod koniec sierpnia, to będę musiał przygotować się na gorzkie żale, korpo-szopkę i zgrzytanie zębami.

Wczoraj uwinięcie się ze wszystkimi sprawami zawodowymi poszło mi dość sprawnie, dlatego po południu wybraliśmy się z M. na spacer nad Aarę. Pogoda była w sam raz, nie było upału, z chęcią przystałem na ten pomysł, byleby nie tkwić bezczynnie w czterech ścianach. Dobrze znana mi trasa nie straciła nic ze swojego dawnego uroku, rzeka wciąż jaskrawo zielona i krystalicznie czysta, u lokalnych gospodarzy te same krowy i świnki, ludzie pływający w rzece, te same zadbane kamienice i malownicze landszafty. Szwajcarska sielanka. Z rozpędu dotarliśmy do Bärengraben, ale zaglądanie do misiów sobie podarowaliśmy. Na wieczór umówiliśmy się z P. i F. na kolację. Do Bazylei dotarliśmy pociągiem, spod stacji ruszyliśmy w stronę Muzeum Zabawek gdzie ustaliliśmy nasze miejsce spotkania. Radości nie było końca, bo nie wiedzieliśmy się ponad 2 lata, ostatni raz na moich urodzinach we Wrocławiu. Nie dało się ukryć, że izolacja, praca zdalna albo jej brak trochę odbił się na wyglądzie kolegów. Postawiliśmy całkowicie na spontan, żeby bardziej zgłodnieć poszliśmy najpierw na spacer wzdłuż Renu, nadrabiając zaległe historie z naszego życia. We Francji obostrzenia weszły na nowy poziom odkąd Macron ogłosił obowiązek posiadania certyfikatu sanitarnego dotyczącego osób wybierających się do kin, kawiarni, restauracji, centrów handlowych lub planujących podróż pociągiem. P. dramatyzował z tego powodu, bo ani mu się śni się zaszczepić. Artigianocafe z prawdziwą neapolitańską kuchnią wybrali chłopaki, potem pojechaliśmy jeszcze na lody do Gelateria di Berna.

Coś się wczoraj działo pod dworcem SBB, bo kiedy wracaliśmy złapać ostatni pociąg do Berna, przed wejściem powitał nas cały kordon uzbrojonej policji. Przed moment myśleliśmy już, że nie będzie nam dane wrócić na noc do domu, ale choć przegoniono nas spod głównego wejścia, udało nam się dotrzeć na peron bokiem.

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano , | 7 Komentarzy

Berno

Berno stolica, miasto ambasad i konsulatów, porozumieć się tutaj po angielsku na ulicy czasami bywa utrapieniem. W sklepach mówić nie chcą, na ulicy tez różnie z tym bywa, najłatwiej w hotelu albo restauracji.

Wiem ze Szwajcarzy mówią po angielsku, z jakiegoś powodu niechęć do tego języka jest większa w Bernie, bo nigdy nie miałem tego problemu w Bazylei, Zurychu czy Genewie.

Pracując zdalnie nie musiałem nawet prosić o urlop, by móc tutaj przyjechać. To jedna z niewielu zalet sytuacji epidemicznej. Wstaję rano, robię nam kawę, po czym siadam do komputera. Dookoła wszystko zdaje się być inne, od tego do czego zdążyłem przyzwyczaić się pracując w domu w Polsce. Za oknem słońce, w oddali ośnieżone szczyty Alp, na niebie raz po raz widać balony. Przy takiej pogodzie sezon na latanie balonem ma się bardzo dobrze.

Po 14 z pracy wraca M, robię sobie przerwę, by potem wrócić do zawodowych obowiązków. Wieczorem wraz z zamknięciem klapy od laptopa wychodzę z domu spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi. Odwiedzamy dobrze znane mi bary i kawiarnie, a jedyne co burzy mój dobry nastrój to widok rachunku na koniec biesiady.

K. zaprosiła mnie do siebie do domu, przygotowała obiad, siedzieliśmy na tarasie sącząc gin z tonikiem wspominając dawne czasy. Nie byłaby sobą gdyby znowu nie zaczęła namawiać mnie na wspólny wyjazd do Dubaju. Od października rusza EXPO i jestem prawie przekonany, by już teraz kupić bilet na luty.

Upały zelżały, jest słonecznie, ale z nieba nie leje się żar. Jest tak jak lubię.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

Smacznego

Przeglądając stare pendrive’y znalazłem folder ze zdjęciami i filmami, które myślałem, że w zamieszaniu przeprowadzek, pakowania kartonów bezpowrotnie straciłem.

Mój kolega, który od kilku lat mieszka w Melbourne wprosił się kiedyś, żeby przylecieć do mnie do Seulu. W podobny nieplanowy sposób spotkaliśmy się też wcześniej na Fidżi i w Perth i było tak fajnie, że ucieszyłem się, gdy rzucił ten pomysł na tapet. Byłem przyzwyczajony do podróżowania solo, całkiem dobrze odnajduję się w najbardziej egzotycznych miejscach świata, łatwo zapoznając nowych znajomych czy nawet kompanów dalszych podróży. Do tej pory nie spotkało mnie z tego powodu nic nieprzyjemnego, chociaż może kilku freaków by się znalazło, gdyby tak się głębiej zastanowić…. Wracając jednak do kolegi, drewna do lasu wozić nie potrzebuję, ale że J. widuję raz na ruski rok, podobnie jak jak pochodzi z Wrocławia, a towarzyszem podróży jest w punkt, radości nie było końca. Pamiętam, że przyleciał kilkanaście godzin przede mną, zameldował nas w hotelu, dzięki czemu lądując w Seulu o 9 rano nie musiałem czekać na pokój, wieczór wcześniej obczaił dla nas restauracje i bary w okolicy, ogarnął nawet transport publiczny i pobliskie atrakcje turystyczne więc pomoc okazał niezmierną.

Pierwszego wieczoru poszliśmy do malej knajpy niedaleko naszego hotelu w Myeongdong. Na zewnątrz obskurna, kilka plastikowych krzeseł i stołów rozłożonych przypadkiem jakby przez wiatr. Menu całe po koreańsku, za to z obrazkami więc nie musieliśmy się gimnastykować próbując złożyć zamówienie. Prócz typowo wyglądających dań wypatrzyłem zupę z jedwabników.

Na początku się wahałem, ale suma summarum wygrała ciekawość i pół godziny później wylądowała przede mną olbrzymia miska oryginalnej strawy. J. lekko mdliło na widok gdy moja łyżka nieśmiało mieszała i przelewała robaczki w tej dziwnej strawie, ale dzielnie powstrzymywał się od obrzydliwych komentarzy. Smak nie był zły, czułem jakbym jadł coś co przypomina wątróbkę, wióry drewna i papier, nie przeszkadzał mi odgłos chrupiących odwłoków ani widok małych główek. Od co po prostu coś innego. Podobno nie można ich zamówić na każdym rogu, później kolega Koreańczyk mówił mi, że głównie zamawia je starsze pokolenie i miałem szczęście, że znalazłem miejscówkę oferujące to danie.

Opublikowano podróże | Otagowano | 8 Komentarzy

Narzekam na…

…upał, bo jest nieznośny, dodatkowo się we znaki daje wysoka wilgotność powietrza. W domu pozasłaniałem wszystkie okna, nie oddalam się zbytnio od wentylatora, biegam w samych spodenkach, piję dużo wody i raz na jakiś czas chłodzę się lodowatym prysznicem, inaczej ugotowałbym się we własnym pocie. M. śmieje się ze mnie, bo to pierwsze słoneczne dni od początku lata, wcześniej ciągle padało albo było zimno. Jeśli utrzyma się to dłużej, pójdę kąpać się w lodowatej Aarze, bo to zawsze działało.

Spotkałem się dziś na lunch z W. Jedna z wielu zupełnie przypadkowych znajomości, które trwają do dziś. Połączyła nas Polska i fakt, że emigracja rzuciła nas do Szwajcarii. Przyjechała z Biel – największego dwujęzycznego miasta w Szwajcarii – w którym nota bene nigdy nie byłem, choć oddalone jest niecałe 30 minut jazdy pociągiem. Biel jest największym miastem w Szwajcarii, w którym zarówno język niemiecki, jak i fracuski są równouprawnione i w tym samym stopniu użytkowane. Tutaj można poczuć wyluzowaną atmosferę, która tworzy się właśnie w miejscu, gdzie mówi się w obu językach. Miasto jest tradycyjną metropolią zegarkową, gdzie pielęgnowana jest nadal rzemieślnicza produkcja zegarków: Swatch, Rolex, Omega, Tissot, Movado i Mikron, które mają tutaj swoje siedziby.

Poszliśmy do San Gottardo, bo to jedne z niewielu miejsc gdzie nie zamykają kuchni o 14.00. W wyglądają kwitnąco, ze swoim dziewczęcym uśmiechem i piersiami podskakującymi niczym balony, nie było faceta, który by się za nią nie popatrzył. Siedzieliśmy w moim dawnym ulubionym NordSud, którego już nie ma, zmieniła się nawet kuchnia. Opowiedziała mi o swoich wyjazdach, nieudanych relacjach, rozstaniach, depresji, nowym pracodawcy, pracy w szpitalu w okresie pandemii i zmianach, które w nim ostatnio zaszły. Definitywnie nie zamierza wracać do Polski, bo pomimo zawirowań jest jej tutaj znacznie lepiej niż w rodzinnym kraju.

5 Komentarzy

Berno

Fajnie jest wrócić na stare śmieci. Nie było mnie tutaj prawie rok a dom wydaje się nie do poznania. Wczoraj ciągle czegoś szukałem, swoich okularów, butów, świeczek zapachowych, ręczników, starych dokumentów, szklanek, deski do krojenia, garnków bo M. przearanżował wszystko nie do poznania. Na początku nawet mnie to bawiło i uśmiechałem się pod kosem, za każdym razem gdy nie odnajdowałem przedmiotów na swoich dawnych miejscach ale z czasem zacząłem delikatnie kląć na te czystki. Po powrocie z pracy M. pokazał mi na nowo co gdzie się znajduję, więc dziś rano spokojnie mogłem zrobić śniadanie bez gorączkowania się, że znowu nie mogę czegoś znaleźć.

Jest słoneczny weekend, po południu umówiłem się ze znajomymi na pogaduchy na mieście. Do tego czasu głównie się relaksuję, robię sobie prasówkę i czytam co słychać w Szwajcarii.

Szwajcarskie związki zawodowe domagają się podwyżek płac w 2022 r. we wszystkich sektorach, z większymi wzrostami dla pracowników w sektorach, które pomogły przetrwać pandemię i napędzają ożywienie gospodarcze. Ogólna korekta kosztów utrzymania wszystkich pracowników jest konieczna, aby utrzymać siłę nabywczą i wspierać konsumpcję prywatną. Podwyżki płac są również ważne, aby móc szybciej przezwyciężyć kryzys. Uważa się, że gospodarka szwajcarska jest na dobrej drodze do „energicznego ożywienia” w tym roku, a prognoza wzrostu PKB została niedawno podniesiona do 3,6%.

Związki chciałby, aby wynagrodzenia wzrosły o 1,75% w bankowości, ubezpieczeniach, technologiach informacyjnych i komunikacyjnych, farmaceutykach i chemikaliach. Wezwali do mniejszych podwyżek do 1% dla transportu lotniczego i administracji publicznej. Rekomendowane podwyżki w innych sektorach – w tym zdrowia i edukacji – wypadają pośrodku.

W 2020 r. w szczególności banki, a także branża ubezpieczeniowa i teleinformatyczna osiągnęły zyski pomimo kryzysu, podczas gdy sektory o niskich płacach odczuły spadek sprzedaży i brakujące zamówienia. Starają się zwrócić szczególną uwagę na te sektory, aby różnice w wynagrodzeniach nie pogłębiały się dalej. Związki zwróciły również uwagę na potrzebę podniesienia płac w sektorze opieki zdrowotnej, który odczuł największy ciężar pandemii w obliczu niedoboru wykwalifikowanych pracowników, oraz w sektorze detalicznym, w którym pensje od lat są chronicznie niskie. Nie zrealizowały się najgorsze scenariusze dla rynku pracy. Jednak bezrobocie jest nadal o około 35% wyższe niż przed kryzysem. Ponadto wielu pracowników musiało zrezygnować z dochodów z powodu skróconego czasu pracy. A rosnąca inflacja zagraża ich sile nabywczej.

Czasem kusi mnie, żeby tu wrócić i poszukać sobie zajęcia. Perspektywa lepszych zarobków i wyższego standardu życia nęci, ale jak widzę ceny, usłyszę charczący szwajcarski, zobaczę niektórych sąsiadów to wracają wszystkie dawne złe wspomnienia i zaraz odechciewa mi się tego pomysłu.

Otagowano | Dodaj komentarz

Mam wenę to piszę

Na lotnisku wcale pustek nie widać, bynajmniej. Do odprawy bagażowej ciągnął się niezły sznureczek kilkunastu osób, podobnie już za strefą bezpieczeństwa, w loungu tłumy a samolot do Zurychu był pełen. Wygląda jakby wszystko wróciło do normy tylko obowiązek noszenia maseczek przypomina, że wciąż żyjemy w czasie pandemii.

Miłe uczucie znowu móc pakować się i jechać na lotnisko. Wypadłem z wprawy, bo kiedyś potrafiłem spakować się w kwadrans a dziś rano guzdralem się, bo wciąż o czymś sobie przypominałem. Nie zdążyłem zjeść śniadania dlatego w loungu wsunąłem parę mini kanapek okraszając je lampką wina.

W samolocie ścisk, odzwyczaiłem się od bólu w kolanach od siedzenia w niewygodnej pozycji, w pociągu dzikie tłumy wracające z pracy i jak zwykle brak klimatyzacji, gotowaliśmy się wszyscy, bo do Szwajcarii wróciła fala upałów.

Opublikowano podróże | 2 Komentarze